Homo Inquietus

Diabeł istnieje z konieczności…

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymujemy wciąż wiele maili, z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy kolejny fragment „wywiadu-rzeki”, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z profesor Jadwigą Mizińską. 

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Łukasz Marcińczak: Czy mądrość może iść w parze ze złem, i czy nie wiedzie niekiedy do cierpienia? Czy w ogóle spotkała Pani Profesor złego człowieka, takiego, który miał wokół siebie jakąś złą aurę, takiego, co może i chciał dobra, ale – niczym  szatan u Goethego a rebours – czynił zło…

Jadwiga Mizińska: Zło, zły człowiek… Wiedziałam, dopóki mnie nie zapytałeś. No nie, nie będę kokietować. Wiem. Wiem teraz, że zła bezdennego, stuprocentowego, absolutnego nie ma – i być nie może. Jako, że Szatan nie jest stworzony z innej tkanki, niż Anioł. Pan Bóg, który przecież mógł tak postanowić (i uczynić) zdecydował inaczej. Stworzył najpierw Anioły, duchy dobre, duchy dobra. Ale wystawił ich na podobną pokusę, co Adama z Ewą. Spoglądając na Jego doskonałość, Aniołom zachciało się dorównać Bogu. Za to, za grzech pychy (jaki dziwny: bo wszak chcieli być Bogo – podobni!) strącił ich ambitniejszą część do otchłani.

Szatan zły, gdyż za bardzo chciał być dobry? Więc jestem nieskończenie wdzięczna Leszkowi Kołakowskiemu za to, że całkiem na serio zadał współczesnemu człowiekowi pytanie: Czy diabeł może być zbawiony? Tylko na pozór jest to kwestia teologiczna, czy też eschatologiczna. W istocie pytanie o możliwość zbawienia diabła jest też pytaniem o możliwość zbawienia człowieka, tak zwanego złego człowieka, złych ludzi. A kto z nas może o sobie powiedzieć, że nie jest, albo przynajmniej nie bywa, zły?

Dwie rzeczy jeszcze dały mi w tej mierze do myślenia. Swego czasu, Kum Grześkowiak (ten od Chłop żywemu nie przepuści), z którym się przyjaźniłam w ostatnich latach jego życia, zapytany, czy wyjeżdża w poznańskie do rodziny na Wszystkich Świętych, odrzekł, że zostaje w domu.

– Czyżbyś, Kaziu, nie miał grobów swoich najbliższych? – spytałam. – Owszem, mam, ale o nich jest komu dbać i się o nich modlić. Ja w tym czasie stawiam na balkonie dwa znicze; jeden za Hitlera, drugi za Stalina. Bo o nich przecież nikt nie pomyśli…

Dodać trzeba, że Kum Grześkowiak sam siebie miał za heretyka, a ksiądz z pobliskiego kościoła na LSM-ie uważał go wprost za bluźniercę. (…)

Kiedy Kazik zmarł, nagle – pewnie Pan Bóg się za nim stęsknił – poczułam, że teraz to ja, może jedyna na świecie osoba, której to powierzył, mam przejąć obowiązek troski o ludzi – szatanów: Stalina i Hitlera. A skoro o nich, odsądzonych od człowieczeństwa, to dlaczego nie o Berię, Dzierżyńskiego, Bormana, Hessa…, gdzie przerwać ten szereg, do którego zresztą ciągle dołącza ktoś nowy: Pol Pot, Milan Karadzić, Milosewić…(…)

Drugi powód mojej „nienawiści do nienawiści”, a więc – przekonania o bezsensowności odruchowego potępienia zła,  pochodzi od Bułhakowa.  Ale nie z cytowanego przez Ciebie motta o głupim Szatanie, który nolens volens musi sprawiać dobro, lecz z dialogu Piłata z Ha-Nocrim. (…)

Kiedyś, czytając jedną z książek Marii Janion natrafiłam na słowa: territus terreo – przerażony przeraża. Na ich wzór ukułam własne prawo: zraniony rani. Podręczniki psychologii, traktując o przemocy, piszą o „kolejności dziobania”. Jakoby każdy „dziobany” także musi „dziobać” kogoś, kto akurat jest pod ręką.

Czy rzeczywiście musi? Owszem, dopóki sobie nie uprzytomnić, że jestem – ja sama! – władna zatrzymać tę kolejkę dziobania i ranienia na sobie. Po prostu: nie muszę oddawać pięknym za nadobne. A nawet – mogę się zdobyć, jak radził Chrystus – gdy zostanę uderzona kamieniem, rzucić chlebem. Albo i tortem…

 Ł.M.: A czy diabeł ma swoją dobrą stronę? Albo czy jest nam do czegoś pomocny? A szczęście – czy jemu także przysługuje? Uczono nas, że jest upadłym aniołem, synem marnotrawnym, który odrzucił miłość Boga. Ale – tego się już nie uczy – Bóg nie znalazł sposobu, by go odszukać, a więc diabeł jest także istotą odrzuconą (albo – bądźmy ściśli –  nie odnalezioną, ale zdaje się, że też nie szukaną). A odrzucenie rodzi zło…

J.M.: Nosiłam się parę dni z tymi pytaniami, nagabując też o Diabła wiele osób, miałam po temu dobrą okazję na Festiwalu Filozofii w Międzygórzu, zorganizowanym przez Bogdana Banasiaka. Jednakowoż nikt nie chciał podjąć tego tematu (co też uznałam za formę odpowiedzi). Sądzę, że dla jednych osób jest to pytanie naiwne i omijają je przez delikatność, żeby mnie nie musieć mnie obrażać zarzutem o infantylność. Inni, być może, lękają się mówić o Złym, żeby go czasem nie wywołać, jak wilka (czy raczej wilkołaka) z lasu.

(…) Idzie, moim zdaniem, o to, ażeby w ostatecznym rachunku zadbać o zerowy bilans Dobra i Zła w świecie. Bowiem dbając o czystość duszy i spokój sumienia, wyrównując krzywdy, zarazem dbamy o harmonię tego, co nazwałabym niszą antropologiczną. Problem tzw. grzechu nie jest, wbrew pozorom, kwestią indywidualną. Nierozliczone zło wyrządzone przez jednego człowieka rzutuje negatywnie nie tylko na los jego ofiary, ale i – nie mniej ni więcej – na przyszłość całej ludzkości. (…)

A teraz o tym, jak pojmuję zły uczynek. Powtórzę za Barbarą Skargą, że jego „papierkiem lakmusowym” jest cierpienie na Twarzy Innego. Od siebie uzupełnię, że jego przeciwieństwo, dobry uczynek – to wywołanie uśmiechu na jego Twarzy. Uśmiech – to znak ulgi i radości.

No dobrze, a jak się rzeczy mają z Diabłem? (piszę go dużą literą z szacunku do Anioła, którym on wszak był przed upadkiem). Mój pogląd jest w tej mierze następujący:

Diabeł istnieje, tak samo, jak Anioł (i wszelkie inne Duchy). Ale istnieje w dwóch postaciach: transcendentnej oraz immanentnej. To znaczy: jako substancjalna Moc nakłaniająca do złych uczynków oraz jako same te złe uczynki dokonywane przez ludzi. (…)

Wydaje mi się, iż Diabeł bazuje na naszej niecierpliwości („co nagle, to po diable”). Właśnie korzystając z niej, podsuwa nam  różnorakie błyskotki: rumiane ale robaczywe jabłka, cukierki w pazłotku nadziane trucizną. Jako Książę Kłamstwa, dobrze wie, że ludzie łacno nabierają się na kuszący wygląd, zapominając o nieadekwatności między opakowaniem a zawartością, przed czym skądinąd przestrzegają liczne wymyślone przez nich samych przysłowia, takie jak: w ładnym ciele cnoty niewiele, nie wszystko złoto co się świeci, modli się pod figurą a ma diabła za skórą itp. (…)

Powtórzę: Diabeł istnieje z konieczności o ile uzna się dramatyczną naturę Bytu, i o ile Bycie jest stawaniem się. Opozycja pomiędzy biegunami (punktem Alfa i punktem Omega) rodzi potrzebę zmagania się z przyciąganiem bieguna Zła, bodajże silniejszego (dla słabych z natury ludzi) aniżeli biegun Dobra. Ludzkie życie przypomina zabawę z przeciąganiem liny, targani przez różne zewnętrzne moce,  raz lecimy w jedną, raz w drugą stronę.  (…)

Ale nie sięgając aż tak wysoko, również każdy ze zwykłych ludzi  może sobie samemu szybko dowieść, że uczciwość popłaca. Radzili polscy myśliciele na czas zamieszania aksjologicznego: „Kiedy nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”. Dopowiem uzasadnienie: nie zdradzaj, bo sam możesz zostać zdradzony; nie kłam, bo zostaniesz okłamany; nie  kradnij, bo ciebie okradną. Jednym słowem, „nie rób drugiemu, co tobie niemiło”, bo dajesz tym samym temu Drugiemu pełne prawo do rewanżu. Zdaję sobie sprawę, że jest to  postępowanie „biznesowe”, ale dla Ludzi Obrachowanych wydaje się ono być godnym polecenia. Zresztą również w biznesie opłaca się (na dłuższą metę)  uczciwość i lojalność, dziś każda forma zabiega o swoje „logo”, które ma być w oczach klientów znakiem jakości, apriorycznego zaufania do jej produktów. Niegdyś Max Weber w klasycznym dziele „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” (kapitalizm w swoich początkach miał jeszcze ducha!) uzasadniał obszernie, że uczciwość opłaca się kapitalistom zgoła dosłownie. Producent, który nigdy nie wypuszcza braków, handlowiec, który nie oszukuje wyrabiają sobie nazwisko, które poniekąd pełni rolę reklamy. Buty od Baty były nie do zdarcia, maszyny do szycia od Singera służyły wielu pokoleniom. Zatem rzetelność i uczciwość jest także przeliczalna na pieniądze.

Na odwrót, zaledwie jeden bubel, albo jedna niedbale wykonana operacja podrywa zaufanie do wytwórcy czy lekarza, a podobnie jeden plagiat deprecjonuje profesora filozofii…

Musi zdumiewać obecne rozprzęgnie moralne, skoro trzeba, prócz Dekalogu dla każdego zawodu tworzyć osobne etyki: dziennikarską, lekarską, nauczycielską, a nawet dla pracowników uniwersyteckich. Znaczy to, że zawodzi nie tyle moralność, ile inteligencja, której zadaniem jest wszak myślenie dalekowzroczne. (…)

Reklamy

Jaki jest koń? – Każdy widzi po swojemu…

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Rozmowy by staniszewski on 13 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy fragment obszernego wywiadu, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z Prof. Jadwigą Mizińską.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM

L_M_CB


 Z prof. dr hab. Jadwigą Mizińską (UMCS) rozmawia Łukasz Marcińczak

 

Chciałbym jeszcze zapytać o fenomen wiary – też o tym często myślę, bo wiara jest światłem dzieciństwa i bardzo często bywa światłem późnej starości. Bardzo wiele osób, które straciło łaskę wiary (zakładając, że jest to łaska udzielana dzieciom, wszystkim bez wyjątku) w późnej starości wracają do Boga.  Nie chodzi mi o rodzaj jakiegoś egzystencjalnego konformizmu, o to, że jak trwoga to do Boga, bo na przykład mój wujek, major lotnictwa powojenny, który w życiu może w kościele nie był, teraz mając lat osiemdziesiąt kilka, parę razy w tygodniu jest w kościele- i jest szczery w tym, nauczył się modlić. Ten fenomen wiary jest wprost niesłychany, jakoś może podobny temu zjawisku, gdy fizycy, coraz bardziej zgłębiając pustkę wszechświata, zaczynają wierzyć w istnienie Boga. I podobnie filozofowie, w powszechnym odczuciu niedowiarkowie przecież, zdają się predestynowani wręcz do tego, żeby odrzucać to, co jest istotą wiary, czyli jej irracjonalizm. Bo czy wiara jest mądrzejsza i głupsza, wiara prostaczków (dla których stworzono Biblię pauperum) i wiara mędrców (dla których pisze książki ks. Heller)?

Drogi Łukaszu, mimo, że pytanie o sztukę i pytanie o wiarę potraktowałeś odrębnie, w gruncie rzeczy to poniekąd ten sam problem. Nadrzędnym dla sztuki i wiary jest moim zdaniem sens. Zawierający się w pytaniach „po co to wszystko”, ‘o co w tym wszystkim chodzi” , które same cisną się na usta szczególnie wtedy, gdy ludziom „wszystko  się wali” i gdy „ziemia usuwa się im spod stóp”.  Wtedy właśnie, kiedy to, co wydawało się najbardziej stabilne i niezawodne – ziemia pod stopami zawodzi, rozglądamy się rozpaczliwie za czymś, co jest ponad nią, w górze, w Niebie. Nad nami. Być może, po to właśnie przydarzają się nam wszystkim kryzysy czy wprost katastrofy; żebyśmy poszukali punku przyczepienia gdzie indziej. Mimo bowiem pionowej postawy, raczej rzadko zadzieramy głowę, by spojrzeć w Niebo, raczej patrzymy pod nogi i wokół, żeby się nie potknąć i ustrzec nieprzyjaciół z  boku lub z tylu.

Co prawda, niekiedy poszukując ratunku w Górze, dostrzegamy tam wyłącznie „Kamienne Niebo”, ale i to jest duchowym zyskiem w porównaniu z widzeniem wyłącznie horyzontalnym. Przez „Niebo” rozumiem tu wartości inne, aniżeli tylko utylitarne, praktyczne, prowadzące do natychmiastowych  i przeliczalnych korzyści.

Skąd w ogóle człowiek ma tę „matrycę”, skąd mu przychodzi do głowy, żeby ją czasem „zadzierać w górę”?

Bardzo mi się podoba Twoja podpowiedź, że wiemy to od Dziecka, które nami niegdyś było, i które nigdy nas nie opuszcza, chociaż staramy się go wyrzec w miarę dorastania i „mądrzenia”. Sądzę, że nauki o człowieku, w tym, niestety, również filozofia, zasadniczo dotąd nie rozpoznały roli dziecięctwa (które należy odróżnić od dzieciństwa). Poza nielicznymi wyjątkami, na czele z Januszem Korczakiem, autorem pracy o zastanawiającym tytule „Kiedy znowu będę dzieckiem”). Otóż, dziecięctwo to nie po prostu etap, stadium w cyklu życiowym, wydzielonym na podobnej zasadzie co młodość, dojrzałość, starość. Dziecięctwo – to pewien status, kondycja, modus istnienia, która przydarzyć się może w różnym wieku: zarówno w dzieciństwie, ale też w dorosłości i starości. Polega ona na ufności. Na głębokim i bezwzględnym zawierzeniu  Bytowi, jakkolwiek byłby on każdorazowo pojmowany.

Najogólniej, na poczuciu, że jestem „Dzieckiem Wszechświata” i, jak głosi Dezyderata, że „nie mniej niż drzewa i gwiazdy, mam prawo być tutaj”.  Jest to, innymi słowy,  poczucie przynależności do Całości, miłość do niej oraz – duma z tego faktu.

Wiara w istocie nie jest niczym innym, aniżeli takim ogarnięciem przez Wszechświat. Imiona, które ludzie nadają Transcendencji, czemuś od siebie szerszemu, wyższemu, ale macierzystemu, są mniej ważne. Nawet nie muszą to być imiona boskie. Niektórzy filozofowie religii, porównując ze sobą różne wierzenia, wolą mówić o pisanej dużą literą Rzeczywistości, która otacza i obejmuje zwykłą rzeczywistość.

Lubię pewną myśl, którą sobie skądeś zapożyczyłam, że Dziecko, jeszcze nim pojawi się ucieleśnione na ziemi, spoglądając na nią z tamtej Rzeczywistości, wybiera sobie samo na rodziców tę oto kobietę i tego oto mężczyznę.  Ma do odegrania w dramacie ludzkości określoną rolę, i przygotowuje się do niej z góry. Przebywając w zaświatach (do których potem ma powrócić jako do wiecznej ojczyzny),  osobiście w nich uczestnicząc, nie ma nawet możliwości powziąć wątpienia w ich istnienie. Dziecięca wiara, to właściwie – dziecięca wiedza.

W trakcie ziemskiej wędrówki, ucieleśniona, „uziemiona” dusza, natyka się na okoliczności, które mogą jej tę wiarę zachwiać, albo zgoła odebrać. Nie ma w tym nic złego ani „grzesznego”. Transcendencja ceni Immanencję, pozwala, by człowiek zmierzył się z próbą egzystowania na własny rachunek, na własny koszt. Mądry rodzic pozwala dorastającemu potomstwu na ćwiczenia z samodzielności i autonomii, nawet je czasem prowokuje. Zarazem jednak bacznie obserwuje, jak ono sobie radzi. Powiedzenie „jak trwoga, to do Boga”, według Ciebie  i wielu innych) dowodzące konformizmu, w moich oczach  jest nie tylko prawdziwe, ale świadczące o pięknych relacjach między Rodzicem a Dzieckiem. Ludzkie dziecko (również dorosłe) także na życiowych zakrętach powraca do domu i pyta o radę rodziców, zyskując co najmniej pocieszenie. Dom, rodzice – to wszak fundament, oparcie, źródło poczucia bezpieczeństwa.

 

7 lutego 2009 piszesz tak:

       Żyjemy w demokracji, o której mówi się, że wszystko w niej wolno – oczywiście nie wolno wszystkiego, ale wolno szukać własnej recepty na szczęście (które nie jest reglamentowane), na samorealizację.  Pluralizm poglądów (wolność mówienia i myślenia wszystkiego, jak nie w jednej gazecie, to w innej) przenosi się także na sprawy ducha, w przeszłości – nawet stosunkowo niedawnej –  ci,, którzy poszukiwali jakiejś formy duchowości (szukając szczęścia, prawdy, sensu albo wolności) zwykle znajdowali ją,  bo kto szuka ten znajdzie, a nie było jeszcze „wolnej konkurencji”) w Kościele katolickim. Dziś, zwłaszcza my w Lublinie, wysuniętym na wschód bardziej niż Kraków, Warszawa czy Poznań, możemy zaczerpnąć żywej wody z przebogatej tradycji Prawosławia, ze skarbca myśli naszych starszych braci w wierze, Żydów, możemy też poświęcić się Zen, wstąpić do Hare Kriszna albo do Zielonoświątkowców. Są też (wreszcie na równych prawach z ortodoksami, jak przesławny w Lublinie Akwinata choćby) wspaniali heretycy, ci którzy w żadnej religii instytucjonalnej do końca się nie mieścili- wszyscy ci jurodiwi, szaleńcy boży. Czym kieruje się Pani Profesor na bliskiej przecież Pani ścieżce transcendencji?

Tak, to niezwykle trudna (i cudna) sprawa; demokracja w sprawach ducha. Ale czy nowa?  Chyba nie całkiem, skoro chyba zawsze, odkąd wydzielono „ortodoksję” zaraz pojawiali się „heretycy”, czy też na odwrót, pojawienie się nieco tylko inaczej wierzących nakazywało okopywać się w twierdzach prawomyślności. To były jakieś początki pluralizmu, najpierw jako wewnętrznego dualizmu w kwestiach wiary. Ostatnio, gdy wraz z globalizacją, rozmyciem granic, multikulturalizmem, nieograniczonymi wędrówkami „biegunów”  po całym globie  dochodzi do zetknięcia się  twarzą w twarz ludzi z odległych dawniej duchowych kontynentów, zjawisko to nabiera intensywności. Pojawia się również Rynek Religijny z obfitością wszelkich, starych i nowych wiar. Stykają się one ze sobą, ciekawią sobą nawzajem, czy wprost fascynują. Każdy, komu niewygodnie w tradycyjnym kostiumie wiary swoich przodków, może przymierzyć inny, czy po prostu się w niego przebrać. A jak dobrze leży, jest wygodny i twarzowy, to go używać. Nie widzę w tym nic gorszącego, przeciwnie, jest to zjawisko ożywcze i bez względu na wszelkie podejrzenia o sztuczność czy płytkość takich konwersji, lepsze to niźli dzika wierność fundamentalizmowi, który żąda głów za zdradę naszego, a tym samym jedynego i „prawdziwego” Boga.

Religie, które dzisiaj żądają wyłączności i absolutnej lojalności, są w jakiś sposób anachroniczne, spóźnione w stosunku do czasu. Ponadto, żądając ortodoksji, bezwzględnej wierności „naszemu Bogu”, i surowo  karząc za odstępstwa, tym samym dają wyraz lękowi, że On sam nie jest dostatecznie pociągający. Zapędzanie wiernych do świątyni, siłą bądź szantażem, nie tylko przeczy przyciągającej mocy sacrum, ale też jest sprzeczne z samą istotą wiary. Wiara pojawia się, rozwija i umacnia w pełnej wolności, podobnie jak i jej pokrewna miłość. Albo się wierzy z głębi duszy, spontanicznie, wskutek czy to szczęścia czy łaski, albo nie. Wiary nie można wyrozumować, wymusić zewnętrzną, czy nawet wewnętrzną presją. Nie da się w nią nikogo wpędzić, jak też – z niej wypędzić. Powtórzę analogię z miłością. Nie pojawia się ona na zamówienie, nie da się jej zaprogramować, trudno też ją w sobie, jeśli już jest, stłamsić czy zabić.

Wiara i miłość są tajemnicą, spadają na człowieka bez pytania, bez przyzwolenia i tak samo, bez udziału jego woli, mogą zniknąć. Mówię tu o wierze i miłości jako intymnym i wszechogarniającym doświadczeniu, a nie o rytuałach i ceremoniach, jakie je tylko udają, nierzadko maskując ich brak.

Jeśli tak patrzeć na te sprawy, to świadome wybieranie  rodzaju religijności na Rynku Religii  wydaje się być jedynie udawaniem, naśladowaniem zewnętrznego sztafażu. Znowu: tak, jak wybieranie obiektu miłości. Wiara jest kwestią relacji z Transcendencją, nie ma tu miejsca na całkiem wolne wybory, przymiarki, kaprysy, zwroty niesatysfakcjonującego kostiumu, To raczej my zostajemy wybrani, niekiedy wprost rażeni boskim wyborem. Przyjrzyjmy się słowu „powołanie”. To nie jest zwyczajne za-wołanie: przyjdź do mnie! Bardziej przypomina pobór do wojska; nie można się wycofać, wykupić, wykręcić. Ksiądz – poeta, Jan Twardowski wspomina, że on sam nigdy nie planował zostać duchownym (ani też poetą). Jedno i drugie na niego spadło, nie potrafił się wymówić ani od kazań, ani od wierszy. Powiesz: ale to odnosi się do duchownych właśnie, to jest do „funkcjonariuszy kultu”, jak pisało się w rubryce sowieckiego paszportu. Tak, to najbardziej spektakularne, ale w gruncie rzeczy duchowni to tylko szczególny przypadek duchowych, czyli wszystkich pozostałych. Nie znaczy to, że utożsamiam osoby duchowe, czy raczej  uduchowione  z wierzącymi, broń Boże! Każdy człowiek nosi w sobie potrzebę religijną, która według Fromma jest „potrzebą oddania i czci” wobec czegoś, co nas przerasta. Dla jednych to Bóg (Jahwe, Allach. Atman …), dla innych – drugi człowiek, pieniądz, sława m sukces itp.

Mannhaim pisze, że człowiek to istota transcendująca siebie. Transcendować – to wychodzić poza siebie ku; ku Komuś, ku Czemuś, Znaczyłoby to, iż nikt nie potrafi „zmieścić się w sobie”, musi się z siebie wychylić, wypłynąć, natknąć i zmieszać z czymś –kimś, kim sam nie jest. Czyli – wymagamy dopełnienia. Aby się spełnić, trzeba  się dopełnić.  Od innej strony patrząc: człowiek to istota nieszczelna, niedomknięta, i bynajmniej domknięcia nie pragnąca- stąd lęk przed samotnością.

Problem: czym się dopełniać i uzupełniać, aby ta pobrana skądinąd reszta pasowała do całości, nie odstawała, nie raziła? Dlatego ciągle poszukujemy nie tylko  platońskiej drugiej połówki, ale też – drugiego wymiaru, drugiej przestrzeni.

Obecna podaż religijnej „gotowizny” jest dość zwodnicza. Widać to wyraźnie pod doświadczeniach ruchu New Age-u, który doprowadził do powstania wielkiej ilości religijnych i quasi-religijnych hybryd.

Prekursorami byli tu hipisi, wyprawiający się w stronę Indii, Nepalu, Pakistanu w poszukiwaniu ekscytujących przeżyć i doznań. Pokolenie dzieci- kwiatów zapłaciło za te przygody i eksperymenty  ogromny haracz. Uganiając się za sposobami  i środkami poszerzania wyobraźni, rozwierania bram świadomości i zmysłowości,  doznawania rozkoszy, liczni z nich popadali w narkomanię i wyniszczające choroby.  Nierzadko przypłacali to życiem, stając się  przez to swoistymi męczennikami wolności – wolności od wszelkich powściągów.  Jak każda rewolucja, tak i ta: obyczajowa i światopoglądowa, ale  też „behawioralna”, zjadała swoje dzieci.

Tymczasem autentyczna religia, jak i autentyczna miłość, to właśnie zobowiązania, ograniczenia i samoograniczenia.

Spójrzmy na samo słowo „wiara”. Wierzyć w coś, to temu zaufać, zawierzyć, ślubować „i nie opuszczę cię aż do śmierci”. Wiara nie może więc być kwestią jedynie emocji, a nawet uczuć, bo te są kapryśne i zawodne. Wiara , jeśli już się pojawia, jest kwestią woli: Pragnę trwać przy Bogu (czy innej Wartości), bez względu na to, czy mi to przynosi zysk, czy straty. Naprawdę wiary, jej siły i autentyzmu, doświadcza się w przeciwnościach i zwątpieniach. Przysłowie mówi: „Jak trwoga, to do Boga”, ale Hiob i wielu innych doznaje trwogi… od Boga. Bo Bóg (Transcendencja) to nie tylko źródło oparcia, to także, według Rudolfa Otto numinosum, źródło grozy. Przeżycia religijne to nie jedynie uniesienia, ekstaza, lecz  i bojaźń boża.

 Kiedy się czci obiekt oddania, trzeba mu poświęcić   przynajmniej część swoich swobód. To poświęcenie  jest też zarazem uświęceniem  ukochanego obiektu. Ale, oddając mu się w całości, nie tracimy, a przeciwnie zyskujemy. Przede wszystkim: w nim zakorzenienie, przez co zabezpieczamy się w bycie,  usensowniamy własne istnienie. Bajka o Toczygrooszku jest zaprzeczeniem tego pragnienia wrośnięcia, potrzeby przynależenia. Męczennicy, którzy oddawali w mękach życie za wiarę, dziś budzą zdumienie i niezrozumienia, a nawet ironiczny uśmieszek.  Zamiast zazdrości, że potrafili kochać coś ponad siebie., tak mocno, że oddawali za to życie.

Współczesne eksperymenty z religią  (zwłaszcza wędrującej po szerokim świecie młodzieży) z jednej strony budzą sympatię, bo są dowodem ciekawości, otwartości, ekspansji, tolerancji, z drugiej wszakże budzą leki niepokój, bo przypominają nieco wszelkie inne mody. A moda służy po pierwsze naśladownictwu (często bezrefleksyjnemu), po drugie – „utłumowieniu”, gromadzeniu się we wspólnoty identycznie albo bardzo podobnie „umundurowane”.

Jakie byłoby więc najbardziej optymalne wyjście pomiędzy tradycjonalizmem i religijnym konserwatyzmem (bezwzględna wierność wierze przodków) a religijnym liberalizmem czy woluntaryzmem?

Mnie się bardzo podoba określenie Profesora Stefana Morawskiego „prywatyzacja wiary”. Rozumiałabym pod tym pojęciem przede wszystkim bardzo wyraźne przypomnienie, że wiara (czy niewiara) to rzecz całkowicie osobista, ba, intymna. Nikt obcy, a tym bardziej żadna instytucja nie ma prawa do niej się wtrącać, nawracać, pouczać, potępiać. Po wtóre: prywatyzacja wiary to także jej indywidualizacja. Zastrzeżenie sobie prawa, ażebym to ja sama decydowała o sposobie i rodzaju kontaktowania się z jej obiektem. Jeśli mi to odpowiada, to uczęszczam do kościoła i wypełniam jego praktyki, ale jeśli nie, to mogę obcować z transcendencją bezpośrednio. Zawsze w dziejach pojawiali się mistycy, którzy tak czynili. Mistycyzm poniekąd omija instytucję kościoła, chociaż jej nie neguje i nie zwalcza. Wiara mistyków- to wiara najbardziej żywa. Tak jak picie wody prosto ze źródła.

Ale nade wszystko wierzący (tak czy inaczej)  nie maja prawa 9 a powinni mieć zakaz) pogardzania czy nawracania niewierzących. Zasada prywatyzacji wiary dopuszcza także i to, że ktoś odrzuca lub nie doznał łaski. Niewierzący; ateiści czy agnostycy, są niezbędni choćby po to, aby dopełniać obrazu pluralizmu światopoglądowego, nie mówiąc już o tym, że – jak twierdzą niektórzy światli teologowie- są niezbędni w planie zbawienia. Stanowią wyzwanie dla wierzących, zmuszają ich do uzmysłowiania sobie argumentów na rzecz własnej wiary, zatem do jej zgłębiania i pogłębiania. Skoro sam Bóg stworzył ateistów i agnostyków, widocznie uznał, że tak jest dobrze….

A czym kieruję się ja sama w „sprawie Transcendencji”? chciałabym móc powiedzieć, że słuchem. To wyrażenie K. Jaspersa: „mieć słuch na znaki Transcendencji”, aby potrafić odgadywać Jej szyfry. Nie ma do nich żadnego jednego klucza, każdemu objawia się Ona inaczej, do każdego przemawia innym głosem, innymi obrazami. Wszyscy posiadamy zmysł Transcendencji, ale możemy go stępić czy zgoła zaprzepaścić przez nieużywanie.

Z grubsza biorąc, owo „czytanie szyfrów Transcendencji” wymaga założeniu, że wszystko,  co nas otacza, wszystko, co nam się przydarza, ma „drugie dno”. Znaczy to, co się nam wydaje na pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili, ale jeszcze coś ponadto.

Dlatego nie ma głupszego zdania, niż to, które wypowiedział kiedyś w „Nowych Atenach” ksiądz Chmielewski: „jaki jest koń – każdy widzi”, dziś przytaczane jako dowód oczywistości.

           Jaki jest koń? – Każdy widzi po swojemu. Dla Greka to Pegaz, koń skrzydlaty, dla Marii Konopnickiej, to umordowana „nasza szkapa”, dla Marszałka Piłsudzkiego to ukochana Kasztanka, koń – przyjaciel i poniekąd towarzysz wojaczki,  dla rzeźnika to potencjalne mięso na końską kiełbasę.

………………………………………………………………