Homo Inquietus

Jaki jest koń? – Każdy widzi po swojemu…

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Rozmowy by staniszewski on 13 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy fragment obszernego wywiadu, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z Prof. Jadwigą Mizińską.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM

L_M_CB


 Z prof. dr hab. Jadwigą Mizińską (UMCS) rozmawia Łukasz Marcińczak

 

Chciałbym jeszcze zapytać o fenomen wiary – też o tym często myślę, bo wiara jest światłem dzieciństwa i bardzo często bywa światłem późnej starości. Bardzo wiele osób, które straciło łaskę wiary (zakładając, że jest to łaska udzielana dzieciom, wszystkim bez wyjątku) w późnej starości wracają do Boga.  Nie chodzi mi o rodzaj jakiegoś egzystencjalnego konformizmu, o to, że jak trwoga to do Boga, bo na przykład mój wujek, major lotnictwa powojenny, który w życiu może w kościele nie był, teraz mając lat osiemdziesiąt kilka, parę razy w tygodniu jest w kościele- i jest szczery w tym, nauczył się modlić. Ten fenomen wiary jest wprost niesłychany, jakoś może podobny temu zjawisku, gdy fizycy, coraz bardziej zgłębiając pustkę wszechświata, zaczynają wierzyć w istnienie Boga. I podobnie filozofowie, w powszechnym odczuciu niedowiarkowie przecież, zdają się predestynowani wręcz do tego, żeby odrzucać to, co jest istotą wiary, czyli jej irracjonalizm. Bo czy wiara jest mądrzejsza i głupsza, wiara prostaczków (dla których stworzono Biblię pauperum) i wiara mędrców (dla których pisze książki ks. Heller)?

Drogi Łukaszu, mimo, że pytanie o sztukę i pytanie o wiarę potraktowałeś odrębnie, w gruncie rzeczy to poniekąd ten sam problem. Nadrzędnym dla sztuki i wiary jest moim zdaniem sens. Zawierający się w pytaniach „po co to wszystko”, ‘o co w tym wszystkim chodzi” , które same cisną się na usta szczególnie wtedy, gdy ludziom „wszystko  się wali” i gdy „ziemia usuwa się im spod stóp”.  Wtedy właśnie, kiedy to, co wydawało się najbardziej stabilne i niezawodne – ziemia pod stopami zawodzi, rozglądamy się rozpaczliwie za czymś, co jest ponad nią, w górze, w Niebie. Nad nami. Być może, po to właśnie przydarzają się nam wszystkim kryzysy czy wprost katastrofy; żebyśmy poszukali punku przyczepienia gdzie indziej. Mimo bowiem pionowej postawy, raczej rzadko zadzieramy głowę, by spojrzeć w Niebo, raczej patrzymy pod nogi i wokół, żeby się nie potknąć i ustrzec nieprzyjaciół z  boku lub z tylu.

Co prawda, niekiedy poszukując ratunku w Górze, dostrzegamy tam wyłącznie „Kamienne Niebo”, ale i to jest duchowym zyskiem w porównaniu z widzeniem wyłącznie horyzontalnym. Przez „Niebo” rozumiem tu wartości inne, aniżeli tylko utylitarne, praktyczne, prowadzące do natychmiastowych  i przeliczalnych korzyści.

Skąd w ogóle człowiek ma tę „matrycę”, skąd mu przychodzi do głowy, żeby ją czasem „zadzierać w górę”?

Bardzo mi się podoba Twoja podpowiedź, że wiemy to od Dziecka, które nami niegdyś było, i które nigdy nas nie opuszcza, chociaż staramy się go wyrzec w miarę dorastania i „mądrzenia”. Sądzę, że nauki o człowieku, w tym, niestety, również filozofia, zasadniczo dotąd nie rozpoznały roli dziecięctwa (które należy odróżnić od dzieciństwa). Poza nielicznymi wyjątkami, na czele z Januszem Korczakiem, autorem pracy o zastanawiającym tytule „Kiedy znowu będę dzieckiem”). Otóż, dziecięctwo to nie po prostu etap, stadium w cyklu życiowym, wydzielonym na podobnej zasadzie co młodość, dojrzałość, starość. Dziecięctwo – to pewien status, kondycja, modus istnienia, która przydarzyć się może w różnym wieku: zarówno w dzieciństwie, ale też w dorosłości i starości. Polega ona na ufności. Na głębokim i bezwzględnym zawierzeniu  Bytowi, jakkolwiek byłby on każdorazowo pojmowany.

Najogólniej, na poczuciu, że jestem „Dzieckiem Wszechświata” i, jak głosi Dezyderata, że „nie mniej niż drzewa i gwiazdy, mam prawo być tutaj”.  Jest to, innymi słowy,  poczucie przynależności do Całości, miłość do niej oraz – duma z tego faktu.

Wiara w istocie nie jest niczym innym, aniżeli takim ogarnięciem przez Wszechświat. Imiona, które ludzie nadają Transcendencji, czemuś od siebie szerszemu, wyższemu, ale macierzystemu, są mniej ważne. Nawet nie muszą to być imiona boskie. Niektórzy filozofowie religii, porównując ze sobą różne wierzenia, wolą mówić o pisanej dużą literą Rzeczywistości, która otacza i obejmuje zwykłą rzeczywistość.

Lubię pewną myśl, którą sobie skądeś zapożyczyłam, że Dziecko, jeszcze nim pojawi się ucieleśnione na ziemi, spoglądając na nią z tamtej Rzeczywistości, wybiera sobie samo na rodziców tę oto kobietę i tego oto mężczyznę.  Ma do odegrania w dramacie ludzkości określoną rolę, i przygotowuje się do niej z góry. Przebywając w zaświatach (do których potem ma powrócić jako do wiecznej ojczyzny),  osobiście w nich uczestnicząc, nie ma nawet możliwości powziąć wątpienia w ich istnienie. Dziecięca wiara, to właściwie – dziecięca wiedza.

W trakcie ziemskiej wędrówki, ucieleśniona, „uziemiona” dusza, natyka się na okoliczności, które mogą jej tę wiarę zachwiać, albo zgoła odebrać. Nie ma w tym nic złego ani „grzesznego”. Transcendencja ceni Immanencję, pozwala, by człowiek zmierzył się z próbą egzystowania na własny rachunek, na własny koszt. Mądry rodzic pozwala dorastającemu potomstwu na ćwiczenia z samodzielności i autonomii, nawet je czasem prowokuje. Zarazem jednak bacznie obserwuje, jak ono sobie radzi. Powiedzenie „jak trwoga, to do Boga”, według Ciebie  i wielu innych) dowodzące konformizmu, w moich oczach  jest nie tylko prawdziwe, ale świadczące o pięknych relacjach między Rodzicem a Dzieckiem. Ludzkie dziecko (również dorosłe) także na życiowych zakrętach powraca do domu i pyta o radę rodziców, zyskując co najmniej pocieszenie. Dom, rodzice – to wszak fundament, oparcie, źródło poczucia bezpieczeństwa.

 

7 lutego 2009 piszesz tak:

       Żyjemy w demokracji, o której mówi się, że wszystko w niej wolno – oczywiście nie wolno wszystkiego, ale wolno szukać własnej recepty na szczęście (które nie jest reglamentowane), na samorealizację.  Pluralizm poglądów (wolność mówienia i myślenia wszystkiego, jak nie w jednej gazecie, to w innej) przenosi się także na sprawy ducha, w przeszłości – nawet stosunkowo niedawnej –  ci,, którzy poszukiwali jakiejś formy duchowości (szukając szczęścia, prawdy, sensu albo wolności) zwykle znajdowali ją,  bo kto szuka ten znajdzie, a nie było jeszcze „wolnej konkurencji”) w Kościele katolickim. Dziś, zwłaszcza my w Lublinie, wysuniętym na wschód bardziej niż Kraków, Warszawa czy Poznań, możemy zaczerpnąć żywej wody z przebogatej tradycji Prawosławia, ze skarbca myśli naszych starszych braci w wierze, Żydów, możemy też poświęcić się Zen, wstąpić do Hare Kriszna albo do Zielonoświątkowców. Są też (wreszcie na równych prawach z ortodoksami, jak przesławny w Lublinie Akwinata choćby) wspaniali heretycy, ci którzy w żadnej religii instytucjonalnej do końca się nie mieścili- wszyscy ci jurodiwi, szaleńcy boży. Czym kieruje się Pani Profesor na bliskiej przecież Pani ścieżce transcendencji?

Tak, to niezwykle trudna (i cudna) sprawa; demokracja w sprawach ducha. Ale czy nowa?  Chyba nie całkiem, skoro chyba zawsze, odkąd wydzielono „ortodoksję” zaraz pojawiali się „heretycy”, czy też na odwrót, pojawienie się nieco tylko inaczej wierzących nakazywało okopywać się w twierdzach prawomyślności. To były jakieś początki pluralizmu, najpierw jako wewnętrznego dualizmu w kwestiach wiary. Ostatnio, gdy wraz z globalizacją, rozmyciem granic, multikulturalizmem, nieograniczonymi wędrówkami „biegunów”  po całym globie  dochodzi do zetknięcia się  twarzą w twarz ludzi z odległych dawniej duchowych kontynentów, zjawisko to nabiera intensywności. Pojawia się również Rynek Religijny z obfitością wszelkich, starych i nowych wiar. Stykają się one ze sobą, ciekawią sobą nawzajem, czy wprost fascynują. Każdy, komu niewygodnie w tradycyjnym kostiumie wiary swoich przodków, może przymierzyć inny, czy po prostu się w niego przebrać. A jak dobrze leży, jest wygodny i twarzowy, to go używać. Nie widzę w tym nic gorszącego, przeciwnie, jest to zjawisko ożywcze i bez względu na wszelkie podejrzenia o sztuczność czy płytkość takich konwersji, lepsze to niźli dzika wierność fundamentalizmowi, który żąda głów za zdradę naszego, a tym samym jedynego i „prawdziwego” Boga.

Religie, które dzisiaj żądają wyłączności i absolutnej lojalności, są w jakiś sposób anachroniczne, spóźnione w stosunku do czasu. Ponadto, żądając ortodoksji, bezwzględnej wierności „naszemu Bogu”, i surowo  karząc za odstępstwa, tym samym dają wyraz lękowi, że On sam nie jest dostatecznie pociągający. Zapędzanie wiernych do świątyni, siłą bądź szantażem, nie tylko przeczy przyciągającej mocy sacrum, ale też jest sprzeczne z samą istotą wiary. Wiara pojawia się, rozwija i umacnia w pełnej wolności, podobnie jak i jej pokrewna miłość. Albo się wierzy z głębi duszy, spontanicznie, wskutek czy to szczęścia czy łaski, albo nie. Wiary nie można wyrozumować, wymusić zewnętrzną, czy nawet wewnętrzną presją. Nie da się w nią nikogo wpędzić, jak też – z niej wypędzić. Powtórzę analogię z miłością. Nie pojawia się ona na zamówienie, nie da się jej zaprogramować, trudno też ją w sobie, jeśli już jest, stłamsić czy zabić.

Wiara i miłość są tajemnicą, spadają na człowieka bez pytania, bez przyzwolenia i tak samo, bez udziału jego woli, mogą zniknąć. Mówię tu o wierze i miłości jako intymnym i wszechogarniającym doświadczeniu, a nie o rytuałach i ceremoniach, jakie je tylko udają, nierzadko maskując ich brak.

Jeśli tak patrzeć na te sprawy, to świadome wybieranie  rodzaju religijności na Rynku Religii  wydaje się być jedynie udawaniem, naśladowaniem zewnętrznego sztafażu. Znowu: tak, jak wybieranie obiektu miłości. Wiara jest kwestią relacji z Transcendencją, nie ma tu miejsca na całkiem wolne wybory, przymiarki, kaprysy, zwroty niesatysfakcjonującego kostiumu, To raczej my zostajemy wybrani, niekiedy wprost rażeni boskim wyborem. Przyjrzyjmy się słowu „powołanie”. To nie jest zwyczajne za-wołanie: przyjdź do mnie! Bardziej przypomina pobór do wojska; nie można się wycofać, wykupić, wykręcić. Ksiądz – poeta, Jan Twardowski wspomina, że on sam nigdy nie planował zostać duchownym (ani też poetą). Jedno i drugie na niego spadło, nie potrafił się wymówić ani od kazań, ani od wierszy. Powiesz: ale to odnosi się do duchownych właśnie, to jest do „funkcjonariuszy kultu”, jak pisało się w rubryce sowieckiego paszportu. Tak, to najbardziej spektakularne, ale w gruncie rzeczy duchowni to tylko szczególny przypadek duchowych, czyli wszystkich pozostałych. Nie znaczy to, że utożsamiam osoby duchowe, czy raczej  uduchowione  z wierzącymi, broń Boże! Każdy człowiek nosi w sobie potrzebę religijną, która według Fromma jest „potrzebą oddania i czci” wobec czegoś, co nas przerasta. Dla jednych to Bóg (Jahwe, Allach. Atman …), dla innych – drugi człowiek, pieniądz, sława m sukces itp.

Mannhaim pisze, że człowiek to istota transcendująca siebie. Transcendować – to wychodzić poza siebie ku; ku Komuś, ku Czemuś, Znaczyłoby to, iż nikt nie potrafi „zmieścić się w sobie”, musi się z siebie wychylić, wypłynąć, natknąć i zmieszać z czymś –kimś, kim sam nie jest. Czyli – wymagamy dopełnienia. Aby się spełnić, trzeba  się dopełnić.  Od innej strony patrząc: człowiek to istota nieszczelna, niedomknięta, i bynajmniej domknięcia nie pragnąca- stąd lęk przed samotnością.

Problem: czym się dopełniać i uzupełniać, aby ta pobrana skądinąd reszta pasowała do całości, nie odstawała, nie raziła? Dlatego ciągle poszukujemy nie tylko  platońskiej drugiej połówki, ale też – drugiego wymiaru, drugiej przestrzeni.

Obecna podaż religijnej „gotowizny” jest dość zwodnicza. Widać to wyraźnie pod doświadczeniach ruchu New Age-u, który doprowadził do powstania wielkiej ilości religijnych i quasi-religijnych hybryd.

Prekursorami byli tu hipisi, wyprawiający się w stronę Indii, Nepalu, Pakistanu w poszukiwaniu ekscytujących przeżyć i doznań. Pokolenie dzieci- kwiatów zapłaciło za te przygody i eksperymenty  ogromny haracz. Uganiając się za sposobami  i środkami poszerzania wyobraźni, rozwierania bram świadomości i zmysłowości,  doznawania rozkoszy, liczni z nich popadali w narkomanię i wyniszczające choroby.  Nierzadko przypłacali to życiem, stając się  przez to swoistymi męczennikami wolności – wolności od wszelkich powściągów.  Jak każda rewolucja, tak i ta: obyczajowa i światopoglądowa, ale  też „behawioralna”, zjadała swoje dzieci.

Tymczasem autentyczna religia, jak i autentyczna miłość, to właśnie zobowiązania, ograniczenia i samoograniczenia.

Spójrzmy na samo słowo „wiara”. Wierzyć w coś, to temu zaufać, zawierzyć, ślubować „i nie opuszczę cię aż do śmierci”. Wiara nie może więc być kwestią jedynie emocji, a nawet uczuć, bo te są kapryśne i zawodne. Wiara , jeśli już się pojawia, jest kwestią woli: Pragnę trwać przy Bogu (czy innej Wartości), bez względu na to, czy mi to przynosi zysk, czy straty. Naprawdę wiary, jej siły i autentyzmu, doświadcza się w przeciwnościach i zwątpieniach. Przysłowie mówi: „Jak trwoga, to do Boga”, ale Hiob i wielu innych doznaje trwogi… od Boga. Bo Bóg (Transcendencja) to nie tylko źródło oparcia, to także, według Rudolfa Otto numinosum, źródło grozy. Przeżycia religijne to nie jedynie uniesienia, ekstaza, lecz  i bojaźń boża.

 Kiedy się czci obiekt oddania, trzeba mu poświęcić   przynajmniej część swoich swobód. To poświęcenie  jest też zarazem uświęceniem  ukochanego obiektu. Ale, oddając mu się w całości, nie tracimy, a przeciwnie zyskujemy. Przede wszystkim: w nim zakorzenienie, przez co zabezpieczamy się w bycie,  usensowniamy własne istnienie. Bajka o Toczygrooszku jest zaprzeczeniem tego pragnienia wrośnięcia, potrzeby przynależenia. Męczennicy, którzy oddawali w mękach życie za wiarę, dziś budzą zdumienie i niezrozumienia, a nawet ironiczny uśmieszek.  Zamiast zazdrości, że potrafili kochać coś ponad siebie., tak mocno, że oddawali za to życie.

Współczesne eksperymenty z religią  (zwłaszcza wędrującej po szerokim świecie młodzieży) z jednej strony budzą sympatię, bo są dowodem ciekawości, otwartości, ekspansji, tolerancji, z drugiej wszakże budzą leki niepokój, bo przypominają nieco wszelkie inne mody. A moda służy po pierwsze naśladownictwu (często bezrefleksyjnemu), po drugie – „utłumowieniu”, gromadzeniu się we wspólnoty identycznie albo bardzo podobnie „umundurowane”.

Jakie byłoby więc najbardziej optymalne wyjście pomiędzy tradycjonalizmem i religijnym konserwatyzmem (bezwzględna wierność wierze przodków) a religijnym liberalizmem czy woluntaryzmem?

Mnie się bardzo podoba określenie Profesora Stefana Morawskiego „prywatyzacja wiary”. Rozumiałabym pod tym pojęciem przede wszystkim bardzo wyraźne przypomnienie, że wiara (czy niewiara) to rzecz całkowicie osobista, ba, intymna. Nikt obcy, a tym bardziej żadna instytucja nie ma prawa do niej się wtrącać, nawracać, pouczać, potępiać. Po wtóre: prywatyzacja wiary to także jej indywidualizacja. Zastrzeżenie sobie prawa, ażebym to ja sama decydowała o sposobie i rodzaju kontaktowania się z jej obiektem. Jeśli mi to odpowiada, to uczęszczam do kościoła i wypełniam jego praktyki, ale jeśli nie, to mogę obcować z transcendencją bezpośrednio. Zawsze w dziejach pojawiali się mistycy, którzy tak czynili. Mistycyzm poniekąd omija instytucję kościoła, chociaż jej nie neguje i nie zwalcza. Wiara mistyków- to wiara najbardziej żywa. Tak jak picie wody prosto ze źródła.

Ale nade wszystko wierzący (tak czy inaczej)  nie maja prawa 9 a powinni mieć zakaz) pogardzania czy nawracania niewierzących. Zasada prywatyzacji wiary dopuszcza także i to, że ktoś odrzuca lub nie doznał łaski. Niewierzący; ateiści czy agnostycy, są niezbędni choćby po to, aby dopełniać obrazu pluralizmu światopoglądowego, nie mówiąc już o tym, że – jak twierdzą niektórzy światli teologowie- są niezbędni w planie zbawienia. Stanowią wyzwanie dla wierzących, zmuszają ich do uzmysłowiania sobie argumentów na rzecz własnej wiary, zatem do jej zgłębiania i pogłębiania. Skoro sam Bóg stworzył ateistów i agnostyków, widocznie uznał, że tak jest dobrze….

A czym kieruję się ja sama w „sprawie Transcendencji”? chciałabym móc powiedzieć, że słuchem. To wyrażenie K. Jaspersa: „mieć słuch na znaki Transcendencji”, aby potrafić odgadywać Jej szyfry. Nie ma do nich żadnego jednego klucza, każdemu objawia się Ona inaczej, do każdego przemawia innym głosem, innymi obrazami. Wszyscy posiadamy zmysł Transcendencji, ale możemy go stępić czy zgoła zaprzepaścić przez nieużywanie.

Z grubsza biorąc, owo „czytanie szyfrów Transcendencji” wymaga założeniu, że wszystko,  co nas otacza, wszystko, co nam się przydarza, ma „drugie dno”. Znaczy to, co się nam wydaje na pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili, ale jeszcze coś ponadto.

Dlatego nie ma głupszego zdania, niż to, które wypowiedział kiedyś w „Nowych Atenach” ksiądz Chmielewski: „jaki jest koń – każdy widzi”, dziś przytaczane jako dowód oczywistości.

           Jaki jest koń? – Każdy widzi po swojemu. Dla Greka to Pegaz, koń skrzydlaty, dla Marii Konopnickiej, to umordowana „nasza szkapa”, dla Marszałka Piłsudzkiego to ukochana Kasztanka, koń – przyjaciel i poniekąd towarzysz wojaczki,  dla rzeźnika to potencjalne mięso na końską kiełbasę.

………………………………………………………………

  

Reklamy

Początki filozofii w UMCS albo Sentymentalizm Lubelski.

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 10 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy tekst Profesor Jadwigi Mizińskiej pt. „Początki filozofii w UMCS albo Sentymentalizm Lubelski„. Esej poświęcony sylwetce Profesora Narcyza Łubnickiego przybliża niezwykle barwą postać osoby, która tworzyła historię sudiów filozofii w Lublinie.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM

Jadwiga Mizińska
Instytut Filozofii UMCS
Lublin


Początki filozofii w UMCS albo Sentymentalizm Lubelski.

Każdego roku w okolicach Święta Zmarłych prowadzę swoich nowych studentów na lubelski najstarszy cmentarz przy ulicy Lipowej do grobu Profesora Narcyza Łubnickiego. Zapalamy znicze, kładziemy na płytę chryzantemy a następnie opowiadam młodzieży o Profesorze, który był założycielem filozofii w Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Miałam szczęście go znać i przez całe lata słuchać jego wykładów zarówno kursowych, jak i tych wygłaszanych na zebraniach Lubelskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, którego był prezesem przez ponad dwadzieścia lat. Staram się przybliżyć młodym ludziom nie tyle poglądy, ile niezwykle charakterystyczną i niezapomnianą sylwetkę Profesora.

Nie ma już dziś takich uczonych, Profesor Łubnicki jeszcze w mojej młodości wydawał się „niedzisiejszy”, jak ktoś przeniesiony z innego czasu, który nieodwracalnie przeminął. Dotyczyło to zarówno jego ubioru, gestów, manier, jak też języka, którym się posługiwał. Na tle ówczesnego, szarego i dość nudnego, monotonnego, bezstylowego świata przełomu sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat XX wieku, Profesor jawił się jako unikalny fenomen. Średniego wzrostu, do końca zachował prostą i nieco sztywną, wytworną sylwetkę. Nosił się staroświecko, zawsze w szarych garniturach z kamizelką i w białej koszuli pod krawatem. Nigdy nie pozwalał sobie na żadne odchylenia od tej elegancji. Chyba że zimą, kiedy na głowę zakładał bardzo dla nas zabawną skórzaną czapkę-pilotkę a na pantofle biało- brązowe getry. Jesienią i wiosną ubierał długi, także szary płaszcz.

Nowicjuszom zadawano zagadkę: – Po co Profesor Łubnicki ma płaszcz? – Po kostki- brzmiała „prawidłowa” odpowiedź. Krążyło o nim jeszcze bardo wiele anegdotek, odnoszących się do jego manier i stylu. Wszystkie je może jeszcze teraz powtórzyć Antoni Krawczyk, dawny nasz kolega z filozofii, obecnie profesor bibliotekoznawstwa w  UMCS. Przekazując sobie zagadki i anegdotki, poszczególne roczniki studentów i słuchaczy wyrażały w ten sposób zdziwienie, rozbawienie, ale i fascynację wyjątkową oryginalnością jednej z najbardziej wyrazistych postaci naszego akademickiego środowiska.

Nie było wówczas jeszcze osobnych studiów filozoficznych. Najpierw powstała Katedra, a potem Zakład Filozofii pod kierunkiem Profesora. On sam prowadził wykłady z historii filozofii dla bodajże wszystkich kierunków humanistycznych. Wykładał też logikę. Na zajęcia z filozofii, odbywające się w największej auli Starej Humanistyki, przychodzili nie tylko ci, dla których było to obowiązkowe, ale też wolontariusze z innych wydziałów. Przyciągał ich niezwykle klarowny i jasny język, a może też i sama postać wykładowcy. Profesor był erudytą i poliglotą, studia filozoficzne   kończył w Paryżu, co wówczas wydawało się czymś zgoła mitycznym. Poza tym pociągało nas chyba bijące od niego dostojeństwo.

Był Profesor Łubnicki osobą niezwykle wymagającą, wręcz surową. Przestrzegał pewnych rytuałów, od których nie mogło być najmniejszych odstępstw. Codziennie ktoś z nas, asystentów miał dyżur w bibliotece, będącej oczkiem w głowie Profesora. Dokładnie punkt dziesiąta należało zadzwonić do Mistrza i odebrać dyspozycje do wykonania. Przeważnie dotyczyły one katalogowania książek, pisania ogłoszeń o zebraniach Zakładu lub PTF- u, i tym podobnych drobnych zajęć. Nie było etatowej bibliotekarki, o zakupach i doborze księgozbioru decydował osobiście Profesor Narcyz. Oprócz klasyki filozoficznej gromadził literaturę piękną, w szczególności rosyjską ( w oryginale), której był wielbicielem. Kochał się też w poezji, osobiście ,choć w ukryciu, tłumaczył Jesienina. Pośmiertnie wyszła jego ksiązka o tym poecie – „chuliganie”, którego bujne i dramatyczne, choć bardzo krótkie życie stanowiło zaprzeczenie metodycznego stylu Łubnickiego. Dzięki temu Profesor wzbudzał ogólny respekt i szacunek połączony z nieco nabożnym lękiem. Wobec nas wszystkich  utrzymywała nieprzekraczalny dystans. Nie można było nawet sobie wyobrazić, że zatrzyma kogoś na korytarzu żeby zażartować albo wymienić jakieś luźne uwagi.

Jeśli obecnie, po dziesięcioleciach jakie minęły od śmierci  Profesora Łubnickiego, Instytut Filozofii UMCS może się poszczycić życzliwą i koleżeńską atmosferą, która korzystnie wyróżnia nas spośród innych środowisk, to- jak teraz to widzę – jest w tym ogromna zasługa Profesora. Zachowywanego przezeń właśnie owego mądrego dystansu. Wszystkich nas, starszych i młodszych, bardziej i mniej utytułowanych utrzymywał na równą odległość, co wykluczało zabiegi o jego szczególne względy, a w następstwie tego, potencjalnie, zazdrość czy chęć konkurowania ze sobą. W zamian, sprawiedliwie i równo traktowani wszyscy pracownicy (łącznie z kobietami, które chętnie przyjmował do pracy), zbliżali się do siebie i jednoczyli na zasadzie koleżeństwa, niejednokrotnie przeradzającego się w długoletnie przyjaźnie.

I właśnie owa równość niedopuszczająca rywalizacji, jak też „bojaźń” przed niedosiężnym Mistrzem o arystokratycznej sylwetce i postawie, stała się zalążkiem wspólnoty nie tyle może intelektualnej, co towarzyskiej i przyjacielskiej. Z humorem odnosiliśmy się do różnych –jak nam się wówczas wydawało – dziwactw Profesora, który nigdy nie używał alkoholu, nie przyjmował ciętych kwiatów, nie jadał żadnego mięsa oprócz ryb, Był wegetarianinem i uzasadniał to cierpieniem zwierząt składanych na ofiarę wulgarnym zjadaczom schabowych kotletów. Odczuwał też cierpienia ścinanych kwiatów, co w tamtych przed ekologicznych czasach było dla nas tylko czymś  egzotycznym i śmiesznym. Na parapecie jego mieszkania przy ulicy Sowińskiego stała kolekcja porcelanowych słoni widoczna przez szyby.

Wszystko to czyniło go kimś wyjątkowym, niecodziennym, osobliwym. Nade wszystko jednak podziw budziła jego ogromna wiedza, wręcz erudycja, znajomość kilku języków zachodnich i słowiańskich, nie mówiąc o grece i łacinie, jak też stosunek do polszczyzny, której zabraniał nam kalać, zapalczywie tępiąc zły akcent w takich na przykład słowach jak muzyka czy matematyka. Sam operował niesłychanie szlachetnym i zrozumiałym nawet dla profanów językiem- stąd tłumy na jego wykładach nawet o Kancie czy Bergsonie.

Profesor przykładał wielką wagę do poszerzania także i naszej wiedzy filozoficznej, tym bardziej, że większość ówczesnych asystentów była po innych (biologicznych, fizycznych, polonistycznych, historycznych, pedagogicznych) studiach. Po Marcu 1968 roku karnie zawieszono profesjonalne kształcenie na tym kierunku. Odbywało się to w trakcie comiesięcznych zebrań PTF, gdzie każdy z nas, także początkujący, musiał wygłaszać referaty. Przedstawienie takiego referatu w obecności wszystkich kolegów stanowiło sprawdzian merytoryczny, test umiejętności publicznego przemawiania, jak też nobilitację Pasowanie na filozofa. Toteż mocno przeżywaliśmy te wystąpienia, (zwłaszcza nowoprzyjęci do pracy) jak każdy debiut, nie śpiąc wcześniej po nocach, ćwicząc z zegarkiem przed lustrem, z trwogą i drżeniem przed tym, jak zareaguje na nie Mistrz.

Jako nieustający Prezes PTF, Profesor zajmował miejsce na katedrze i stamtąd dowodził dyskusją. Nie dopuszczał, aby wkradł się w nią chaos, rygorystycznie odróżniał pytania do prelegenta od innych głosów czy uwag. Nie do przyjęcia była jakaś inna niż merytoryczna wypowiedź, w szczególności zarzut ad personam czy ad hominem. Uchodziło to za największe uchybienie, wręcz przestępstwo. Owa kultura dyskutowania, gdy z najwyższą rewerencja należało wysłuchać referatu (a właściwie odczytu), następnie – pytań i komentarzy z sali, by na koniec bohater miał czas uporać się z odpowiedziami, jest jedną z tradycji naszego środowiska, choć mało kto zdaje sobie sprawę, komu ją zawdzięczamy.

Lekko czasem znudzeni rytuałem zebrań, czekaliśmy z nadzieja, że znienacka odezwie się jeden z filozoficznych „wariatów”. Byli to na ogół starsi panowie, dziwacznie, a może tylko ubogo odziani, prawdopodobnie kiedyś studenci pobliskiego KULu, Przychodziło ich notorycznie kilku, i zawsze któryś wyrywał się z pytaniem w rodzaju „czy to prawda, że woda święcona nie gnije”. Profesor wtedy purpurowiał i usiłował odebrać „wariatowi” głos, a myśmy chichotali w kułak. Owi „wariaci”, dziwacy, maniaccy miłośnicy filozofii stanowili swoisty folklor tamtych czasów. Kiedy któryś z nich przez dłuższy czas się nie pojawiał, martwiliśmy się o jego zdrowie, brakowało go nam. Jeden z nich zapisał gruby kajet setką szczegółowych pytań, którym patronowało naczelne: „co jest czym i dlaczego”?

Styl Profesora Łubnickiego stanowił zaprzeczenie demokracji. co mnie osobiście bardzo się podobało. Sądzę, że wiele innych osób ma, podobną jak ja wówczas, głęboką potrzebę autorytetu. Kogoś. kto  zasłużenie stoi wyżej i, choć budzi nieco lęku, samym sobą wskazuje kierunek pionowy. Wyżynę, na którą warto się wspinać, choć ścieżka wąska i stroma. Jednakże elitaryzm i „despotyzm” Profesora nie obejmował poglądów filozoficznych. Pod tym względem był tolerancyjny i pozwalał swoim ówczesnym asystentom zajmować się problematyką, którą sami sobie upodobali. Dzięki temu pierwsi jego asystenci, a potem nasi profesorowie, prezentowali ogromnie zróżnicowane zainteresowania. (Zdzisław Cackowski – teoria poznania, Tadeusz Margul – filozofie i religie Wschodu, Leon Koj – logika i metodologia. Bohdan Dziemdok – estetyka, Henryk Borowski – etyka).

Profesor Łubnicki nie zabiegał o stworzenie własnej szkoły, choć był twórcą oryginalnego podejścia –pomysłu badania światopoglądów filozoficznych u wybitnych pisarzy – oczywiście, zwłaszcza rosyjskich. Wydal osobną na ten temat książkę, która jednak nie trafiła chyba na odpowiedni czas. Prezentowane w niej podejście przypominało nieco później odkrytą (a obecnie bardzo modną) socjologię wiedzy. Było też prekursorskie wobec filozofii literatury, którą wyeksponował o wiele później postmodernizm. Ale bodaj najbardziej Profesor kochał historię filozofii, którą wykładał w niezrównany sposób.

Przywykłam do obrazu Profesora, jako osoby niepozwalającej sobie w pracy na osobiste relacje. Nie jestem pewna, czy wynikało to z jego postanowienia, czy też specyfiki charakteru. Jedyną osobą, która mogła go bezkarnie zatrzymać na ulicy, aby pogawędzić, był Profesor Jan Dobrzański, który nie potrafił przejść obojętnie nawet obok swoich studentów. Zdaje się, że Profesor Łubnicki z lekka zazdrościł koledze jego bezpośredniości, ale sam na nią nie potrafił się zdobyć.

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy któregoś roku podczas kolejnych odwiedzin jego grobu okazało się, że jedna ze studentek ma na imię Narcyza. Tym imieniem obdarzyła ją matka, Lucyna, która niegdyś studiowała filozofię i pokochała Profesora jak ojca –z wzajemnością. Na jego cześć nadało swojej jedynaczce to kwieciste, piękne, acz rzadkie imię – Narcyza.

Życie osobiste Profesora w ogóle było dla nas owiane tajemnicą. Krążyły słuchy, ze podczas wojny musiał się ukrywać jako  nauczyciel wiejskiej szkółki pod Łodzią. Wiedzieliśmy, że ma żonę matematyczkę, Stefanię oraz psa imieniem Agni. Kiedy raz wybraliśmy się w odwiedziny do nałęczowskiej willi Profesora, przywitał nas ów Agni (słowo, które w języku praindoeuropejskim oznacza Ogień), a potem ułożył się u stop pana, podobnie jak on arystokratyczny, wytworny i nieco wyniosły.

Profesor Narcyz Łubnicki bez wątpienia wywarł niezatarty wpływ na atmosferę Instytutu Filozofii. Nawet osoby, które przyszły do pracy po jego śmierci i niewiele o nim wiedzą, są uczestnikami i kontynuatorami spuścizny po nim. Dziedzictwa wyrażającego się nade wszystko w stylu odnoszenia się nawzajem do siebie.

Ów styl to szacunek, rewerencja, dyskrecja i, ukryta pod tym wszystkim życzliwość. A jeszcze głębiej – wrażliwość i dobroć. Również niezwykle dyskretna, cicha, rzec by można. Jej żywym przykładem była Pani Marysia Borkowska. Profesor zauważył któregoś razu, jak ją – jedną ze sprzątaczek – prześladowały inne, kpiąc z niej i szydząc. Bo Pani Marysia była od nich odmienna urodą i zachowaniem. Uznały ją przez to za gorszą i upośledzoną. Profesor wpadł w słuszny gniew, skrzyczał złośliwe kobiety i postarał się, żeby ich ofiara została zatrudniona jako goniec w jego Katedrze. W ten sposób wziął ją pod swoją opiekę. Od tej pory Pani Marysia stała się pierwszą po Profesorze. Kontrolowała jego korespondencję, cenzurowała, „nieważną” wyrzucała do kosza ku straszliwemu gniewowi Szefa. Profesor miał choleryczny temperament, Nagle wybuchy gniewu wprawiały nas nie tylko w przerażenie, ale i zdumienie przez kontrast z jego normalnym olimpijskim dystansem do świata. Tylko Pani Marysia miała czelność i odwagę wykłócać się z „Narcyzem”. Ale też była mu bezgranicznie oddana. Za poradą profesora podjęła naukę w szkole wieczorowej i kontynuowała ją wytrwale, zatrudniając niektórych z nas do pomocy w odrabianiu zadań domowych z matematyki i innych przedmiotów. Zakład stał się jej rodziną – innej nie miała. Z imienia i nazwiska znała dokładnie nie tylko nas wszystkich, ale też nasze dzieci, psy i koty. Codziennie, przy odbieraniu kluczy z portierni, wypytywała o ich zdrowie i samopoczucie. Była zawsze uśmiechnięta, przyjazna, radosna. Dopiero jak jej zabrakło, już zresztą po śmierci Profesora, którego opłakała najobfitszymi łzami, poczuliśmy, jak była ważna i niezastąpiona. I jak pusto zrobiło się przy portierni Starej Humanistyki, gdzie krzyżowały się drogi wchodzących i wychodzących, witanych i żegnanych przez Panią Marysię Borkowską.

Wspominając jej osobę, wydobytą z poniżenia przez Profesora Łubnickiego, myślę, że to, co my odbieraliśmy jako surowość, stanowiło jedynie przykrywkę dla jego wielkiego serca i zwykłej, a raczej niezwyklej, dobroci.

„Dlaczego żółw jest taki twardy? Bo jest taki miękki” – przeczytałam kiedyś u J. J, Leca i odnalazłam w tym aforyzmie klucz do osoby Profesora.

Raz na rok, 29 listopada, odwiedzaliśmy Profesora w jego mieszkaniu. Był to dzień jego imienin – Narcyza. Najpierw ustalało się trzyosobowy skład delegacji, potem robiliśmy składkę, a następnie delegaci wyszukiwali w kwiaciarni najpiękniejszą doniczkę kwiatów – zwykle fiołków alpejskich – i udawali się z życzeniami od nas wszystkich. Po powrocie musieli nam ze szczegółami złożyć sprawozdanie.

Kiedy Profesor, który nam się wydawał pozbawiony wieku, udawał się na emeryturę, jego dawny asystent, a potem następca, profesor Z. Cackowski, zainicjował procedurę przyznania mu doktoratu honoris causa UMCS. Odbyła się piękna uroczystość, wydano też z tej okazji księgę jubileuszową dedykowaną Profesorowi.

Z czasem Profesor Łubnicki podupadł na zdrowiu, a jako że nie miał własnej rodziny, zajęła się nim rodzina państwa Cackowskich- profesor Cackowski i małżonką Marią, profesorem pedagogiki.

Jako świadkowie i współuczestnicy tej kilkuletniej pieczy nad samotnym i schorowanym Narcyzem Łubnickim, odebraliśmy poglądową lekcję o wzorcu relacji między nauczycielem a uczniem.  Takiej, o jakiej nie pisze się w podręcznikach, ale która jest najważniejsza i najcenniejsza, bo wyrażająca się dyskretną i wytrwałą opieką w biedzie i bezradności Mistrza.

Ludwik Fleck, lubelski uczony i filozof zasłynął na cały świat jako jeden z prekursorów socjologii wiedzy, twórca pojęcia „styl myślowy”, który stał się inspiracją dla Thomasa Kuhna, jako autora koncepcji „rewolucji naukowych” oraz „paradygmatu”.

Profesor Narcyz Łubnicki, stał się nie tylko założycielem filozofii w UMCS, ale też – prawdopodobnie nie zdając sobie w pełni z tego sprawy – twórcą specyficznej atmosfery wpierw w Katedrze, a następnie Instytucie Filozofii. Atmosfera, klimat, nastrój – to imponderabilia, o których na ogół nie pisze się w monografiach czy opracowaniach danej instytucji. A przecież, z punktu widzenia zatrudnionych w niej osób, które spędzają w niej co najmniej jedną trzecią życia, stają się najważniejsze. Tak jak pogoda, która dyktuje każdego dnia nie tylko strój, ale i nastrój.

Specyfika owego nigdzie nie zapisanego – a przez to na pozór nieistotnego – dzieła Profesora polegała na tym, że budował je niejako na przekór swoim charakterologicznym cechom. Będąc w zasadzie samotnikiem – doprowadził do powstania wspólnoty młodszych kolegów. Będąc dość kostycznego usposobienia – spowodował, że my za jego plecami chętnie żartowaliśmy i śmiali się, lubiliśmy bywać ze sobą nawet po wykładach, ćwiczeniach, zebraniach i dyżurach. Przesiadywaliśmy w Starej Humanistyce, szczególnie w piątkowe wieczory już tylko dla towarzystwa i przyjacielstwa. Koledzy z poszczególnych, coraz to liczniejszych zakładów, nie tylko razem się bawili, każdy na każdego mógł liczyć także w życiowej potrzebie. Niekiedy zakładowe i instytutowe, wieloletnie przyjaźnie przenosiły się też na życie domowe i rodzinne.

Osobną sprawą były też – tak zwana wtedy –aktywność społeczna. Angażowaliśmy się z zapałem z działalność partii, związków zawodowych, przy czym przynależność do partii nie miała specjalnego wpływu na nasze wzajemne związki osobiste. Partyjni i bezpartyjni co tydzień uczęszczali na mecze siatkówki, które zorganizował profesor Leon Koj, zostawszy dziekanem Wydziału Pedagogiki i Psychologii. Przez wiele lat rok akademicki kończyliśmy wspólnymi „pielgrzymkami” – wycieczkami, czasem pieszymi – do różnych pięknych miejsc i okolic, jak choćby wspomniana wyprawa do Nałęczowa. Kiedy Państwo Kojowie wybudowali sobie domek w Guciowie na Roztoczu, zapraszali nas tam na grochówkę z kotła i spacery po łąkach i wąwozach. Braliśmy w nich udział całymi rodzinami, z czasem także ze studentami.

Zadziwiające, że mimo ciężkich ( tak od strony materialnej, jak i politycznej) tamtych czasów, przenikała nas radość. Myślę, że brała się ona z poczucia przynależności do wspólnoty życzliwych, wyrozumiałych i dowcipnych ludzi, z zaufania do naszych przełożonych, a nade wszystko – z przestrzegania wzajemnej lojalności, którą zwłaszcza Profesor Zdzisław Cackowski traktował jako imperatyw kategoryczny.

Z pewnością nie obywało się bez zgrzytów, zatargów, obrażania się i zadawania przykrości. Szczególnie, gdy w początkach lat osiemdziesiątych doszło do politycznych podziałów i rozłamów. Bardzo bolesnych dla wszystkich.
Czas, który potem nastąpił był jednak czasem zabliźniania i leczenia ran, nie zaś pretensji, wyrzutów i chęci odwetu. Uczniowie, którzy z racji wieku przejęli funkcje Nauczycieli, zdali, jak sądzę przed nimi egzamin „ z zachowania”.

Tak, jak oni nauczali, uznali, iż „dobro instytutu”, z którego niegdyś podkpiwaliśmy, stanowi wartość wyższą, większą, niż mijające z upływem czasu polityczne animozje. Profesorowie – emeryci są na wagę złota, nie tylko z racji ich naukowego dorobku i pedagogicznych kompetencji, ale też, a może głownie, dlatego, że stanowią „arkę przymierza” dawnych i obecnych czasów. Swoją obecnością pośród młodszych i najmłodszych zaświadczają o naszym przywiązaniu do tradycji tworzonej nie tylko przez przekazywanie naukowego dorobku prowadzonych prze siebie zakładów, ale też, i może nade wszystko – przez promieniowanie owym stylem bycia i odnoszenia się do ludzi, który dziś może się jawić jako anachroniczny.

Szukając dla niego nazwy, posłużę się taką, jaką kiedyś zasłyszałam w innym środowisku: Sentymentalizm Lubelski. Określali się nim przez mgnienie oka poeci, którzy potem zawstydzili się, albo zgoła zapomnieli tę autodefinicję.

Sentymentalizm Lubelski – być może wynikający z prowincjonalności i peryferyjności naszego Miasta, objawia się „umiarkowanymi temperaturami”.  Stojąc nieco na uboczu, niezbyt daleko, ale i nie za blisko Centrum, uważani przez niektórych za wschodnie kresy, przyjaźniąc się z wieloma filozofami z Ukrainy, Litwy, Białorusi, Rosji, być może – tak jak oni jesteśmy bardziej ‘kordocentryczni” niż „racjocentryczni”. Nawet uprawiając logikę, metodologię czy filozofię nauki, nie wyrzekamy się i nie wstydzimy ciepłych i łagodnych uczuć. Hołdujemy pamięci swoich Nauczycieli, nie jedynie z racji jubileuszy czy ksiąg pamiątkowych, ale też – wieszając ich portrety w swoich gabinetach, opowiadając o nich studentom. Co najtrudniejsze, staramy się lubić, albo przynajmniej tolerować nawzajem, choć jest nas coraz więcej i coraz mniej mających czasu na integrację.

O tym, że jesteśmy – przynajmniej podskórnie – sentymentalni, świadczy też to, że osoby, które wywędrowały do innych miast i środowisk, zasilając tam środowiska akademickie – tęsknią do UMCS. Do naszego Instytutu Filozofii, który pomnażając się i odmładzając, z pietyzmem przechowuje pamięć o swoich założycielach.

Każdy gmach, nawet najbardziej nowoczesny, zawdzięcza bowiem swoją trwałość fundamentom. A to, czy jego mieszkańcom jest w nim dobrze, zależy też od duchów domu. Niewidocznych, ale wyczuwalnych dla wrażliwych dusz. A jakże sobie wyobrazić bezdusznego filozofa?

Jadwiga Mizińska

—————————–