Homo Inquietus

Aura tego, co niepowtarzalne.

Posted in Kazimierz Łyszcz, Kazimierz Łyszcz by staniszewski on 20 marca 2011

Na początku marca zapraszaliśmy na indywidualną wystawę prac Kazimierza Mirosława Łyszcza w Galerii „Resursa” w Radomiu. Dziś mamy okazję porozmawiać z nim o sztuce, pięknie, ikonach i konsumeryzmie.

Serdecznie zapraszamy do lektury wywiadu z kolejnym Człowiekiem Niespokojnym.
Fundacja Homo Inquietus

—————————————————————————————————-————————————————— ———

Marek Staniszewski.: Może zacznijmy od próby definicji: w którym momencie wg Pana przedmiot zaczyna być dziełem sztuki, albo dziełem w ogóle? Pytam ponieważ spotkać można wielość podejść do tego zagadnienia – intencja twórcy i odbiorcy wysuwają się na przemian na plan pierwszy – jak relacja ta wg Pana ujmowana być powinna?

Kazimierz Łyszcz

Kazimierz Łyszcz

 

Dr Kazimierz M. Łyszcz: O sztuce można mówić, jak wiadomo, najróżniejszymi językami i przyjmować rozmaite postawy wobec jej fenomenów. Budzi to liczne kontrowersje i prowokuje do sporów. Umówmy się, że na potrzeby tej rozmowy będę posługiwał się jednocześnie dwiema perspektywami, pierwszą – bardziej naukową dążącą do obiektywizacji sądów i posługującą się uogólnieniami oraz bardziej osobistą, zezwalającą na większą spontaniczność i subiektywizm punktu widzenia. Nie jest to bynajmniej jakaś forma rozdwojenia moich poglądów czy rodzaj asekuracji, często zdarza się nam, że pewne rzeczy wypowiadamy ex cathedra, mają wtedy większe znaczenie jako deklaracje składane explicite. Takie podejście syntetyzuje fakty, ułatwia stworzenie przejrzystego systemu sądów. Dzięki temu możliwe jest budowanie mniej czy bardziej konsekwentnego układu odniesień. Z kolei sądy indywidualistyczne, wyrażane spontanicznie pod wpływem konkretnego dzieła, pozwalają na „zanurzenie się” w strukturę artefaktu, na jego bardziej emocjonalną recepcję.

Kiedy jestem na wystawie i poruszony jej zawartością, spontanicznie wypowiadam moje odczucia, nie roszczą one pretensji do budowy systemu. Gdy jednak po pewnym czasie piszę recenzję tej wystawy, muszę odnieść się do szerszego kontekstu jej obecności w przestrzeni publicznej, bardziej uniwersalnego niż jedynie moje odczuwanie. Taka dwoistość odniesień ma częsty związek z oceną dzieł powszechnie uznanych za wartościowe. Dajmy na to, nie przepadam za obrazami Pabla Picassa z okresu „różowego”, które poprzedzały przełom kubistyczny w malarstwie.

Pablo Picasso (1881-1973); Toaleta, 1906.

Pablo Picasso (1881-1973); Toaleta, 1906.

Denerwuje mnie kolorystyka, zachowawczość kompozycyjna, brutalne uproszczenia formalne, ich często banalna lub sentymentalna tematyka. Jednak będąc człowiekiem „świata sztuki” i badaczem kultury wizualnej nie mogę zignorować wielkiego znaczenia tej fazy twórczości mistrza współczesności dla rozwoju sztuki XX wieku, rozumianej jako stadium przygotowawcze, w wyniku którego doszło do „poluzowania gorsetu” kanonów estetycznych i wyłonienia się licznych późniejszych „izmów”.

Wracając do Pańskiego pytania – można więc mówić o dwojakości istnienia dzieła sztuki w przestrzeni odbioru społecznego. W wymiarze oficjalnym, instytucjonalnym i intersubiektywnym, o wartości dzieła decyduje „art world” („świat sztuki”, określenie wprowadzone przez Artura C. Danto, amerykańskiego krytyka i filozofa sztuki), przypisując przy pomocy różnych zabiegów i działań artefaktowi określone miejsce w hierarchii. Dzieło musi spełniać określone kryteria stawiane przez ten świat kandydatom pretendującym do oceny. Jego walory formalne i technologiczne (sposób wykonania dzieła) oraz wartości estetyczne nie odgrywają w tym systemie roli koniecznej, istotniejsze jest miejsce i pozycja autora oraz kto to dzieło podaje ocenie.

Dzisiaj wiemy, że społeczne reakcje dają się skutecznie modelować i w pewnych przypadkach wyniesienie działania przeciętnego do rangi czegoś wyjątkowego nie przysparza większych trudności. Pozostaje to kwestią zaangażowania odpowiednich środków. Ready mades Duchampa były jawną prowokacją, a sam autor odżegnywał się od nazywania ich dziełami sztuki (inna sprawa że nie zawsze konsekwentnie).

Marcel Duchamp; Fontanna (1917)

Marcel Duchamp; Fontanna (1917)

Programowo same w sobie nie zawierały żadnych wartości artystycznych, były jedynie obiektami artystycznej manipulacji. A jednak figurują we wszystkich podręcznikach sztuki współczesnej i nikt dzisiaj chyba nie odmówiłby im statusu dzieł sztuki. Przesunięcie hierarchii znaczeń – z wartości immanentnej dzieła na rzecz jego kontekstu istnienia w „świecie sztuki” doprowadziło między innymi do wspomnianego wcześniej rozdwojenia. W przewidywaniu złamania ręki – łopata do odgarniania śniegu, w wyniku tego zabiegu jest uznawana za dzieło sztuki, bo taki był sens działania Duchampa. Natomiast dozorca, nawykły do wymachiwania taką szuflą podczas śnieżnych zim, uzna ją za przedmiot znajdujący się w nieodpowiednim miejscu. Dla niego łopata pozostaje łopatą, a niezwykłe miejsce jej eksponowania wytworzy postawę niezgody lub braku dostosowania do sytuacji. Nieświadomie będzie wyrazicielem „estetyki oporu” wobec proponowanej mu zamiany kontekstu banalnego przecież obiektu.

M.S. Na ile twórca „ucieleśnia” się w tworzonych dziełach, umieszcza w nich niejako część siebie, własnej osobowości? Na ile jesteśmy w stanie na podstawie anonimowego dzieła powiedzieć coś na temat osobowości tego, kto je stworzył? Czy w ogóle jest to możliwe?

K.M.Ł.: Ucieczka od siebie samego w tworzonych dziełach jest niemożliwa, na sposób wyboru motywu, technikę, formy realizacji dzieła wielki wpływ ma nasza umysłowość, która poprzez zwielokrotnione i splątane relacje decyduje o ostatecznym kształcie dzieła. Rzecz w tym, że jest to oddziaływanie zróżnicowane i uzależnione od potencjałów kreacyjnych, talentu autora oraz możliwości technologicznych epoki. W malarstwie realistycznym XIX wieku, programowo dążącym do absolutnie zobiektywizowanego przedstawiania rzeczywistości, a więc redukcji indywidualizmu autora, bardzo trudno prima facie odróżnić dzieła poszczególnych mistrzów.

Ilja Riepin; Burłacy na Wołdze.

Ilja Riepin; Burłacy na Wołdze.

Na przykład obrazy pieriedwiżników są bardzo do siebie zbliżone formalnie. Dopiero drobiazgowe analizy i badania stylu i techniki, pozwalają na atrybucję obrazu.

Podobnie jest w bardzo odległym artystycznie od realizmu kubizmie, obrazy Braque’a i Picassa z fazy analitycznej są praktycznie nierozróżnialne. Niemniej jednak, na podstawie zastosowanych elementów formalnych w dziele można dużo powiedzieć o hipotetycznej osobowości autora. Wiadomo, że specyficzny dobór barw, skłonność do określonego typu kompozycji, operowanie fakturą czy natężeniem światłocienia uwarunkowane jest osobistymi predylekcjami i inklinacjami autora. Analizując prace plastyczne dzieci często mówimy o „typie haptycznym” uzdolnień – preferującym własności dotykowe, fakturalne wytworu oraz „typie wizualnym”, czyli takim, dla którego ważniejsze są elementy postrzeżeń wzrokowych z pominięciem bezpośredniego kontaktu z przedmiotem. Dzieci do pewnego wieku są spontaniczne i szczere w wypowiedzi, natomiast artyści profesjonalni często przyjmują różne strategie, pozy, maniery aby uniknąć prostego utożsamienia z dziełem. Jednak na drodze żmudnych rozróżnień i obserwacji można dociec, w których przypadku przez tę maskę prześwitują rzeczywiste upodobania autora. Kiedy poznamy styl pracy artysty, łatwiej mam go dostrzec w innych, nieznanych nam dotychczas wytworach.

M.S. Co jest właściwą istotą dzieła? Która z jego funkcji jest najważniejsza?

K.M.Ł.: Trudno na to pytanie odpowiedzieć w sposób ostateczny i zamknięty. To samo dzieło sztuki może pełnić różne funkcje i często występują one jednocześnie. Sposób jego odbioru i oceny warunkuje nasza aktualna świadomość kulturowa, a ta podlega ciągłej przemianie. Któż mógł się spodziewać przed dwudziestu kilku laty takiej ekspansji sztuki krytycznej, gejowskiej, feministycznej czy socjologicznej? Wcześniej to były jednak marginesy, intrygujące i inspirujące, aczkolwiek pozostające poza głównym nurtem rozwoju. Dzisiaj nadają ton i charakter współczesnym projektom artystycznym, nawet działaniom studentów w uczelniach artystycznych. Wspomniałem o ambiwalencji odczytu dzieła w kontekście zróżnicowanego odbioru w przestrzeni społecznej. Wydaje się, że dominująca rola wartości estetycznych, które kiedyś były warunkiem sine qua non każdego dzieła, dzisiaj jest w defensywie; w przekonaniu wielu twórców i komentatorów sztuki, prawdziwa esencja wytworu artystycznego zawiera się w jego sferze komunikacyjnej, informacyjnej. Dzieło przenosi określoną porcję informacji, coś komunikuje i ten komunikat jest znaczący dla uczestników relacji artystycznej. Porządkuje i układa w złożone sensy chaos współwystępujących elementów formalnych oraz, jeśli jest dziełem dobrym, ubiera je w czytelny przekaz semantyczny. Rzecz jednak w tym, że poza tą porcją, zazwyczaj bardzo rozbudowanych informacji, znajduje się duży ładunek irracjonalności, cech specyficznych dla danego dzieła, niepowtarzalnych, a odbieranych jedynie podczas indywidualnego kontaktu. Nie dają się one sprowadzić do tekstu, jak chcieliby to widzieć poststrukturaliści. Zredukowanie obrazu do samego tylko komunikatu wizualnego, co ma miejsce w przypadku jego digitalizacji, powoduje ubytek czegoś trudnego do określenia, czegoś co pojawia się jedynie podczas bezpośredniego kontaktu z pierwowzorem, a ma istotny wpływ na emocje rządzące naszym odbiorem. Walter Beniamin nazywa ten nieuchwytny empirycznie aspekt dzieła „aurą” i zakłada, że to on decyduje o jego niepowtarzalności. Obok utraty aury, niepokojący jest także rozbrat sztuki współczesnej z pozytywnymi wartościami etycznymi, odrzucenie sfery epistemologicznej. W dłuższej perspektywie doprowadzi to do swoistej dysfunkcji sztuki w przestrzeni społecznej, destrukcji jej form i zaniku trwałych wartości.

Cerkiew w Białym Borze

Cerkiew w Białym Borze

Miałem okazję być w cerkwi w Białym Borze, niewielkiej świątyni zaprojektowanej przez Jerzego Nowosielskiego, wypełnionej jego malowidłami. Niezwykłość tego miejsca odnosi się nie tylko do wyjątkowych doznań zmysłowych, jakie możemy tam napotkać lecz także do powagi uczuć, dostojeństwa świętości promieniującej ze ścian i spływającej na duszę strudzonego pielgrzyma. Wrażenie, jakie robi to wnętrze jest całkiem niesamowite, autorowi udało się w nim połączyć wysokie walory estetyczne z zaangażowaniem na rzecz pomnażania idei dobra. Otoczenie zewnętrzne cerkwi jest zupełnie nieatrakcyjne, jednak po przekroczeniu jej progu doświadczamy zadziwiającej metamorfozy uczuć, ich niesłychanego uwznioślenia, czegoś na kształt pogłębionego katharsis. Szkoda, że przykłady takiego obcowania z sacrum są w dzisiejszej sztuce odosobnione.

M.S. Skoro padło nazwisko Nowosielskiego, to zapytam przy okazji jak Pańskim zdaniem należałoby traktować ikony tak charakterystyczne dla chrześcijaństwa obrządku wschodniego?  Czy należy je odbierać jako obraz czy może bardziej jako tekst? Pytam ze względu na osobistą fascynację – niezwykle mnie intrygują wschodnie przedstawienia figury św. Jerzego zabijającego smoka – niezwykłej alegorii motywu, którego paralele można znaleźć niemal w każdej ludzkiej mitologii.

K.M.Ł.: Pamiętajmy o tym, że ikony są obrazami religijnymi działającymi na wyznawców prawosławia. Dla nas sens tych obrazów jest często zakryty, patrzymy na nie przez pryzmat estetyki Zachodu, każącej doszukiwać się w nich przede wszystkim walorów sensualnych. Tymczasem są to obrazy święte, przed którymi pobożny chrześcijanin powinien pokłonić się i odmówić modlitwę.

Biały Bór, wnętrze cerkwi (fot. W. Kryński, PWN SA)

Biały Bór, wnętrze cerkwi (fot. W. Kryński, PWN SA)

Ikona nie tylko przedstawia jakiś temat, ale go przede wszystkim uobecnia. Staje się pośrednikiem pomiędzy rzeczywistością nadprzyrodzoną, do której się odwołuje, a rzeczywistością empiryczną, z której elementów została utworzona. My patrzymy głównie na to co zmysłowe, osoba prawosławna dostrzega w niej obecność transcendencji. Ikona reprezentuje wizerunki osób świętych, ujętych z perspektywy wieczności, zbawienia. Pokazuje je jako byty uwolnione od ziemskiej doczesności i fizyczności. Ponieważ ikona nie naśladuje realnego obrazu świata, a myśli kieruje w stronę duchowości i Absolutu, jest dla nas synonimem sztuki głęboko metafizycznej. Stąd wynika jej szczególny język, w którym każdy występujący znak znaczy coś więcej niż on sam. Ikona jest objawieniem o stworzeniu, o nowej rzeczywistości, o przemienionej duchowości, dlatego taki ważny jest w niej przekaz pozaestetyczny. Tymczasem dla katolików obrazy religijne są specyficznym wspomożeniem aktu wiary, odwołującym się do rzeczywistości ziemskiej, materialnej, nie eschatologicznej.

Św. Jerzy (Etiopia)

Św. Jerzy (Etiopia)

Współczesna sztuka Zachodu jest sensualna, dosadnie realistyczna czy też nawet „somatyczna”, brakuje jej tajemnicy i obietnicy wyjątkowości. Dlatego na ikonę patrzymy jak na wcielenie naszych tęsknot o świecie metafizycznym, prawdziwie głębokim. Jeśli dostrzegamy w niej wyłącznie pierwiastek zmysłowy, to w oderwaniu od wiary, może grozić radykalnym spłaszczeniem recepcji, a często prowadzić do nieporozumień teologicznych (vide obrazy wspomnianego Jerzego Nowosielskiego znajdujące się w świątyniach katolickich). Ikona, z racji swojego alternatywnego wobec zachodnioeuropejskiego realizmu porządku wizualnego, wielokrotnie budziła zainteresowanie malarzy nowoczesnych, między innymi Wasyla Kandinsky’ego, Kazimierza Malewicza, Ferdynanda Legera, Maurice’a Denisa czy Henri Matisse’a. Jednak ich artystyczne dywagacje na temat ikony są bardzo odległe od jej istoty, jak to określiła Irina Językowa, są to „jedynie amorficzne zdeformowane puste obłoczki z maskami zamiast twarzy”, mówiące o zagubieniu sztuki współczesnej i niemożności uchwycenia duchowości człowieka.

Ikony przedstawiające walkę św. Jerzego ze smokiem, mogą być również traktowane jako parafraza piękna i dobra, pokonującego zło i brzydotę. Każda zdrowo funkcjonująca cywilizacja posługuje się takimi odwiecznymi toposami, gdzie podział ról jest jednoznaczny, wyjątkiem jest nasza współczesna, która zapragnęła napawać się tryumfem szkaradności i występku…

M.S. Spróbujmy zatem dokonać pewnych uogólnień. Jak wobec powyższego należałoby więc w ogóle definiować PIĘKNO – chodziłoby mi w tym przypadku o definicję jak najbardziej użyteczną.  Czy istnieją rzeczy „piękne” w sposób uniwersalny, czy jest to pojęcie względne – zmieniające się wraz z warunkami, wiedzą, poznaniem?

K.M.Ł.: Dałem poprzednio do zrozumienia, że odczuwanie dzieła, także ocena jego własności estetycznych warunkowana jest przez obowiązujące modele recepcji artefaktów kulturowych. Zmieniając się w czasie, wraz z metamorfozami obyczaju, mód, świadomości kulturowej, odczytywanie dzieła sztuki pozwala na modyfikację jego atrybutów, w tym także piękna. Jak wiadomo, do piękna można podchodzić jak do wartości absolutnej, niezależnej od naszych potencjałów interpretacyjnych, bądź jak do wartości uzależnionej od gustu, indywidualnego osądu. Już sofiści zakładali relatywizm ocen doznań opartych na poznaniu zmysłowym – a przecież sztuka operuje najróżniejszymi wrażeniami i spostrzeżeniami i na bazie bodźców zmysłowych buduje przekaz. Dopiero na ich podstawie może rysować się ponadestetyczny sens dzieła. Z kolei stanowisko Platona zakłada obecność idei piękna –  absolutu do którego zmierzamy, ale którego nigdy nie da się osiągnąć, bo na przeszkodzie staje nasza ograniczoność. W jego ujęciu piękno jest wieczne, niezmienne, harmonijne, doskonałe formalnie. Prześwituje ono przez aspekty doświadczane zmysłami, lecz jest odległe od konkretnego wcielenia, może być osiągalne dopiero wówczas gdy  w pełni uaktywnimy nasz umysł i odrzucimy pokusy zmysłowości.

Piękno platońskie ma zatem wymiar intelektualny i jest uzależnione od duchowości podmiotu. Obydwie te  postawy są skrajne, a mimo to pociągają prostą kwalifikacją i znajdują swoich wyznawców. Wydaje się że bardzo trudno jest mówić o jakim jednym powszechnie obowiązującym modelu. Odpowiednie ukształtowanie formalne jest niezbędne lecz niewystarczające dla odczucia pełni, konieczny jest także aspekt etyczny dzieła. Z pięknem w sztuce dzisiaj mamy potężny kłopot, bo uznane zostało za wartość zmistyfikowaną, a może nawet totalitarną. Trudno we współczesnym „świecie sztuki” znaleźć dzieła oparte na harmonii, ponadczasowości, klasycznym zestroju harmonijnie dobranych części. Miast tego mamy niepokój, ulotną dynamikę, wciąganie działania artystycznego w obszar świata codzienności, drażniące nieuporządkowanie, zanik aury, brak konsekwencji… Natomiast w odniesieniu do rzeczywistości codziennej, sfery profanum, piękno zredukowane do kategorii śliczności, jest dzisiaj wehikułem skutecznego wpływu na zachowania konsumenckie.

M.S. Piękno może więc być traktowane jako narzędzie wpływu na konsumentów – swoistej „przemocy”, ukrytej formy nakłaniania do zakupów? Czy nie ma Pan wrażenia, że obecnie biznes, firmy w komercyjnych celach prześcigają się w „estetyzacji doświadczeń konsumenckich”? Wielką wagę (i coraz większe pieniądze) poświęcają na design, pracę nad „identyfikacją wizualną”. Często można spotkać zarzut, że chcą przy pomocy estetycznej powłoki przykryć marny lub nijaki produkt….

K.M.Ł.: Estetyka codzienności święci dzisiaj swój wspaniały tryumf. Piękno – wartość w systemie „art worldu” mocno podejrzana, uzyskało swoje apogeum w działaniach komercyjnych, zapewniających zwiększenie sprzedaży, wzrost atrakcyjności konsumenckiej. To dosyć ciekawy mechanizm – pozytywna wartość estetyczna, a taką jest piękno, wygnana ze współczesnego „świata sztuki”, znajduje swoją coraz intensywniejszą reprezentację w sferze codzienności… Traktowane jest jednak nie jako wartość sama w sobie lecz jako zmysłowy wabik. Wszystko, co pojawia się w sprzedaży powinno być pięknie opakowane, pachnące, budzić pozytywne skojarzenia sensualne. Stanisław Ossowski twierdził, że wartości estetyczne, w przeciwieństwie do wartości artystycznych, mają wymiar powszechny, demokratyczny. Apelują do upodobań masowego odbiorcy, nie odnoszą się do jakiegoś piękna abstrakcyjnego, idealnego lecz takiego, które jest związane z wartościami witalnymi czy aspektami utylitarnymi rzeczy. Każdy na nie reaguje, kieruje się pożądaniem i daje się uwieść.

Mechanizm uwodzenia jest podstawą współczesnego marketingu. Ponowoczesna gospodarka, zainteresowana wzbudzaniem potrzeb i generowaniem popytu na towary nie mogła tego faktu nie docenić. Łatwo zauważyć, że przedmioty użytkowe, towary, usługi, muszą spełniać podwyższony poziom atrakcyjności wizualnej. Ich rzeczywiste zalety – jakość wykonania, trwałość, użyteczność, chociaż istotne, nie są już pierwszoplanowe. Opakowania stało się ważniejsze od jego zawartości. Często jednak samo ukształtowanie przedmiotów nie decyduje jeszcze o sukcesie produktu, trzeba konsumentowi umiejętnie „wdrukować” przekonanie, że dzięki zakupowi stanie się wyjątkowy, bardziej atrakcyjny, będzie przynależał do uprzywilejowanej grupy społecznej. Towarzyszą temu odpowiednie „brandowanie”, to znaczy posługiwanie się znakami marek umożliwiającymi identyfikację, satysfakcję psychologiczną a nawet wzrost poczucia prestiżu oraz nachalna reklama odwołująca się do egoistycznych pobudek. W rzeczywistości, cała potężna kampania tworzenia odpowiedniego wizerunku towaru, bardzo często przykrywa jego miałkość czy całkowity brak indywidualizmu.

M.S. Skoro jesteśmy przy pięknie, w kontekście działań marketingowych, to zapytam co sądzi Pan o estetyce współczesnej reklamy (prasowej, telewizyjnej, outdoor)? Czy dostrzega Pan jakieś cechy specyficzne polskiej reklamy?

K.M.Ł.: Kiedy przed dwudziestu laty po raz pierwszy wyjechałem za granicę i znalazłem się w ówczesnej Czechosłowacji, uderzyło mnie to, że ich reklamy są inne niż nasze. Miały bardziej pastelowe kolory i dominowały w nich „miękkie” formy. Zdradzały też lepszą jakość wykonania. Polskie szyldy były krzykliwsze, agresywniejsze wizualnie i było ich zdecydowanie więcej. Kiedy w ubiegłym roku przejeżdżałem samochodem przez Słowację, to zauważyłem, patrząc na bilbordy i reklamy w mijanych wioskach i miastach, że wielkich różnic – poza językiem i występowaniem lokalnych produktów nie ma. Można jeszcze mówić, że w Polsce jest ich dużo więcej i są mniej uporządkowane. Tę różnicę łatwiej dostrzec gdy się przekracza naszą zachodnią granicę. Przestrzeń publiczna w Niemczech jest poddana o wiele surowszym ograniczeniom i normom, uniemożliwiającym całkowitą wizualną wolnoamerykankę. Pamiętajmy jednak, że to ograniczenie zostało uzyskiwane przy pomocy licznych narzędzi represji. Jednak sama treść i forma reklam jest wszędzie podobna. Główna przyczyna jest taka, że jej ton nadają najważniejsi rynkowi gracze czyli międzynarodowe koncerny. Ujednolicają przekaz, wyrównywają różnice występujące pomiędzy lokalnymi kulturami, posługują się formami zglobalizowanymi i tekstami znajdującymi się w obiegu powszechnym. Firmy te wykorzystują się podobne urządzenia i gadżety np. citylighty, billboardy, obiekty pneumatyczne a ostatnio telebimy. Dodatkowo, rozwój chwytów reklamowych, mimo całej różnorodności, zmierza w podobnym kierunku –  do wykorzystywania działania komunikatu na podświadomość, przemycania wątków erotycznych, manipulowania bodźcami wzrokowymi, tworzenia zaskakujących skojarzeń etc. Dowodzi to tego, że pomimo lokalnych różnic, język ten coraz bardziej upraszcza się i unifikuje. Reklam telewizyjnych nie śledzę uważnie, więc trudno mi się wypowiedzieć, najbardziej zauważalne w nich jest potęgujące się operowanie podtekstami erotycznymi.

M.S. W jaki sposób odbiorcy tych wszystkich komunikatów mogą się przed nimi „bronić” choćby poprzez świadome odrzucanie? Czy można się w ogóle nauczyć „smaku”, wyczucia estetycznego?

K.M.Ł.: Smak estetyczny jest pojęciem bardzo wysublimowanym znaczeniowo, uzależnionym od kontekstu społecznego i jako taki wielokrotnie był poddawany krytyce. Wiąże się z savoir vivre, systemem wartości dziedziczonym kulturowo. Często mówi się o dobrym i złym guście, należy jednak pamiętać, że takie rozróżnianie jest produktem społecznej dystynkcji. Pewnych form odczuwania nie da się wyuczyć, są one dziedziczone genetycznie. Należą do nich wrażliwość na bodźce zmysłowe, umiejętność ich świadomej percepcji i interpretacji oraz wrodzona potrzeba dążenia do ładu. Jednak większą część poczucia smaku zapewnia otoczenie kulturowe, w którym wzrastamy i towarzysząca temu ideologia estetyczna. Jednostki odpowiednio wyposażone w potencjał naturalny daje się jak najbardziej estetycznie warunkować i kształtować.

M.S. W imieniu całego Zespołu Fundacji oraz Naszych Czytelników bardzo Panu dziękuję za rozmowę.

Kazimierz Mirosław Łyszcz – absolwent Instytutu Wychowania Artystycznego UMCS w Lublinie –  dyplom w Pracowni Struktur i Działań Artystycznych pod kierunkiem Dobrosława Bagińskiego, aneks w pracowni malarstwa Mariana Stelmasika. 
W latach 2000 – 2004 odbył studia doktoranckie na Wydziale Filozofii i Socjologii UMCS. W 2005 r. obronił rozprawę doktorską z zakresu estetyki i filozofii sztuki pt. Między tradycja i nowoczesnością. Poglądy estetyczne Mieczysława Porębskiego, której promotorem był prof. Tadeusz Szkołut.
Zorganizował 5 wystaw indywidualnych, ma na swoim koncie ponad 40 wystaw zbiorowych w Polsce i za granicą (Austria, Czechy, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa, Niemcy). Od 2003 uczestniczy w Internationale Werkstattwoche w  Wittingen (Niemcy).
Zajmuje się malarstwem, działaniami plastycznymi i teorią sztuki. Pracuje na Wydziale Sztuki Politechniki Radomskiej i Zespole Szkół Plastycznych w Radomiu.

Reklamy

Herakles, Jezus Chrystus i Lord Vader…

Posted in Czytelnia, Jarosław M. Spychała, Jarosław M. Spychała by staniszewski on 14 marca 2011

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wspierającym działalność Fundacji Homo Inquietus.

Z Jarosławem Markiem Spychałą rozmawialiśmy w marcu ubiegłego roku. Jarosław M. Spychała jest filozofem,  artystą, dziennikarzem twórcą oryginalnego projektu LEGO-LOGOS (ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ) oraz Międzynarodowego Festiwalu Kultury Filozoficznej Creatio Ex Legendo TM. Na antenie radia TOK FM prowadzi cykliczną „Audycję Filozoficzną Lego-Logos”, jest również opiekunem merytorycznym w projekcie „Społeczne Warsztaty Parlamentarne Młodzi w Demokracji” oraz członkiem Stowarzyszenia Edukacji Filozoficznej PHRONESIS.

Dziś prezentujemy jego esej pt. „Herakles, Jezus Chrystus i Lord Vader na rozstajnych drogach”.

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

—————————————————————————————————————————————————–

Jarosław Marek Spychała

Jarosław Marek Spychała

 

 

Trzy postaci, odległe w czasie i rzeczywistości. Mitologiczny Herakles, historyczny Jezus Chrystus i fikcyjny Lord Vader – trzy odsłony drogi sukcesu.

Jarosław Marek Spychała

 

 

 

Herakles, Jezus Chrystus i Lord Vader na rozstajnych drogach.

Idea rozstajnych dróg, wyborów jakich dokonują Herakles, Jezus Chrystus i Lord Vader, jest w istocie echem filozoficznego sporu o naturę człowieka – czy jest on z natury dobry czy zły? Ważne w tym kontekście były również pytania o to, na ile człowiek ma wpływ na swoje życie i na ile można go z niego rozliczać; czy może ponosić konsekwencje swoich czynów lub wpływać na los, którego doświadcza. Spór ten, podobnie jak wiele innych na gruncie filozofii, jakkolwiek doczekał się wielu propozycji rozstrzygnięcia, to nigdy nie został rozstrzygnięty ostatecznie. Gwoli uchwycenia jego istoty, dynamiki warto przypomnieć tu dyskusję Ericha Fromma z Zygmuntem Freudem w kwestii natury człowieka.

Zygmunt Freud stał na stanowisku dualizmu natury ludzkiej, na którą, jego zdaniem, z jednej strony składa się instynkt życia, Eros, który wznosi człowieka ku Dobru, z drugiej, instynkt śmierci, Thanatos, który ciągnie go ku Zło. Freud utrzymywał, że człowiek jest w tej samej mierze dobry co zły, i tylko od wrodzonej siły instynktów zależy, która strona w człowieku wygra i jaki kształt ostatecznie uzyska jego osobowość. Stanowisko Freuda należy uznać za deterministyczne, które zamyka człowieka w klatce dwóch instynktów. Wszystko, co człowiek może uczynić jest jedynie balansowaniem między dobrem a złem, gdyż obie te sfery są nierozerwalnie ze sobą złączone tworząc prawdziwą naturę człowieka, któremu nigdy nie uda się być jednolitym, tylko dobrym.

Z Zygmuntem Freudem polemizował po latach Erich Fromm, który twierdził przeciwnie, że człowiek jest z natury dobry i nie ma w sobie żadnego pierwiastka zła – freudowskiego instynktu śmierci. Podkreślał, że człowiek z natury jest jednorodny, jest tylko dobry. Jeśli natomiast w dorosłym życiu jest zły, to dlatego, że staje się zły, i staje się taki nie wskutek działania wrodzonych instynktów, ale własnych wyborów, których dokonuje już od najmłodszych lat swego życia.

W rzeczywistości pomysł Fromma nie jest zupełnie nowy i ideowo sięga okresu sprzed 2500 lat temu. Wtedy to bowiem w kręgu Pitagorasa i jego uczniów narodziła się koncepcja filozofii pytającej „jak żyć należy” (βιοτεον πως), aby osiągnąć szczęście. Odpowiedź wypracowaną przez filozofów stanowił mit o Heraklesie na rozstajnych drogach, który miał praktycznie pomóc człowiekowi w wyborze drogi życiowej i osiągnięciu szczęścia, czy – jak byśmy dziś powiedzieli – sukcesu.

Mit i Heraklesie, wizja Pitagorejczyków, która za nim stała, choć jest odległa czasowo od współczesności, to wciąż zaznacza swoją kulturową bliskość, nieprzemijającą doniosłość, obecność wyczuwalną w wielu dziedzinach ludzkiego życia. I od tej wizji zaczniemy.

Herakles
Mit opowiada o dylemacie młodego Heraklesa, stojącego na rozdrożach przed koniecznością wyboru drogi, którą będzie podążał w dalszym, dorosłym życiu. Na jednej z dróg pojawia się piękna dziewczyna o imieniu Kakia (z gr. „Zła”). Zachęcała ona Heraklesa do pójścia jej drogą, obiecując łatwe, pozbawione wysiłku, usłane przyjemnościami życie – to zdaniem jest szczęście. Z drugiej strony nadchodzi skromna, uboższa urodą niewiasta o imieniu Arete (z gr. „Najdoskonalsza”, a dokładniej imię jej utworzone jest od gr. czasownika „ariskomaj”, czyli sprawiać, że ktoś lub coś staje się najdoskonalszym) i zachęca Heraklesa do wyboru swojej drogi, która nie będzie łatwa, lecz właśnie trudna, wymagająca pracy i wysiłku, ale prowadząca do szczęścia.
Herakles, jak na młodego chłopaka przystało, dokonał oczywistego wyboru – zwrócił się ku pięknej Kakii.

Miedzy kobietami dochodzi do wymiany zdań i okazuje się, że obietnice Kakii są złudne. Tym bowiem, którzy za nią podążają w próżniactwie, w wykwincie, w tłustym dobrobycie upływa im młodość, w nędzy i zaniedbaniu dożywają starości; muszą się wstydzić, kiedy pomyślą o tym, co dawniej czynili, i ciężarem przygniata ich to, co czynią obecnie. Lekko wprawdzie przewinęli się przez uciechy młodości, ale na starość zachowali dla siebie same zgryzoty. Jest to zatem pozór szczęścia. Ci zaś, którzy podążają za Arete, doznają losu przeciwnego, z przyjemnością przypominają sobie swe dawne uczynki i z prawdziwym zadowoleniem wykonują prace bieżące. A w nagrodę zdobywają doskonałą pod każdym względem szczęśliwość” (Ksenofont, Pisma Sokratyczne, II 21-33, tłum. L. Joachimowicz).

W antyku mit ten zapisywano symbolicznie pod postacią litery Y, albowiem w języku greckim litera ta nazywa się ypsylon i ma dwa ramiona, z których jedno jest szersze, a drugie węższe. Sądzono, że człowiek, podobnie jak Herakles dokonuje wyboru swojej życiowej drogi. Z jednej strony stoi przed nim otworem droga szybka i łatwa, którą podążanie nie pociąga za sobą żadnego trudu i wysiłku, jednak ostatecznie pchnie go ku nieszczęściu. To ją symbolizuje szerokie ramie litery ypsylon. Z drugiej natomiast strony otwiera się przed człowiekiem droga powolna i trudna, której przejście wymaga wiele cierpliwości i pracy, jednak jej koniec uwieńczony jest zadowoleniem i szczęściem –wąskie ramie ypsylon.

Przykład herosa miał przekonywać śmiertelnych, że każdy może osiągnąć szczęście i będzie to zawdzięczać nie przypadkowi lub woli bogów, lecz własnej pracy i wysiłkowi. A prawdziwe szczęście, zaczyna się już w momencie właściwego wyboru, tu i teraz, na tym świecie, za życia.

Jezus Chrystus
Historia życia Jezusa przedstawiona w ewangeliach jest m.in. opowieścią o świadomości wyboru, którego dokonuje Chrystus i o trwaniu w swoim postanowieniu. Esencję tego wyboru obrazuje scena kuszenia Chrystusa przez diabła. Chrystus czterdzieści dni i nocy przebywa na pustyni bez jedzenia. Przybywa do niego diabeł i kusi zachęcając głodnego: ‘Jeśli jesteś Synem Bożym powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem’. Jezus nie ulega i odpowiada: ‘Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych’” (Ewangelia Mateusza IV, 1–4).

Głód symbolizuje wszelki głód ciała, wszelkie potrzeby ciała, to co przyziemne, co przemijające, tak jak przyziemny i przemijający jest głód. Chrystus jednak trwa w słowie, we wszystkim tym, co oznacza grecki termin logos (λογος), czyli w tym, co należy do świata myśli i ducha, co przeciwstawne jest ciału i materii.

Jezus daje temu wyraz później. Widać to wyraźnie podczas kazania na górze, w którym nawiązuje do mitu Heraklesa przywołując tzw. przypowieść o wąskiej i szerokiej bramie: „Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują” (Biblia Tysiąclecia, Ewangelia Mateusza, VII 13). Chrystus poucza, że przez życie można przejść wąską bramą, czyli trudną drogą, lub bramą szeroką, czyli drogą łatwą i przestrzega ludzi, aby wybierali tę pierwszą, gdyż tylko ona prowadzi do prawdziwego życia. Obietnica szczęścia, którą daje Chrystus odnosi się jednak, w przeciwieństwie do Heraklesa, nie do życia doczesnego, tu i teraz, lecz do życia pośmiertnego, ewentualnego tam i potem.

Lord Vader
Postać filmowego Vadera, jednego z bohaterów „Gwiezdnych Wojen”, to w rzeczywistości historia rodziny Skywalkerów, ojca Anakina i jego syna Luke’a. Przeznaczenie stawia obu przed koniecznością wyboru miedzy jasną a ciemną stroną mocy – siłami, które rządzą losami galaktyki i jej mieszkańców. Obaj bohaterowie dokonują zdecydowanego wyboru – każdy jednak innego.

Pierwszy przed wyborem staje Anakin, który bojąc się o życie swojej ukochanej żony i nienarodzonego dziecka (potem okazuje się, że to bliźnięta), ulega strachowi i emocjom, chce szybko i radykalnie odsunąć zagrożenie – wybiera miecz i agresję. Strach jednak prowadzi go do ciemnej strony mocy i w konsekwencji zamiast ratować, to w amoku gniewu zabija bliskich, zdradza przyjaciół, niszczy to, na czym mu zależało i co chciał uratować, traci nawet siebie samego. Zamiast zbawcą staje się panem zniszczenia (Vader od łac. vadere – kroczyć naprzód w złych zamiarach).

Dwadzieścia lat później syn Anakina, Luke Skywalker, podobnie młody i narwany jak ojciec, znajduje się w analogicznym położeniu. W niebezpieczeństwie są przyjaciele Luke’a i jego siostra Lea. Młody Skywalker wie, że odpowiedzialny jest za to jego ojciec, teraz Lord Vader, który jest przyczyną wszelkiego zła w galaktyce. Najskuteczniejszym i najprostszym rozwiązaniem wydaje się być zabicie Vadera. Mimo to Luke nie daje się ponieść złym emocjom, które wcześniej zawładnęły jego rodzicem. Staje z ojcem do walki, zwycięża go jako wojownika, ale nie zabija i kierowany synowską miłością darowuje mu życie.

Przywykły do zabijania Lord Vader, początkowo nie rozumie wyboru syna, odbiera go jako słabość, powie: „tylko głupiec opuszcza swoją broń”. Po chwili jednak dociera do niego, że syn ofiarowuje mu coś więcej niż życie – daje mu bowiem szansę naprawienia wyrządzonych krzywd i powrotu na jasną stronę mocy.

Najistotniejszym przesłaniem tej opowieści jest zwrócenie uwagi, że nawet w permanentnie złym człowieku (np. jak Vader), pod maską okrucieństwa, nadal może tlić się dobro, i jeśli wyciągnąć do takiego człowieka rękę, a nie miecz, to można go zawrócić na drogę dobra, na jasną stronę mocy. Choć trudno w życiu codziennym w to uwierzyć, to jednak często bywa właśnie tak, że ten, który krzywdzi potrzebuje pomocy bardziej, niż ten, który jest krzywdzony. Luke wybiera jasną stronę mocy. Ostatecznie ratuje przyjaciół, osiąga doskonałość, udaje mu się nawet uratować ojca. Jego wybór dowodzi, że zawsze i wszędzie można zawrócić i osiągnąć szczęście, mimo wcześniejszych błędów.

Wybór człowieka współczesnego
Skromna Arete, wąskie ramie litery ypsylon, wąska brama i jasna strona mocy, to w rzeczywistości nazwy tej samej trudnej drogi pracy i wysiłku, która prowadzi do szczęścia. Podobnie jak Kakia, szerokie ramie litery ypsylon, szeroka brama i ciemna strona mocy to nazwy łatwego wyboru, który nieuchronnie prowadzi do porażki. Współczesnych parafraz tego przesłania jest mnóstwo – ot najbardziej banalna – „nie chciało się nosić teczki, teraz ponosisz woreczki”.

Innymi słowy, sytuacja, w której znajduje się Herakles, Jezus Chrystus i Lord Vader jest uniwersalna i każdy z nich wybiera podobnie, choć nieco inaczej argumentuje. W tle ich wyborów rodzi się świadomość, że człowiek wybiera swoją tożsamość moralną poprzez czyny, których dokonuje. Nie rodzi się ani zły ani dobry, lecz się takim staje. Różnica tych historii polega w sposobie, w jaki bohaterowie zachęcają do właściwego wyboru. Herakles radzi, Chrystus ostrzega, a Vader (vel Lucas) inspiruje.

Nie ulega wątpliwość, że w pewnym sensie, kulturowo wygrał Lord Vader, który przemówił do przedstawicieli wszystkich religii. Znają go na całym świecie, Żydzi, Chrześcijanie, Muzełmanie, Buddyści – Azjaci, Europejczycy, Afrykanie. Niemal wszystkich fascynuje. Dlaczego? Dlaczego fikcja zwyciężyła rzeczywistość i podbiła współczesną cywilizację. Być może włąśnie dlatego, że Lord Vader udzielił rozgrzeszenia nawet tym, którzy w toku swoich życiowych wyborów upadli, a teraz dzieki niemu mogą powstać, zawsze i wszędzie. I nawet jeśli Vader jest fikcyjny, to jednak dotyka czegoś prawdziwego, co jest w nas – marzeń, które pozwalają się nam wznieść do gwiazd, być Skywalkerem.

 

Malujcie jak Koguciuk.

Posted in Czytelnia, Rozmowy, Stanisław Koguciuk by staniszewski on 31 grudnia 2010

Malarz, twórca ludowy Stanisław Koguciuk to prawdziwy „Człowiek Niespokojny” – Homo Inquietus. Mieliśmy okazję odwiedzić go pod koniec listopada tego roku. Koguciuk mieszka od lat w leżącej niedaleko Chełma wiosce Pławanice. Pijąc herbatę, przeglądając katalogi wystaw, podziwiając nieukończone jeszcze obrazy rozmawialiśmy na temat życia, twórczości, oraz obecnego odbioru jego prac. Zamieszczamy poniżej zapisy wybranych fragmentów jego opowieści.

Życząc miłej lektury załączamy również dla wszystkich Czytelników i Przyjaciół Fundacji życzenia wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2011. Rozwijajcie swoje pasje, realizujcie plany, nie zrażajcie się porażkami i pozostawajcie wciąż niespokojni.

Jednym słowem: malujcie jak Koguciuk!

Marek i Dorota Staniszewscy

——————————————————————————————————————–

Malujcie jak Koguciuk. Fragmenty rozmowy ze Stanisławem Koguciukiem.

Maluję już ponad 40 lat. Pierwszy temat to były pejzaże. Namalowałem na dwóch rękawach od koszuli. Płócienkowa koszula. I takie nieduże formaty – dwa pejzaże. Woda, drzewa, kaczuszki jakieś. Patrzałem zawsze jak ktoś maluje. Interesowało mnie to. No i namalowałem. Maleńkie takie wyszły. Żona zaczęła prać koszulę – nie ma rękawów. A gdzie rękawy?

Mówię: a na czym te obrazy namalowałem?

– Wiedziałam – mówi, ale że do tego stopnia, żeby koszulę zmarnować, to już jest niedopuszczalne!

No a później wysłała mnie z handlem na rynek.

Mówię: to może by te obrazy wziął?

– To bierz – mówi. Ale jak ludzie będą – znajomi – to powiedz żeby nie śmieli się ze śmiechu.

Wziąłem te dwa obrazy, pojechałem na rynek do Chełma. Ten wiejski handel już sprzedałem, a na te obrazy nikt nie patrzy. Myślę: do domu nie powiozę bo i tak koszulę zmarnowałem. Wyrzucę ich do śmietnika, te obrazy, bo żadnego nie sprzedam. Ale idzie taka dziewczynka mała – może osiem lat – no w każdym razie już chodziła sama po targu.

Mówię: dziewczynko, czy ty byś chciała te obrazy? Ona mówi: chciałabym, ale pieniążków nie mam. Ale ja bym ci za darmo dał bo mnie już śpieszy się do domu. Powiesz mamusi, że taki pan się śpieszył i dał ci te obrazy. No i jej oddałem. Zadowolony byłem. Bo jakby nie ta dziewczynka to bym wyrzucił do śmietnika. I bym nie malował. A ona mnie dodała takiej chęci do malowania.

Bo dziecko, to ekspert taki. Lepszy od starszych.

Przyjechałem z tego handlu do domu. Żona z daleka: co, obrazy sprzedał? Dużo wziął? Dużo nie wziął, bo to pierwsze malarstwo…

No i już później nic żona nie mówiła, a ja kupiłem płótna i listwy. Później to zawiozłem z piętnaście obrazów do muzeum – tego koło kościoła – i chętnie przyjęli, bo nie było wtedy takiego malarstwa…

Mieszkam dziś w Pławanicach, ale ja urodzony na Wołyniu [we wsi Jankowce]. Niedaleko za Dorohuskiem – dziesięć kilometrów od Bugu. Tam powiat Liuboml był. Teraz to jest Ukraina. Tam mieszkałem kiedyś. Tam była miejscowość, taka wioska, około sto pięćdziesiąt gospodarstw.

Mówiło się tam taką mową chachłacką [gwara północno-ukraińska]. Ale w szkole uczyli już po polsku. Niedobre to było bo dzieci pisały w szkole raz jeden wyraz tak, a drugi tak…

A dwie sąsiednie wioski – to  tam wyłącznie po polsku rozmawiali. U nas w wiosce były tylko trzy rodziny prawosławne, a rzymskokatolicka była cała wioska. Tu przyjechałem w czterdziestym piątym roku, do Pławanic.

To była ta zamiana. Tam wszystko spalone od razu zostało. Chociaż spalone, ale zdawało się, że jeszcze się wróci. Daleko się nie odjeżdżało. Myślało się, że człowiek na swoje miejsce jeszcze pojedzie. Ale tam nie ma już rodziny mojej bo wszystko uciekło tu – na tą stronę. Tam teraz las rośnie…

Co robiłem zanim zacząłem malować? Do emerytury zduństwo. Pięćdziesiąt lat. Jak murowałem piece, to dorywczo tylko malowałem. Zdunki w wojsku się nauczył – w Ciechanowie i w Legionowie służyłem w 56 – 57-mym.

Po wojnie piece były rozwalone to poszedłem na ochotnika glinę rozrabiać. Rozrabiałem tą glinę, a zdun remontował te piece, albo na nowo je przemurowywał. Mówię do niego: może mnie by Pan zezwolił od ściany kłaść kafle? Bo jak już rozrobiłem glinę to tylko siedzieć – bo on cały dzień nieraz murował. Mówi: no to bierz Pan linijkę i jak tak chcesz to kładź. I poszedł gdzieś na piwo. To ja i na froncie zacząłem układać kafle. Przyszedł, patrzy, mówi: nie będę tego rozwalał, ile Pan masz chęci, tyle Pan muruj. I tak razem murowaliśmy. W koszarach stawialiśmy piece, później kuchnie dla żon oficerów. Wyrzucaliśmy ceglane a murowaliśmy z kafli. Jak przyszedłem z wojska to murowałem piece rodzinie, a później już całe wioski murowałem. I po szkołach murowałem. Tyle miałem zamówienia.

Murowałem kuchnie z piecami chlebowymi i używalne, takie pięciokanałowe. Kiedyś kuchnie były z piecami chlebowymi. Z początku to gazu przecież nie mieli, szereg lat. Dopiero butle gazowe zaczęli kupować jakieś – ja wiem – dwadzieścia lat wstecz, może trzydzieści na wsi, a tak to wszystko w piecach palili. W koszarach też murowałem i w szkołach.

A jak jestem na emeryturze to już szereg lat nie przyjmuję takiej roboty zduńskiej. Wyłącznie maluję.

Sześć lat miałem zarejestrowany zakład malarski. Malowałem do wielu sklepów rzemieślniczych. Jak poszedłem na emeryturę to wyrejestrowałem ten zakład.

Ja już chyba ze dwadzieścia tysięcy obrazów namalowałem w życiu, a obrazów nic nie mam w domu. Nie tak dawno zająłem się tymi religijnymi – „Ukrzyżowanie”, „Zmartwychwstanie”. Parę lat tylko maluję takie, a wpierw to pejzaże. O, tu jest „Wiejskie wesele” jak jechali na wozach.

A tu jest taki dyplom. W Lesznie dostałem. Miałem tam te obrazy: „Ukrzyżowanie” i „Zmartwychwstanie”. Honorowe wyróżnienie dostałem. Ja tych dyplomów to parę kilogramów chyba posiadam – nawet ich nie pilnuję. Na dożynki wołają – dyplom. Na Chmielaki – dyplom. Do Kazimierza wołają – dyplom. Targi Jagiellońskie – pojechałem, alem w godzinę wszystko sprzedał, to już nawet nie czekałem na dyplom. Ponad czterdzieści lat człowiek maluje. To ile już może być tych dyplomów?

W Bielsku Białej miałem pierwszą nagrodę. Za „Ostatnią Wieczerzę” też nagrodę dostałem”. Ostatnio zamówili ze Stowarzyszenia pięć takich „Wieczerzy”. W sumie to tych „Wieczerzy namalowałem chyba ze dwadzieścia… To już mój taki styl. To inna „Wieczerza” od Leonarda da Vinci. Bo tak jak on, to nie wolno. Kopia trudniejsza od malowania, to raz, a drugi raz – kopię trzeba by dokładnie namalować i trzeba byłoby pisać się z imienia i nazwiska. A to już mój pomysł – to wnętrze domu. To już mnie wolno podpisać: „Stanisław Koguciuk”, a czyjejś pracy nie wolno byłoby mnie podpisać. Trzeba byłoby napisać: „kopia”, a kopię robił Koguciuk.

A tu bociany na tym obrazie. A tu majówka i kapliczka. Kiedyś tak było na Wołyniu – jak była taka majówka, to śpiewali pod kapliczką ludzie. Cała wioska schodziła się do kapliczki i śpiewali wieczorem…

W 1998 roku miałem wystawę taką zbiorową w Ministerstwie Kultury, departament plastyki. I tam bezterminowo otrzymałem książeczkę artysty plastyka. Przysłali mnie później zaproszenie na wystawę do Czarnkowa na Salon Wielkopolski. No i tam wymagane jest zaświadczenie. Zrobiłem ksero z Ministerstwa Kultury. A tak inni bez zaświadczenia nie mogą brać udziału.

W 1996-tym miałem drugą nagrodę na międzynarodowej wystawie w Legnicy. Druga nagroda była za „Humory” – „Blondynka bez nałogów”, „Zakochany” [również obraz „Wybory w Polsce]. Bo to jest konkurs rokrocznie humorystyczny.  Wyczytałem, że taki konkurs jest w Legnicy i tak malowałem. Startowało wtedy czterdzieści trzy kraje świata. Pierwszą nagrodę zdobył zdaje się Kosobukin [Yuriy Kosobukin – malarz ukraiński], a grand prix to też jakiś ruski zdobył ale już zapomniałem jego nazwiska. Dali tysiąc osiemset złotych wtedy. To zaraz po wymianie pieniędzy chyba było. Później zaproponowali mnie wystawę. Ja miałem sto obrazów w Legnicy. Jeden dziennikarz  z sześćdziesiąt kupił, a drugi koło czterdziestu.

Kiedy miałem wystawę indywidualną „Humorów” to o mnie Zdzisław Smektała, dziennikarz pisał. – Ma Pan zdjęcie siebie? Pytał. – Nie mam. – To niech Pan pisze i odmaluje swoją karykaturę. O tu mam taki ostatni katalog. Miałem ich z pięćdziesiąt ale porozdawałem. To była wystawa w Legnicy, taką mi dali dużą salę, z taką wieżą. To się nazywało „Świat Wielkiego Stanleya”.

Miałem też wyróżnienie w Szczytnie [obraz „Walka wręcz pomiędzy policją a nielegalnymi demonstrantami”]. Wyższa Szkoła Policji konkurs zorganizowała. I Kulczyńska z Warszawy miała wyróżnienie. Dwa wyróżnienia. Pierwszą nagrodą złota pałka policyjna była i dwa tysiące nagrody, druga pałka srebrna – tysiąc pięćset, trzecia – brązowa – tysiąc i dwa wyróżnienia po pięćset złotych.

Później to miałem wyróżnienia w Bielsko Białej, a teraz pod rząd miałem trzy razy pierwszą nagrodę w Krasnymstawie. Może to takie szczęście? Nieraz pojadę na kiermasz i zdaje się ładniejsze obrazy od moich, ale nie ma kupca. Dlaczego nie wiem. Ja w zeszłym roku zajechałem na Chmielaki i już mnie szukali – z Lublina małżeństwo mnie szukało. Wreszcie znalazło. Miałem cztery „Humory” i osiem miałem większych obrazów. Tego roku to już tak drożej brałem, a wpierw to nie. Małżeństwo pyta: ile ma Pan tych obrazów? – No osiem. – Po ile Pan ceni? – No po tyle. – A jakby my je wszystkie zabrali i dali tyle? – No to zabierajcie! Sprzedałem to w dwadzieścia minut. A tam dalej matka z synem takie ładne zdaje się obrazy mieli i nic. Dalej podchodzi takie małżeństwo z Warszawy: – Po ile Pan ma „Humory” te? – Humory sprzedaje po tyle. – „No to zabieramy wszystkie” te cztery. Ta matka z synem patrzy – co to jest? U nas nikt nie pyta, a Pan wszystkie już sprzedał. – Bo nie malujecie tak jak Koguciuk. Malujcie tak jak Koguciuk to i wy sprzedacie!

W Kazimierzu to samo – jeździłem trzy dni na te targi [targi sztuki ludowej w Kazimierzu nad Wisłą]. Brałem po cztery obrazy no i wszystkie sprzedałem. A tylko cztery miałem dziennie. Tego roku w Kazimierzu, to znów Niemcy kupili. To była „Droga Krzyżowa” i „Ostatnia Wieczerza” i jeszcze coś. Bo w zeszłym roku to nie kupili. Mówili: Panie Koguciak – nie Koguciuk, tylko Koguciak mówili – na drugi rok u Pana kupimy. Ja mówię: gdzież do drugiego roku? Można umrzeć. Ale tego roku tylko w Piątek zajeżdżam do Kazimierza – miałem sześć większych obrazów – już na mnie czekają. Te same Niemcy. – Tego roku kupimy! Po ile Pan ceni te obrazy, bo nawet dwadzieścia byśmy kupili. Ja mówię: po tyle, ale Panowie, ja mam tylko sześć. – To nic, kupujemy. No i kupili. Tu ciągle handel – piątek, sobota, niedziela. Ja już nie mam czym handlować, a Stowarzyszenie zaoferowało jeszcze dwa noclegi. Dobrze, że dziesięć „Homorów” zawiozłem do Stowarzyszenia to jak jechali to mi je zabrali ze sobą. Na drugi dzień, w sobotę te humory też sprzedałem w parę godzin. W niedzielę to już tylko na zespoły patrzyłem. W Kazimierzu najlepiej się sprzedaje.

Byłem też tutaj na dni Chełma. Obrazów miałem zdaje się sześć takich większych. No mówią: już pana szukała jakaś pani, chciała kupić cztery pięć obrazów albo i więcej. Ja mówię: ona i jednego nie kupi. Bo to zaczyna się targ, ja zacenię po tyle złotych, to ona i jednego nie kupi. Oni mówią: o, już właśnie idzie ta pani. Przychodzi, pyta: ma pan obrazy? – No mam. – Ile? – Sześć. – Po ile Pan chce? – No po tyle. – Niech Pan wiąże wszystkie. – Co Pani żartuje – mówię. – Ja nie przyjechała żartować, tylko z Kazimierza przyjechała kupić. Związałem i już nie mam czym handlować.

Teraz to mniej jeżdżę jak kiedyś. Kiedyś to do Warszawy nawet jeździłem i obrazy  do galerii warszawskiej zdawałem jak miałem rzemiosło zarejestrowane.

A teraz do muzeum w Chełmie maluję. Tam przyjeżdżają też z Warszawy. Ktoś zamówił trzy „Madonny w kwiatach” i takiego „Wiejskiego pastucha” u mnie zamówili. Ale na razie tylko krowy namalowane. Będzie pięć krów i pastuch z kijem i psem. Jeszcze muszę pastucha namalować. I rozjaśnić to żółte, a tu gdzie te kępy to jeszcze mają być takie pałki wodne. Pastuch to bardzo upiększy, bo w kapeluszu bosy, z kijem a koło niego pies będzie.

Kiedyś to namalowałem taki obraz do muzeum. Nie wiem czy mówić, bo mogą mnie ukarać, ta cała Unia. Namalowałem „Szanowna Pani Unia, wkrótce będziemy bardzo szczęśliwi bo Szanowna Pani Unia da ofertę pracy”. Muzeum dało to do takiej redakcji „Niedzieli” i pstryknęli z tego okładkę. Klęczą tam na obrazie: dwóch z grabiami, dwóch z miotłami, czyszczą jej buty. Jeszcze zanim w Unii byliśmy. A teraz to inaczej jest i ludzie stąd wyjeżdżają – bez paszportów nawet…

————————————————————————————

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

Twórcza radość projektowania – wywiad z profesorem Piotrem Bożykiem

Posted in Czytelnia, Piotr Bożyk, Rozmowy by staniszewski on 17 października 2010

Dziś rozmowa z kolejnym „Człowiekiem Niespokojnym” – Homo Inquietus. Rozmawiamy z dr hab. prof. Piotrem Bożykiem, artystą plastykiem, wykładowcą Wydziału Form Przemysłowych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (Pracownia Projektowania Produktu).

Piotr Bożyk specjalizuje się w twórczości z zakresu wzornictwa przemysłowego, wystawiennictwa, oraz rzeźby kinetycznej. Jest członkiem Zarządu SPFP, a także Rady Artystycznej ZPAP Okręgu Krakowskiego.  Członek jury wielu konkursów wzornictwa przemysłowego. Bierze również udział w licznych konkursach i jest laureatem wielu nagród i wyróżnień. Otrzymał m.in. złotą odznakę Za pracę społeczną dla Miasta Krakowa oraz medal Za długoletnią służbę. Studenci Piotra Bożyka zdobyli dużą ilość prestiżowych nagród na projektowych konkursach lokalnych i międzynarodowych. W obszarze jego zainteresowań leży metoda TRIZ.

Serdecznie zapraszam do lektury wywiadu

Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

—————————————————————————————–

Marek Staniszewski: Określenie ‘design’ robi dziś zawrotną karierę. Otwierając jakikolwiek magazyn kolorowy, tygodnik opiniotwórczy czy nawet dziennik znajdujemy artykuły poświęcone tematyce design’u, przeglądy wystylizowanych gadżetów technologicznych, przykłady nowych form przemysłowych. Skąd ta – dosyć nagła mam wrażenie – eksplozja masowego zainteresowania design’em?

Piotr Bożyk

Prof. Piotr Bożyk: Słowo „design” oznacza w języku angielskim projekt, zamysł, plan- stąd „designer” to projektant, ktoś, kto opracowuje, planuje to, co ma powstać w przyszłości. W strefie anglojęzycznej  „dizajnerskie obiekty”, to te opracowane przez znanych i uznanych projektantów, nie anonimowe, wyjątkowe, drogie.

Ponieważ w wielu dziedzinach coraz więcej rodzimych słów jest wypieranych (niestety) przez odpowiedniki angielskie (zdaje się Bernard Shaw powiedział, że chciałby być Polakiem, żeby móc żałować, że nie jest Anglikiem) wydaje się , że słowa dizajn, dezajner, dizajnerski w naszym języku znaczą: innowacyjny, sprytny, piękny, wysmakowany, autorski.

Słowa są modne, bo świadczą o „światowości” i swego rodzaju wtajemniczeniu mówiącego, a równocześnie przydatne są przy ubieganiu się o dofinansowanie różnych działań, ponieważ w roku 2010 szczególnie popierane są inicjatywy dotyczące rozwoju szeroko pojętej  innowacyjności  – a design jest jednym ze słów-kluczy.

M.S.: Czym właściwie jest DESIGN, co obejmuje to pojęcie znaczeniowo? Czym różni się design od stylizacji?

P.B.: DESIGN  (właściwie w domyśle – industrial design) w środowisku projektantów wzornictwa przemysłowego  może obejmować wiele różnorodnych aspektów – od  ogólnej filozofii kształtowania wizji przedmiotów i zachowań związanych z ich używaniem oraz większej lub mniejszej  odpowiedzialności za skutki ekonomiczne, ekologiczne, kulturowe  z tego działania wynikające,  po sposoby współdziałania lub koordynacji prac różnych twórców w zespole projektowym.

M.S.: Dizajner może więc pełnić wiele różnych ról…

P.B: W zależności od rodzaju zadania projektowego, osobistych predyspozycji, wiedzy i doświadczenia,  dizajner bywa stylistą – specjalistą od urody,  konstruktorem „wizjonerem”, reżyserem i koordynatorem, generatorem pomysłów, gwiazdorem itp.

M.S.: To chyba Philipe Starck określił zadanie projektanta jako „dostarczanie większej ilości szczęścia mniejszą ilością środków”. Czy zgada się Pan z tego rodzaju misją?

P.B.: Jak już wspomniałem wcześniej – zadania projektanta (wzornictwa) bywają bardzo zróżnicowane – „dostarczanie większej ilości szczęścia  mniejszą ilością środków” bywa jednym z możliwych zadań ale nie jedynym. Gdyby porównać wyznaczanie zadań i sposoby ich rozwiązywania przez przyrodę i dizajnerów – to podobieństwo opiera się na optymalizacji (a nie minimalizacji) doboru określania celów, sposobów i środków. W przyrodzie wspomaganie „szczęścia” (bycia i przetrwania) jest zrównoważone – drapieżnik żywi się osobnikami słabszymi, nie eliminuje stada – z ludźmi jest inaczej.

Po za tym, szczęście to duże słowo, chyba za duże – radość, przyjemność bardziej wydaje się odpowiednie.

M.S.: Które z działań prowadzonych przez współczesne firmy, marki komercyjne mogą być Pańskim zdaniem zaliczone do tzw. „dobrych praktyk” designu?

Nożyce marki Fiskars

 

P.B.: Dobre „praktyki designu” to moim zdaniem takie, w których wyniku firma odnosi sukces komercyjny przy równoczesnej promocji piękna, innowacyjnego myślenia, rozbudzania szacunku dla uczciwego i twórczego zawodowstwa, przy minimalizacji skutków negatywnych np. ekologicznych. Przykładem takiej firmy jest Fiskars. Wielki sukces komercyjny wynika ze spójności celów, sposobów i środków przyjętych przez wszystkich uczestników procesu w wyniku którego pojawia się nowe narzędzie. Mamy tu do czynienia z najwyższą jakością w każdym aspekcie. Również z czymś trudnym do nazwania ale możliwym do odczucia – ładunkiem radości twórczej projektantów.

M.S.: Zajmuje się Pan projektowaniem konceptualnym oraz semantyką produktu. Czym charakteryzuje się takie podejście do wzornictwa? Czy oznacza to, że każdy obiekt projektowany i wykonywany jest nie tylko medium (łaczącym twórcę z użytkownikiem), ale również przekazem – pewną przenoszoną treścią?


P.B.
: Nie mam tutaj jednej gotowej odpowiedzi – staram się razem z moimi studentami zgłębiać ten aspekt procesu projektowania i jego wyników. Przedmiot, w szerokim znaczeniu narzędzie, jest nośnikiem zarówno informacji o sobie (m.in. o sposobie użytkowania, jakości ) jak i o firmie oraz  projektantach lub „dizajnerze”. W zależności od celów firmy lub sprzedawcy (strategii marketingowej) jakości semantyczne wyrobu zajmują ważniejszą lub mniej ważną pozycję. Jeżeli dostrzegalne cechy wyrobu wiążą się z osobowością dizajnera i  jego wyjątkowość stanowi o wyjątkowości zbioru cech wyrobu lub jest istotnym elementem komercyjnym, wtedy możemy mówić o przedmiocie jako medium łączącym twórcę z użytkownikiem.

Bywa, że nabywamy jakiś przedmiot ze względu na cechy wynikające bezpośrednio z osobowości twórcy, chcemy czerpać z „pola twórczego” autora, wpadać w „rezonans” poprzez bliskość jego dzieła, wierząc lub czując z tego powodu radość lub twórczy zapał.

M.S.: W jaki sposób odnosi się Pan do relacji: forma – funkcja? Czy istnieje jakiś zalecany porządek w procesie projektowania?

P.B.: Rozważania nad związkami formy i funkcji zaprzątały i zaprzątają myśli wielu teoretyków i praktyków zarówno sztuki jak dizajnu. Nie ma tu jednej recepty na dobry rezultat.

Można się zgodzić, że forma powinna wynikać z funkcji, jednak bez uzgodnienia istoty i zakresu obydwu pojęć (dla danego przypadku) trudno wysnuć z  tego hasła praktyczne wnioski lub określić przydatne procedury jego stosowania. Natomiast uważam za niezwykle ważny element procesu projektowania, szczególnie na etapie koncypowania, używania słów (nawet tworzenia nowych słów) do opisania (zobaczenia, usłyszenia) cech poszukiwanej formy i funkcji  oraz  ich wzajemnych związków.

M.S.: Jak ocenia Pan polski design? Czy istnieje jakaś charakterystyczna dla polskiego wzornictwa szkoła myślenia?


P.B.: Polski design rozwija się dynamicznie, spójnie z dynamiką rozwoju przedsiębiorstw dużych i małych, bogaceniem się społeczeństwa oraz rozwojem szkolnictwa w dziedzinie wzornictwa przemysłowego. Czy istnieje polska specyfika myślenia dizajnerskiego, nie wiem.

Zakładam, że doświadczenia pokoleń radzenia sobie w niesprzyjających warunkach, inteligencja, dowcip, mieszanka narodowościowa, humanistyczne i romantyczne cechy zawarte w naszej kulturze, nie przesadnie kupieckie podejście do etosu pracy, to wszystko na pewno ma wpływ na dizajnerów, twórców, a w konsekwencji na ich sposób koncypowania, tworzenia i wykorzystywania metafor.

M.S.: Interesuje się Pan metodą TRIZ. Czy jest ona popularna wśród polskich projektantów? Jak ocenia Pan użyteczność metody i jej potencjał?

P.B.: Książka twórcy TRIZu, Henryka Altszulera „Algorytm wynalazku” była na Wydziale Form Przemysłowych  krakowskiej ASP , w okresie moich studiów obowiązkową lekturą.

Wynalazczość, innowacyjność jest chyba najbardziej elementarnym elementem każdej twórczości, a wzornictwa przemysłowego w szczególności. W dizajnie przecież przeplatają się i wspierają odkrycia i wynalazki z dziedziny sztuki, techniki, nauki. TRIZ jest zbiorem metod i procedur wspierających tworzenie nowatorskich projektów oraz zawiera sposoby ćwiczenia umysłu w tym kierunku. TRIZ-DESIGN – dopiero się tworzy, dzięki entuzjazmowi i ogromnej pracy znakomitego konstruktora Jana Boratyńskiego. Kurs TRIZu prowadzony przez niego na naszym Wydziale wzbudził wielkie zainteresowanie studentów.

M.S.: Design i innowacyjność mają więc ze sobą wiele wspólnego jako podobne procesy twórcze. Co stanowi w obu tych przypadkach o sukcesie – osiągnięciu celu?

P.B.: Nie ma dobrego designu bez przynajmniej elementów innowacji zawartych w którymś z wielu pól twórczości składających się na wynik procesu projektowania.

Innowacyjność w zakresie techniki wpływa na formę produktu, na jego postać użytkową, kulturową. Innowacyjność dotycząca urody przedmiotu, harmonii barw, kształtów, faktur itp. wpływa czasem na odkrycia z zakresu techniki, technologii, marketingu.

Oczywiście, oprócz właściwych procedur, wiedzy i doświadczenia, projektantom niezbędny jest talent, wrażliwość na piękno świata i odrobina szaleństwa.

M.S.: W imieniu Czytelników i własnym serdecznie dziękuję za poświecony czas i naszą rozmowę.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

O widzialnej ręce rynku i heurystyce filozoficznej − rozmowa z profesorem filozofii Janem Hartmanem.

Posted in Czytelnia, Jan Hartman, Organizacja, Rozmowy by staniszewski on 26 Maj 2010

Dziś zamieszczamy rozmowę z kolejnym „Człowiekiem Niespokojnym” – Homo Inquietus,  Janem Hartmanem.

Profesor filozofii Jan Hartman zajmuje się zagadnieniami polityki, bioetyki czy metafilozofii. Jego oryginalnym podejściem jest tzw. heurystyka filozoficzna oraz autorska teoria neutrum. Jest również publicystą, wydawcą, redaktorem naczelnym pisma „Principia”, autorem wielu książek (m. in. „Wstęp do filozofii”, „Bioetyka dla lekarzy”, czy „Polityka filozofii. Eseje”) a także licznych artykułów, felietonów i opracowań, laureatem konkursu Grand Press w kategorii publicystyka. Obecnie profesor UJ oraz kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki na Uniwersytecie Jagiellońskim a także profesor w Małopolskiej Wyższej Szkole Ekonomicznej w Tarnowie.

Zapraszam do lektury.

Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

——————————————————————————————————————————–

Marek Staniszewski: Jako profesor filozofii regularnie publikuje Pan felietony w zdawało by się odległym tematyką od Pańskiej dziedziny miesięczniku „Marketing w praktyce”. Skąd takie zainteresowania? Co Pan generalnie sądzi na temat marketingu? Co mogą mieć ze sobą wspólnego marketing i filozofia?

Profesor Jan Hartman: Owszem, publikuję te felietony od czterech lat. Właśnie ukazał się ich zbiór, w postaci książki „Widzialna ręka rynku. Filozofia w marketingu”. Trafiłem na łamy „Marketingu w Praktyce” dość przypadkowo. Jeden z moich studentów, będący szefem marketingu w dużej firmie zaprosił mnie z wykładem na konferencję badaczy rynku. Tekst, po skrótach, przesłał „Marketingowi w praktyce” i tak to się zaczęło. Bardzo lubię tę tematykę, choć nie kryguję się bynajmniej na znawcę. Próbuję patrzeć na rynek i działalność marketingową z punktu widzenia humanisty, a nie pragmatyka. Jako że marketing to ważny element życia gospodarczego, a tym samym życia społecznego, można potraktować tę niby to przyziemną całkiem dziedzinę jako okienko przez które widać całe „społeczeństwo konsumpcyjne” i mnóstwo zjawisk społecznych, tak czy inaczej związanych z gospodarką. Jako że marketing stara się brać pod uwagę wiedzę o społeczeństwie na różnych poziomach – te moje nieco filozoficzne (ale bez przesady) rozważania, czasem podlane drobiną humoru, mogą tu i tam poszerzyć horyzonty ludzi marketingu. Wiem, że cieszą się one znaczną popularnością i sprawia mi to satysfakcję.

M.S.: Zgodnie z popularnym stereotypem filozofia to abstrakcyjne i zupełnie nieużyteczne rozważania na tematy nijak mające się do rzeczywistości. Jest Pan profesorem filozofii, siebie samego nazywa Pan filozofem, więc  spytam wprost: jakie pożytki (i czy w ogóle) płyną dziś z filozofii?

J. H.: Większość pożytków z filozofii staje się udziałem samych filozofów, bo to oni z powodu uprawiania filozofii zwykle stają się mądrzejsi niż byliby bez tego. Filozofia jest pouczająca również dla humanistów, a w mniejszym stopniu także dla naukowców. Jednakże tak naprawdę filozofii nie uprawia się z myślą o pożytkach, tylko z jakiegoś wewnętrznego pragnienia rozumienia świata i własnego życia. Ludzkość jest gatunkiem inteligentnym i to aż tak, że pragnącym wiedzy czysto teoretycznej, nieużytkowej. To pragnienie mądrości porusza nas do ustawicznego myślenia o tym samym, czyli o sprawach najważniejszych, jakie da się w ogóle wytoczyć: skąd się wzięło i po co istnieje to, co istnieje? Co właściwe naprawdę istnieje, a co jest tylko przemijającym kształtem rzeczy, zjawiskiem? Co można, a czego nie można wiedzieć? Jaką wartość ma ludzki los i na czym polega dobre życie? I tak dalej. Odpowiedzi kręcą się wprawdzie wokół tych samych kilkuset może myśli, które wciąż na nowo myślimy i coraz to inaczej ubieramy w słowa, ale kolejne pokolenia ludzkości „nie odpuszczają” – muszą od nowa na własną rękę te najważniejsze pytania stawiać i starać się na nie jakoś odpowiedzieć.

M.S.: Czy może Pan naszym czytelnikom przybliżyć program heurystyki filozoficznej?

J. H.: Powiem tak – żeby nikogo nie znudzić. Każda dobra filozofia zawiera refleksję nad samą sobą. Pyta o podstawy własnej wiarygodności, o wartość własnych metod itd. W różne systemy filozoficzne wbudowane są rozmaite formy tej tak zwanej „samowiedzy”. Każdy znaczący filozof uważa, że dysponuje szczególnie uniwersalnym i wiarygodnym oglądem rzeczywistości, gdyż krytyczny przegląd własnych założeń i metod filozofowania doprowadził go do takiego korzystnego rozstrzygnięcia na swój temat. Tymczasem te wszystkie postacie krytycyzmu, te wszystkie roszczenia do uniwersalności, te wszystkie formy samowiedzy uwodzą swoich autorów i zwolenników do tego stopnia, iż tracą z oczu inne metody i punkty widzenia, a co gorsza stają się ślepi na słabości własnych koncepcji. Heurystyka filozoficzna jest to taki projekt teoretyczny, który próbuje analizować całą gamę znanych sposobów utwierdzania się przez teorie filozoficzne we własnej prawomocności, krytycyzmie i wiarygodności – śledzić ich mocne i słabe strony, ich wzajemne ze sobą stosunki, a wszystko po to, aby tym lepiej rozumieć filozoficzną „heurezę”, czyli to, jak dochodzi do kształtowania się pojęć i przekonań filozoficznych. Tak zaś „tajemna wiedza” to nowa jakość w zakresie naszych filozoficznych rozeznań i nowa, wyższa postać krytycznego myślenia.

M.S.: W swoich wystąpieniach i tekstach odnosi się Pan czasem do kwestii religii w życiu społecznym. Chciałbym Pana poprosić o odniesienie się do tezy Maxa Webera i  o Pana zdanie na temat relacji: religia – przedsiębiorczość.

J. H.: Max Weber dowodził, że religia protestancka sprzyja przedsiębiorczości. Zapewne etos sumiennej pracy, w połączeniu z afirmacją oszczędności i wysiłków mających na celu dobro całej gminy, a nie tylko własnej rodziny, bardzo pobudza gospodarkę. Nie wiem jednak co było pierwsze – jajko czy kura? Etos pracy uświęcony następnie przez doktryny protestanckie, czy doktryna uświęcająca pracę i zachęcająca do niej? Pewnie oba czynniki rozwijały się równolegle. Owszem, ludzie wierzący, że Bóg nakazuje życie uczciwe i pracowite, będą mieli większą skłonność tak właśnie żyć (z pożytkiem dla rozwoju cywilizacyjnego), niż ludzie, w których religijności liczą się akurat bardziej inne elementy, np. możliwość uzyskania odpustu albo ślęczenie po całych dniach nad świętą księgą. Nie ma religii doskonałych – każda ma wady i zalety, sprzyja harmonii w jednej dziedzinie życia, osłabiając inną. Tak jest ze wszystkim, co człowiek stworzył – są plusy i minusy, jest zawsze „coś za coś”. Osobiście nie jestem ani religijny, ani pracowity, ani przedsiębiorczy. Za to umiem mówić i pisać. Z tego żyję, nie przemęczając się zbytnio ani nie martwiąc się o własne zbawienie, na którym mi wcale nie zależy.

M.S.: A co Pan myśli o coraz szerszej debacie na temat CSR i etyki działań biznesowych?

J. H.: Współcześni przedsiębiorcy znacznie lepiej niż ich poprzednicy zdają sobie sprawę z moralnych konsekwencji uprawiania wyzysku, nieuczciwej konkurencji albo zanieczyszczania przyrody. Wymagania etyczne biznesu dawno już wykroczyły poza tzw. „uczciwość kupiecką”, czyli powstrzymywanie się od oszukiwania w interesach. Jeśli chcesz dziś uchodzić za poważnego biznesmena, trzeba dbać o ludzi i środowisko i przynajmniej sprawiać wrażenie, że nie dąży się do maksymalizacji zysku za wszelką cenę. Są tacy, którzy czynią tak ze szczerej intencji, inni, którzy po prostu uwierzyli, że „etyka się opłaca” (zwrot nader podejrzany z etycznego punktu widzenia), a wreszcie i tacy, którzy silą się na pewną głębszą kulturę moralną z próżności i snobizmu. Tak czy inaczej pewne rzeczy już dzisiaj nie uchodzą, a ambicje biznesmenów nie ograniczają się bynajmniej do konsumpcji, ale rozszerzają się daleko w kierunku inicjatyw społecznych, którym mogliby patronować. Tak zresztą było zawsze, tyle że dawniej przedsiębiorca był raczej mecenasem i fundatorem, a dziś jest „animatorem” i „propagatorem inicjatyw”. Ważne, żeby wydawał swe pieniądze mądrze, na szlachetne – no i żeby wydawał ich na te cele dużo!

M.S.: W imieniu własnym i naszych Czytelników serdecznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas.

Nie bójmy się słowa „teoria” – wywiad z profesorem Andrzejem Blikle.

Posted in Andrzej Blikle, Czytelnia, Organizacja, Rozmowy by staniszewski on 27 kwietnia 2010

Dziś publikujemy rozmowę z prawdziwym „Człowiekiem Niespokojnym” – Homo Inquietus, czyli z profesorem Andrzejem Blikle. Wiele osób kojarzy jego nazwisko z istniejącą od 1869 roku rodzinną firmą cukierniczą A.Blikle, którą nasz rozmówca skutecznie zarządza od początku lat 90-tych.

Andrzej Blikle to jednak również człowiek nauki i wielki społecznik: profesor zwyczajny w Instytucie Podstaw Informatyki PAN, członek honorowy Polskiego Towarzystwa Informatycznego, członek Europejskiej Akademii Nauk, osoba zaangażowana w działalność licznych organizacji krajowych (ponad dwudziestu!) – w tym prezes zarządu stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, gdzie co miesiąc (od 1997 roku) prowadzi konwersatorium na temat TQM (zarządzania kompleksową jakością).

Serdecznie zapraszam do lektury wywiadu

Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

—————————————————————————————————————————————

Marek Staniszewski: W roku 2009 został Pan uhonorowany medalem im. Tadeusza Kotarbińskiego. Tadeusz Kotarbiński, twórca prakseologii zajmował się teorią sprawnego i skutecznego działania, a na jej gruncie zagadnieniami będącymi tematami rozważań współczesnej teorii zarządzania. Pan zajmuje się zarządzaniem na co dzień prowadząc jedną z najsilniejszych marek rodzinnych w Polsce. Jednocześnie jest Pan teoretykiem i rzecznikiem TQM [Total Quality Management], czyli zarządzania kompleksową jakością.
Czy filozofia jest dla Pana inspiracją? Których filozofów lub systemy filozoficzne ceni Pan osobiście najbardziej?

 Prof. Andrzej Blikle: Jako matematyk jestem po części filozofem, tym bardziej że zajmowałem się głównie podstawami matematyki (choć w zastosowaniu do informatyki) zwanymi też metamatematyką. W zakresie matematyki „czystej” inspiracją były dla mnie prace i poglądy Kurta Gödla i Alfreda Tarskiego, a także mojego mistrza i mentora profesora Andrzeja Mostowskiego. W zakresie styku matematyki i informatyki  moim mistrzem byli św. p. prof. Zdzisław Pawlak, a także mój przyjaciel prof. Antoni Mazurkiewicz. A gdyby sięgnąć do starożytności to z pewnością Arystoteles i Euklides oraz nieco młodszy od nich (IX wiek) Algorismus (Al-Chuwarizmi), którego uznaje się za twórcę pojęcia algorytmu, choć sama idea znana była już dużo wcześniej w tym Euklidesowi. To wszystko dotyczy moich trzydziestu lat (1960-1990) spędzonych jako badacz i nauczyciel akademicki.

 M. S.: Wymienił Pan Tarskiego oraz Gödla – zatrzymajmy się na moment przy tej drugiej postaci. O co właściwie chodzi w tzw. formule Gödla, która jest prawdziwa wówczas, gdy nie jest prawdziwa. Czy nie zajmując się czystą matematyką warto w ogóle podejmować próby  rozumienia takich paradoksów?

A. B.: Pan opisał ideę dowodu tzw. „drugiego twierdzenia” Gödla, a nie ideę tego twierdzenia. Idea dowodu jest oczywiście trudna do pojęcia dla laika, a nawet dla matematyka, który nie miał bliższego kontaktu z logiką matematyczną. Ale ideę obu twierdzeń Gödla daje się wyjaśnić stosunkowo prosto.

Pierwsze twierdzenie mówi, że każda udowodniona teza matematyczna jest prawdziwa. Co to znaczy „prawdziwa”, to właśnie określił, Tarski, który jako pierwszy zdefiniował pojęcie prawdy w odniesieniu do nauk dedukcyjnych.

Drugie twierdzenie składa się z dwóch części:

    A.    W tzw. teoriach pierwszego rzędu, każda teza prawdziwa daje się udowodnić, ale światy opisywane przez jedną i tę samą teorię mogą się bardzo od siebie różnić. Innymi słowy, każda teoria pierwszego rzędu opisuje bardzo wiele światów na raz, co jest pewną wadą, bo zwykle chcemy dokładnie wiedzieć, o czym dana teoria mówi.

    B.    Tego niedostatku nie mają teorie drugiego rzędu, ale niestety w tych teoriach nie każda prawdziwa teza daje się udowodnić. I właśnie w dowodzie tej części korzysta się z argumentu, który Pan przytoczył w swoim pytaniu.

W odniesieniu do odkryć Tarskiego mamy więc sytuację podobną do zasady nieoznaczoności Heisenberga: w jednym pomiarze nie możemy poznać dokładnie zarówno położenia jak i pędu cząstki elementarnej. Aby coś uzyskać, z czegoś musimy zrezygnować. Tak jak w życiu.

M. S.: A w jaki sposób Prace Gödla przyczyniły się do rozwiązania tzw. „paradoksu kłamcy” i rozwoju nowych definicji prawdy? Czy mógłby Pan nieco przybliżyć rozumienie takich określeń jak: „metapojęcia” czy „metateoria”?

A. B.: Prace Gödla i Tarskiego pokazały, że w rozumowaniach dedukcyjnych należy unikać tez które mówią coś o sobie samych, bo to prowadzi do paradoksów. Dla przykładu zdanie, które mówi o sobie „ja jestem zdaniem fałszywym” nie może być ani prawdziwe, bo wtedy byłoby fałszywe, ani fałszywe, bo wtedy byłoby prawdziwe.

Praktycznie od starożytności, aż do prac Gödla i Tarskiego obowiązywała intuicyjna definicja prawdy, którą Tadeusz Kotarbiński sformułował w swojej „Logice dla prawników” w sposób następujący:

teza, która orzeka, że jest tak a tak, jest prawdziwa, jeżeli jest tak a tak.

Choć wydaje się, że ta definicja nie wnosi wiele w rozumienie, czym jest prawda, przez wiele stuleci nie udało się skonstruować lepszej. Dopiero praca Tarskiego odwołująca się do zaawansowanych pojęć matematyki pozwoliła poddać pojęcie prawdy matematycznej analizie. Okazało się też, że trzeba rozważyć dwie wersje tego pojęcia:

a.    teza jest prawdziwa, gdy jej prawdziwość znajduje potwierdzenie w otaczającym nas świecie,

b.     teza jest prawdziwa, gdy można ją udowodnić posługując się zasadami dedukcji.

No i oczywiście pojawiło się naturalne pytanie, czy te definicje są równoważne, a twierdzenia Gödla udzieliły na nie odpowiedzi.

M. S.: Czym zatem są wspomniane metapojęcia i jak odnoszą się do teorii?

A. B.: Metapojęcia to pojęcia wyrażane na poziomie metateorii, a metateoria dla teorii T, to teoria, która zajmuje się badaniem właściwości teorii T. Dla przykładu, teoria cząstek elementarnych, zajmuje się własnościami cząstek elementarnych. Jeżeli jednak chcieliby badać własności teorii cząstek elementarnych, np. aby rozstrzygnąć, czy każde udowodnione na jej gruncie twierdzenie jest prawdziwe, to musielibyśmy stworzyć teorię wyższego poziomu, a więc metateorię, w której języku moglibyśmy mówić o teorii cząstek.

M. S.: Czy takie podejście można odnieść do zarządzania i w  jaki sposób traktować w ogóle różne teoretyczne podejścia do zarządzania – tzw. „teorie zarządzania” i jak weryfikować ich prawdziwość?

A. B.: Co do teorii zarządzania, to w niej mówimy o zarządzaniu organizacjami, tyle że nie jest to teoria dedukcyjna, więc do niej twierdzenia Gödla w ogóle się nie odnoszą. W sensie Tarskiego i Gödla teoria zarządzania, nie jest nawet jedną teorią, ale połączeniem wielu teorii, a wśród nich wielu niededukcyjnych, np. psychologii społecznej i ekonomii. Na gruncie tej teorii prowadzi się dowody, choć nie w sensie w sensie Tarskiego i Gödla, a następnie szuka potwierdzenia w praktyce. Podobnie jak w fizyce, gdzie na gruncie fizyki teoretycznej buduje się naukowe modele zjawisk, a na gruncie fizyki doświadczalnej te modele potwierdza lub odrzuca. I oba te ujęcia są jednakowo ważne i potrzebne do rozumienia świata.

M. S.: Czy teorie zarządzania mogą zaoferować coś istotnego tym, którzy w praktyce zarządzają przedsiębiorstwem na co dzień?

A. B.: Oczywiście, że mogą. Przykładem może być właśnie teoria, którą przedstawił Pan na moim konwersatorium [podczas konwersatorium przedstawiałem model zarządzania marką BAV – BrandAsset Valuator – www.bav.pl; M.S.].

Nie bójmy się słowa „teoria” i nie traktujmy go jako przeciwieństwa praktyki. Ktoś powiedział, że nie ma nic bardziej praktycznego nad dobrą teorię. Gdyby to nie była prawda, nie latalibyśmy dziś w kosmos, nie mieli komputerów i nie potrafili leczyć ludzi. Teoria to zbiór prawd stanowiących uogólnienie obserwowanych zjawisk. Weźmy za przykład zjawisko jabłka spadającego z drzewa. Każdy z nas może zobaczyć tylko kilka spadających jabłek, więc może sobie pomyśleć, że te, które akurat widział, spadły, ale może inne, których nie widział, wzniosły się do góry. I tu z pomocą przychodzi teoria, która nazywa się mechanika newtonowska. Każde dwa ciała przyciągają się z siłą…

Przez ostatnie dwadzieścia lat zajmuję się zarządzaniem firmą rodzinną i jednocześnie staram się zgłębiać zasady wiedzy o zarządzaniu, a także poszukiwać związanych z nią paradygmatów. Moim zdaniem wiedza ta jest dziś na tyle rozległa, że można już mówić o filozofii zarządzania, czego najwcześniejszy dowód dał Tadeusz Kotarbiński. Dla mnie jednak czołowymi filozofami zarządzania byli Peter Drucker (ekonomista) i Edwards Deming (fizyk). Ich idee rewolucjonizują wcześniejsze poglądy na zarządzanie podobnie jak idee Alberta Einsteina zrewolucjonizowały spojrzenie na mechanikę newtonowską i zasadę determinizmu w fizyce. Oni też wywarli największy wpływ na sposób myślenia o pracy zespołowej i to w dowolnym kontekście, a nie tylko w kontekście organizacji gospodarczej. Mam też mojego ulubionego klasyka, a jest nim Immanuel Kant ze swoim imperatywem kategorycznym oraz tezą, że etyka jest wiedzą praktyczną.

M. S.: Jak zauważał przywołany przez Pana Peter Drucker, decyzje menadżerów dotyczą pracy innych osób – menadżerowie powinni im pomagać w osiąganiu ich własnych celów. Spoczywa też na nich odpowiedzialność za losy firmy i jej pracowników. Czy menadżerowie, których spotyka Pan na swoich warsztatach, szkoleniach są Pańskim zdaniem przygotowani do pełnienia taki odpowiedzialnej roli? Czy filozofia mogłaby im w tych zadaniach jakkolwiek dopomóc?

A. B.: Pewnie część jest, a część nie jest lub — ujmując rzecz inaczej — wszyscy są przygotowani w jakiejś mierze, ale właśnie te miary są różne. Bo przecież oni te role pełnią. Gorzej lub lepiej, ale jednak pełnią. A co do studiowania filozofii, to jeżeli kogoś ona interesuje, to może mu pomóc, ale jeżeli brzydzi, to z pewnością nie pomoże.

M. S.: Pisze Pan obecnie – wciąż uaktualnianą w Internecie – książkę pt. „Doktryna jakości„. Czy mógłby Pan nieco przybliżyć naszym czytelnikom własne rozumienie „jakości” oraz powiedzieć jak ono się przekłada  na codzienne zarządzanie firmą?

A. B.: Słowo „jakość” podobnie jak słowo „pogoda” jest używane w dwóch różnych znaczeniach. „Pogoda” może oznaczać albo stan atmosfery, bez względu na to jaki jest, albo też powszechnie lubiany stan atmosfery (przynajmniej w naszej strefie klimatycznej), a więc pogodę słoneczną. Podobnie jest z pojęciem jakości. W TQM jednak, gdzie mówi się dużo o jakości, trzeba to pojęcie precyzyjnie zdefiniować. Najczęściej uważa się, że jakość produktu jest miarą spełnienia oczekiwań klienta wiązanych z tym produktem. To określenie wskazuje, że jakość nie jest cechą produktu jako takiego, że nie można o niej mówić w oderwaniu od oczekiwań klienta. Filozoficznie rzecz ujmując, jakość jest cechą pary: produkt i oczekiwania klienta. Dla przykładu, gdy ktoś pokaże nam zepsute surowe mięso i do tego zapiaszczone, to z pewnością określimy jego jakość jako nieakceptowaną, gdyż przykładamy do niej własne oczekiwania. Jednakże dla tresera lwów jest to produkt, którego właśnie oczekuje. Dla niego mięso świeże i bez piasku jest niskiej jakości, gdyż przed podaniem swoim pupilom musiałby nie tylko posypywać je piaskiem, ale też czekać aż się zepsuje.

M. S.: Skoro oczekiwania klienta definiują jakość, to należałoby badać właśnie te oczekiwania, czy jednak klient zawsze wie dokładnie czego tak naprawdę chce?

A. B.: W pewnej mierze tak, choć ta wiedza, a częściej odczucie, nie musi zawsze przekładać się na wskazanie przedmiotu, który chce nabyć. Klient zawsze wie, co chce osiągnąć, choć często nie wie jak to zrealizować. Wyobraźmy sobie mężczyznę, który wchodzi do sklepu z kosmetykami, aby kupić prezent dla żony. Nie ma jednak pojęcia, ani o kosmetykach, ani o preferencjach żony w tym zakresie. Zły sprzedawca dojdzie do wniosku, że ten klient nie wie czego chce, bo nie potrafi dokonać wyboru. Jednakże dobry sprzedawca będzie rozumiał, że w rzeczywistości  klient nie przyszedł do sklepu po kosmetyk, ale po miłość żony, po jej uśmiech, podziękowanie. Wypyta go więc o wiek żony, jej zamiłowania, kolor włosów i pewnie coś doradzi.

M.S.: Sprzedawca gromadzi więc pewne informacje… a propos informacji – osobiście odnoszę wrażenie, że zasada niekompatybilności sformułowana przez I. A. Zadecha dobrze ilustruje kwestie dylematów decyzyjnych w chaotycznym, pełnym niepewności świecie dzisiejszych rynków. Jak podejmując strategiczne decyzje ustalać i rozumieć relacje pomiędzy wiarygodnością i precyzją posiadanych informacji?

A. B.: Alfi Zadecha poznałem osobiście, gdy byłem profesorem wizytującym na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley w roku 1979. Jest on twórcą tzw. logiki rozmytej (ang. fuzzy logic). O ile pamiętam wprowadza on rozróżnienie tez na ścisłe (stricte) i rozmyte (fuzzy). Niezależnie od tego można dzielić tezy na precyzyjne i nieprecyzyjne. Te dwie klasyfikacje są niezależne. Teza ścisła i precyzyjna to np. „Jan waży dokładnie 70 kg”. Teza ścisła, ale nieprecyzyjna: „Jan waży około 75 kg”. Teza rozmyta i precyzyjna: „Jan waży pomiędzy 68 kg a 72 kg”. Teza rozmyta nieprecyzyjna: „Jan waży od około 68 kg do około 72 kg”. Pierwsza z tych tez — Jan waży dokładnie 70 kg — to właśnie teza ścisła i precyzyjna i dlatego wysoce niewiarygodna w tym sensie, że prawdopodobieństwo zdarzenia iżby Jan ważył dokładnie 70 kg jest równe zero, bo miara jednopunktowego odcinka jest równa zero. W tym właśnie sensie wiarygodność i precyzja się wykluczają, bo aby jedno mogło rosnąć, drugie musi maleć. I znów mamy tu podobieństwo do zasady nieoznaczoności Heisenberga, którą wcześniej przywoływałem odnosząc się do twierdzenia Gödla.

A przechodząc do zastosowań gospodarczych, jeżeli Pańska firma powie klientowi, że na skutek rozwieszenia 1000 billboardów na drogach sprzedaż jego produktu wzrośnie o 1.236.742,28 zł, to jest to informacja niezwykle ścisła i precyzyjna, ale właśnie dlatego mało wiarygodna. Jeżeli powie Pan, że wzrośnie ona o kwotę pomiędzy 1 a 1,5 ml zł, to będzie to informacja mało ścisła (rozmyta), ale znacznie bardziej wiarygodna. A jeżeli powie Pan, że sprzedaż wzrośnie o kwotę pomiędzy 1 zł a 100 ml zł, to będzie to informacja bardzo wysoce wiarygodna, ale tak rozmyta, że zupełnie bezużyteczna.

M. S.: Faktycznie, chyba tylko w drugim przypadku klient skłonny byłby uwierzyć. W wielu jednak firmach, wśród osób zajmujących się zarządzaniem czy marketingiem istnieje tendencja do przedstawiania bardzo precyzyjnych planów. Tego często oczekują pracownicy – precyzyjnie określonych celów do zrealizowania. Czy cele można podawać w sposób „rozmyty” na zasadzie: „naszym celem jest wyprodukowanie i sprzedanie w tym roku od 100 do 300 tys. modeli urządzenia X”? Czy ludzie nie oczekują od liderów konkretnie określonych celów?

A. B.: Ja myślę, że ludzie w pierwszym rzędzie oczekują celów zrozumiałych i dobrze uzasadnionych. W Pańskim przykładzie uzasadnienie mogłoby być takie: Powinniśmy sprzedaż co najmniej 100 tys. sztuk, bo inaczej nasze przedsięwzięcie nie będzie rentowne, ale też nie więcej niż 300 tys. bo maksymalnie tylko tyle zdołamy wyprodukować. Więc nich sprzedawcy uważają, by nie zawrzeć kontraktów, których byśmy  nie byli w stanie zrealizować. Czy to nie jest konkretne i precyzyjnie określone zadanie? Dla handlowców firmy to bardzo dobrze określony cel.

M. S.: Mówi Pan o wiarygodności i precyzji w posługiwaniu się informacją, która jest  jednym z najcenniejszych zasobów w biznesie. Wśród menadżerów panuje czasem „głód” informacji. Czy matematyczne rozumienie informacji może tu w czymś pomóc? Jaka postawa wskazana jest w odniesieniu do posiadanych i potrzebnych informacji?

A. B.: Informacja nie jest pojęciem matematycznym, ale teorio-informacyjnym. W języku potocznym to pojęcie jest używane w wielu różnych znaczeniach, a w języku naukowym też definiowane na różne sposoby w zależności od tego, jakie aspekty informacji chcemy badać. W informatyce informacja jest najczęściej utożsamiana ze zbiorami danych. Myślę, że „naukowa” definicja informacji w życiu codziennym nie jest potrzebna. Wystarczy jej intuicyjne rozumienie.

Menadżerom nie jest potrzebna informacja (zbiór danych), tylko wiedza, a więc wnioski jakie z tej informacji wypływają. Menadżer, który patrzy na wykres obrazujący zysk firmy w poszczególnych miesiącach roku, widzi informację o zmienności poziomu zysku, ale to nie jest jeszcze wiedza. Wiedza zaczyna się np. wtedy, gdy taki wykres przeanalizuje metodą kart kontrolnych Shewharta. Wtedy dopiero będzie wiedział, czy obserwowana zmienność pozwala wyciągnąć wnioski o zagrożeniach lub powodach do radości, czy też jest to zmienność całkiem przypadkowa. Oparta na statystyce teoria Shewharta to właśnie doskonały przykład niezwykle praktycznej teorii. Gdyby menadżerowie znali tę teorię (a w stosowaniu jest ona bardzo prosta), to nie podnosiliby alarmu, ani nie wręczali nagród, gdy nie ma po temu żadnych powodów.

M. S.: Zatem uważne śledzenie sygnałów płynących z otocznia i rekcja we właściwym momencie. Przywodzi to na myśl cybernetyczne podejście Norberta Wienera. Wg niego organizm byłby swoistą formę przekazu – przeciwieństwem chaosu, dezorganizacji. Czy w przypadku organizacji –  firm można mówić o„homeostazie” jako o celu samym w sobie? Czy firma, tak jak organizm może „sama siebie regulować”?

A. B.: Myślę, że homeostaza nie jest celem samym w sobie, ale mechanizmem utrzymywania organizmu przy życiu. Podobne zjawisko występuję również w inżynierii, gdzie nazywamy je ujemnym sprzężeniem zwrotnym (feedback). Takie sprzężenia występują również w firmach, gdzie podobnie jak w urządzeniach są instalowane przez człowieka. Dla przykładu, jeżeli w podaż nie nadąża za popytem, to rośnie cena, aby zrównoważyć popyt.

M. S.: Jakie „czujniki sensoryczne” są więc w firmie niezbędne by skutecznie monitorować jej stan i reagować we właściwym czasie, w odpowiedni sposób?

A. B.: To zależy w dużej mierze od indywidualnych uwarunkowań firmy takich jak branża, wielkość, położenie geograficzne itp. Są jednak też pewne czujniki uniwersalne dla wszystkich firm i są nimi na przykład podstawowe parametry finansowe analizowane przy pomocy kart kontrolnych Shewharta.

Karty kontrolne Shewharta to narzędzie pozwalające ocenić, czy obserwowana zmienność, np. gwałtowny spadek sprzedaży przez trzy kolejne miesiące, jest wynikiem losowego charakteru procesu (jak przy rzutach kostką), czy też pewnej tendencji, która ma swoje źródło. Z menadżerskiego punktu widzenia to bardzo ważne rozróżnienie, gdyż od niego zależy, jaką podejmiemy decyzję. W pierwszym przypadku nie będziemy poszukiwać przyczyn, tak jakbyśmy ich nie poszukiwali, gdyby w kolejnych rzutach kostki  wypadło nam 6, 3 i 1. W drugim jednak przypadku przyczyny będziemy poszukiwać, aby ją usunąć, lub złagodzić jej skutki. I choć matematyczne podstawy teorii Shewharta odwołują się do zaawansowanej matematycznie teorii prawdopodobieństwa, to ich zastosowanie daje się z łatwością zrealizować przy pomocy arkusza Excela.

M. S.: W swoich wystąpieniach przywołuje Pan prace Marka Kosewskiego i porusza aspekt godnościowy jako to, czego organizacjom bardzo dziś potrzeba. Czyim zadaniem jest wnosić do firmy dyskusję o wartościach?

A. B.: Uważam, że jest to typowe zadanie przywódcze, a więc menadżerskie, ale dyskusję  o wartościach mogą inicjować wszyscy. Tyle, że nie jest to łatwe. Czasami trzeba zwrócić się do specjalistów psychologów.

M.S.: Dlaczego właśnie do psychologów, a nie na przykład do etyków, czy filozofów?

A. B.: Dlatego, że rozmawiając o wartościach z pracownikami, nie staramy się ustalić filozoficznych standardów aksjologicznych, tylko poznać wartości ważne dla konkretnych ludzi. I najczęściej nie tylko je poznać, ale też i w jakiejś mierze kształtować. A kształtować nie w sposób nakazowy — tu jest lista wartości, które mają być dla was ważne — tylko przez tworzenie odpowiedniego społecznego środowiska pracy. Np. jeżeli zauważymy, że wśród naszych pracowników powszechnie cenione są postawy cynicznej skuteczności, to jest wielce prawdopodobne, że firma ma znaczący w tym udział. Warto się wtedy przyjrzeć, czy aby firma nie realizuje takiej właśnie postawy wobec pracowników.

M. S.: Na zakończenie chciałbym Pana zapytać co sądzi pan o określeniu „misja firmy” – czy jest ono zasadne?

A.B. Uważam, że każda firma powinna określić swoją misję, wizję i strategię. Misja mówi, jakie wartości chcemy tworzyć, w czym chcemy być użyteczni dla świata. Wizja określa jak nasza firma ma wyglądać w przyszłości, by realizować misję. A strategia, to już konkretna droga zrealizowania wizji.

M.S.: Serdecznie dziękuję w imieniu własnym oraz czytelników za poświecony czas i naszą rozmowę.

——————————————————————————————————————————

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

Rozmowa z Jarosławem Markiem Spychałą

Posted in Czytelnia, Jarosław M. Spychała, Rozmowy by staniszewski on 24 marca 2010

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wspierającym działalność Fundacji Homo Inquietus.

Dziś prezentujemy wywiad z Jarosławem Markiem Spychałą –  filozofem,  artystą, dziennikarzem twórcą oryginalnego projektu LEGO-LOGOS (ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ) oraz Międzynarodowego Festiwalu Kultury Filozoficznej Creatio Ex Legendo TM, członkiem Stowarzyszenia Edukacji Filozoficznej PHRONESIS.

W imieniu zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

 Marek Staniszewski.: Na początek chciałem zapytać o Lego-Logos. Skąd wciął się pomysł na tak niecodzienny sposób nauczania filozofii? W jaki sposób szkoły zareagowały, kiedy po raz pierwszy przedstawiał Pan tą ideę no i oczywiście jakie były pierwsze reakcje uczniów, którzy zetknęli się z projektem? 

Jarosław Marek Spychała: Projekt Edukacji Filozoficznej LEGO-LOGOS powstał w roku 2004 na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Początkowo był adresowany do studentów kierunków humanistycznych i miał zastosowanie w analizie tekstów filozoficznych.

W roku 2005 rozpoczęto przygotowania mające na celu zaadaptowanie metody LEGO-LOGOS na potrzeby edukacji w sektorze szkolnictwa publicznego. Prace ukończono w roku 2006 i projekt został wdrożony w województwie Kujawsko-Pomorskim do użytku szkolnego jako innowacja pedagogiczna w Zespole Szkół nr 5 w Toruniu. Od tego czasu warsztaty LEGO-LOGOS były prowadzone w szkołach na terenie całego kraju, w tym również placówkach zagranicznych. Organizowano także szkolenia zawodowe dla nauczycieli i przedstawicieli samorządów terytorialnych.

W roku 2007 metoda LEGO-LOGOS została wykorzystana podczas ‚Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Kultury Filozoficznej’, nad którym patronat objęło Ministerstwo Edukacji Narodowej, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Wojewódzkie Kuratoria Oświaty, Placówki Dyplomatyczne, m.in. Austrii, Brazylii, Czech, Danii, Ekwadoru, Estonii, Finlandii, Grecji, Holandii, Islandii, Łotwy, Malezji, Meksyku, Niemiec, Portugalii, Słowenii, Szwecji, Wenezueli, Węgier, Włoch.

W tym samym 2007 roku rozpoczęto kontynuację prac nad udoskonaleniem i szerszym zastosowaniem LEGO-LOGOS pod naukową opieką Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, Instytutu Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego w Łodzi oraz Wydziału Filozofii Chrześcijańskiej Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Projekt LEGO-LOGOS znalazł również zastosowanie w szkoleniach prowadzonych na rzecz sektora publicznego, zwłaszcza dla przedstawicieli samorządu terytorialnego.

Metoda LEGO-LOGOS w swej istocie sięga do idei sokratejsko-platońskich, wyłożonych w dialogu Państwo Platona i posługuje się technikami obrazowania w celu nauczania filozofii i filozofowania sensu stricte, jak i szeroko rozumianej ekspresji filozoficznej.

Punktem wyjścia jest lektura klasycznych tekstów filozoficznych, które następnie zostają zamienione przez uczestników zajęć w budowle z klocków lub innych tworzyw plastycznych. Dokładna analiza budowli i ich porównywanie z tekstami doprowadza uczestników do głębszego zrozumienia omawianych tekstów oraz przedstawienia samodzielnych i twórczych wizji ich filozoficznej i artystycznej interpretacji.

Wśród czytanych na zajęciach tekstów znajdują się między innymi pisma Platona, Arystotelesa, Cycerona, Marka Aureliusza, a także Leonarda Da Vinci i Kartezjusza.

M.S.: Prowadząc projekty w ramach Lego-Logos, czy audycję filozoficzną w radio Tok FM spotyka się Pan zapewne z wieloma opiniami i sądami na temat samej filozofii i jej roli w wychowaniu młodych ludzi, czy też z ogólnymi opiniami na temat przydatności społecznej tej dyscypliny. Jak z takiej perspektywy ocenia Pan dzisiejszy wizerunek filozofii i filozofów? Czy filozofia wydaje się być atrakcyjna, czy przyciąga, czy może wręcz przeciwnie?

J. M. S.: Nigdy tak nie było, aby tłumy z uwielbieniem oddawały się świadomie filozofowaniu (nieświadomie z pewnością ocierają się o refleksje zbliżone do poglądów wielu filozofów) i chyba nic się nie zmieni w tej mierze. Wystarczy wspomnieć wykład otwarty, jak byśmy powiedzieli współcześnie, który miał wygłosić Platon w Pireusie. Wykład nosił tytuł „Peri tagathu”, czyli „O dobru”. Przybyły na niego tłumy spodziewając się najprawdopodobniej określonych treści, które pozwoliłyby słuchaczom pozyskać różnego typu dobra – majątki. Tymczasem Platon rozważał o dobru najwyższym rozumianym z perspektywy swojej metafizyki. Rozczarowany tłum dał odczuć mistrzowi swoje niezadowolenie, co Platon boleśnie wspominał do końca swych dni. Stąd też Platon wycofał się z publicznej aktywności i takich prób, oświecenia tłumów, już nie podejmował – a w każdym razie nic na ten temat nie wiemy.

Podobne perypetie i rozterki przeżywali inni, antyczni i nowożytni filozofowie. Część z nich zapłaciła za swoje poglądy banicją, a nawet życiem. Często też z filozofów drwiono i naśmiewano się.

W Polsce obraz filozofa, filozof jest raczej kojarzony negatywnie. Słowo „filozof” jest synonimem bujającego w obłokach nieżyciowego mądrali, nieudacznika, niepraktycznego myślenia i działania. Nawet jeśli pojawiają się autorytety filozoficzne jak Kołakowski, Gadacz, czy Wolniewicz, to są to wyjątki, odstępstwa od reguły, choć ważność ich wypowiedzi postrzegana jest raczej na gruncie historii filozofii, niż współczesnego życia społecznego – tu głos oddaje się politykom, psychologom, socjologom i innym. Na ogół jednak bycie filozofem nie jest wizytówką – wiele osób publicznych, przedstawicieli mediów nie legitymuje się wykształceniem filozoficznym z obawy przez byciem odbieranym z przymrożeniem oka.

Sytuacja ta zaskakuje obcokrajowców. Dokładnie inaczej przedstawia się sprawa w Niemczech, Francji czy Anglii, w których to krajach filozofowie cieszą się społecznym szacunkiem i uznaniem.

Od pewnego jednak czasu ten stan rzeczy się zmienia i, jak przypuszczam, zainteresowanie filozofią i jej przejawami będzie się poszerzać i pogłębiać.

M.S.: Czytając informacje na temat Akademii Filozoficznej znalazłem tam interesujące określenie – „plastyka filozoficzna”. Zostało ono wyjaśnione jako narzędzie umożliwiające żywy udział społeczeństwa w filozofowaniu. Jak wygląda rozwój tego projektu? Kto jest głównie zainteresowany w kształceniu takich umiejętności?

J. M. S.: Akademia Filozoficzna, którą tworzę już od pewnego czasu jest propozycją adresowaną do osób w każdym wieku. Prowadzone są w jej ramach regularne zamknięte seminaria kulturoznawcze dla młodzieży i dorosłych oraz wykłady otwarte, np. „Mit Supermana – Od Herosów i Chrystusa do Małysza i Jacksona”. W ramach Akademii realizowane są także inne projekty, np. „100 Solidarnych” czy „Hades 2010 – człowiek współczesny o życiu po śmierci”. Jednym z celów Akademii jest tworzenie nowej ‘plastyki filozoficznej’. Plastyki pozwalającej na żywy udział społeczeństwa w filozofowaniu, i niekoniecznie tylko absolwentów studiów filozoficznych, lecz zwykłych ludzi, którzy chcą zrozumieć swoje życie i osiągnąć osobiste szczęście. Ta plastyka stara się być zrozumiałą dla szerokiego ogółu na zasadzie analogicznej do biblii pauperum (czyli biblii obrazkowej), którą tworzono dla nie umiejących czytać chrześcijan. Jako twórca nowej ‘plastyki filozoficznej’ chciałbym, aby miała ona cechy teatralne, aby tworzyła scenę przyjazną człowiekowi, aby zacierała granice między widzem a aktorem, aby ośmielała do czytania, myślenia i mówienia, do życia własnym dialogiem, aby każdy mógł wystąpić we własnym życiu za siebie samego. 

M.S.: Interesują Pana kwestie związane z przenikaniem się religii i filozofii w odniesieniu do wyobrażeń o tym co dzieje się z człowiekiem po śmierci. Śmierć i to, co po niej następuje wydaje się dziś tematem raczej mało popularnym – niemalże tematem tabu. Przedłużanie życia dzięki zdobyczom nauki, powszechny dobrobyt czy identyfikacja kolejnych źródeł przyjemności zdają się dominować społeczną wyobraźnię. Czy wg Pana nadchodzi renesans dla stawiania tzw. „pytań egzystencjalnych”?

J. M. S.: W minioną sobotę rozmawiałem na antenie radia z uczniami gimnazjum o tym jak wyobrażają sobie życie po śmierci. Zadzwonił jeden ze słuchaczy, którego zdaniem nie należy rozmawiać z dziećmi o śmierci. Bardzo to odległa opinia od poglądów Platona, który uważał, że filozofią należy zajmować się od chłopięcych lat, a „ci, którzy się z filozofią zetknęli jak należy, niczym innym się nie zajmują, jak tylko tym, żeby umrzeć i nie żyć”. Oczywiście nie każdy musi podzielać poglądy Platona.

Nie mniej jednak jest dziś trochę tak, że model codzienności, która poszukuje nieskazitelnej czystości, oślepiającej bieli, nieprzemijającej świeżości, wiecznej młodości, śmierć staje się czymś nie na miejscu – większość osób na pytanie gdzie się powinno umierać odpowie, że w szpitalu – umieranie w domu postrzegane jest jako niehigieniczne. Istotę rzeczy oddają słowa Artura z Tanga Mrożka, który komentując śmierć babci powiada: „Umarła! A jednak to dziwne. Była taka niepoważna…”.

Potrafimy zagłuszyć dźwięk pytań egzystencjalnych, ale zagłuszanie jest tylko zagłuszaniem. Pytania będą domagały się odpowiedzi i prędzej czy później, jak sądzę, dojdą do głosu. Nie da się uciec przed śmiercią i prędzej czy później zdaje sobie z tego sprawę każdy człowiek, nawet najbardziej zamożny. 

M.S.: Prowadzi Pan wiele aktywności związanych z upowszechnianiem filozofii. Część z nich ma charakter komercyjny (licencje, szkolenia biznesowe). W jaki sposób ocenia Pan przydatność filozofii dla biznesu? Co takiego mogą dziś Polscy przedsiębiorcy czerpać z filozofii? No i oczywiście pytania: czy sam Pan postrzega się jako przedsiębiorcę?

J.M.S.: Gwoli żartu (choć są to fakty) wspomnę historie z jednej ze szkół, która organizowała cykl warsztatów dla młodzieży. Nauczycieli, których zaproszono do ich poprowadzenia poproszono o wystawienie szkole faktur – co ciekawe, jednym z prowadzących zajęcia był duchowny.

W aktualnej sytuacji społeczno-gospodarczej w Polsce jakiekolwiek działanie społeczne zmusza obywatela do „przeistoczenia się” z osoby fizycznej w osobę prawną. Jest to sytuacja chora. Obywatel nie może zwrócić się do urzędu z żadną inicjatywą, gdyż nawet jeśli urzędnicy zechcieliby z nim współpracować to nie mogą, bo współpracują tylko z NGO, a nie z obywatelami. Obywatel może skarżyć się na urzędy i tego wszyscy się boją, ale nie może z urzędami współpracować. Te same mechanizmy dotyczą filozofii – działalność filozoficzna (nie w sensie akademickim) dla swojej prawnej ważności wymaga osoby prawnej i w tym kontekście stałem się przedsiębiorcą. W pewnym sensie nie jest to dalekie od ducha filozofii antycznej – każdy kierownik szkoły filozoficznej, Pitagoras, Platon, Arystoteles czy Epikur był jednocześnie przedsiębiorcą zarządzającym „edukacyjnym biznesem”.

Wracając do zapotrzebowania na filozofię w biznesie, to sądzę, że jest ono bardzo duże, choć filozofię podaje się często w innym opakowaniu, aby nie budzić negatywnych skojarzeń, o których wspominałem wcześniej.

Myślenie filozoficzne jest bardzo precyzyjnym narzędziem pracy i osiągania tzw. sukcesu. Znajduje ona zastosowanie we wszelkiego rodzaju procesach planowania i organizacji pracy zespołowej jak i w innych dziedzinach gospodarki. Co zaczyna być coraz bardziej widoczne w zapotrzebowaniu na „mądre szkolenia”, poszerzające horyzonty.

M.S.: Ostatnie pytanie dotyczy najbliższej przyszłości – jeśli nie jest to tajemnica, to jakich nowych projektów należy się spodziewać w najbliższym czasie?

J.M.S.: Właśnie startuje projekt społecznych warsztatów parlamentarnych „Młodzi w Demokracji” (www.mlodziwdemokracji.pl). Celem warsztatów jest przybliżenie młodym Polakom idei ważnych dla funkcjonowania społeczeństwa demokratycznego, a także umożliwienie bezpośredniego spotkania i wymiany poglądów z przedstawicielami parlamentu. W ramach warsztatów odbędą się dyskusje związane z wybranymi aspektami życia społecznego, istotnymi dla polskiej i europejskiej demokracji.

M.S.: W imieniu naszych Czytelników bardzo Panu dziękuję za poświęcony czas.

Kultura bez filozofii?

Posted in Czytelnia, Grzegorz Józefczuk, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 22 marca 2010

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Pytania na temat pożytków płynących z filozofii są – jak pokazują emocje ostatniej dyskusji – bardzo aktualne. Postanowiliśmy zatem sięgnąć do archiwów Łukasza Marcińczaka i przypomnieć rozmowę, którą przeprowadził dwa lata temu z Grzegorzem Józefczukiem, dziennikarzem Gazety Wyborczej w Lublinie, absolwentem filozofii UMCS.

W imieniu zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

 
Łukasz Marcińczak: Czy dostrzega Pan jakieś pożytki filozofii w dzisiejszym świecie – ceniącym konkret, ścisłą specjalizację, użyteczność?

Grzegorz Józefczuk: Odpowiedź jest paradoksalna, czyli czysto filozoficzna: i tak, i nie. Bo jeżeli się uzna, że w dzisiejszym świecie najważniejsze oraz pro publico bono jest to, co praktyczne, utylitarne, użyteczne, to gdyby filozofia służyła tym najważniejszym celom, byłaby już globalną korporacją, spółką akcyjną na giełdzie w Polsce albo Nowym Jorku, nie mówiąc o Tokio. Ale nie ma jej na giełdzie, nie ma jej w żadnych (sic!) wiadomościach telewizyjnych ani na czołówkach gazet, nie ma jej w sklepach, nie ma jej w wypowiedziach polityków. I tylko czasami artyści w swych enuncjacjach próbują, na ogół niestety mętnie, odwoływać się do filozofii, głównie aby uzasadnić swe kreacje artystyczne. Zatem, z tego punktu widzenia poważnie traktowana filozofia jest wiedzą lub dyscypliną całkowicie nie-praktyczną, nawet więcej – niepotrzebną, marginalną i niszową, uniwersytecką.

 Z drugiej strony niby wszyscy wiemy: to przecież filozofia jest esencją cywilizacji i kultury europejskiej. Chociaż jestem katolikiem więcej niż mało praktykującym, wydaje mi się, że echo tego pobrzmiewa w wypowiedziach hierarchów polskiego Kościoła, którzy dywagują nad tym, czy wejście Polski do Unii Europejskiej nie pozbawi nas kośćca wartości. …Wartości, duchowości, transcendencji, czyli czegoś, co jest – wedle ich zdania – umocowane w Bogu, a co ma być ważniejsze od tego, co „tu i teraz”, od tego co jest praktyczne, utylitarne i użyteczne. Nie chodzi mi o ich spór o Unię Europejską, lecz o fakt uporczywego przywoływanie istnienia sfery ponaddoczesnej. Zupełnie innym tego przejawem jest zaskakująca popularność studiów filozoficznych. Być może ta popularność, skoro jednak świat opiera się na korporacjach i giełdzie, stanowi przejaw oporu wobec nich, trwania w „niedojrzałości”, „zabawy” z tym światem, zanim zostanie się przez niego wchłoniętym.

Tak możemy sobie wyobrażać rację filozofii, która jednak sama niczego nie narzuca. Więc ten z filozofii „pożytek” może być taki, że pozwala ona – o ile ktoś chce – płynąć przez życie troszkę inaczej niż tym rybom, które według podobno ludowego powiedzenia, płyną tylko z prądem.

Ł.M.: Istnieją takie dyscypliny tradycyjne jak historia albo biologia, powstają też nowe kierunki interdyscyplinarne – czy filozofia ma jakąś przewagę nad nimi?

G.J.: Jeżeli się przyjmie, że istnieje jakaś hierarchia bądź system wszystkich nauk, to z reguły filozofię stawia się na górze. Kto ustanawia tę nauk hierarchię? I tę przewagę? Nie biologia, nie historia, tylko filozofia właśnie. Czyli – filozofia sama siebie kreuje do rangi królowej. I musi się mocno okopywać, bo te wspomniane przez pana, a nie wymienione z nazwy nowe kierunki interdyscyplinarne próbują filozofię okroić, zredukować. O ile dawne, rozmaite „fizykalizmy”, chciały filozofię zredukować do siebie, o tyle teraz rozmaite „kulturalizmy” – czy przypadkiem nie chcą ją rozmiękczyć i rozpuścić w sobie? To paradoks: filozofia jako „zwieńczenie” nauk nie interesuje zwieńczonych. Nauki nawzajem interesują się sobą, o ile mogą na sobie pasożytować.

Wydaje mi się, że głównie dlatego warto studiować filozofię, iż w tym dzisiejszym świecie jest to pewnego rodzaju wiedza tajemna, niedostępna dla wszystkich, wiedza w pewnym sensie elitarna i ezoteryczna, która się nie daje weryfikować, używać do celów praktycznych jak marketing. Jest to wiedza nie tylko opisowa, jak medycyna czy historia, ale wiedza w pewnym sensie kreująca świat, który opisuje. I przez to jest wyjątkowa, rzec by można – magiczna.

Ł.M.: Jest tak jak pan powiedział – żadna z nauk nie interesuje się inną nauką, a więc też filozofią, natomiast filozofia interesuje się nimi wszystkimi. Czy nie tu leży jej szczególność?

G.J.:  Nauki i tak pędzą na przód, w nosie mając filozofię, bo to ich praktyczne wynalazki zmieniają świat, przynajmniej w wymiarze materialno-praktycznym. Komputery i internet zmieniły świat tak, jak kiedyś krwawe rewolucji, a istnieją zaledwie kilkanaście lat. Filozofia te przemiany musi interpretować – i mimowolnie staje się nauką „służalczą”, komentującą. Lecz to jest i jej wyróżnik, bo jednocześnie szuka syntezy dla tego wymykającego się świata. A synteza może polegać na stawianiu nowych pytań, które na nowo porządkują świat – i to w filozofii jest cenne.

 Ł.M.: Tak jakoś jest, że wielu dziennikarzy parało się filozofią, na pewno jest więcej dziennikarzy po filozofii niż po dziennikarstwie – to zdaniem pana świadczy o czym?

G.J.: Rzeczywiście jest tak, że w mediach pracuje wiele osób, które studiowały filozofię albo wykładały na filozofii, ale myślę, że próba szukania w tym czegoś szczególnego jest mydleniem oczu i jakby wzajemnym podnoszeniem własnej wartości. Bo mówi się np., że filozofia uczy otwartości, odnajdywania różnorodnych punktów widzenia, analizy i syntezy, wykraczania poza konkretne sytuacje, że daje wiedzę ogólną i uczy zestawiania i wyciągania wniosków z faktów, itd., itd. I że to jest potrzebne w zawodzie dziennikarza. Ale tak samo można powiedzieć, że w zawodzie kucharza filozofia jest potrzebna, tam też trzeba znać klasyczne potrawy i konstruować jakieś nowe – mówię oczywiście o dobrym kucharzu.

 Ł.M: Wydaje mi się, że tak jak pan, odpowiedzieć może tylko filozof;  bo jeszcze trzeba dodać do cech, które pan wymienił, dystans nie tylko do świata, ale też do tego co się robi i do siebie samego – taki szczególny ogląd na pewno filozofia daje, a przynajmniej pogłębia. Można by powiedzieć, że po prostu jest tylu dziennikarzy-filozofów, bo filozofia nie daje do ręki rzemiosła, a człowiek musi się gdzieś zaczepić, żeby żyć. Ale jak to jest, że chyba z pewną łatwością zaczepia się w mediach, z łatwością większą niż inni zostaje sprawnym menadżerem, bo to jest właśnie interesujące, że nie będąc zawodowo nikim, może stać się każdym. I to każdym nie byle jakim, bo przecież dziennikarstwo nie jest zawodem dla byle kogo. Naprawdę pan tutaj korzyści nie widzi?

G.J.: Mówię z przekorą. Po skończeniu tych studiów rozumie się, na czym polega prawda względna, relatywna, absolutna i wie się, że z konkretu wynika tylko konkret, a nie żaden ogół – a to daje pewną możliwość analizy tej rzeczywistości realnej, codziennej, która jest różnorodna i wielokształtna. Jeśli ktoś ma umysł ukształtowany filozoficznie, to potrafi analizować, niezależnie, czy analizuje zachowania lokalnych polityków czy twory świata kultury. Lecz wszystko jest sprawą indywidualną: jednym filozofia pomoże, drugich zapędzi w psychozę.

 Ł.M.: Pana „działką” w Wyborczej jest kultura – przeprowadza pan wywiady z wybitnymi reżyserami czy pisarzami goszczącymi w Lublinie, recenzuje wystawy i spektakle. Bywa oczywiście tak, że twórcy mogą nie odwoływać się bezpośrednio – mówiąc szeroko – do filozofii, mogą nawet nie znać pewnych nurtów w kulturze czy problemów, które opukują tak samo, choć za każdym razem inaczej, jak ich poprzednicy. Ale jest przecież tak, że filozofia puka do nich, wyłazi z ich dzieł, czy oni tego chcą, czy nie chcą. Oni mogą być jak pan Jourdin i tego nie wiedzieć, ale dziennikarz zajmujący się kulturą chyba wiedzieć to musi?

 G.J.: Tu Pan zdemistyfikował moje poprzednie twierdzenia, że filozofia do niczego nie jest potrzebna właśnie w dziennikarstwie. W takim, które jest mi najbliższe, okazuje się, że rzeczywiście jest potrzebna. Do opisu tej rzeczywistości, która się pojawia w kulturze – mam na myśli sferę znaczeń symbolicznych, przestrzeń kodów kultury, które są powiązane i które nie są czytelne wprost. One nie są dane wprost i do ich czytania, jak i do interpretacji, filozofia niewątpliwie jest potrzebna, bo inaczej nie dałoby się nic zrozumieć, a kultura wysoka bez filozofii stała by się po prostu płaska i trywialna.

Diabeł istnieje z konieczności…

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymujemy wciąż wiele maili, z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy kolejny fragment „wywiadu-rzeki”, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z profesor Jadwigą Mizińską. 

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Łukasz Marcińczak: Czy mądrość może iść w parze ze złem, i czy nie wiedzie niekiedy do cierpienia? Czy w ogóle spotkała Pani Profesor złego człowieka, takiego, który miał wokół siebie jakąś złą aurę, takiego, co może i chciał dobra, ale – niczym  szatan u Goethego a rebours – czynił zło…

Jadwiga Mizińska: Zło, zły człowiek… Wiedziałam, dopóki mnie nie zapytałeś. No nie, nie będę kokietować. Wiem. Wiem teraz, że zła bezdennego, stuprocentowego, absolutnego nie ma – i być nie może. Jako, że Szatan nie jest stworzony z innej tkanki, niż Anioł. Pan Bóg, który przecież mógł tak postanowić (i uczynić) zdecydował inaczej. Stworzył najpierw Anioły, duchy dobre, duchy dobra. Ale wystawił ich na podobną pokusę, co Adama z Ewą. Spoglądając na Jego doskonałość, Aniołom zachciało się dorównać Bogu. Za to, za grzech pychy (jaki dziwny: bo wszak chcieli być Bogo – podobni!) strącił ich ambitniejszą część do otchłani.

Szatan zły, gdyż za bardzo chciał być dobry? Więc jestem nieskończenie wdzięczna Leszkowi Kołakowskiemu za to, że całkiem na serio zadał współczesnemu człowiekowi pytanie: Czy diabeł może być zbawiony? Tylko na pozór jest to kwestia teologiczna, czy też eschatologiczna. W istocie pytanie o możliwość zbawienia diabła jest też pytaniem o możliwość zbawienia człowieka, tak zwanego złego człowieka, złych ludzi. A kto z nas może o sobie powiedzieć, że nie jest, albo przynajmniej nie bywa, zły?

Dwie rzeczy jeszcze dały mi w tej mierze do myślenia. Swego czasu, Kum Grześkowiak (ten od Chłop żywemu nie przepuści), z którym się przyjaźniłam w ostatnich latach jego życia, zapytany, czy wyjeżdża w poznańskie do rodziny na Wszystkich Świętych, odrzekł, że zostaje w domu.

– Czyżbyś, Kaziu, nie miał grobów swoich najbliższych? – spytałam. – Owszem, mam, ale o nich jest komu dbać i się o nich modlić. Ja w tym czasie stawiam na balkonie dwa znicze; jeden za Hitlera, drugi za Stalina. Bo o nich przecież nikt nie pomyśli…

Dodać trzeba, że Kum Grześkowiak sam siebie miał za heretyka, a ksiądz z pobliskiego kościoła na LSM-ie uważał go wprost za bluźniercę. (…)

Kiedy Kazik zmarł, nagle – pewnie Pan Bóg się za nim stęsknił – poczułam, że teraz to ja, może jedyna na świecie osoba, której to powierzył, mam przejąć obowiązek troski o ludzi – szatanów: Stalina i Hitlera. A skoro o nich, odsądzonych od człowieczeństwa, to dlaczego nie o Berię, Dzierżyńskiego, Bormana, Hessa…, gdzie przerwać ten szereg, do którego zresztą ciągle dołącza ktoś nowy: Pol Pot, Milan Karadzić, Milosewić…(…)

Drugi powód mojej „nienawiści do nienawiści”, a więc – przekonania o bezsensowności odruchowego potępienia zła,  pochodzi od Bułhakowa.  Ale nie z cytowanego przez Ciebie motta o głupim Szatanie, który nolens volens musi sprawiać dobro, lecz z dialogu Piłata z Ha-Nocrim. (…)

Kiedyś, czytając jedną z książek Marii Janion natrafiłam na słowa: territus terreo – przerażony przeraża. Na ich wzór ukułam własne prawo: zraniony rani. Podręczniki psychologii, traktując o przemocy, piszą o „kolejności dziobania”. Jakoby każdy „dziobany” także musi „dziobać” kogoś, kto akurat jest pod ręką.

Czy rzeczywiście musi? Owszem, dopóki sobie nie uprzytomnić, że jestem – ja sama! – władna zatrzymać tę kolejkę dziobania i ranienia na sobie. Po prostu: nie muszę oddawać pięknym za nadobne. A nawet – mogę się zdobyć, jak radził Chrystus – gdy zostanę uderzona kamieniem, rzucić chlebem. Albo i tortem…

 Ł.M.: A czy diabeł ma swoją dobrą stronę? Albo czy jest nam do czegoś pomocny? A szczęście – czy jemu także przysługuje? Uczono nas, że jest upadłym aniołem, synem marnotrawnym, który odrzucił miłość Boga. Ale – tego się już nie uczy – Bóg nie znalazł sposobu, by go odszukać, a więc diabeł jest także istotą odrzuconą (albo – bądźmy ściśli –  nie odnalezioną, ale zdaje się, że też nie szukaną). A odrzucenie rodzi zło…

J.M.: Nosiłam się parę dni z tymi pytaniami, nagabując też o Diabła wiele osób, miałam po temu dobrą okazję na Festiwalu Filozofii w Międzygórzu, zorganizowanym przez Bogdana Banasiaka. Jednakowoż nikt nie chciał podjąć tego tematu (co też uznałam za formę odpowiedzi). Sądzę, że dla jednych osób jest to pytanie naiwne i omijają je przez delikatność, żeby mnie nie musieć mnie obrażać zarzutem o infantylność. Inni, być może, lękają się mówić o Złym, żeby go czasem nie wywołać, jak wilka (czy raczej wilkołaka) z lasu.

(…) Idzie, moim zdaniem, o to, ażeby w ostatecznym rachunku zadbać o zerowy bilans Dobra i Zła w świecie. Bowiem dbając o czystość duszy i spokój sumienia, wyrównując krzywdy, zarazem dbamy o harmonię tego, co nazwałabym niszą antropologiczną. Problem tzw. grzechu nie jest, wbrew pozorom, kwestią indywidualną. Nierozliczone zło wyrządzone przez jednego człowieka rzutuje negatywnie nie tylko na los jego ofiary, ale i – nie mniej ni więcej – na przyszłość całej ludzkości. (…)

A teraz o tym, jak pojmuję zły uczynek. Powtórzę za Barbarą Skargą, że jego „papierkiem lakmusowym” jest cierpienie na Twarzy Innego. Od siebie uzupełnię, że jego przeciwieństwo, dobry uczynek – to wywołanie uśmiechu na jego Twarzy. Uśmiech – to znak ulgi i radości.

No dobrze, a jak się rzeczy mają z Diabłem? (piszę go dużą literą z szacunku do Anioła, którym on wszak był przed upadkiem). Mój pogląd jest w tej mierze następujący:

Diabeł istnieje, tak samo, jak Anioł (i wszelkie inne Duchy). Ale istnieje w dwóch postaciach: transcendentnej oraz immanentnej. To znaczy: jako substancjalna Moc nakłaniająca do złych uczynków oraz jako same te złe uczynki dokonywane przez ludzi. (…)

Wydaje mi się, iż Diabeł bazuje na naszej niecierpliwości („co nagle, to po diable”). Właśnie korzystając z niej, podsuwa nam  różnorakie błyskotki: rumiane ale robaczywe jabłka, cukierki w pazłotku nadziane trucizną. Jako Książę Kłamstwa, dobrze wie, że ludzie łacno nabierają się na kuszący wygląd, zapominając o nieadekwatności między opakowaniem a zawartością, przed czym skądinąd przestrzegają liczne wymyślone przez nich samych przysłowia, takie jak: w ładnym ciele cnoty niewiele, nie wszystko złoto co się świeci, modli się pod figurą a ma diabła za skórą itp. (…)

Powtórzę: Diabeł istnieje z konieczności o ile uzna się dramatyczną naturę Bytu, i o ile Bycie jest stawaniem się. Opozycja pomiędzy biegunami (punktem Alfa i punktem Omega) rodzi potrzebę zmagania się z przyciąganiem bieguna Zła, bodajże silniejszego (dla słabych z natury ludzi) aniżeli biegun Dobra. Ludzkie życie przypomina zabawę z przeciąganiem liny, targani przez różne zewnętrzne moce,  raz lecimy w jedną, raz w drugą stronę.  (…)

Ale nie sięgając aż tak wysoko, również każdy ze zwykłych ludzi  może sobie samemu szybko dowieść, że uczciwość popłaca. Radzili polscy myśliciele na czas zamieszania aksjologicznego: „Kiedy nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”. Dopowiem uzasadnienie: nie zdradzaj, bo sam możesz zostać zdradzony; nie kłam, bo zostaniesz okłamany; nie  kradnij, bo ciebie okradną. Jednym słowem, „nie rób drugiemu, co tobie niemiło”, bo dajesz tym samym temu Drugiemu pełne prawo do rewanżu. Zdaję sobie sprawę, że jest to  postępowanie „biznesowe”, ale dla Ludzi Obrachowanych wydaje się ono być godnym polecenia. Zresztą również w biznesie opłaca się (na dłuższą metę)  uczciwość i lojalność, dziś każda forma zabiega o swoje „logo”, które ma być w oczach klientów znakiem jakości, apriorycznego zaufania do jej produktów. Niegdyś Max Weber w klasycznym dziele „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” (kapitalizm w swoich początkach miał jeszcze ducha!) uzasadniał obszernie, że uczciwość opłaca się kapitalistom zgoła dosłownie. Producent, który nigdy nie wypuszcza braków, handlowiec, który nie oszukuje wyrabiają sobie nazwisko, które poniekąd pełni rolę reklamy. Buty od Baty były nie do zdarcia, maszyny do szycia od Singera służyły wielu pokoleniom. Zatem rzetelność i uczciwość jest także przeliczalna na pieniądze.

Na odwrót, zaledwie jeden bubel, albo jedna niedbale wykonana operacja podrywa zaufanie do wytwórcy czy lekarza, a podobnie jeden plagiat deprecjonuje profesora filozofii…

Musi zdumiewać obecne rozprzęgnie moralne, skoro trzeba, prócz Dekalogu dla każdego zawodu tworzyć osobne etyki: dziennikarską, lekarską, nauczycielską, a nawet dla pracowników uniwersyteckich. Znaczy to, że zawodzi nie tyle moralność, ile inteligencja, której zadaniem jest wszak myślenie dalekowzroczne. (…)

Filozofia koi lęk…

Posted in Czytelnia, Janusz Opryński, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Rozmowy by staniszewski on 15 grudnia 2009

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy wywiad, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził w 2008 roku z Januszem Opryńskim – reżyserem teatralnym, menedżerem kultury, twórcą teatru otwartego w Polsce, oraz twórcą i reżyserem działającego od 1976 roku teatru „Provisorium”.

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Filozofia koi lęk.

Łukasz Marcińczak: Czy znajduje pan jakieś pożytki uprawiania filozofii, bo daje się słyszeć dzisiaj głosy, że ta wiedza jest do niczego nie przydatna…

Janusz Opryński: Mam zupełnie przeciwne zdanie, przez całe swe już dorosłe życie odczuwam coraz mocniej rodzaj pewnego niedokształcenia filozoficznego. A chyba zawsze miałem intuicję, a może nieodpartą świadomość, że filozofia zapewnia lepsze, bo mądrzejsze życie. Jeżeli wierzyć Tadeuszowi Gadaczowi, że jakość myślenia warunkuje jakość życia, no to mamy pewien wzór, oczywiście w cudzysłowie, na mądre życie, czyli na życie spełnione. Zresztą ja sam, spotykając się z ludźmi, którzy kończyli studia filozoficzne, widzę, że oni posiadają niezwykłą i niezwykle konkretną umiejętność analizowania rzeczywistości. Szybka kariera tych ludzi w nowej rzeczywistości po 89 r., świadczy o ich szybkiej możliwości dekodowania życia. Widocznie jest to przydatna wiedza – na pewno filozofia to nie jest ucieczka od rzeczywistości, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że pozwala ona poruszać się sprawniej we współczesnym świecie. Oczywiście wokół filozofii narosły rzeczy istotnie głupie, pewnie dlatego, że przez lata komunizmu z filozofii robiono karykaturę, tych prawdziwych filozofów ośmieszano, pokazywano ich jako takich trochę dziwaków. 

Ł.M.: Może dlatego, że filozof z zasady wątpi, zadaje czasem niewygodne pytania, a wątpienie i zadawanie pytań w najlepszym z możliwych światów z natury rzeczy bywa szkodliwe…

J.O.: Ale bywały też takie zabawne paradoksy, że nasi studenci filozofii oblegali wtedy rosyjskie księgarnie. Bo okazuje się, że gdy u nas wielu dzieł w ogóle nie tłumaczono, u nich było wszystko. Oni mieli świetne tłumaczenia, ale oczywiście ze wstępem tuby marksistowskiej, deprecjonującej każdy system, który odwoływał się ku metafizyce czy w ogóle traktował o Bogu. I kiedyś tłumaczyli mi filozofowie, że należało kupować rosyjskie książki i wyrywać wstępy, bo tylko wstępy były nasycone jadem marksistowskim, a dalej już było wszystko w porządku. Kiedy dzisiaj znowu słyszę, że w programach edukacyjnych brak jest pieniędzy na filozofię, mam wrażenie, że może niewłaściwi ludzie zajmują się edukacją. Bo wyobraźmy sobie, że jakieś pokolenie nie przetłumaczy Platona. Uważam, że w każdym pokoleniu klasyczne dzieła filozofii powinny ukazywać się w nowych tłumaczeniach. Bo to jest rodzaj pracy intelektualnej związanej z nazwaniem problemów kiedyś postawionych we współczesnym języku. Znaliśmy Nietzschego z tłumaczeń Staffa, a teraz, dzięki prof. Krzysztofowi Michalskiemu, poznajemy Nietzschego jakby na nowo. Jeżeli dziś czyta Nietzschego 20-letni człowiek, to go nie odpycha maniera Staffa, więc jest większa szansa, że Nietzsche okaże się dla niego kimś ważnym. Mamy tu do czynienia jakby z odświeżeniem dzieła. Myślę, że to jest szalenie ważne. Zgadzam się z Brodskim, że każdy musi spróbować Biblię i całą starożytność odczytać na nowo. Jeżeli to nie stanie się puste, ale chyba bardzo długo jeszcze będziemy tam szukać różnych odpowiedzi. Zresztą nie wszystko dotąd odkryliśmy nie tylko u Nietzschego, ale nawet i u Platona, a przecież stamtąd się bierze nasze rozpoznanie świata.

Ł.M.: Twierdzi pan, że filozofia to nie jest ucieczka od realnego świata, ale czy nie jest ona trochę wieżą z kości słoniowej, wiedzą arystokratyczną…

J.O.: To jest kolejne przekonanie fałszywe. Gdy słuchamy Barbary Skargi czy Leszka Kołakowskiego, dotykamy takiej mądrości, która jest nam wszystkim potrzebna. Oni posiadają umiejętność nazywania świata, a tam, gdzie pojawia się niemożność jego nazwania, jest przyznanie się do tego z pokorą, wśród tych ludzi nie ma żadnego fałszerstwa. W pewnym momencie zacząłem organizować cykl spotkań pt. „Jak żyć”, na który od kilku lat zapraszam filozofów – co jest też pewnie jakąś próbą leczenia moich kompleksów – bo uświadomiłem sobie, że chcę słuchać tych ludzi, chcę się dowiedzieć, jak oni nazywają współczesny świat. A ci ludzie są tak naprawdę zupełnie niewykorzystani. Gdyby nie wyjazd Kołakowskiego w 68 r., to w Polsce mogło być lepiej nie tylko z filozofią. On pracując stale z grupą seminaryjną powiedzmy dwudziestu osób mógłby sprawić – jestem o tym przekonany – że życie w Polsce byłoby lepsze. Dzięki tym dwudziestu osobom. Wiem, że dziś Barbara Skarga prowadzi seminarium i to jest znowu jakaś dla nas szansa, bo tam się wykuwają niezwykli ludzie. Tam zaczyna się reinterpretacja bardzo ważnych dzieł naszej kultury i oni dla nas próbują nazywać świat dzisiejszy. To nie jest żadna wieża. To jest bardzo konkretne, heroiczne mierzenie się z rzeczywistością. Potrafią to tylko wielkie umysły. Proszę też zwrócić uwagę, jak ludzie ci mimo wieku ciekawi są drugiego człowieka, ciekawi świata. To jest skarb dla narodu. Myśmy jednak szafowali w historii talentami, które pracowały dla innych, czego najbardziej dotkliwym przykładem jest Leszek Kołakowski.

Ł.M.: Organizując w Lublinie te filozoficzne konwentykle wskazał pan na pewną – może do końca nieuświadomioną społecznie – potrzebę, Kołakowski raz na tydzień w telewizji nie wystarcza…

J.O.: Myślę, że człowiek intuicyjnie lgnie do mądrości. Tak naprawdę szybko potrafimy ocenić, czy mamy do czynienia z fałszywym mędrcem czy z autentycznym. Jeżeli przyjeżdżają autentyczni mędrcy, to na sali jest cisza, wtedy wszyscy otwieramy usta i słuchamy jak uczniowie. Oni nam troszkę stępiają ból istnienia, ale też i lęk, bo próbują ten lęk nazwać. Ostatnie medialne rozmowy z Kołakowskim i Skargą uważam za największe wydarzenia intelektualne w Polsce. Może to choroba i uroda demokracji, ale żyjemy w czasach, które zmuszają człowieka do dokonywania wyborów, a nie hierarchizują tego świata. Nie wskazują na wyspy mądrości i człowiek bywa pogubiony, nie wie, jak docierać do prawdy. Mam jednak nadzieję, że powoli, wraz z okrzepnięciem naszych zmian, będzie to się jakoś klarowało. Choć nie bardzo wierzę w żadne mądre ustawy polityków. Społeczeństwo samo musi zacząć doceniać mądrość, a jeśli w naszym kraju głos filozofów przebije się w tej papce szybkich mediów, powstanie źródło, z którego wszyscy zaczniemy czerpać. Jestem przekonany, że jeżeli się będziemy mogli pochwalić, że mamy dwudziestu europejskiego formatu filozofów, to po prostu wygramy. I w gospodarce, i w turystyce, może nawet i w piłkarstwie… [uśmiech zdecydowanie filozoficzny]. 

Ł.M.: Od kiedy pana zdaniem powinno się zaczynać przygodę z filozofią? Jest bowiem opinia, że człowiekowi, który jest jeszcze nieukształtowany, lepiej służy religia, bo ona tworzy pewien kręgosłup moralny. Natomiast filozofia, pokazując problematyczność wszystkich stanowisk, może prowadzić do zagubienia…

J.O.: Za małą pewnie mam wiedzę, ale myślę sobie tak – przed wojną w dobrych liceach wykładali profesorowie uniwersytetu i nie było żadnego problemu. Jeżeli filozofię miałby wykładać w liceum człowiek po kursie, szybko do tego przyuczony, to absolutnie nie. On jedynie zagmatwa problem, bo doskonale wiemy, że tylko ludzie autentycznie mądrzy mówią o trudnych sprawach prostym językiem. Ale jeżeli doktorowie filozofii mieliby uczyć filozofii w liceach, to absolutnie tak. Chyba im wcześniej, tym lepiej. Oczywiście styk religii i filozofii jest u nas szalenie niebezpieczny, ponieważ żyjemy w kraju ortodoksji katolickiej. Uważam, że powinniśmy mieć większą świadomość czym jest religia – pisał o tym Kołakowski, zadając największy cios materializmowi i próbie marksistowskiego widzenia świata. Powinna być głębsza świadomość tego, że istnieje w człowieku potrzeba sacrum, która musi być zaspokojona, czyli że prawidłowej konstrukcji człowieka nie można sobie wyobrazić bez odniesienia się do religii. Problem w tym, jak my tę potrzebę zaspokajamy. Mnie się wydaje, że ciągle niestety tak, jak to widział Brzozowski – sprowadzoną do jakichś zinfantylniałych form dla maluczkich. Dzisiaj czytam w internecie, że siostra przepytuje 8-latkę czy uprawia seks. To jest karygodne – tej 8-latce nie tylko odechce się religii, ale i z seksem będzie miała kłopoty. To wszystko zależy od ludzi. Powstał wielki problem, kiedy wprowadzono religię do szkół.  Kościół miał katechetów kompletnie nieprzygotowanych i to był jeden wielki humbug tak naprawdę. Religia – przedmiot o bardzo istotnej sferze człowieka – wpadł w ręce ideologów. A przypominamy sobie słowa Tischnera, że żaden marksista nie wyrządził religii tylu szkód, ile jeden głupi ksiądz. Ale to jest wszystko do przemyślenia, mamy dwadzieścia niecałe lat tej nowej rzeczywistości i ciągle bardzo słabo myślimy o edukacji. A filozofia jest jakimś naczelnym tutaj problemem, z którym się musimy zmierzyć. Rozmawiałem ostatnio z Tadeuszem Gadaczem, który pracuje nad encyklopedią filozoficzną i włosy mu dęba stają na głowie. Okazuje się, że całe mnóstwo ważnych dzieł z filozofii wydawanych w Europie po wojnie, w ogóle do nas nie dotarło. Mamy potworny dług  humanistyczny, wiele lat do nadrobienia. 

Ł.M.: Wspomniał pan, że filozofowie nazywają nasze lęki, ale czy najlepszym lekarstwem na lęk nie jest jednak religia – filozofia pozostawia człowieka samego z sobą…

J.O.: Jak powiadam, wśród absolwentów filozofii spotkałem mnóstwo ludzi, którzy umieli żyć. To nie znaczy wcale, że byli bogaci, ale nawet jak wybierali skromny model życia, byli ze sobą pogodzeni. Na swój sposób zawsze szczęśliwi. Nie próbuję tego fetyszyzować, bo jakby to była prawda do końca, to wszyscy wybieraliby filozofię, bo przecież wszyscy chcą być szczęśliwi. Ale myślę, że coś jest na rzeczy – filozofia w życiu pomaga. Ja mam stale w pamięci zdanie Norwida z poematu Szczesna, kiedy on mówi, że „po smutkach wielu chodzę na kursa filozofii”. Norwid po wielkim zawodzie miłosnym szukał ukojenia w mądrości. Jest poza tym jakaś niezwykła przyjemność przebywania z ludźmi, którzy uprawiają filozofię. Mnie brakuje mędrców. Oni są, ale gdzieś poskrywani. Bo świat oparty na socjotechnice boi się mędrców. Lider wziętego programu telewizyjnego nie zaprasza do siebie mędrca, bo się boi, że się ośmieszy. Przejeżdżając przez miasta widzimy billboardy pokazujące Tomasza Lisa, a dlaczego nie widzimy billboardu z Barbarą Skargą? Skarga być może nie chciałaby się na tym billboardzie znaleźć, ale to jest dla mnie ktoś, kto powinien do nas mówić, kogo warto słuchać. A przecież w odczuciu ludzi prostych, niedouczonych, ludzie pokazywani na billboardach to są niemalże bogowie. Inteligencja, ludzie wolni, umieją to odróżnić, ale problem widzę w tym, że społeczeństwo ma odgórnie limitowany dostęp do mądrości. Pewnie jest w tym jakaś logika, bo odkrycie filozofii, to odkrycie wolności, a ludzie wolni wymykają się wszelkiej władzy, która nad nimi traci kontrolę. Przekonany jestem, że kontakt z filozofią daje zyski na każdym polu. One może dopiero w dłuższej perspektywie są zauważalne, czasem po kilkudziesięciu latach widzi się dopiero kapitał, który się uskładał. Parafrazowałbym Władysława Bartoszewskiego, który zapytany niedawno, czy opłaca się być uczciwym, odpowiedział: „nie opłaca się, ale warto”. Nie wiem, czy zajmowanie się filozofią zawsze się opłaca, ale na pewno warto się nią zajmować.

Rozmawiał: Łukasz Marcińczak