Homo Inquietus

Bezduszny uniwersytet

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 4 października 2010
Bezduszny Uniwersytet
Tekst: Jadwiga Mizińska

Europa to gmach trzymający się na dwóch kolumnach: jedną jest Katedra, drugą Uniwersytet. Tak twierdzi dr Józef Duda, historyk ekonomii z UMCS w Lublinie. Od kilkudziesięciu lat wędruje on po Europie ich śladami, dokumentując zdjęciami swoje własne ich widzenie, po to, by – jak mówi – porównać to, co niegdyś czytał w podręcznikach, z tym, jak to wygląda w rzeczywistości. Ponieważ kilka razy zaprosił mnie na te wyprawy, zaraziłam się jego szacunkiem do tych dwóch instytucji, czemu sprzyja majestatyczność wspaniale zachowanych i czynnych po dzień dzisiejszy Katedr i Uniwersytetów we Włoszech, Francji, Hiszpanii. Bezwiednie utrwaliło się też moje przywiązanie, miłość i sentyment do Uniwersytetu w ogólności i do mojej Alma Mater, Uniwersytetu Marii Curie – Skłodowskiej, w szczególności. Skończyłam w nim niegdyś studia pedagogiczne, a od ponad 40 lat pracuję jako nauczyciel akademicki, wykładając filozofię. Wszystko, co zostanie napisane niżej, jest podyktowane tym przywiązaniem i miłością – uczuciami, które w ostatnim okresie wystawione zostały na ciężką próbę. Albowiem z przestrachem i rosnącą obawą obserwuję zjawiska, które zdają się świadczyć, że Uniwersytet na moich oczach (i przy niezamierzonym, milczącym udziale) dokonuje czegoś w rodzaju moralnego samobójstwa. Zapierając się swoich szczytnych celów, dzięki którym kiedyś wspiął się na sam szczyt europejskiej kultury, stając się swoistym przetrwalnikiem humanizmu i humanitaryzmu. Jeśli zdarzało mu się od czasu do czasu obniżać loty albo wręcz „paktować z diabłem” (casus Heideggera, który przez 9 miesięcy godził się być rektorem za Hitlera, czy getto ławkowe w latach 30-tych w Polsce), to zostało to uznane za niezmywalne piętno hańby. Historia nie wybacza, zwłaszcza tym, którzy są powołani do ostrzegania przed hańbą.

Być może moje lęki są przesadzone, oczekuję zatem argumentów, które pozwolą mi je zmniejszyć, wyjaśnień, które pozwolą mi zrozumieć, że Polsce i światu stała się już zbędna arystokracja ducha. Bo przecież Uniwersytet pojawił się niegdyś jako instytucja nie po prostu hierarchiczna, ale właśnie – arystokratyczna. Dobierał osoby, które umiały patrzeć z wysoka, choć bez wyniosłości. Obcować z wartościami najwyższymi i wpajać tę potrzebę kolejnym generacjom swoich absolwentów. Uniwersytet był zatem ostoją duchowości .W moich oczach obecnie przemienia się on w rozsadnika bezduszności. Staram się sobie i innym ukazać, jak mogło do tego dojść.

1. Drzewo Poznania: pionowy pień i pozioma korona. Człowiek a samoświadomość człowieczeństwa.

Przyjąwszy  „aksjomat Józefa Dudy”, spróbujmy sobie wyobrazić, jakie budowle i jakie ślady zostaną po naszych czasach. Co ujrzą, co uznają za charakterystyczne i typowe i   jak na tej podstawie będą  nas sobie wyobrażać ci, którzy – za kilka stuleci – będą zwiedzali zabytki z epoki „wczesnego liberalizmu” w Polsce początku XXI wieku. Zestawienie Uniwersytetu z Katedrą, to, oczywiście, zestawienie Nauki z Religią albo, innymi słowy, Wiedzy z Wiarą. Jednakże tak ujęta opozycja jest zbyt prosta, przez co też wprowadzająca w błąd. Z tego względu, że autentyczna, nie powierzchowna Wiara wymaga wiedzy (choćby tylko teologicznej), zaś Wiedza – wiary (choćby takiej jak już niedowodliwe aksjomaty geometrii, czy niewerbalne i nie do końca uświadamiane założenia teoretycznego paradygmatu, w którym każdy uczony, chcąc nie chcąc, funkcjonuje). Zatem i Uniwersytet, we własnym łonie, także musi mieć komponent wiary. Ale nie wiary religijnej, której pomnikiem są Katedry, lecz wiary w jakieś inne niezbywalne wartości, które go powołały do życia, i które uzasadniają jego nieprzerwane po dziś dzień istnienie (zastanawiające nota bene jest nazewnictwo uniwersyteckie: jeszcze do niedawna na określenie jego najmniejszej jednostki używało się słowa „katedra”, kilkadziesiąt temu lat zastąpiono je nazwa „zakład”; pierwsza została usunięta zapewne wskutek „kościelnych skojarzeń ”, druga, bardziej „fabryczna” i biurokratyczna, utrzymała się do dziś i nikogo już nie razi). Wydawać by się mogło, iż jest to Wiara-w-Wiedzę, że zatem Uniwersytet stoi na fundamencie przekonania, że ani społeczeństwo, ani kultura nie mogą obejść się bez kultywowania bezinteresownej miłości do wiedzy, na której to wiedzy wspiera się przecież także cywilizacja. Miłość „interesowną” uprawiały i uprawiają wszelkie inne, pozauniwersyteckie szkoły wyższe. Wpajające praktyczne kompetencje i umiejętności: politechniki, akademie medyczne czy rolnicze, które, co prawda, są „wyższymi”, ale czysto zawodowymi „szkołami”, przygotowującymi do pełnienia określonych zawodów,  kształcącymi specjalistów w danej dziedzinie. Tradycyjny Uniwersytet wyróżniał się na ich tle tym, co  jako swoje niezbywalne powołanie ma utrwalone w nazwie. Mianowicie gromadzeniem, przechowywaniem, pogłębianiem oraz kultywowaniem wiedzy uniwersalnej; odnoszącej się do wszystkich ludzi i traktującej o ludzkich powszechnikach. Takiej zatem, bez przypominania i wpajania której człowiek przestałby być człowiekiem. Humanistycznej – w tym sensie, że trwającej na straży człowieczeństwa w człowieku, jako że te dwa pojęcia bynajmniej nie są tożsame co do treści. Człowiekiem jest się już tylko z racji urodzenia przez kobietę, człowieczeństwo zaś to szczególny proces „wzrastania w wartościach”.

W postaci humanistyki (i humanitaryzmu jako jego praktyki) Uniwersytet pragnął utwierdzać w przeświadczeniu, że wbrew wszelkim powierzchownym odmiennościom i różnicom, wszyscy jesteśmy w tym samym stopniu członkami Rodziny Ludzkiej. Przynależymy do ludzkiego Rodu, urodziliśmy się z jednego pnia jako jego nieprzeliczone rozgałęzienia, gałęzie i gałązki, gałązeczki. Z tej wspólnoty pochodzenia wynika fakt, iż partycypujemy nie tylko w tych samych korzeniach, ale i we wspólnej koronie. Tą koroną jest właśnie Człowieczeństwo. O ile korzenie muszą być bezpośrednio zanurzone w glebie Bytu, o tyle korona, łącząca się z nimi poprzez pień, rozpościera się w Świadomości. Jej żywiołem właściwym jest to co napowietrzne i przewiewne: świadomość oraz jej forma najwyższa, duchowość. O ile korzenie muszą twardo wrastać w glebę, z której czerpią żywotne soki (muszą więc być „realistami”), o tyle korona sytuuje się między Ziemią a Niebem. Pionowy kierunek pnia i poziomo z niego się rozpościerającej korony (co za królewska nazwa dla drzewa!) jest efektem dążenia ku światłu, ku Słońcu, a w przypadku człowieka – ku Transcendencji. Wyznacza go swego rodzaju „przyciąganie niebieskie”. Ostatecznie, zarówno konkretne drzewa, jak i symboliczne Drzewo Życia osiąga kształt „polubowny”, będący wynikiem „negocjacji” między siłami geotropizmu i heliotropizmu.

Podobnie i Drzewo Poznania winno odzwierciedlać współistnienie i pokojowe zmaganie się interesów ludzkiego bytu materialnego oraz człowieczego bytu duchowego. Troską o utrzymanie takiej dynamicznej równowagi obarczony (i uhonorowany) został właśnie Uniwersytet. W odróżnieniu od wszelkich innych zawodowych szkół wyższych, różnicujących ludzi według specjalizacji, powstał on – i istnieć powinien – po to, by podtrzymywać łączność  i poczucie międzyludzkiej wspólnoty w sferze świadomościowo-duchowej. Podczas gdy szkoły wyższe uczą poszczególnych profesji, niezbędnych dla bezkolizyjnego i wygodnego pędzenia życia, Uniwersytet ma je poniekąd utrudniać. Powinien uprzytamniać, jak niesłychanie problematyczną i trudną jest „profesja” bycia ludzkim człowiekiem. Jak ogromnego wysiłku, bezustannego napięcia i czujności, a niekiedy też walki ze sobą samym, wymaga od każdego z nas życie po ludzku. Jak więc bacznie i trwożnie trzeba dbać, by się z niej nie ześliznąć na skraj tego, co już nieludzkie, ale zarazem jakie to zachwycające i wspaniałe, że niektórym – bohaterom, świętym, geniuszom – udaje się wspiąć na szczyt tego, co nadludzkie. Uniwersytet winien przeto ustawicznie przypominać, że przeciętność, uosabiana przez znakowaną szarym kolorem „normalność”, to zaledwie jeden z trzech wymiarów człowieczeństwa, wprawdzie potrzebny, ale nie jedyny.

Ryszard Kapuściński, mało znany jako poeta, napisał kiedyś wiersz o tym, iż korony drzew każdego gatunku (sosny, dębu, jodły itd.) w swoim kształcie stanowią symetryczne powielenie charakterystycznego rysunku korzeni. Podobnie ludzka duchowość jawi się jako swoiste – wyrażone innymi, symbolicznymi środkami – potwierdzenie bytowych, biologicznych korzeni. Ma przypominać, iż z najwyższego punktu, z lotu ptaka, „nie ma Żyda ani Greka”, wszyscy bowiem wywodzimy się od rajskiego Adama, względnie ziemskiej pra-mamy (jednemu i drugiemu z owych praprzodków nie można nadać ani rasowej, ani etnicznej tożsamości). Na zasadzie dziedziczenia „genów człowieczeństwa”, we wszystkich przyszłych pokoleniach, rodzą się po prostu ludzie, spokrewnieni ze sobą biologicznie i duchowo; wzajem do siebie bliźni. Spaja ich już nie jedynie pochodzenie, ale i godność przysługująca wszystkim jako osobom, czyli istotom duchowym. Najogólniejszym powołaniem i misją Uniwersytetu ma być właśnie podtrzymywanie i utwierdzanie człowieka w niezbywalności oraz godności jego człowieczeństwa, jak również zobowiązywanie Nauczycieli i Studentów do przypominania i przestrzegania, bez względu na historyczne okoliczności, przed jej degradacją, reagowania na przypadki jej zagrożenia i poniewierania; potępiania ich, piętnowania i nawoływania do naprawy.

Jest sprawą zmienną, jak owo abstrakcyjne (bo modelowe) człowieczeństwo było postrzegane w różnych epokach, w jakim atrybucie się je umiejscawiało. Człowiek jest wszak bytem samodefiniującym się, i poza tym, że jest dość jednoznacznie wyodrębniony spośród innych gatunków biologicznych, resztę swoich istotnych cech dookreśla sam. Przejawia się to w znacznej ilości określeń tego rodzaju co: homo sapiens, homo faber, homo agens, homo creator, homo sovietiocus, homo destruens, homo construens, homo ludens, homo viator, homo patiens, homo festivalus, homo inquietus… Lista przydawek do rzeczownika homo jest przeogromna i otwarta; niemożliwa zresztą do zamknięcia, jako że każda epoka, a ponadto każdy z nas w pojedynkę może w sobie wykryć, rozwinąć i zaktualizować kolejne, nie uaktywnione wcześniej potencje i zaproponować je w charakterze powszechnego atrybutu.

Metadefinicją człowieka mogłyby być słowa piosenki do tekstu Wiesława Dymnego: „Człowiek jak bóstwo – nieobliczalny”! Jest to zresztą zapewne bezwiedna parafraza autodefinicji „Człowieka z podziemia”, bohatera jednej z najdziwniejszych utworów  Dostojewskiego. Ów bezimienny „czeławiek iż podpolija” mówi o sobie, że jest… kapryśmy. Co więcej, dla wszystkich ludzi domaga się takiego samego „prawa do kaprysu”. Przejawiającego się w tym, że aczkolwiek zasadniczo „dwa a dwa to cztery”, to od czasu do czasu „dwa a dwa może równać się pięć”. Uzasadnieniem dla takiego odchylenia od powszechnej reguły jest obawa przed popadnięciem w banał i w rutynę. W intelektualny schematyzm, który rodzi arogancję i  samozadufanie, prowokuje pychę i wulgarność zarówno w zachowaniu, jak też  i w samym myśleniu.

„Nieobliczaliczalność” i „kapryśność” mają wszelako dwa oblicza. Mogą się objawić jako zryw i dążenie w górę, ku szczytowi Trójwartości Prawdy – Piękna – Dobra, ale niekiedy również jako dryfowanie w stronę Rowu Filipińskiego pisanych małą literą antywartości: fałszu – brzydoty – zła. Zatem, albo w kierunku wrażliwości, subtelności i mądrości, albo na odwrót, w kierunku grubiaństwa, prymitywizmu, bezmyślności, głupoty – chamstwa. Przy okazji warto upomnieć się o wprowadzenie kategorii chamstwa do filozofii; jego protoplasta, syn Noego, Cham nie był bowiem barbarzyńcą, którego zwykło się przeciwstawiać człowiekowi kulturalnemu; był wyrodkiem, gwałcicielem tej samej kultury! Niedookreślenie bytu ludzkiego niesie ze sobą brak pewności oraz konieczność nieustannego ryzyka. Usiłując rozszerzać własne granice, nigdy nie zdołamy przewidzieć, czy takie próby „przetwarzania” i „dotwarzania” człowieczeństwa doprowadzą nas w stronę niebiańską, czy, na odwrót, piekielną. Tym niemniej nie można trwać w stagnacji, nie dopuszczają zresztą do tego bezustanne przemiany w sferze bytu. Od czasów Spenglera „wiemy już, że cywilizacje są śmiertelne”. Wciąż umierające i wciąż odradzające się cywilizacje są niby coraz to inaczej budowane domy. Ich mieszkańcy – a  i sami  budowniczowie – „wzrostem” i „obyczajami” sami też muszą dostosować się do tych gmachów, by moc czuć się w nich u siebie.

2. Typy ideogenetyczne; kto po homo sovieticus?

Nowe sytuacje sprowokowane kryzysami oraz załamaniami uprzednich paradygmatów i stylów życia, zmuszają do ich rewizji, a w konsekwencji do tworzenia paradygmatów  nowych, zazwyczaj  na przekór dawnym. Nie tylko bowiem Natura, ale też Kultura i Społeczeństwo cierpią na horror vacui – lęk przed próżnią. Kryzysy, przewroty, rewolucje i wszelkie inne ekonomiczne, polityczne, religijne, społeczne, kulturowe wstrząsy mają to do siebie, że z jednej strony zaprzeczają ancien régime, z drugiej, budują swoje własne „nowe łady”, które z upływem czasu nieuchronnie czeka identyczny los: starzenia się, kostnienia, obumierania. Jednakże w pierwszej fazie, porewolucyjna „nowa wiara” wydaje się bezalternatywna i niezachwiana. Za tą wiarą kryje się pewna wizja człowieka i od niej pochodna – wizja społeczeństwa i kultury. Chciałabym się uważniej przyjrzeć tej wersji człowieczeństwa, jaka skrywa się za obecną – to jest pochodzącą z pierwszej dekady XXI wieku – mentalnością i na niej opartą  wizją Uniwersytetu. Staram się w tym względzie iść za Erichem Frommem, który twierdzi, iż człowieczeństwo jako takie jest abstrakcją, która wszakże wciela się w rozmaite, zmienne  historycznie postacie „osobowości społecznej”. On sam odkrył, zanalizował i opisał „osobowość autorytarną”, bez wykształcenia się której nie zaistniałby totalitaryzm. Wspomniany wyżej homo sovieticus to wschodni, bliźniaczy brat zachodniego homo totalitaricus. Jako że w Polsce za cezurę między epoką totalitaryzmu i posttotalitaryzmu przyjęto rok 1989, spodziewać się należy, że przez blisko ćwierć wieku, które minęło od tego umownego momentu,  zdążył się zarysować jakiś, choćby najogólniejszy, szkic portretu homo post-totalitaricus. Nazwa ta jest czysto chronologiczna, nie zawiera jeszcze żadnych szczegółowych określników, z tego względu jest też gotowa przyjąć każdą treść, jaką przyniesie czas. Na początku, po przełomie, chodziło głównie o zerwanie z przeszłością, o radykalne od niej się odseparowanie. Silnym bodźcem do pojawienia się sylwetki jakiegoś „człowieka posttotalitarnego”  była w Polsce lustracja – politycznie wymuszony i przyspieszony proces tępienia „starego człowieka”, obciążanego winą za całe dotychczasowe zło. Wkraczanie w „nowe wspaniałe czasy” odbywało się tak spektakularnie, że niedawne władze państwowe obwołały powstanie IV Rzeczypospolitej, który to akt miał symbolicznie i realnie zatrzasnąć bramy za – jakoby winnym wszelkiej niegodziwości – „Peerelem” i traktowaną jako jego kontynuację III Rzeczpospolitą. Zarazem oznaczało to symboliczny pogrzeb jej „wiodącego” obywatela – „komucha”, który owemu złu służył. Nawiasem mówiąc, proces ten przebiegał według odwiecznego schematu; każdy nowy ustrój odcinał się od poprzedzającego za pomocą podobnej inscenizacji, ogłaszania śmierci i symbolicznego pochówku „starego gorszego świata” wraz z jego – potępionymi i uznanymi za wrogów – mieszkańcami, a w to miejsce zakładania od fundamentów Nowego Wspaniałego Świata, zaludnionego przez równie Wspaniałych Nowych Ludzi. Na tej zasadzie Proletariusz jako zwycięzca Rewolucji Październikowej przejmował ster, siłą wydarty Burżujowi, zaś po bezkrwawej Rewolucji Solidarnościowej, odrodzony moralnie, napełniony wartościami chrześcijańskimi Polak-Katolik odbierał władzę bezbożnemu „Komuchowi”. Niestety, za trzecim razem sytuacja nie okazała się tak klarowana jak wcześniej, albowiem istotne zmiany w sferze bytu, jakimi były powrót do własności prywatnej oraz rozkwit biznesu, zamąciły obraz owej „powtórki z sanacji”. Tym bardziej, że w ramach globalizacji Polska znalazła się w łonie cywilizacji konsumpcyjnej. Konsumpcja zaś wzbudzała w ludziach wręcz przeciwstawne motywacje do tych, jakie implikował wczesnokomunistyczny ideał ascezy (mimo wszystko bardziej sprzyjający moralnej czystości). Pod fasadą hasła „powrotu do wartości chrześcijańskich”, z naczelną dla nich miłością bliźniego, wyzwoliły się i praktykę życia społecznego zdominowały tendencje agresywne i anty-ascetyczne, na czele z apologią przedsiębiorczości, aprobatą dla indywidualnego bogacenia się. Ich syntezą stała się niezwykle ofensywna ideologia sukcesu. Podniecała ona w ludziach ambicje i apetyty materialne, tym bardziej, że otworzył się swobodny dostęp do najróżniejszych i nieprzebranych dóbr i usług konsumpcyjnych. Wobec takich okoliczności w sferze bytu, adekwatnym i – w jakimś sensie bardziej logicznym – okazało się hasło wzywające do tego, aby „intensywnie się bogacić, po to, by moc jak najwięcej użyć i zużyć”, aniżeli „bogacić się po to, by dzielić się z tymi, którzy mają mniej”. Miłość i hojność dla biedniejszego bliźniego, czy bodaj tylko bardziej sprawiedliwy podział dóbr, ustąpiły miejsca regule ostrej konkurencji. Inny człowiek  jawił się Biznesmenowi nie jako potrzebujący opieki i pomocy „słabszy brat”, ale jako konkurent, rywal, przeszkoda na drodze do sukcesu i kariery, względnie jako środek i narzędzie do ich zdobycia. Taką postawę znakomicie obrazuje fragment piosenki Marcina Różyckiego, której bohater, właściciel supermarketu „tnie pazurem po szkle, gdy stara baba prosi o bułki dwie”. Drugą stroną ideologii „sukcesu za wszelką cenę” okazała się silna presja do wykluczania z „konsumpcyjnej uczty” wszystkich tych, którym się z różnych powodów nie powiodło, bo albo przegrali w konkurencji, albo do niej w ogóle nie potrafili (ewentualnie nie chcieli) przystąpić. Stąd też wzięła się dość powszechna i, w gruncie rzeczy, niemożliwa do uniknięcia obłuda [odrodzonej z mroków „Peerelu”] IV??? Rzeczpospolitej z jej głoszonymi jednym tchem – a przecież wzajemnie się wykluczającymi – wezwaniami do „moralnej niewinności” oraz „materialnej prosperity”. Życie zdecydowało, że większość młodszego, dobrze wykształconego pokolenia, z rozbudzoną przez zniesienie granic ambicją dorównania bogatemu Zachodowi, poszła droga Biznesu wiodącą do wrót Królestwa Konsumpcji; znacznie mniej natomiast przypisało się do „pokolenia Jana Pawła II”, które – według pobożnych życzeń twórców tego określenia – miałoby wieść żywot pobożny, zbożny, ale ubogi.

3. Prężny Biznesmen – ratyzacja i zmagmowacenie społeczeństwa

To właśnie owe celowo podsycane ambicje, materialne żądze i nowobogacki, nuworyszowski styl bycia Prężnego Biznesmena w dominującej mierze określa obecny „charakter społeczny”. Opisany jedynie przez negację homo post-totalitaricus uwyraźnił się też  jako uczestnik „wyścigu szczurów”- homo ratus. Dogłębniejszą jego charakterystykę przedstawiłam w artykule „Czy zły człowiek może być dobrym uczonym?” („Zagadnienia Naukoznawstwa”, tom XLVI, zeszyt 1 (183), ss. 121-134). Tutaj przedstawię tylko jego najogólniejszy rysopis. Prototypem, a lepiej – za Stanisławem Brzozowskim – powiedzieć „typem ideogenetycznym” (S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski, Studia o strukturze duszy kulturalnej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s.105) homo ratus jawi się młody Prężny Biznesmen, będący tworem i „honorowym obywatelem” społeczeństwa Konsumpcji. Musi on być istotą nader energiczną, ambitną, przedsiębiorczą, dobrze wykształconą (w znaczeniu posiadania wiedzy i kompetencji w dziedzinie, w której zamierza uprawiać biznes oraz odnieść w  nim materialny i prestiżowy sukces). Poza specjalistyczną wiedzą, stale aktualizowaną w drodze kursów, warsztatów, studiów podyplomowych, korzystania z Internetu itp., potrzebuje on też znajomości oraz biegłości w zakresie mechanizmów manipulowaniu innymi ludźmi, postrzeganymi – powtórzmy – wyłącznie jako „przeszkody” na drabinie kariery, względnie  jako użyteczne dla niej „pomoce”. Z podobnymi i równymi sobie wchodzi on w „układy”, czyli powierzchowne, dyktowane doraźnymi interesami relacje, których gotów się wyrzec równie szybko, jak je nawiązał. Również prywatne, a nawet intymne relacje z innymi podszyte są interesem – mają być w ten czy inny sposób „opłacalne”. Pod zagrożeniem odpadnięcia, albo przegrania konkurencji, Prężny Biznesmen winien wyrobić w sobie odpowiednią postawę względem innych, przestrzegając (pewnych niepisanych) przykazań. Generalne rysy tej postawy przedstawiają się następująco. Każdego, spoza kręgu najbliższej rodziny, traktować utylitarnie, czyli pod kątem tego, jak można go korzystnie użyć dla przeprowadzenia własnych celów. Profesjonalne, i nie budzące oporów moralnych nawet u naukowców, wyrażenia tego rodzaju co: „zasoby ludzkie”, „kapitał ludzki”, „ludzki potencjał” nie pozostawiają wątpliwości, że ustrój konsumpcyjno-neoliberalny stawia na głowie Kantowski imperatyw kategoryczny, stanowiący fundament nowożytnego humanizmu. Zamiast zakazu traktowania innego człowieka jako wyłącznie środka do celu, antyimperatyw Biznesmena takie traktowanie wręcz nakazuje. Określenie innych ludzi mianem „zasobów” czy „kapitału” (czego nie poważył się uczynić nawet wczesny kapitalizm) legitymizuje dopuszczalność, czy wręcz zaleca,   posługiwania się ludźmi jak rzeczami, towarami; krótko mówiąc jako odpodmiotowioną, bezwładną  „substancją”. Pod dyktando głównego przykazania Konsumpcyjnego Neoliberalizmu: „Bogać się i używaj!”, społeczeństwo musi doń adekwatnie dopasować swoją strukturę. Górną jego warstwą będzie „podmiotowa klasa” Efektywnych Biznesmenów, dolną natomiast „przedmiotowa klasa” Ludzkich Zasobów. Pierwsi są nastawieni na wykorzystywanie drugich bez liczenia się z ich materialnymi czy duchowymi aspiracjami, drudzy muszą podporządkować się pierwszym, bo wyłącznie u nich mogą znaleźć zatrudnienie, by móc zarobić bodaj na  minimum egzystencjalne. W klasie Prężnych Biznesmenów obowiązującym wzorcem relacji jest wspomniany już „Wyścig Szczurów”, polegający na bezwzględnej, nie stroniącej od nielojalności i nieuczciwości, rywalizacji. W klasie Ludzkich Zasobów również obowiązuje te sam wzorzec rywalizacji, choć tym razem konkuruje się o korzystne zatrudnienie i płacę, co  sprzyja pracoholizmowi, będącemu sposobem zaskarbienia sobie łask pracodawcy i oddalenia na liście osób do zwolnienia. „Wyścig Szczurów” stanowi zatem powszechny i obligatoryjny model odnoszenia się do siebie w obu sferach: podmiotowej – pracodawców i przedmiotowej – pracobiorców. Istota „Wyścigu Szczurów” – metafory wziętej z behawiorystycznego eksperymentu, w którym do sztucznie skonstruowanego labiryntu wpuszczano owe gryzonie, kładąc u wyjścia pożywienie i z góry obserwując ich zachowania zmierzające do tego, by jak najszybciej go dopaść – w odniesieniu do ludzi oznacza jednostronną orientację na Sukces. Sukces rozumiany jako zdobycie – per fas et nefas – jakiegoś wymiernego, przeliczalnego, konsumpcyjnego dobra (materialnego lub prestiżowego). Jego osiągnięcie traktowane jest jako swego rodzaju meta-dobro; nieważne czy objawia się w formie majątku, stanowiska, władzy bądź też (zazwyczaj krótkotrwałej) popularności. To specyficzne meta-dobro wykluczać się musi z klasycznie pojmowanym Dobrem, będącym wartością autoteliczną, której nie ubywa, a na odwrót, przybywa, gdy jak największa ilość osób do niego zmierza. W Ideologii Sukcesu, patronującej „Wyścigowi Szczurów”, chodzi  o wyprzedzenie wszystkich innych w biegu po „zwycięstwo”, przy czym ocenie podlega wyłącznie mierzony walutą efekt, natomiast środki użyte do jego zdobycia nie wywołują specjalnego zainteresowania ani surowej moralnej kontroli. Bardziej serio niż półżartem powtarza się często frazes, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. W rezultacie podporządkowania się wyżej wymienionym  „determinantom”, dochodzi do masowej „ratyzacji społeczeństwa” polegającej na drapieżnym zabieganiu wyłącznie o swoje własne, partykularne, czy wręcz egocentryczne, a przy tym czysto doraźne interesy. Oglądanie się na słabszych, wzgląd na bezsilnych, niezaradnych i bezradnych, oznaczałoby wszak pomniejszenie własnych szans w wyścigu do „wyjścia z labiryntu”, gdzie czeka jadło (dziś chętniej mówi się o „spiżarni z konfiturami”). W dziedzinie mentalności odzwierciedla się to jako myślenie według zasady bardzo wąsko pojętego realizmu i praktycyzmu, jak również nieustannego przeliczania zysków i strat. Ich skróconym kodeksem są obiegowe (i bynajmniej nie budzące politowania ani zażenowania) powiedzenia: „coś za coś”, „nie ma niczego za darmo”. W ich skład wchodzi także uniżona cześć dla „idoli”, której drugą stroną jest złośliwa uciecha z ich obalenia.

W zakresie stylu bycia homo ratus odpowiada narcyzm, czyli skupienie się wyłącznie na swoim „ja” i na wynikającej stąd trosce o zdrowie, wygląd, modny strój, jego wyrafinowanie i stylizację; zatem na zabiegach o tak zwaną tożsamość (której jednak nie buduje się w pocie czoła samemu, ale się ją „kreuje”, czyli ją sobie wybiera i dopasowuje z bogatej oferty przedstawionej przez fachowców od „image u”). Im mniej własnej wewnętrznej treści posiada doszczętnie zunifikowany i skonformizowany „buszujący po hipermarketach i galeriach” amator oryginalnej lecz zarazem modnej „tożsamości” (i im więcej gotówki posiada on na koncie), tym większy popyt przejawia on na gotową „konfekcję osobowościową”. Z przebogatej palety atrakcyjnych kostiumów noszonych w „tym sezonie” wybiera jakiś jeden; jest wszakże gotów – w razie zmiany koniunktury na „ludzkie modele” – wymienić go pospiesznie na modniejszy. Owa wymienność masek i kostiumów jest najbardziej uderzająca w tzw. klasie politycznej. Zmiana przynależności partyjnej, czy przeobrażenie się z „jastrzębia” w „gołębia”, to kwestia dosłownie kilkunastu godzin (niejednokrotnie po treningu z wynajętym wizażystą). Takowe „skokowe przeobrażenia” parodiuje Janusz Palikot, pokazując, iż sednem całej maskarady jest „gra o stołki”. Pożądanie władzy i wpływów – a tym samym pieniędzy – zaślepia polityków tak dalece, że nie obawiają się śmieszności. Liczą przy tym, nie bez racji, na naiwność i bezmyślność swoich potencjalnych wyborców. Z tej politycznej „góry” przykład spływa na „doły”, wskutek czego nadwątlone społeczne zaufanie do każdej aktualnej władzy rozszerza się na wszystkie wymiary relacji międzyludzkich. W gruncie rzeczy przestajemy ufać nawet samym sobie, bo nie możemy być pewni, czy pod wpływem koniunktury bądź zmiany osławionych „układów”, względnie  kolejnej (także intelektualnej) mody, sami nie zmienimy się do niepoznaki, sądząc, iż zachowujemy wewnętrzną ciągłość. Tak więc egocentryzm jest w tym wypadku ogromnie dziwny, jako że nie chodzi o Kartezjańskie, stałe i trwałe Ego, ale o pewien ciąg kolejnych wersji „ja”: ja nr 1, ja nr 2, ja nr 3, itd.. Wszystko to sprawia, iż cywilizacja konsumpcyjna przełamana przez neoliberalizm prowadzi do masowej produkcji Ludzi-Manekinów gotowych odziać się w każdy modny bądź korzystny w danym momencie strój (pretensjonalnie zwany imażem). Jej idolem jest Człowiek – Nikt, udający coraz to kogoś innego. Aktualnie panujący typ Prężnego Biznesmena wkrótce może przybrać inną, okolicznościową postać.

Ratyzacja społeczeństwa, anihilacja osobowości, Baumanowskie upłynnienie wszystkiego, cokolwiek miało cechy trwałości sprzyja pojawieniu się fenomenu ludzkiej pulpy swego rodzaju ludzkiej ciekłej materii, beztreściwej i bezforemnej. Daje się z niej ugnieść i ulepić dowolny kształt, jako że nie stawia ona żadnego oporu. Wszelkie wartości, zasady, reguły, wszelkie tabu uległy zgnieceniu i zmiażdżeniu, wymieszaniu. Dopiero też z takiej, przypominającej plastelinę, substancji, można na życzenie ukształtować użyteczny w danym momencie „model”. Społeczeństwo Narcystycznych Manekinów funkcjonuje na zasadzie „klocków lego”; poszczególne, błyskawicznie zmieniające się konstelacje dają się dowolnie układać i rozkładać. Zarówno wzory takowych „układanek”, jak też ich poszczególne elementy są całkowicie wymienialne i zastępowalne. Nie do pomyślenia jest dziś „Lament Opatowski” – płaskorzeźba z brązu na sarkofagu Krzysztofa Szydłowieckiego, wyobrażająca rozpacz rodziny, przyjaciół, sług, a nawet zwierząt, chartów i sokołów po śmierci pana. Wszak „nie ma ludzi nie zastępowalnych”, a każda śmierć to perspektywa objęcia zwolnionego „stołka”,  stanowiska czy etatu po zmarłym (nie mówiąc o majątku lub odszkodowaniu). Pulp – społeczeństwo, oparte na zmagmowaceniu ułatwiającym formowanie co chwila nowych tożsamościowych mód, możliwe jest dzięki wyzbyciu się tego, co w średniowieczu nazywano Człowiekiem Wewnętrznym. Jego imieniem chrzestnym była Dusza pojmowana jako odbicie w ludziach – boskości. Materializm – fundujący i przenikający Neoliberalny Konsumpcjonizm – sprzyja zatem jego wykluczeniu. Dusza, stanowiąca substancję Człowieka Wewnętrznego, jest autonomiczna, samosterowna, mało podatna na zewnętrzność. Wyjałowienie ludzi z duchowości to umożliwienie (a poniekąd wręcz wymuszenie) zamiany człowieka wewnątrzsterownego na zewnątrzsterownego. Ten ostatni jest protoplastą Manekina, któremu daje się  potem wmówić wszystko, pozwalając mu się łudzić, że to on sam wybiera spośród mnóstwa możliwości, kim i jakim chciałby zostać. Nie trzeba dodawać, że rozsadnikiem wszystkich opisanych tendencji jest Telewizja – swoiste „pismo obrazkowe” dla osobnika zewnątrzsterownego. Jedyną rzeczą, którą steruje on sam pozostaje pilot do przebierania w programach, które, zgodnie ze swą nazwą, programują jego mentalność.

4. Firma „Uniwersytet”?

Czas na pytanie, jak odnajduje się w takiej sytuacji Uniwersytet. Mam tu na uwadze przede wszystkim rzecz jedną, ale za to – główną. Mianowicie to, czy ma on jasną świadomość sytuacji, w jaką wstawiły go okoliczności historyczne, polityczne, społeczne, ekonomiczne, kulturowe oraz, co najistotniejsze, aksjologiczne. Mówiąc o Uniwersytecie, mam na myśli Ludzi Uniwersytetu: uczonych, nauczycieli akademickich, władze (rektorów, senatorów, dziekanów, dyrektorów instytutów, kierowników zakładów), studentów, administrację oraz, co niezmiernie w tym przypadku ważne, ministerstwo. Na podstawie literatury, publicystyki, a zwłaszcza własnej obserwacji, twierdzę, iż obecnie, to jest w pierwszej dekadzie XXI wieku, Uniwersytet znalazł się w głębokiej ideowej i aksjologicznej zapaści. Na czoło problemów, którymi zajmują się uniwersyteckie władze, wysunęła się kwestia przetrwania, która skutecznie zaćmiła wszelkie inne przez wieki uznawane za prawdziwie istotne. Za tym, jako bezpośrednia konsekwencja, postępuje zjawisko jego pragmatyzacji i merkantylizacji, zaś jako pośrednia – biurokratyzacji, co w postawach ludzkich prowadzi do konformizmu i oportunizmu. Tym, co wydaje się zagrażać przetrwaniu Uniwersytetu, a co funkcjonuje w roli „straszaka” ucinającego jakikolwiek krytycyzm, uznaje się bezdyskusyjnie dwa niebezpieczeństwa: brak odpowiednich funduszy oraz niż demograficzny, rodzący obawę o brak odpowiedniej ilości studentów, która to liczba od pewnego czasu stała się swego rodzaju magicznym zaklęciem, jak też przedmiotem ostrej rywalizacji między uczelniami oraz między nauczycielami akademickimi, którzy „wyrywają” sobie nawzajem słuchaczy. Podnosząc na wszelkich akademickich gremiach kwestię malejącej liczby studentów („klientów” przedsiębiorstwa „Uniwersytet”), czyni się z tego fetysz, odsuwający na bok wszelkie inne, w tym też fundamentalne dla samej instytucji Uniwersytetu, sprawy. Ten styl myślenia o Uniwersytecie wpisuje się w ogólniejszy paradygmat, wyznaczający Epokę Sukcesu i Konsumpcji. Jej hegemonem jest Ilość a jego sługami – Wskaźniki. Obecne społeczeństwo, zaprzepaszczając Ducha, popadło w niewolę Litery, a co gorsza – również Cyfry. W bałwochwalstwo „wskaźników”, przyjmujących postać „punktów”, „liczby cytowań”, „ilości publikacji”, zdobytych „grantów”, obecności na mitycznej „liście filadelfijskiej”, itp.. Nie przecząc, że wymienione wyżej czynniki są ważkie – stanowią wszak, do pewnego stopnia, o finansowej kondycji  Uniwersytetu – podkreślmy raz jeszcze, iż mają one charakter czysto ilościowy. Nieustanne oceny i weryfikacje, którym podlegają wszyscy pracownicy Uczelni, wyrażają się w przyznawaniu im sumy „punktów” za działania wskazane przez anonimowych biurokratów z ministerstwa, nie mających często pojęcia o specyfice pracy uczonych i studentów. Wczuwając się w ten typ „obrachowanego myślenia”, dokonajmy pewnego myślowego eksperymentu. Dopuśćmy do głosu nieograniczoną fantazję i wyobraźmy sobie, że z dnia na dzień staje się cud ekonomiczny: Uniwersytet dostaje olbrzymią darowiznę zaspokajającą najwymyślniejsze potrzeby pracowników i studentów – ich liczba tym samym przestaje być przesądzająca. Co wówczas  miałby do zaoferowania społeczeństwu i kulturze? A nade wszystko – pojedynczym osobom, które z naiwną wiarą w jego wzniosłą misję wstąpiłyby w jego progi? Gdyby ów cud zdarzył się akurat dzisiejszej nocy, z 24 na 25 lipca 2010 roku, pod innymi względami stan rzeczy wyglądał by następująco. Uniwersytet, przecząc swej nazwie, okazałby się Firmą;  jedną z wielu firm, produkujących towary albo usługi. Troszczącą się głownie o ich podaż i popyt i obawiającą się przede wszystkim upadłości finansowej. Specyfika Firmy „Uniwersytet” polegałaby jedynie na tym, że sprzedaje ona usługi edukacyjne a produkuje wąskich specjalistów mających w przyszłości obsługiwać wszelkie inne firmy i biznesy. W tym również – Firmę Matkę. Uniwersytet bowiem bez oporów godzi się podlegać ogólnym prawom rynku, jego „niewidzialnej ręce” oraz respektować, traktowaną  z przymrużeniem oka, „szarą strefę”.

Choć wielu wydaje się to być czymś koniecznym, czy wprost zbawiennym, taki stan rzeczy oznacza zdradę najwyższego i niezbywalnego ideału, jakim od początku była uniwersytecka autonomia. Autonomia rozumiana jako samostanowienie o wewnętrznym ustroju Uniwersytetu, swoboda wyboru przedmiotów i kierunków badań, ogłaszania i publicznego dyskutowania ich wyników, preferowanie autorskich i oryginalnych koncepcji, indywidualizacja metod i stylów kształcenia oraz wychowywania, uznania dla wybitnych osobowości wśród nauczycieli i studentów, celebrowania relacji „mistrz – uczeń”, skupiania się w szkoły wokół wybitnych twórców. Generalnie: szacunku i tworzenia sprzyjających warunków dla ujawniania się i rozkwitu osób nieprzeciętnych. W tym sensie Uniwersytet był zaprzeczeniem Szkoły, której zadanie sprowadza się zasadniczo do przekazywania wiedzy, a nie jej tworzenia, i wypuszczania absolwentów o możliwie wyrównanym poziomie intelektualnym. Podporządkowanie się pod każdym względem „prawom wielkiej liczby”, wzmocnione dodatkowo  trendem do masowości wyższego wykształcenia, sprawiło, że różnica między Szkołą a Uczelnią coraz bardziej się zaciera. Postępuje coraz wyraźniejsza „scholaryzacja” Uniwersytetów, wyrażająca się między innymi odgórnym narzucaniem programów, ich ujednolicaniem pod presją potrzeby dostosowania się do standardów zachodnioeuropejskich czy amerykańskich. Swoista „globalizacja” wykształcenia równoznaczna jest z jego uniformizacją. Aby sprostać tym wymaganiom, trzeba – jak na prokrustowym łożu – przykrawać osobliwości danego środowiska akademickiego tak, by je dopasować do „unijnego standardu”, jak też preferować typ „przeciętnego akademika” kosztem oryginalnej osobowości uczonego. Skupienie na „standardach” i „wskaźnikach”, absolutna wobec nich czołobitność, prowadzi do wyrugowania z pola uwagi  pytania o sam sens Uniwersytetu, a tym bardziej – o wierność jego wielowiekowej tradycji. Pospieszna jego modernizacja w kierunku „upraktycznienia” obywa się więc kosztem lekceważenia idei. Zarówno idei samego Uniwersytetu, jak też, generalnie, udziału i rangi idei w ludzkim życiu. Zamiast tworzenia i konfrontowania, otwartego ścierania się różnych idei oferujących wielorakie sposoby realizacji humanistycznych wartości, Uniwersytet, właściwie bez najmniejszego oporu, pozwolił sobie narzucić osobliwą ideologię bezideowości. Czym bowiem innym jest pozostawanie w obsłudze płaskiego pragmatyzmu i krótkowzrocznego utylitaryzmu, jeśli nie zgodą na służebność biznesowi? Z frontonu gmachu rektoratu triumfalnie usunięto napis „nauka w służbie ludu”. Na opustoszałym miejscu wino zwisnąć „nauka w służbie biznesu”!

Choć dzięki tym aksjologicznym koncesjom Uniwersytet może liczyć na „łaskawość” niezbyt szczodrego państwowego „sponsora”, przecież na skutek przekupności traci reszki autonomii, ale również  prestiżu i szacunku społecznego. Świadczy o tym „czarny rynek”, na którym bez większego trudu można sprzedać i kupić wszystko: poczynając od prac dyplomowych i magisterskich, kończąc na habilitacyjnych. Żadne uczelniane „organy ścigania” nie są w stanie wyeliminować tych praktyk, bowiem tzw. akademicki styl, którego się od tych produkcji wymaga, jest łatwo podrabiany – tego rodzaju prace można produkować dla zarobku taśmowo, ponieważ są zupełnie bezosobowe, nie noszą piętna ani oryginalnej myśli, ani niepodrabialnego stylu. Kupczenie zarówno „pracami na tytuł”, jak też stanowiskami i tytułami, coraz liczniejsze przypadki plagiatów nawet w wykonaniu profesorów, są „naturalnym” i bezpośrednim następstwem tego, iż poddał się on wzorcowi Firmy. Unosi się nad nią Upiór Rachmistrza – podobny do tego, jakiego spotkał na jednej z planet Mały Książe. Jak pamiętamy z dziecięcej lektury, ów Rachmistrz całe życie spędzał na liczeniu, nie potrafił jednak Księciu odpowiedzieć co i po co tak zapamiętale liczy. Chociaż polskie uniwersytety nader gorliwie zabiegają o „wdrożenie” wszelkich odgórnie narzucanych im „procedur” i „regulaminów”, nie widać, by ich poziom naukowy wzrastał. Dalej pozostają ubogimi krewnymi uczelni zachodnich, które nie wiedzą o ich istnieniu. Tak mści się bezkrytyczne i bezmyślne naśladownictwo, za które Słowacki wymyślał Polakom od „pawi” i „papug”.

5. Pogrzebane dostojeństwo Uniwersytetu

Piękny sen o spełnieniu marzeń przez Hojnego Sponsora mógłby – jak widać – skończyć się obudzeniem w dość koszmarnej jawie. Ocknęlibyśmy się bowiem w murach Uniwersytetu Bezdusznego, wyzbytego pamięci o prawdziwym swoim powołaniu i przeznaczeniu. Cierpiącego na chorobę Alzheimera, która z początku objawia się zapominaniem niektórych słów, zaś pod koniec – zapomnieniem również tego, kim się jest. I skąd się jest.

Wyliczę kilka takich, doszczętnie wypartych z języka słów, które niegdyś definiowały istotę Uniwersytetu, a dziś mało komu się z nim kojarzą. Alfabetycznie rzecz ujmując na pierwszym miejscu wymienić wypada wspomnianą już Autonomię, na kolejnych Dostojeństwo, Godność, Honor, Mistrz, Szacunek. To, oczywiście, zaledwie przykłady. Bodaj najdziwniej – wręcz jak słowo z obcego języka – brzmi dziś dostojeństwo. Nie jest to miejsce, by je definiować, zresztą brak go również w podręcznych słownikach polszczyzny. Pragnę tylko –  powołując się na wykład Profesora Andrzeja Nowickiego w jego mieszkaniu, w lipcu 2010  roku, na temat „O dostojeństwie katedr filozoficznych” – zdradzić, iż w punkcie „tajemnica trumny Kazimierza Twardowskiego” mowa była o tym, iż ten wielki myśliciel nakazał, by mu po śmierci do trumny włożyć tak właśnie zatytułowaną jego rozprawę. Aż strach pomyśleć, że mógł to być gest podwójnie symboliczny: raz, że autor najbardziej z całego dorobku cenił sobie akurat ten tekst, po wtóre, że – proroczo – wraz z  nim została pogrzebana sama zawarta w nim treść. Dostojność wszak to atrybut człowieka hołdującego i kultywującego wartości duchowe, podobnie zresztą jest z wszystkimi przed chwilą wymienionymi, które uległy amnezji. Uznawanie, przestrzeganie i wymaganie od Ludzi Uniwersytetu tamtego syndromu wartości, których dostojeństwo było ukoronowaniem, oznaczało, iż przyznawano im prymat. Uniwersytet czuł się wówczas strażnikiem i obrońcą człowieczeństwa oraz dostojeństwa, które stanowiło jego stopień najwyższy. W jakimś sensie taka hierarchia nakładała na ówczesnych  Ludzi Uniwersytetu kodeks honorowy, który nie był bynajmniej powieleniem Dekalogu. Było oczywistym, że szlachectwo myśli – podobnie jak szlachectwo pochodzenia – obliguje do utrzymywania najwyższych standardów moralnych i obyczajowych. Służba Prawdzie musiała być sprzężoną ze służbą Dobru i Pięknu. Ta ostatnia wartość przejawiała się również w przestrzeganiu elegancji. Począwszy od ubioru, gestów, odnoszenia się do ludzi, aż po wytworność mówionego i pisanego słowa. Język uczonych, a już w szczególności humanistów, musiał być nie tylko zrozumiały, ale i pociągający również dla osób legitymujących się maturą.

Dostojeństwo, prócz elegancji, domagało się szlachetności, czyli postawy rycerskiej, przejawiającej się w braniu w obronę słabszych przed silniejszymi. Ten wzorzec, reprezentowany przez profesurę, promieniował na studentów i całe otoczenie. Togi, birety i inne akcesoria uniwersyteckiego stroju miały podkreślać i celebrować tę, nawiązującą do wiekowej tradycji, wyjątkowość Ludzi Uniwersytetu. Mimo iż ostały się one do dziś, utraciły swój sens i stały się po prostu jednym z kostiumów – pustą formą. Jest to wyraz tej samej tendencji upadku uniwersyteckich obyczajów, która z przymrużeniem oka przyzwala na schamienie, wulgaryzację języka. Profesor Nowicki wśród słów odróżnia „zwyczajniki” i „myślniki”; tylko te drugie znamionują przekazywanie własnych, oryginalnych myśli. Trzeba by jeszcze dodać  słowa „przeklętniki”, służące ekspresji chamstwa, pogardy i wstrętu do świata i rozmówców.

Obyczajowość – podkreślmy – to nie czysto zewnętrzna chęć gładkiego czy wytwornego zachowania. To także skryta pod nią obyczajność, znamionująca szacunek do innych, a przez to i do samego siebie. Upadek obyczajów uniwersyteckich świadczy o wpełznięciu niższych, „gadzich” emocji tam, gdzie panowały uczucie czysto ludzkie. To jeszcze jeden przejaw żałosnej ratyzacji, której nawet elita intelektualna nie potrafi się oprzeć.

6.  Uniwersytet jako producent Ludzi Banalnych.

Rezygnując z większości tradycyjnych wyróżników Ludzi Uniwersytetu, sam Uniwersytet utracił obecnie swoje wyjątkowe miejsce tak pośród innych wyższych uczelni, jak też w społeczeństwie i kulturze. Przestał być skarbnicą wysokich norm intelektualnych, etycznych i osobowościowych, w zamian stał się jedną z firm. Firmą produkującą „kapitał ludzki” na zamówienie polityki, przemysłu i usług. Ponieważ uzależnił się od datków państwa, sponsorów i opłat wnoszonych przez studentów, czuje się zobowiązany wykonywać ich zamówienia. To nie Uniwersytet jest teraz źródłem i prawodawcą stylu życia i postępowania, ale wykonawcą owych zamówień i zleceń. Tracąc uniwersyteckiego ducha, przekształcił się w zakładnika materialistycznie nastawionych „usługobiorców”. A ponieważ ci, mówiąc językiem Brzozowskiego, upatrują swoje „szczęście w spożyciu”, przeto musi się zniżać do ich niewyszukanych potrzeb i gustów. Ten proces „równania w dół” kończy się schlebianiem temu, co pospolite, banalne i trywialne. Uniwersytet Bezduszny produkuje więc (nie ma, niestety, konieczności pisania tego w cudzysłowie) Ludzi Banalnych. Określenie „Człowiek Banalny”, jako przeciwstawienie „Człowieka Dostojnego”, nasunęło mi się w trakcie lektury autobiograficznej powieści Lecha Majewskiego zatytułowanej „Metafizyka”[1]. Przytoczę ten ustęp, który posłużył mi za inspirację. Najpierw jednak króciutkie streszczenie poprzedzającego go fragmentu. Otóż autor opowiada o współczesnym człowieku jako o tym, któremu pod wpływem teorii względności „rozleciał się zegar” a który, zdezorientowany i zdesperowany, rozgląda się za utraconym spokojem. Jest zupełnie bezradny, albowiem, choć dorosły, jeszcze nie dojrzał, Jest dzieckiem porzuconym przez ojca, który poszedł pracować do fabryki lub biura i nie ma czasu „inicjować go w życie”, zostawia więc go matce, „która go zniewieszcza”, a on woła rozpaczliwie: „Ja chcę tatusia, który by to wszystko ujął za pysk i uporządkował”. Na takie wezwanie faktycznie pojawiają się „ojcowie narodu”. „Prośba zostaje wysłuchana i na scenę wchodzą mocni ojcowie: Stalin i Hitler, Mussolini i Franco, Mao Tse Tung i Kim Ir Sen”. Obiecują sztuczne arkadie, ale aby utrzymać pozory sielanki, trzeba je „nawozić krwią”.

„Hekatomba jednak nie wystarcza i pomniki zapalają się same i sieją zniszczenie w wojennej pożodze, która pożera miasta i rzeki, łąki i drzewa, i ludzi zagubionych, i ogłupiałych, którzy już nic więcej nie chcą, żadnej ideologii, patrząc w zwątpieniu na upajający świat, coraz bardziej abstrakcyjny, w ogromnych płótnach współczesnego malarstwa, niewyrażalny, z nowymi kanonami piękna – kikutami rzeźb w nowych parkach miejskich, do których dzieci niedojrzałych ojców przychodzą z kijami bejsbolowymi, żeby mordować, bo boga zastąpił banał ze swoimi kapłanami szczerzącymi śnieżne zęby z ołtarzy – telewizorów, podczas kretyńskich teleturniejów, w których nowe pięćdziesięcioletnie dziecko leci przez basen kiślu, przebrane za poziomkę, by wrzucić trupią czaszkę do kosza z różowego plastiku, a jego siedmioletni potomek tkwi przed ekranem komputera pędząc przez labirynt z laserowym karabinem, siejąc zagładę, rozbijając w proch wszystko, co się rusza, ćwicząc jedną jedyną umiejętność naprawdę przydatna podczas końca świata – sprawną śmierć. (Lech Majewski, Metafizyka, s. 126).

Bezduszny Uniwersytet, oddający się niewolniczo na usługi bezdusznej rzeczywistości, którą – po Heglowsku – uznaje za nieuchronną „historyczną konieczność”, nie ma innego wyjścia, niż produkować Banalnych Ludzi, którzy ją podtrzymują w istnieniu i podtrzymują jej nieszczęsny żywot. Taki stopień konformizmu i oportunizmu nie pojawiał się nawet w komunizmie; wszak Uniwersytet w Polsce po roku 1956 był wylęgarnią ruchów kontestacyjnych i rewolucyjnych, czego apogeum był rok 1968, a to samo działo się w uniwersytetach zachodnioeuropejskich i amerykańskich. Prawdopodobnie dlatego, że mimo wszystkich wad i ułomności, komunizm był jednak czasem idei i, mniej czy bardziej, myśli o dobru wspólnym. Był też czasem utopii, a w każdym razie – wiary w jej potrzebę. Myśl utopijna zaś to, według  K. Mannheima, myśl transcendująca, czyli przekraczająca aktualne status quo. Dzisiejszy Uniwersytet nie umożliwia takiej perspektywy. Zapatrzony tępo w paragrafy, cyfry, wskaźniki, procedury i inne biurokratyczne wymysły, troszczy się tylko o jedno: jak się do nich czym prędzej dostosować. Bezkrytycznie, i w ogóle bezrefleksyjnie, zakłada, że owe „markery” stanowią równoważnik racjonalności. Marzy, że z chwilą, gdy zostaną w stu procentach spełnione, dana uczelnia może automatycznie pretendować do rangi „uniwersytetu flagowego”. To ostatnie wyrażenie rodem ze slangu administracyjno – biurokratycznego stanowi dowód, iż „wyścig szczurów” – i ogólnie „ratyzacja” – zakradła się i na ten teren. Sugeruje ona wyścig o miano najlepszego na liście rankingowej w kraju (i w świecie), za czym ma pójść nie tylko odpowiednio wysoki prestiż, ale przede wszystkim wysokie nakłady finansowe. Kult „markerów” powoduje, że naukowcy (którzy odrzekli się już dawno dumnego miana uczonych) zamiast skupiać się na autonomicznych, idących za indywidualnymi zainteresowaniami i pasjami, tematach i problemach, starają się głównie o dokładną znajomość tego, co aktualnie rokuje największe powodzenie – co się czyta i jak się pisze, jak też gorączkowe śledzenie „przeliczników”, czyli tego, czym się opłaca zajmować, jakie lektury czytać, z jakimi potencjalnymi recenzentami pozostawać w dobrej komitywie. Przed obroną doktoratu czy kolokwium habilitacyjnym pokątnymi drogami dowiadywać o preferencje danej rady wydziału, sympatie i antypatie jej członków. Nade wszystko zaś – orientowanie się w procedurach, które z góry narzucają sposoby postępowania (głosowania wszak zwykle polegają na machinalnym podnoszeniu do góry rąk). Procedury te mają charakter tak sformalizowany, a jednocześnie niekiedy na tyle obłudny, że pewne prace (zwłaszcza z zakresu pedagogiki) bronione są na uczelniach z sąsiedzkich krajów (Ukraina, Słowacja). Formalnie mają one do tego prawo, nikt jednak nie jest w stanie sprawdzić uczciwości przebiegu tych obron. Mimo iż doktoraty i habilitacje mają wykazywać i udowadniać samodzielność i oryginalność autorskich tez i argumentów, pretendenci do tych tytułów i stopni, ostrzeżeni przez kolegów i promotorów, wolą wybierać tematy bezpieczne. Najczęściej są to prace streszczające poglądy uznanego autora względnie encyklopedyczne zestawienia i porównania; ten typ pracy wymaga głównie umiejętności rekonstrukcyjnych oraz interpretacyjnych. Mało kto w tej sytuacji ryzykuje przedstawianie własnej koncepcji czy metody. Bezpieczne i terminowe wspinanie się po drabinie uniwersyteckiej kariery wymaga bycia „kameleonem”, czyli dostosowywania się do stereotypów, przyjmowania, jak w filmie Zanussiego, „barw ochronnych”. Wszystko po to, aby możliwie bezboleśnie przesunąć się przez tryby machiny, obcinającej wszelkie „indywidualne odchylenia” od często niepisanych, ale restrykcyjnie działających norm. Znajomy nauczyciel akademicki z UMCS pouczał studentów, że na samodzielne, oryginalne myślenie może sobie pozwolić dopiero profesor belwederski. Problem w tym, że gdy już bezkolizyjnie dociera się na ten stopień, sztucznie utrzymywana w letargu oryginalna myśl, dawno już zanikła. Zresztą profesorowie zwyczajni także podlegają procedurze weryfikacji – w składzie komisji oceniającej są zazwyczaj dawni ich studenci, decydujący o ich losie. Hierarchia, tak typowa dla Uniwersytetu, pod pozorami demokratyzacji, naprawdę  ulega swoistej pajdokracji. Nadzieja na odwagę myślenie przesuwa się na wiek emerytalny. Niestety, większość profesorów emerytów dorabia do nędznej emerytury na innych uczelniach, musi więc zabiegać, by się podobać jej władzom.

Cała uniwersytecka machina działa obecnie w jednym kierunku: aby nagradzać bezkrytyczne posłuszeństwo kolejnym zarządzeniom ministerstwa, rektora i pomniejszych władz. Prowadzi to nieuchronnie do wspomnianej banalizacji i prymitywizacji myśli, postaw oraz stylu bycia, który zawsze dotąd stanowił wyróżnik Ludzi Uniwersytetu. Odgórne instytucje  (w rodzaju ministerstwa i wszelakich ministerialnych komisji) powołują się, jako na w gruncie rzeczy jedyny argument, na produkowane przez siebie lawinowo PROCEDURY. To tajemnicze słowo (z czasownikową odmianą „procesowanie”) ma moc obezwładniającą. Zamyka wszelką dyskusję, a raczej w ogóle do niej nie dopuszcza. Banalność to, w dużej mierze, nieunikniony (i chyba zamierzony) skutek Dyktatury Procedur. Ponieważ ich autorzy pozostają anonimowi, nie ma się nawet przeciwko komu zbuntować. Przykładem może być swego rodzaju ministerialny „ukaz” regulujący, jak w Uniwersytecie należało obchodzić żałobę po tragedii smoleńskiej. Ten kuriozalny dokument – zakładający, że dorośli ludzie z uniwersyteckim cenzusem sami nie potrafią znaleźć się w takiej sytuacji – jest, jak się wydaje, nieobalalnym dowodem infantylizacji ministerstwa, a ponieważ nie wzbudził on zgorszenia, ani nawet zdziwienia, środowiska akademickiego, uważam go za potwierdzenie mojej tezy. Powtórzę ją na koniec raz jeszcze: dzisiejszy Uniwersytet, miast dostojeństwa, które według Profesora Nowickiego wyraża się w „patrzeniu z wysoka”, popadł w służalczość, czyli „patrzenie z niska”.


[1] Człowieka Banalnego przeciwstawiam również „Człowiekowi Radykalnemu”, czerpiąc tę nazwę – i stojące za nią przesłanki – od profesor Grażyny Żurkowskiej, która przedstawiła swoją koncepcją podczas VII Konferencji Filozofów Krajów Słowiańskich w Iwoniczu w dniach 16-19 czerwca 2010 roku.
Reklamy

Co pozostaje po Powodzi?

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 6 lipca 2010
Co pozostaje po Powodzi?
Tekst: Jadwiga Mizińska
Czerwiec 2010, Po powodzi na Powiślu.

Pantha rei  – wszystko płynie.
Czy naprawdę wszystko?
I czy na pewno płynie?
I : dokąd płynie?
I: kto za tym stoi?

*

Najstarsze odkrycie filozoficzne Heraklita, zawarte w – literalnie – dwóch słowach, nabrało szczególnego wydźwięku dla osób na różne sposoby dotkniętych Wielką Powodzią, jaka miała miejsce w czerwcu 2010 roku. Nasza okolica miała wątpliwe szczęście stać się jej epicentrum. Nazwa „Wilków” znalazła się na oczach i uszach, a przez to i ustach milionów telewidzów w Polsce i zagranicą. Oczywiście, Wielka Powódź objęła o wiele więcej wsi i miast, ale skoro my zostaliśmy „wyróżnieni” faktem, że zatonęła prawie cala gmina, czyni nas wezwanymi do tego, aby sobie i innym uprzytomnić, co się właściwie stało – i dalej dzieje. Zarówno z żywiołem przyrodniczym, jak też – z żywiołem ludzkim.

Zapanować nad jakimś, zarówno szczęśliwym, jak i – zwłaszcza – nieszczęśliwym, ważnym wydarzeniem, to poznać i wskazać jego przyczyny, przebieg i skutki. Można wówczas nie jedynie je zrozumieć – a więc ująć teoretycznie, ale też opanować je praktycznie. W przypadku wydarzenia nie-szczęśliwego, postawić diagnozę i ustalić terapię. Przeżywanie nieszczęścia bowiem to nie jednorazowy akt, lecz proces przechodzenia przez różne jego nieodzowne fazy:

1. zaskoczenia, szoku, fizycznego i psychicznego osłupienia, paraliżu wszystkich funkcji umysłowych na rzecz prostych, odruchowych emocji,

2. zagłębiania się i zgłębiania cierpienia, jakie pociąga za sobą widok wszechogarniającej destrukcji,

3. stopniowego odzyskiwania zmysłów, ponownego uruchamiania się władz umysłowych: rozumu, woli, wyższych uczuć,

4. podjecie aktywności zmierzającej do re-konstrukcji tego, co uległo destrukcji bądź kompletnemu zniszczeniu.

Odnosi się to zarówno do wszelakich, zwłaszcza ciężkich, tzw. śmiertelnych chorób, jak i do losowych nieszczęść i złych przypadków, zwanych wypadkami. Zatrzymanie się na którymś ze wstępnych stadiów grozi popadnięciem w syndrom Żony Lota (skamienienia z rozpaczy), względnie Hioba (złorzeczenie Bogu). Dopiero przebrnięcie owych wstępnych stadiów sprawia, ze możemy otrząsnąć się z negatywnych stanów i uwolnić psychiczną przestrzeń ku temu, by mogły uruchomić się również pozytywne. Chodzi tu o ponowne uelastycznienie sparaliżowanych władz umysłowych, a wraz z nimi – odżycie Nadziei, „chrzestnej matki” twórczego działania.

*

Nim rozpocznie się proces intelektualnego, emocjonalnego i praktycznego odzyskiwania strat, stanowiących emblemat nieszczęścia, wcześniej należy odnaleźć i dopasować właściwe, adekwatne słownictwo. Albowiem to, co zostanie przedsięwzięte jako ratunek, zależy od tego, w jakich kategoriach ujmiemy to, co sprawiło, że go potrzebujemy. Inaczej postępuje się z chorobami wenerycznymi, gdy potraktuje się je w kategoriach „kary boskiej za rozpustę”, zgoła zaś inaczej kiedy uzna się je za określone „jednostki chorobowe”. Za pierwszym razem poprzestaje się na potępieniu i samopotępieniu chorego, za drugim – podejmie skuteczne leczenie. Jak stąd dowodnie wynika, dobór terminologii ma tu ewidentnie praktyczne znaczenie.

Zastanówmy się więc, co przeżyliśmy niedawno w związku z wezbraniem i wylaniem wielkiej wody w polskich rzekach, a zwłaszcza w ich Królowej-Wiśle? Oraz – w jakim języku opowiadać o tych przeżyciach. Zależnie od wyboru jednej z przytoczonych niżej „centralnych kategorii”, zyskamy nieco odmienny obraz całości.

W charterze takiego kluczowego pojęcia nasuwają się następujące określenia:

Kataklizm

Katastrofa

Kryzys

Utrata

Porażka

Walka z Powodzią i walka ze sobą samym.

Wszystkie one, poza ostatnim, tworzą jeden syndrom Nieszczęścia, słowa rozpoczynającego się od negacji, nasyconego więc potężnym ładunkiem emocjonalnym o charakterze pejoratywnym. Z pojęciem „powódź” kojarzą się wówczas nade wszystko takie przeżycia i reakcje, jak:

– strach, lęk, przerażenie, panika,

– strata, utrata, żal, rozpacz, płacz, lamentowanie, opłakiwanie,

– beznadziejna walka, porażka, klęska,

– załamanie, depresja, desperacja,

– pretensje do losu, do Boga, do instytucji, do innych ludzi, ogólnie – poszukiwanie winnych.

Wszystkie przytoczone określenia implikowane przez Syndrom Powodzi rozumianej jako Nieszczęście, są prawdziwe i narzucają się niemal automatycznie także tym, którzy bezpośrednio powodzią nie zostali dotknięci a jedynie byli jej naocznymi świadkami, względnie – widzami i słuchaczami medialnych relacji.

Na ten stereotyp Powodzi jako „Kataklizmu – Katastrofy Kryzysu = Nieszczęścia”, u co wrażliwszych postronnych osób, także niemal automatycznie uruchamia się inny, symetryczny zestaw stereotypów: współczucia, empatii, użalania się nad ofiarami oraz idącej za tym chęcią spieszenia z pomocą materialną, medyczną, psychologiczną itp.

Ta godna szacunku Lamentacyjno – Pomocnicza postawa podszyta jest, zauważmy, podświadomą ulgą, że nieszczęście przydarzyło się innym a ominęło nas. Niesienie pomocy staje się zatem zarówno pragnieniem powetowania strat poszkodowanym, jak też „złożenia ofiary” za szczęście jej uniknięcia. Rzecz jasna, bywają i tacy, którzy, powodowani wrażliwością i odruchem serca, kwapią się nieść pomoc całkiem bezinteresownie.

Obie te kategorie ludzi nazwijmy odpowiednio Ratownikami i Pomocnikami.

Dla precyzji: Ratownicy to zawodowcy, profesjonaliści (pracownicy służb ratowniczych, straży pożarnej, policji, lekarze, pielęgniarze, wojsko, itp.) jak też wolontariusze, spontanicznie włączający się w najpilniejsze akcje; z kolei Pomocnicy – czy może raczej Pomocowy – to albo etatowi pracownicy odpowiednich instytucji (np. placówek pomocy społecznej), albo wspomniani wolontariusze, soby, które z własnej chęci i woli usiłują nieść wszelkiego rodzaju pomoc poszkodowanym.

*

Pojawia się jednak pytanie, czy te dwa bliźniacze stereotypy bohaterów dramatu Nieszczęścia: bycia Ofiarą oraz bycia Ratownikiem lub Pomocnikiem wyczerpują zasób wszystkich reakcji i działań, jakie faktycznie miały i mają miejsce w związku z Powodzią.

Przy bliższym wejrzeniu, okazuje się, że w istocie uruchomiła ona o wiele większą gamę zachowań, i to takich, o których zazwyczaj się nie mówi, ponieważ uchodzą za wstydliwe, mało chwalebne, a przy tym odstają od wygodnego dwuczłonowego modelu heroicznego.

Spróbuję je ponazywać i poklasyfikować, rujnując przy tym prosty, bo dychotomiczny podział na, po pierwsze, „nieszczęśliwe ofiary”, „ofiarnych ratowników”, zaś, po drugie: „szlachetnych ofiarodawców”.i „wdzięcznych ofiarobiorców”. Wyliczę te zjawiska, które w ten „pobożnożyczeniowy” stereotyp uderzają i każą go dość radykalnie zmodyfikować.

Po pierwsze: powódź w Wilkowie zniwelowała jednoznaczne przeciwstawienie: ofiary – ratownicy. Okazało się, że pewna część mieszkańców (i pracowników gminy) znalazła się w podwójnej roli: osobiście poszkodowanej ofiary, i zarazem, ratownika innych. Pojawiła się nowa figura: poszkodowanego ratownika ratującego innych poszkodowanych.

Po wtóre: Ofiary powodzi, którym woda zalała domy, siedziby, pola, samochody i wszelkie inne dobra, bynajmniej nie zawsze pozwalały się ratować nawet w obliczu zagrożenia życia. Do ostatniej chwili odmawiały ewakuacji, utrudniając przez to ratownikom spełnianie ich funkcji, ba, niekiedy wręcz im złorzecząc i przeganiając. Wynikałoby stąd, że przywiązanie do posiadania było w nich większe, niż przywiązanie do samego życia. Stąd figura poszkodowanego broniącego się przed ratownikami.

Po trzecie: sami poszkodowani przez powódź, zamiast oczywistego, mogłoby się wydawać w takiej sytuacji, wzajemnego współczucia i solidarności, przejawiali, zwłaszcza po ustąpieniu fali powodziowej, nierzadko wobec siebie nawzajem agresję, złość, zazdrość i zawiść (że kogoś „tylko podtopiło, a nie całkiem zalało”, „że zalani uzyskali odszkodowanie z ubezpieczenia, a nie zalani – nie!”. Stąd figura Zawistnika: Mniej poszkodowanego, paradoksalnie zazdroszczącego poszkodowanemu bardziej wyższego odszkodowania.

Po czwarte: Pomocowy (czyli znani i całkiem nieznani ludzie spieszący z natychmiastową pomocą) zamiast upewnić się, co jest w pierwszym rzędzie potrzebne ofiarom powodzi, spieszyli z darami, które przynosiły satysfakcję głównie im samym, natomiast poszkodowanym sprawiały więcej kłopotu niż pożytku (na przykład olbrzymie ilości używanej odzieży, którą gmina musiała za własne pieniądze poddać utylizacji, czy też opasowych kartofli, nadających się tylko na karmę dla nieistniejącej na tym terenie trzody chlewnej. (Figura Bezmyślnego Darczyńcy, pomagającego przede wszystkim sobie pod pretekstem pomagania innym).

Po piąte: ofiarodawcy i darczyńcy zazwyczaj oczekiwali objawów natychmiastowej wdzięczności, nie bacząc na to, że wciąż trwająca powódź zdezorganizowała normalne funkcjonowanie instytucji takich jak gmina, której pracownicy zaangażowani byli w ratowanie życia ludzi zwierząt, i innego mienia, nie mogli zatem tracić ani sekundy na konwencjonalne, a nawet i szczere dziękczynienia. (Figura Natrętnego i Egocentrycznego Ofiarodawcy, liczącego na natychmiastowe objawy wdzięczności – swego rodzaju korzyści moralne).

Po szóste: nierzadko ofiarodawcy żądali dosłownego, biurokratycznego pokwitowania swych datków i darów, licząc na własne korzyści, na przykład odpisy od podatku VAT, podczas gdy nie funkcjonowały komputery, i w ogóle zbrakło prądu. (Figura Psudo-darczyńcy, nastawionego na korzyści materialne)

Po siódme: Ofiarobiorcy w zasadzie w większości od początku przyjęli postawę, że wszelka pomoc: tak od państwa, różnych instytucji, jak i od prywatnych osób im się bezwzględnie należy. Znaczna ich część zajęła pozycję roszczeniową: żądali na przykład, by im pitną wodę w butelkach dostarczono do domu, a nie stawiano na ulicy, skąd mogliby sobie ją w dowolnej ilości zabrać. (Figura Roszczeniowego i Rozkapryszonego Ofiarobiorcy, traktującego finansową i rzeczową pomoc jako bezwględnie mu należną „obowiązkową daninę”).

Po ósme: obfite dary, Ofiarobiorcy rozchwytujący owe dary w nieograniczonej ilości, niezależnie od realnej możliwości ich skonsumowania, zużycia, czy choćby przechowania (druga fala powodziowa sprawiła, że ich część uległa zatopieniu). (Figura Ofiarobiorcy – Chomika).

Po dziewiąte: jeszcze w trakcie akcji dramatycznej obrony wałów, pojawiały się co chwila pogłoski o rzekomych spiskach: zarówno tego rodzaju, że z góry poświęca się poszczególne wsie, by u ratować Kazimierz czy Puławy, jak i takie, że wysyłane są specjalne samoloty z których anonimowy wróg złośliwie posypuje „proszek do rozpuszczania wałów” (prawdopodobnie pogłos „spuszczania z samolotów stonki przez wywiad USA” z czasów stalinowskich). (Figura Podejrzliwca, wszędzie węszącego spisek „nieznanych wrogich sił, sprzysiężonych przeciw nam”).

Po dziesiąte: podczas akcji obronnej rozumowano kategoriami „naszego odcinka”; nie licząc się z tym, co dzieje się u najbliższych sąsiadów. Mimo, że losy naszej wsi, Kamienia, zależały pośrednio od tego, co z jednej strony dzieje się w Józefowie, a drugiej w Kępie Gosteckiej mieszkańcy nie współczuli, a nawet niezbyt się interesowali stanem rzeczy w najbliżej, choć inaczej nazywającej się wiosce (chyba, że mieli tam bliską rodzinę). Jak gdyby wspólnie wszystkim zagrażająca Wisła liczyła się z podziałami administracyjnymi. (Figura Myślenia Wąsko-Partykularnego).

Po jedenaste: mało kto z mniej aktualnie zagrożonych obszarów przejmował się losem pracujących w ulewnym deszczu czy dzikiej spiekocie służb ratowniczych. Pracowników zawodowych służb traktowano jako swego rodzaju automaty, choć zarazem oczekiwano po nich bezgranicznego poświęcenia Tylko nieliczni, jak na przykład księża z parafii Piotrawin, pomyśleli o dostarczaniu im napojów i gorących posiłków. (Figura Bezduszności implikowana sytuacją Potencjalnie Pokrzywdzonego).

Po dwunaste: w miarę napływania darów i problemów z ich dystrybucją (jako że powódź wciąż trwała i angażowała do bezpośredniej walki z nią większość pracowników gminy) pojawiły się podejrzenia, iż rozdzielający dary sobie samym przyznają co lepsze kąski – Figura Paranoicznej Podejrzliwości, która szczególnie drastycznie boleśnie raniła osoby zatrudnione przy walce z powodzią oraz przy jednoczesnym przyjmowaniu i wydawaniu darów.

Nie obeszło się bez anonimowych donosów, sprawdzanych przez policję, mimo, iż możliwość defraudacji była także w oczach policjantów fizycznym niepodobieństwem. Owocowało to po stronie ratowników Figurą Moralnej Bezbronności wobec rozpętanej podejrzliwości i zrodzonych z niej plotek, oszczerstw, insynuacji i wspomnianych, anonimowych donosów.

Po trzynaste: liczni pracownicy mediów, w szczególności zaś stołecznej telewizji, potraktowali Powódź jako okazję do łapczywego poszukiwania, ale również prowokowania wszelkiego rodzaju „dobrze się sprzedających” skandali. Zamiast możliwie obiektywnych relacji, czyhali, względnie wprost domagali się – niekiedy wręcz opłacając rozmówców – rzucania kalumnii na wszystkie możliwe instytucje zobowiązane do udzielania ratunku i pomocy. Zatroskani wyłącznie o swoje interesy i gaże, quasi-dziennikarze nie liczyli się z tym, że uruchamiają w już i tak rozchwianych emocjonalnie powodzianach najniższe instynkty – Figura Hien Informacyjnych.

Gdybyśmy chcieli stworzyć teatralną inscenizacją Wielkiej Powodzi, oprócz autentycznych Pokrzywdzonych Ofiar oraz Heroicznych Ratowników, należałoby też obsadzić wymienione wyżej role.

*

Opisane wyżej zjawiska i generowane przez nie postawy, które znajdowały wyraz w ludzkich zachowaniach (spersonifikowanych w poszczególnych „figurach”) powinny nam uświadomić pewną prawidłowość ogólną. Taką oto, że w obliczu kataklizmu przyrodniczego, jakim bez wątpienie była Powódź, oprócz postaw jednoznacznie racjonalnych i szlachetnych, ujawniają się – równolegle – postawy i zachowania irracjonalne, jak też, co trzeba podkreślić szczególnie mocno: bezmyślne, głupie, podłe i nikczemne.

Może wprost rzec, że Kataklizmowi Przyrodniczemu, jakim był wylew Wisły i innych polskich rzek, towarzyszył Kataklizm Ludzki – powódź najgorszych instynktów, najniższych uczuć. Wyzwolenie się tłumionych w spokojniejszych czasach ciemnych i szpetnych „psychicznych żywiołów”.

*

Nie dość jest podziwiać ofiarności, poświęcenia i bohaterstwa – bezinteresowności wszystkich tych Ratowników i Pomocników, którzy w chwilach największej trwogi, z narażeniem zdrowia, a nierzadko i życia, bronili zagrożonych, nieznanych sobie bliźnich, zostawiając własne rodziny na pastwę niepokoju o ich samopoczucie. Nie dość jest sławić bezinteresowność wolontariuszy oraz darczyńców, którzy nie czekając na apele i prośby spieszyli, by podzielić się z anonimowymi poszkodowanymi tym, co maja cennego, a co może im się przydać w najtrudniejszych, pierwszych chwilach katastrofy, Bez podtekstu i ironii, wolno sparafrazować słynne słowa Zofii Nałkowskiej, iż to Ludzie Ludziom łagodzili i osładzali gorzki Los.

Nie można wszakże nie dowiedzieć i przemilczać faktu, że Kataklizm Zewnętrzny znalazł też echo w Kataklizmie Wewnętrznym: że niebezpieczeństwo (grożące zresztą obu stronom – tak ratowanym, jak i ratownikom) uruchomiło u licznej grupy ludzi to, co niskie i złe, a co niegdyś zasługiwało na takie nazwy, jak nikczemność, podłość, prostactwo, chamstwo, zawiść…

Innymi słowy, kataklizm pod postacią Powodzi, odsłonił dwubiegunowość ludzkiej natury. Na jednym biegunie objawiły się najwartościowsze i najpiękniejsze, zaś na drugim, przeciwległym, najgorsze i najszpetniejsze cechy. Zapewne i jedne, i drugie, tkwiły w poszczególnych osobach już przedtem, Powódź spełniła jedynie funkcję papierka lakmusowego; wywabiła u jednych głównie zasady, zaś u innych – kwasy.

Od psychologów należałoby oczekiwać objaśnienia tego zjawiska, znanego zresztą w jakiejś mierze z literatury obozowej- choćby z książek Aleksandra Sołżenicyna, Herlinga – Grudzińskiego, Tadeusza Borowskiego, Wiktorii Kraśniewskiej (Barbary Skargi) i wielu, wielu innych. Okazuje się bowiem, że nie potrzeba obozów koncentracyjnych, każda inna sytuacja graniczna, spełnia podobną rolę „rozpodobnienia ludzi” na biernie poddających się losowi, utyskujących nań, złorzeczących i przeklinających oraz – walczących z nawet najbardziej absurdalnym światem i własnymi skłonnościami do bierności i zniechęcenia (por. ”Boso, ale w ostrogach”, obozowe wspomnienia Stanisława Grzesiuka).

Dla filozofa jest to okazja by uświadomić sobie, że tzw. natura ludzka nie jest bynajmniej jednorodna; jednoznacznie dobra, albo równie jednoznacznie zła. Raczej, że istnieją w niej wszelkie wyobrażalne potencje, i każdy z nas ma podobną skłonność do ucieczki od zagrożenia i pogoni za atrakcyjną pokusą.

Jak się to jednak dzieje, że niektórych stać na cywilne bohaterstwo, heroizm, czy wręcz – świętość; inni zaś w obliczu zagrożenia i pokusy staczają się w dół, pozwalając, by z mrocznych piwnic podświadomości wypełzly potwory i demony?

Kataklizmy powinny być dla filozofów jako „funkcjonariuszy ludzkości” napomnieniem, by rozpatrywali istotę człowieczeństwa nie jako rzecz statyczną, ale dynamiczną: realizująca się na niezliczoną ilość sposobów w konkretnych, realnych sytuacjach. A w związku z tym, aby badali mnogie i wielorakie, a przy tym zmieniające się układy: „jednostka – sytuacja”.

*

Do nas wszystkich, jak sądzę, należy intensywne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego szlachetni mają lękać się i ulegać presji nikczemnych? Dlaczego głośno nie krzyczą z powodu swego postponowania, nie domagają się wzięcia ich w obronę? Dlaczego, sprawdzając się o obronie i ratowaniu innych, nie umieją bronić siebie samych przed oszczerstwami i potwarzą?

Hannah Arendt powiada słusznie, że „dobro jest ciche”. Ale czy krzywda wyrządzana dobrym nie powinna być głośno wypowiedziana przez innych, którzy, jak dotąd, bezradnie na nią patrzą?

Rilke pisał: „trzeba być Aniołem Stróżem swego Anioła Stróża”. Dodałabym też: “trzeba być Ratownikiem naszych Ratowników”. Chronić ich przed rozgoryczeniem i bólem wskutek dość częstych przypadków, gdy ratowany kąsa ręce, które go ratują.

*

Nawracając do pytań, postawionych na samym początku:

Nie wszystko płynie! Nie zmieniają się słusznie tak nazwane „mechanizmy psychiczne”, czyli automatycznie się włączające stereotypy zachowań i klisze myślowe włączające samoczynnie w sytuacjach granicznych.

A co za tym stoi? Jak się wydaje, niższe warstwy psychiki, odziedziczone po zwierzęcych przodkach, usytuowane na poziomie „gadziego mózgu”.

I one mogą się także zmieniać i upłynniać, jak sądzę. Pod warunkiem, że bez wstydu i hipokryzji będziemy się im przyglądać. U innych – w postaci słomki, u siebie samych – w postaci belki w oku.

*

Tekst powyższy w dniu 4 lipca 2010 roku przedstawiłam na Zlocie Filozoficznym w Piotrawinie w obecności moich przyjaciół filozofów, reprezentujących kilka środowisk (Lublin, Kielce, Białystok. Wrocław) z którymi spotykamy się tu od kilku lat. Tym razem zaprosiłam również wytrawnego psychologa – dr Wiesławę Okłę z Lublina oraz osoby bezpośrednio uczestniczące w walce z powodzią w Wilkowie.

Pod wpływem ich komentarzy i dyskusji, swoje rozważania pragnę uzupełnić o następujące, wypływające stąd uwagi:

Pan Daniel Kuś, nie kwestionując mojej próby klasyfikacji postaw wobec powodzi, dodał jeszcze swoją własną: Nauczyciela – jakim stała się dla niego Wisła oraz siebie jako Ucznia. Będąc jednocześnie i poszkodowanym i ratownikiem, uznał, iż powódź może i powinna stać się Wielką Lekcją co do tego, jak należałoby na przyszłość organizować sobie współistnienie z Rzeką. Ponadto podkreślił mnogość pozytywnych efektów Powodzi, które on miał okazję sobie uświadomić jeszcze w trakcie jej trwania. Należałoby zacząć także publiczną nad nią debatę, równoważąc w ten sposób jednostronny, „żałosny” i „lamentacyjny” jej obraz.

Wraz z Andrzejem Sikorą, ukuli aforyzm; „Woda dzieliła równo, dramat rozpoczął się wtedy, gdy zaczęli dzielić ludzie”.

Z sali dobiegła uwaga, iż przedstawioną „obsadę dramatu Wielka Powódź’ należałoby uzupełnić jeszcze o dwie negatywne figury: „Polityków” i „Szabrowników”, usiłujących na niej zbić swoje własne doraźne interesy.

Dr Monika Kardaczyńska podkreśliła, i z sensem debaty na temat adekwatnego języka narracji popowodziowej jest zmiana znaczeń słów, które samoczynnie padają na początku. Na czele z samym określeniem „katastrofa”. To, co jawi się w pierwszym momencie jako wyłącznie negatywnie rozumiana „katastrofa” w gruncie rzeczy może prowadzić do korzystnych przemian w organizowaniu sobie po niej życia, ale też – do zmiany samego myślenia o jej następstwach. Tak w planie „bytowym”, jak i „mentalnym”.

Dr Wiesława Okla z punktu widzenia psychologa stwierdziła, iż scharakteryzowane przeze mnie „Figury” reprezentujące odpychające moralnie zachowania i postępowanie domagają się wyjaśnienia i zrozumienia. Złość, agresja, zazdrość, zawiść to sposoby na radzenie sobie z lękiem wobec ogromnego zagrożenia. Zamiast je zwalczać, albo się nimi nazbyt przejmować, gdy są wymierzone w nas, trzeba zdobyć się na dystans wobec nich. Czynić dalej to, co dyktuje obowiązek i sumienie, nie załamywać się, gdy nasze najlepsze intencje obracają się przeciwko nam.

Powyższym tekstem pragnęłabym zapoczątkować Debatę Popowodziową. Zazwyczaj bywa tak, że największy nawet kataklizm przykuwa publiczną uwagą jedynie w „gorącej fazie”. Potem zostaje zepchnięty na daleki plan przez kolejnego telewizyjnego „newsa”. Tymczasem, tak sroga lekcja, jakiej udzieliły nam w 2010 roku polskie rzeki, powinna zostać starannie przemyślana. Po to, by następna Wielka Powódź zastała, wbrew przysłowiu Polaków “mądrzejszymi przed szkodą”.

Warto śledzić, dokumentować i uważnie komentować przebieg zachowań mieszkańców Wilkowa sprzątających – w każdym sensie tego słowa po powodzi. W szczególności pod kątem tego, czy Wisła pozwoliła im oczyścić ze zbędnych śmieci nie tylko domy, siedliska ale i umysły.

*

Na koniec pragnę przytoczyć list, jaki otrzymałam od mojej przyjaciółki, Sabinki M.

Kochani! Dzielni!

Noe miał chyba łatwiejsze zadanie, bo nie musiał ratować wszystkich i wszystkiego, a tylko bank genów. Solidarność i humanitaryzm Stwórca powołał do działania dopiero z 5000 lat po stworzeniu prototypu człowieka i teraz patrzy i eksperymentalnie sprawdza, czy to było dobre. Byłoby chyba lepsze, gdyby do tego dodał jeszcze poczucie wdzięczności.

Obecnie Pan Bóg podniósł wymagania, teraz każe ratować nikczemników i niewdzięczników. Jeśli już znajdziecie jakiś Ararat, to pewnie was stamtąd zepchną. A może jednak nie?

Kacze Doły, 28 czerwca oraz 5 lipca 2010 roku

Pomilczeć nad Katastrofą

Posted in Czytelnia, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 18 kwietnia 2010

Dziękujemy wszystkim osobom wspierającym działalność Fundacji Homo Inquietus.

Poniżej refleksja profesor filozofii Jadwigi Mizińskiej. Tekst odnosi się do tragicznych wydarzeń z 10 kwietnia.

W imieniu całego zespołu Fundacji bardzo dziękuję Pani Profesor za podjęcie tego bolesnego tematu.
Marek Staniszewski

 —————————————————————————————————————————-

Jadwiga Mizińska
UMCS Lublin
(Sobota, 18. 04. 2010)

 Pomilczeć nad Katastrofą.                             

Tak jesteśmy skonstruowani, że nasz umysł buntuje się  przeciwko Przypadkowi. Nie każdemu jednak. Przypadek ma bowiem dwie twarze: uśmiechniętą i ponurą. Widać to w potocznym słownictwie, które odróżnia „szczęśliwy traf losu” od „nieszczęśliwego przypadku”, zwanego też bardziej ekspresyjnie „wypadkiem”. Odciśnięte w potocznej nowie doświadczenie ludzkości da się zwerbalizować następująco: Zasadniczo świat jest przewidywalny, kierowany prawami boskimi i ludzkimi, istnieje w nim ład, którego najbardziej widocznymi przejawami są regularności Przyrody, powtarzalność cyklów: wiosna – lato – jesień – zima, czy wschody i zachody słońca, dzień i noc, albo:  urodziny- wzrastanie – więdnięcie- starzenie się –umieranie.

Zakłócenie tego porządku, podważenie tej regularności wywołuje psychiczny wstrząs. Jego przesłanką jest rozczarowanie i zawód: stało się inaczej, niż być powinno! Mało kto zastanawia się przy tym, co to znaczy „powinno”. A zwłaszcza: kto ma być gwarantem tej powinności – kogo zatem obarczyć winą za nie zrealizowanie po- winności.

To pytanie, w którym pobrzmiewa wielka pretensja, nasila się zwłaszcza wówczas, gdy nieszczęśliwy przypadek przybiera rozmiary katastrofy.

Czym jednak jest katastrofa?

Od pojedynczego, tymczasowo tylko unieszczęśliwiającego  pojedynczego człowieka złego przypadku (który przynajmniej do pewnego stopnia jest odwracalny; złamanie nogi kończy się przywróceniem jej sprawności) katastrofa  różni się dwiema cechami. Po pierwsze tym, że dotyka jednocześnie całą zbiorowość, po drugie – że jest nieodwracalna.

Same już katastrofy dzielą się na przyrodnicze, powodowane „szaleństwem żywiołów” (np. tajfun, tsunami, powódź) oraz społeczne, spowodowane  szaleństwem samych ludzi (np. wojna,)

Przez „szaleństwo” rozumie się  swego rodzaju rozkiełznanie, przekroczenie granic, zerwanie tam i hamulców, bezprawie, czyli złamanie prawa. Albo ze strony „naturalnych konieczności”, albo – konieczności i prawideł społecznych; prawnych, obyczajowych, estetycznych, moralnych itp.

W szaleństwo nie popada się świadomie; żaden szaleniec nie przyzna się do niego. Przeciwnie, ogłosi swój sposób widzenia świata czy  postępowania  jako rozumny, i, co więcej – mający obowiązywać wszystkich innych (przykładem totalitaryzm z Orwellowskimi hasłami „nienawiść jest miłością”, „wojna jest pokojem”). Ale też szaleństwo nie zdarza się bez przyczyny. Obłęd szekspirowskiej Ofelii spowodowany był rozdarciem młodziutkiej dziewczyny pomiędzy lojalnością wobec  ojca, nikczemnego  Poloniusza, a miłość do Hamleta. Jako że obaj najważniejsi w jej życiu mężczyźni stali po dwóch stronach aksjologicznej barykady, równie silne przeciąganie z oby stron musiało doprowadzić do pęknięcia. Psychika młodziutkiej dziewczyny poradziła sobie w ten sposób, że odrzuciła zasadę jednoznaczności i tożsamości na rzecz odwrotnej, że wszystko może być wszystkim: „sowa – córka piekarza”. Ostatecznie jednak i obłęd (przeciwieństwo porządku) popchnął Ofelię do samobójstwa – przez pomylenie lądu stałego z wodą.

Tak to zamieszanie w umyśle, a już zwłaszcza pomieszanie wartości prowadzi do pomieszania zmysłów; oczy przestają widzieć to co jest, biorą fikcję za rzeczywistość, uszy głuchną na dźwięki z zewnątrz,  w zamian słysząc urojone głosy, chwieje się nawet zmysł równowagi, myląc górę z dołem …

*

Wydarzenie, jakie wstrząsnęło  całą Polską i sporą częścią globu w tydzień temu, w dniu 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to przy próbie lądowania rozbił się samolot wiozący na obchody rocznicy zbrodni katyńskiej prezydenta Lecha Kaczyńskiego z małżonką Marią oraz 94 innymi osobami na pokładzie, nosi wszelkie znamiona  katastrofy. Śmierć, bez wyjątku wszystkich pasażerów, to – wydawać by się mogło – przede wszystkim ogromna tragedia dla nich i ich rodzin oraz najbliższych. Ale wokół tej tragedii natychmiast powstała aura Katastrofy, i to – szczególnej. Innej, niż wielu innych tego rodzaju wypadków roztrzaskania się samolotu czy wykolejenia pociągu z mnóstwem ofiar. Różniącej się też jakoś od najbardziej spektakularnej i legendarnej katastrofy zatonięcia „Titanica”.

Cóż takiego osobliwego przydarzyło się więc pod Smoleńskiem?

To, co najbardziej rzuca się w oczy w pierwszym momencie, to fakt, że pasażerowie nie byli przypadkowi. Znaleźli się na liście po długim namyśle, dobrani według specjalnego klucza: Kto jest godzien dotrzeć do celu, którym były obchody rocznicy zbrodni katyńskiej, tym razem z intencją pojednania i przebaczenia. Przebaczać spadkobiercom „katów” mieli spadkobiercy  „ofiar”. Oba słowa opatruję cudzysłowem, bo, jak się przekonaliśmy w historii rozliczeń innej tragedii, Holocaustu, takie schematyczne kwalifikacje przy bliższym wglądzie okazały się nazbyt schematyczne, nierzadko wręcz fałszywe.. Bywali wszak pośród „złych Niemców” także „dobrzy Niemcy”, a wśród „szlachetnych Polaków” – szmalcownicy i mordercy prześladowanych Żydów.

Delegacja, która udała się na tę pielgrzymkę wybaczenia, także składała się z różnych osób. Ludzi o  odmiennych osobowościach, poglądach, intencjach, motywach, przeszłości  politycznej i równych doświadczeniach biograficznych. Roztrzaskanie się samolotu, które pociągnęło za sobą roztrzaskanie się ich ciał, w jednym momencie sprawiło, że  w oczach wielu Polaków stali się oni jednym podmiotem zbiorowym. Tak, jakby podobna śmierć znosiła te wszelkie różnice , zmazywała całą przeszłość i odbierając im życie, gładziła wszelkie błędy i grzechy, od których nie jest wolny żaden, ale to żaden z nas, śmiertelnych.

Straumatyzowana ogromem ludzkiego nieszczęścia świadomość osieroconych przez elitę władzy obywateli, w pierwszym momencie zastygła z niedowierzania. To typowa reakcja na Niespodziewane- okrzyk „niemożliwe”! myśl wzbrania się przed wypadnięciem  z utartych kolein, lękając się swego własnego wykolejenia. Ale powtarzające się co chwila komunikaty, potwierdzające i powiększające grożę, zmuszają do włączenia zastygłego mechanizmu. Ocykająca się z paraliżu, ludzka myśl nie jest wszakże w pełni sprawna. Aby pojąć niepojęte, potrzeba niesłychanie długiego, wytrwałego i napiętego wysiłku. Nade wszystko zaś – czasowego dystansu, kiedy to mogą wybrzmieć wszelkie akordy ponurej melodii,  ujawnić się jeszcze nie odkryte, po prostu nieznane  okoliczności i, tymczasem nieobejmowalne promieniem myśli, aspekty Katastrofy.

Katastrofa – to wydarzenie nie- samowite. To, dość często nadużywane słowo, akurat teraz jest na swoim miejscu. Nie – samowitość to przeciwieństwo „samowitości” – powtarzalności takiego samego.

Podczas jednak, gdy nasz umysł jest opieszały, serce wzbiera niecierpliwością. Uruchomione w sposób szokowy emocje: niedowierzanie, przerażenie, współczucie, ale i poczucie absurdu, wzmożone  poczuciem winy, że się „mówiło złe świadectwo przeciwko swoim bliźnim”, już teraz nie do odwołania, zgroza wywołana nagłością i rozmiarami nieszczęścia- wszystko to domaga się natychmiastowego rozładowania.

W takiej sytuacji włączają się usłużne stereotypy, których składowiskiem jest doświadczenie z przeszłości oraz przechowywane w podświadomości schematy reagowania na kryzysy. Wiadomo jedno: trzeba coś mówić, trzeba coś robić.

Wieki Czarny Tydzień, oddzielający wypadek od grzebania jego ofiar jest czasem wylewu, uruchomienia się i gorączkowego aktywizowania wszelkich stereotypów przechodzenia przez Polaków licznych narodowych tragedii. Historia ich nam nie szczędziła, toteż archiwum zborowej  pamięci w nie obfituje:

Spróbujmy ponazywać te, które doszły do głosu w pierwszym rzędzie;

I  Jedność całego Narodu w obliczu śmiertelnego  zagrożenia.

II Spiskowa teoria podstępnego knowania ze strony wroga  i zamachu na polskie interesy narodowe.

III Skupienie się wokół symboli religijnych typowych dla Polaka – Katolika, modlitwy i nabożeństwa, szukanie ukojenia i pocieszenia w wierze .

IV Zbiorowe manifestacje podwyższonych emocji; wygłaszanie wzniosłych przemówień gloryfikujących domniemane (czy zgoła wymyślone zasługi ofiar katastrofy), prześciganie się, kto szybciej i lepiej uczci ich pamięć.- również a formie pomników, nadania imion ulicom itp.

V Tworzenia instrukcji sposobu i form przechodzenia żałoby (z kulminacją w postaci pogrzebu) oraz domagania się, aby wszyscy restrykcyjnie je wypełniali. (taką instrukcję rozesłała minister oświaty i szkolnictwa wyższego ,a władze mojej uczelni ją powieliły i uszczegółowiły, egzekwując jej przestrzeganie).

*

Próbowałam dotąd, niejako z zewnątrz, opisać, jak na katastrofę pod Smoleńskiem reagują media oraz moje najbliższe, „służbowe” otoczenie. Da się z tych opisów wyprowadzić pewną ogólniejszą regułę:

Otóż jest nią odgórne organizowanie emocji. Jak gdyby nie dowierzając, że nawet dorosłe i dojrzałe osoby zdobędą się – każdy na swoją własną – autentyczną reakcję, różne instytucje, a w ich imieniu mass media, proponują, a nierzadko wręcz narzucają zarówno sposób przyjmowania do wiadomości i przechodzenia żałoby, jak również – jej celebrowania.

To poniekąd oczywiste: wydarzenia które dotyczą wielkich zbiorowości i mają bezpośredni wpływ na jej los, same z siebie niejako zagarniają ludzi, konstytuując „podmiot kolektywny”. Spójnią, zwornikiem takiego MY są podobne emocje; zaś warunkiem włączenia się do owej chwilowej wspólnoty jest podzielanie „właściwych”, to jest akceptowanych przez większość emocji. Podłączanie się do preferowanego wzorca odbywa się na drodze, którą psychologowie nazywają „zarażaniem”. Oburzenie, narzekanie,  ale też śmiech, i płacz, przyjmując widoczne gołym okiem przejawy (miny, postawa, gesty, akcesoria) rozszerzają się błyskawicznie w tłumie – zarówno na wiecu, na ulicy, jak i przed telewizorami. Jako że wzorce płyną z góry (choć owa „góra” pozostaje anonimowa), nabierają mocy imperatywu kategorycznego.

Jest to szczególnie ewidentne w społeczeństwie masowym. Wszak warunkiem uczestnictwa w masie na równych prawach z innymi jej atomami, jest maksymalne podobieństwo do pozostałych.

Ktoś, kto przyznałby się, ze podczas narodowej żałoby dobrze bawił się z przyjaciółmi na grillu, zostałby odsądzony od czci i wiary jako moralny potwór. Ktoś, kto publicznie oznajmiłby, że nic go nie obchodzą losy ofiar katastrofy, zasłużyłby na miano nihilisty albo cynika.

A skądinąd wiemy, że naprawdę, w głębi ducha, ludzie są różni. Ktoś, kto właśnie  odebrał wyniki badań potwierdzających nieuleczalną chorobę, może co najwyżej udawać, że uczestniczy w spektaklu masowego żalu nad nieznanymi sobie osobiście osobami.

Rozumiejąc potrzebę pospiesznego odgórnego  organizowania masowych emocji (choćby po to, by zapanować nad potencjalnym chaosem), zarazem dobrze jest zdać sobie sprawę, że jest to jedynie ich chwilowe rozładowanie. Przede wszystkim zaś: że cały spektakl rozgrywa się na poziomie właśnie emocjonalnym. Zatem – odruchowym. Wprawdzie psychicznym, ale nie sięgającym głębi duszy. Czyli tego poziomu, na którym rozgrywa się wewnętrzny dramat uczuć.

Podczas gdy emocje są przelotne i powierzchowne, a przy tym spektakularne – właśnie dlatego pozwalają się powielać i naśladować, uczucia drążą do wewnątrz. O ile w ogóle występują, mają charakter całkowicie indywidualny. Są własnością tego oto człowieka, którego na nie „stać”. Bo uczucia są kosztowne, w tym sensie, że poruszają nas do głębi. Obejmują nas w całości, zagarniają do środka. Tak jest na przykład z miłością, która jest zdolna wręcz odmienić zakochanego, uskrzydlić, rozświetlić go od wewnątrz, odmłodzić, zmienić stosunek do innych, nawet wrogich osób, i do całego świata. Jest też tak z autentyczną rozpacza i żałobą, która nas dotyka po stracie najbliższej ukochanej osoby. Wtedy, na odwrót, jak gdyby kurczymy się, zastygamy, sztywniejemy, przestajemy dostrzegać wszystko co radosne i kolorowe.. Zapadamy się do wewnątrz.

Podczas gdy emocje mają żywot niezwykle krótki – przypominają jętki- jednodniówki i są równie szybko zapominane, jak powoływane do istnienia, uczucia kształtują się przez dłuższy czas, przechodząc różne fazy, nim wyblakną, ostygną i obumrą. W procesie ich  rodzenia się, formowania i rozwoju, może (choć nie musi) brać udział rozum. Dotyczy to zwłaszcza uczuć wyższych, takich jak patriotyzm, miłość do rodziców, dzieci, przyjaciół. Ich autorem jest – jednoznacznie – ten, który je przeżywa. Podkreślę raz jeszcze: uczucia nie mogą być naśladowane; a jeśli nawet to się zdarza, można bez trudności zdemaskować takowe quasi- uczucia.

Inną, i bodaj najistotniejszym atrybutem uczuć jest to, że włączają się one w życie, działanie, zachowanie i postępowanie, kształtuję określona postawę, np. miłośnika lub nienawistnika. Zresztą jest to synonim ich autentyczności i wiarygodności. Pod wpływem miłości do Oleńki Billewiczówny, krewki warchol Kmicic, przemienia się – dowodząc tego postępowaniem – w żarliwego patriotę. Następuje w nim więc trangesja, swego rodzaju przemienienie, aż do niepoznania.

Uczucia mają też wpływ na myślenie. Osoba kochająca ludzi (na przykład

ze względów religijnych) nawet o nieprzyjaciołach myśli jako o bliźnich. Taka natomiast, która podlega zorganizowanemu zarażaniu emocjami, na drugi dzień jest w stanie bezcześcić imię tego, kogo wczoraj publicznie opłakiwała.

*

Nie ukrywam, że mam duży dystans do masowych objawów żalu i żałoby, szczególnie tych, które są  przejawiane i pokazywane w mediach, a już zwłaszcza w „obrazkowej” telewizji. Głównie z tego względu, że uczucia uważam za sprawę głęboko intymną. Prawdziwa miłość, prawdziwy ból, prawdziwy smutek, prawdziwa rozpacz nie znosi bycia na widoku publicznym. Z dwóch powodów; aby nie narażać innych na zasmucanie moim smutkiem, a po drugie: bo głębokie uczucie traci coś istotnego, kiedy się je w sposób celowy usiłuje zademonstrować. Forma może wtedy wziąć gorę nad treścią/ Cudze obojętne spojrzenie może zranić naszą już i tak zbolałą duszę.

Dlatego też niegdyś osobista żałoba chroniona była rytuałami mającymi na celu jej częściowe przynajmniej zamaskowanie. Stąd wdowie welony, niepisany zakaz nie odwiedzania domów nią dotkniętych, nie objawiania własnej radości w obecności ludzi zrozpaczonych.

Ta dyskrecja po obu stronach ma na celu chronienie autentycznych uczuć przez szacunek do tych, którzy je przeżywają. Można je co najwyżej uwzględniać w regulacji własnego zachowania, pod tym katem, aby nie ingerować w cudzy ból, cierpienie, względnie nie zakłócać ekstatycznej radości.

W obliczu silnych, a już szczególnie granicznych  uczuć, przystoi MILCZENIE. Także po obu stronach. Przeżywającego, który czuje, iż wielka radość lub ogromny smutek nie mieszczą się w żadnych słowach, osób towarzyszących, którzy mają obawy, by nietrafnym czy zbędnym słowem tych uczuć nie urazić.

Milczenie, Cisza – to najwłaściwsze zachowania w stosunku do takich – cudzych i własnych – doznać i przeżyć, które ze względu na swoją niesamowitość, niepojętość, niezrozumiałość dosłownie przekraczają ludzkie pojęcie. Tak, jak to się dzieje w przypadku Katastrofy pod Smoleńskiem.

POJĘCIE, czyli uformowany myślowo i zwerbalizowany, ujęty w słowa,  jej kształt, może przyjść dopiero z czasem, I pod warunkiem intensywnego nad nią rozmyślania, przemyśliwania, zastanawiania się. Medytowania.. Poszukiwania różnorodnych jej przyczyn, śledzenia skutków, porównywania wielu  różnych własnych i cudzych interpretacji.

„O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”- pisał Ludwig Wittgenstein.

Milczenie nie jest bynajmniej pustką, tak jak i cisza nie jest brakiem głosów. I Milczenie i Ciszę cechuje powściągliwość, obawa przed pochopnością w zamianie odczuć na słowa. Banalne, błahe, czcze słowa, zamiast komunikować prawdę o przeżywaniu, zakłamują ją. Niekiedy – pokrywają szumem niewiele znaczącym szumem, pianą pustych slów, nieobecność autentycznego   przeżycia.

Zadziwiające, jak bardzo dziś lękamy się Milczenia, jak obawiamy się Ciszy. Nic – nie – mówienia. A było ono kiedyś wymagane w obliczu sacrum. Najwidoczniej wyparowało ono nawet z aż tak tragicznych i granicznych wydarzeń, jak Zbiorowa Śmierć tych, których roztrzaskane na szczątki ciała spadły na Ziemię w pobliżu Katynia. Czy nie warto pomyśleć, dokąd uniosły się  wyzwolone z nich Dusze naszych rodaków?

I dlaczego akurat one zostały wybrane i powołane Gdzie Indziej w ten kwietniowy poranek, pod złą datą 12 kwietnia?

Kultura bez filozofii?

Posted in Czytelnia, Grzegorz Józefczuk, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 22 marca 2010

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Pytania na temat pożytków płynących z filozofii są – jak pokazują emocje ostatniej dyskusji – bardzo aktualne. Postanowiliśmy zatem sięgnąć do archiwów Łukasza Marcińczaka i przypomnieć rozmowę, którą przeprowadził dwa lata temu z Grzegorzem Józefczukiem, dziennikarzem Gazety Wyborczej w Lublinie, absolwentem filozofii UMCS.

W imieniu zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

 
Łukasz Marcińczak: Czy dostrzega Pan jakieś pożytki filozofii w dzisiejszym świecie – ceniącym konkret, ścisłą specjalizację, użyteczność?

Grzegorz Józefczuk: Odpowiedź jest paradoksalna, czyli czysto filozoficzna: i tak, i nie. Bo jeżeli się uzna, że w dzisiejszym świecie najważniejsze oraz pro publico bono jest to, co praktyczne, utylitarne, użyteczne, to gdyby filozofia służyła tym najważniejszym celom, byłaby już globalną korporacją, spółką akcyjną na giełdzie w Polsce albo Nowym Jorku, nie mówiąc o Tokio. Ale nie ma jej na giełdzie, nie ma jej w żadnych (sic!) wiadomościach telewizyjnych ani na czołówkach gazet, nie ma jej w sklepach, nie ma jej w wypowiedziach polityków. I tylko czasami artyści w swych enuncjacjach próbują, na ogół niestety mętnie, odwoływać się do filozofii, głównie aby uzasadnić swe kreacje artystyczne. Zatem, z tego punktu widzenia poważnie traktowana filozofia jest wiedzą lub dyscypliną całkowicie nie-praktyczną, nawet więcej – niepotrzebną, marginalną i niszową, uniwersytecką.

 Z drugiej strony niby wszyscy wiemy: to przecież filozofia jest esencją cywilizacji i kultury europejskiej. Chociaż jestem katolikiem więcej niż mało praktykującym, wydaje mi się, że echo tego pobrzmiewa w wypowiedziach hierarchów polskiego Kościoła, którzy dywagują nad tym, czy wejście Polski do Unii Europejskiej nie pozbawi nas kośćca wartości. …Wartości, duchowości, transcendencji, czyli czegoś, co jest – wedle ich zdania – umocowane w Bogu, a co ma być ważniejsze od tego, co „tu i teraz”, od tego co jest praktyczne, utylitarne i użyteczne. Nie chodzi mi o ich spór o Unię Europejską, lecz o fakt uporczywego przywoływanie istnienia sfery ponaddoczesnej. Zupełnie innym tego przejawem jest zaskakująca popularność studiów filozoficznych. Być może ta popularność, skoro jednak świat opiera się na korporacjach i giełdzie, stanowi przejaw oporu wobec nich, trwania w „niedojrzałości”, „zabawy” z tym światem, zanim zostanie się przez niego wchłoniętym.

Tak możemy sobie wyobrażać rację filozofii, która jednak sama niczego nie narzuca. Więc ten z filozofii „pożytek” może być taki, że pozwala ona – o ile ktoś chce – płynąć przez życie troszkę inaczej niż tym rybom, które według podobno ludowego powiedzenia, płyną tylko z prądem.

Ł.M.: Istnieją takie dyscypliny tradycyjne jak historia albo biologia, powstają też nowe kierunki interdyscyplinarne – czy filozofia ma jakąś przewagę nad nimi?

G.J.: Jeżeli się przyjmie, że istnieje jakaś hierarchia bądź system wszystkich nauk, to z reguły filozofię stawia się na górze. Kto ustanawia tę nauk hierarchię? I tę przewagę? Nie biologia, nie historia, tylko filozofia właśnie. Czyli – filozofia sama siebie kreuje do rangi królowej. I musi się mocno okopywać, bo te wspomniane przez pana, a nie wymienione z nazwy nowe kierunki interdyscyplinarne próbują filozofię okroić, zredukować. O ile dawne, rozmaite „fizykalizmy”, chciały filozofię zredukować do siebie, o tyle teraz rozmaite „kulturalizmy” – czy przypadkiem nie chcą ją rozmiękczyć i rozpuścić w sobie? To paradoks: filozofia jako „zwieńczenie” nauk nie interesuje zwieńczonych. Nauki nawzajem interesują się sobą, o ile mogą na sobie pasożytować.

Wydaje mi się, że głównie dlatego warto studiować filozofię, iż w tym dzisiejszym świecie jest to pewnego rodzaju wiedza tajemna, niedostępna dla wszystkich, wiedza w pewnym sensie elitarna i ezoteryczna, która się nie daje weryfikować, używać do celów praktycznych jak marketing. Jest to wiedza nie tylko opisowa, jak medycyna czy historia, ale wiedza w pewnym sensie kreująca świat, który opisuje. I przez to jest wyjątkowa, rzec by można – magiczna.

Ł.M.: Jest tak jak pan powiedział – żadna z nauk nie interesuje się inną nauką, a więc też filozofią, natomiast filozofia interesuje się nimi wszystkimi. Czy nie tu leży jej szczególność?

G.J.:  Nauki i tak pędzą na przód, w nosie mając filozofię, bo to ich praktyczne wynalazki zmieniają świat, przynajmniej w wymiarze materialno-praktycznym. Komputery i internet zmieniły świat tak, jak kiedyś krwawe rewolucji, a istnieją zaledwie kilkanaście lat. Filozofia te przemiany musi interpretować – i mimowolnie staje się nauką „służalczą”, komentującą. Lecz to jest i jej wyróżnik, bo jednocześnie szuka syntezy dla tego wymykającego się świata. A synteza może polegać na stawianiu nowych pytań, które na nowo porządkują świat – i to w filozofii jest cenne.

 Ł.M.: Tak jakoś jest, że wielu dziennikarzy parało się filozofią, na pewno jest więcej dziennikarzy po filozofii niż po dziennikarstwie – to zdaniem pana świadczy o czym?

G.J.: Rzeczywiście jest tak, że w mediach pracuje wiele osób, które studiowały filozofię albo wykładały na filozofii, ale myślę, że próba szukania w tym czegoś szczególnego jest mydleniem oczu i jakby wzajemnym podnoszeniem własnej wartości. Bo mówi się np., że filozofia uczy otwartości, odnajdywania różnorodnych punktów widzenia, analizy i syntezy, wykraczania poza konkretne sytuacje, że daje wiedzę ogólną i uczy zestawiania i wyciągania wniosków z faktów, itd., itd. I że to jest potrzebne w zawodzie dziennikarza. Ale tak samo można powiedzieć, że w zawodzie kucharza filozofia jest potrzebna, tam też trzeba znać klasyczne potrawy i konstruować jakieś nowe – mówię oczywiście o dobrym kucharzu.

 Ł.M: Wydaje mi się, że tak jak pan, odpowiedzieć może tylko filozof;  bo jeszcze trzeba dodać do cech, które pan wymienił, dystans nie tylko do świata, ale też do tego co się robi i do siebie samego – taki szczególny ogląd na pewno filozofia daje, a przynajmniej pogłębia. Można by powiedzieć, że po prostu jest tylu dziennikarzy-filozofów, bo filozofia nie daje do ręki rzemiosła, a człowiek musi się gdzieś zaczepić, żeby żyć. Ale jak to jest, że chyba z pewną łatwością zaczepia się w mediach, z łatwością większą niż inni zostaje sprawnym menadżerem, bo to jest właśnie interesujące, że nie będąc zawodowo nikim, może stać się każdym. I to każdym nie byle jakim, bo przecież dziennikarstwo nie jest zawodem dla byle kogo. Naprawdę pan tutaj korzyści nie widzi?

G.J.: Mówię z przekorą. Po skończeniu tych studiów rozumie się, na czym polega prawda względna, relatywna, absolutna i wie się, że z konkretu wynika tylko konkret, a nie żaden ogół – a to daje pewną możliwość analizy tej rzeczywistości realnej, codziennej, która jest różnorodna i wielokształtna. Jeśli ktoś ma umysł ukształtowany filozoficznie, to potrafi analizować, niezależnie, czy analizuje zachowania lokalnych polityków czy twory świata kultury. Lecz wszystko jest sprawą indywidualną: jednym filozofia pomoże, drugich zapędzi w psychozę.

 Ł.M.: Pana „działką” w Wyborczej jest kultura – przeprowadza pan wywiady z wybitnymi reżyserami czy pisarzami goszczącymi w Lublinie, recenzuje wystawy i spektakle. Bywa oczywiście tak, że twórcy mogą nie odwoływać się bezpośrednio – mówiąc szeroko – do filozofii, mogą nawet nie znać pewnych nurtów w kulturze czy problemów, które opukują tak samo, choć za każdym razem inaczej, jak ich poprzednicy. Ale jest przecież tak, że filozofia puka do nich, wyłazi z ich dzieł, czy oni tego chcą, czy nie chcą. Oni mogą być jak pan Jourdin i tego nie wiedzieć, ale dziennikarz zajmujący się kulturą chyba wiedzieć to musi?

 G.J.: Tu Pan zdemistyfikował moje poprzednie twierdzenia, że filozofia do niczego nie jest potrzebna właśnie w dziennikarstwie. W takim, które jest mi najbliższe, okazuje się, że rzeczywiście jest potrzebna. Do opisu tej rzeczywistości, która się pojawia w kulturze – mam na myśli sferę znaczeń symbolicznych, przestrzeń kodów kultury, które są powiązane i które nie są czytelne wprost. One nie są dane wprost i do ich czytania, jak i do interpretacji, filozofia niewątpliwie jest potrzebna, bo inaczej nie dałoby się nic zrozumieć, a kultura wysoka bez filozofii stała by się po prostu płaska i trywialna.

Czy stawać koniecznie do każdego Przetargu? Na temat dobra i zła dyskusji ciąg dalszy.

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 11 lutego 2010

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Poprzedni wywiad z profesor Jadwigą Mizińską spotkał się z dużym zainteresowaniem. Swoją refleksją podzielił się z nami Mikołaj Dragović.
Poniżej jego przemyślenia, a w nawiązaniu do nich wypowiedź prof. Mizińskiej.
W imieniu całego Zespołu Fundacji zapraszam do lektury i udziału w tej dyskusji.
Marek Staniszewski

Mikołaj Dragović

Z zainteresowaniem przeczytałem wywiad z profesor Jadwigą Mizińska o dobru i złu. Jako ateista szczególną wagę przypisuję zapoznawaniu się z punktem widzenia osób wierzących – każdy z nas bez wiedzy o podstawach obcych nam poglądów w najlepszym razie jest ignorantem, w najgorszym fundamentalistą:).

Nawiązując do wywiadu wydaje mi się, że teologiczne (chrześcijańskie, judaistyczne i islamskie) podejście do kwestii dobra i zła unika odpowiedzi na podstawowe zagadnienie: czym jest dobro i zło i czy taka dychotomia w ogóle ma sens. Wolność człowieka, we wszystkich religiach „pustynnych”, sprowadza się wyłącznie do tego, że może on być posłuszny/zbawiony (a więc postępuje według przykazań dobra) albo nieposłuszny/potępiony (postępuje wbrew przykazaniom dobra). Człowiek nie jest więc wolny w definiowaniu dobra i zła. Tylko Bóg decyduje o tym co jest dobre a co złe.

Jako ateista mam jednak swobodę zadania szerszego pytania:) Mniej interesuje mnie „czy Diabeł może być zbawiony?” a bardziej „czy w ogóle jest zły?” i „co to w ogóle znaczy”?

Profesor Jadwiga Mizińska za Barbarą Skargą twierdzi, że „papierkiem lakmusowym” zła jest „cierpienie na Twarzy Innego”. Postuluje by „nie czynić innemu co Tobie niemiłe”. Jak naiwny jest ten wzór postępowania pokazuje codzienne życie: wygrywając przetarg powoduję „cierpienie na Twarzy Innego” – mojego konkurenta. Czy czynię więc zło? Czy powinienem nie starać się o wygranie, bo to konkurentowi będzie niemiłe?

Dobro i zło wymyka się definicji z prostej przyczyny – świat jest zbyt złożony by dać się sklasyfikować w tak proste podziały. Podaję przykładowe problemy:

Czy nasze postępowanie powinno być oceniane na podstawie naszych intencji czy skutków działań? Czy zło popełnione dzisiaj w imię dobra jutrzejszego jest wciąż złem? (w czasie II Wojny Światowej Churchill nie powstrzymał bombardowania jednego angielskich miast aby nie zdradzić Niemcom, że Enigma została złamana). Czy dobro wywołujące zło (np. szczerość wobec okupanta) jest wciąż dobrem? Jeśli nie jest, to kto wytycza granice szczerości (dobra) i z czego one wynikają?

Wydaje mi się, że najbliżej odpowiedzi byli sofiści.

Może nie w skrajnej postaci jaką prezentował Gorgiasz, który głosił etykę sytuacyjną (nawet w ramach jednostki ludzkiej nie występuje absolutyzm moralny) czy Krystiasz, który uważał, że dobro to wymysł słabych by bronić się przed silnymi. Ale w wersji, którą prezentował Protagoras – człowiek jest miarą wszechrzeczy. A więc również miarą dobra i zła.

Od konkretnej sytuacji więc, historii, kultury, precedensu, środowiska życia, obyczaju, cech charakteru czy choćby maksymalizacji zagregowanej korzyści społecznej zależy jak ten Diabeł wygląda:) A że istnieje z konieczności to nie ulega wątpliwości. Bez białego nie ma czarnego, a bez tezy – antytezy.

Jadwiga Mizińska

Drogi Panie Mikołaju!
Ogromnie jestem Panu wdzięczna za polemiczny glos w kwestii Dobro- Zło, Od razu oświadczam, że nie miałam zamiaru występować w tej sprawie ani z ambony, ani z katedry. Nie uzurpuję sobie niemniejszych praw do posiadania na ten temat prawy ostatecznej, a co najwyżej cząstkową, moją własną, której także nie pragnę komukolwiek narzucić. Co najwyżej – pozastanawiać się nad czymś, z czym przez kilka tysiącleci nikt nie zdołał się uporać. Niezależnie od tego, jaką przyjmował pozycję; osoby wierzącej, niewierzącej. sceptycznej czy agnostycznej.

Mimo, że z góry wiadomo, iż nikt nikogo nie przekona, ani nie „nawróci”, wolno i warto „częstować” się nawzajem swoimi przemyśleniami.
Na pozór wierzący zdają się być w bardziej luksusowej sytuacji; mają swoje dogmaty, prawdy wiary, dekalogi z przykazaniami i zakazami. Dobre byłoby wówczas to, co przez nie nakazywane., złe natomiast – to co zakazywane. Niestety, Dekalog jest tak ogólny ( ogólnikowy?), że w konkretnych sytuacjach, przed którymi stajemy i z którymi się zmagamy, jego przykazania dają nam jedynie .,.. wytyczne. Są one niby drogowskazy, na których czytamy „Do Pieklą” w lewo., „Do Nieba” w prawo. Ale dokładnej trasy nie podają, Jest naszym własnym ryzykiem, czy pójdziemy po prostej, czy zygzakiem. Poza tym, jako że ziemia jest okrągła, udając się w prawo, możemy spotkać się w połowie drogi z tym, który poszedł w lewo.

Przytoczył Pan przykład zachowania Churchilla… Kto jest w stanie obliczyć i osądzić, czy jego decyzja przyniosła więcej złego czy dobrego ( i dla kogo?)
Ale i zwyczajni ludzie w codziennych okolicznościach popadają w podobne tarapaty,. Sądząc, że czynią dobrze – i mając takie intencje- mogą spowodować mnóstwo zła. Banalny, choć dramatyczny, przykład. Wiem, że moja przyjaciółka jest zdradzana przez męża. Powiedzieć jej o tym ? Będzie cierpiała natychmiast. Nie powiedzieć? Będzie cierpiała nieco później – bo dowie się skądinąd, w dodatku zarzuci mi zatajenie prawdy.

Nigdy nie wiemy co czynimy. Nawet jak jesteśmy pewni swego. Bo każdy nasz czyn, ale też zaniechanie, oprócz widocznych od razu, ma też skutki odległe i nie ogarnialne ludzkim słabym wzrokiem, zdawał sobie z tego sprawę Chrystus, gdy na Krzyżu, podczas najstraszliwszych męczarni, ułaskawiał swoich oprawców tymi właśnie słowami : „Albowiem nie wiedzą, co czynią”.

Dlatego też uważam, że nie wolno pochopnie oceniać, a już zwłaszcza potępiać ani cudzych, ani własnych postępków.
W słynnym opowiadaniu Sartre a „Mur”, jego bohater, aby zmylić prześladowców poszukujących ofiary, podaje im fałszywą wskazówkę, że ukryła się ona na cmentarzu, W swoim pojęciu wywiódł ich w pole, bo to jego zdaniem było najbardziej nieprawdopodobne miejsce. Ale Niemcy poszli tym tropem i w jednym z grobowców znaleźli poszukiwanego…
To miała być dydaktyczna lekcja egzystencjalizmu, który uznał, że „nie ma żadnych znaków na niebie i ziemi”, a wobec tego, cokolwiek uczynimy, skutki zaprzeczą naszym zamiarom. Bo światem rządzi Absurd. Coś gorszego nawet od Chaosu.

Dekalog stanowi jakiś jednak ratunek przed tym poniżającym poczuciem aksjologicznej niemocy. Ale nie może nas wyręczać od podejmowania ryzyka. Słusznie, bo jego Autor był też stwórcą człowieka, .którego wyposażył w to , co miał najlepszego: rozum i wolną wolę. A także – w ciekawość, ochotę do eksperymentów i z tym związanego ryzyka.
Zgadzam się z panem, ze nie ma rzeczy jednoznacznie złych, ani tez jednoznacznie dobrych. Uważam, że tak jest dobrze i ciekawie. Dyby świat przypominał szachownicę z czarnymi i białymi pionkami ( i polami) w ogóle zbędna byłaby moralność. Poruszalibyśmy się w nim jak automaty. Planując taki niejednoznaczny świat, Stwórca nie zapomniał, prócz Dekalogu, wyposażyć nas też w sumienia. To taki przedziwny instrument, który – nie czekając na Sąd Ostateczny, ani nawet na osąd innych ludzi, z miejsca wymierza nam kary- np. niespokojnego snu. Nie trzeba być wierzącym w Transcendencję- jakiekolwiek byłoby jej imię- żeby podlegać tej intymnej instancji.

Z moich obserwacji i doświadczeń wynika zresztą, ze osoby ogłaszające się publicznie ateistami, bywają często szlachetniejsze od gorliwie „praktykujących”. Miałam szczęście znać osobiście filozofów – ateistów i agnostyków: profesorów; Barbarę Skargę, Helenę Einstein, Władyslawa Krajewskiego, a z czytania Leszka Kołakowskiego . Deklarowali się jako niewierzący ( w Boga) a byli ludźmi uczciwymi, szlachetnymi, dobrymi po prostu!

Przypuszczam, ze dla samego Pana Boga wiara- niewiara jest bez specjalnego znaczenia. Nie zagląda do wymyślanych przez ludzi rubryk., ale ma wgląd w ich serca . A nade wszystko – postępki. Jeśli bowiem ktoś kieruje się względem na Drugiego, stara się być mu życzliwy i pomocny , to chcąc nie chcąc spełnia Przykazanie Przykazań: „abyście się wzajemnie miłowali”

Zarzuca mi Pan naiwność. I z tym się zgadzam. Jestem i chcę być naiwna, W tym sensie, jak Dziecko z bajki Andersena, który widząc cesarza, podziwianego przez cały dwór za piękne szaty, wrzasnęło: „Król jest nagi!’

A teraz najtrudniejszy wątek: straszliwa łamigłówka dla waszego pokolenia, które samo o sobie mówi, ze uprawia „wyścig szczurów’ w drodze do „sukcesu”. Kto się z niego wyłączy, albo będzie obciążony nadmiarem skrupułów, odpadnie z wyścigu, „przegra przetarg”, wypadnie z rynku itp.

Mój Boże, jak mi was żal… Że macie takie tylko trywialne strachy. I że boicie się nie o życie (jak pokolenie wojenne), nie o wolność ( jak pokolenie czasów stalinowskich), nie o przetrwanie w sensie biologicznym, bo instytucje socjalne nikomu nie pozwolą umrzeć z głosu. Boicie się , by was nikt nie wyprzedził w biegu do Sukcesu, który jest przecież fantomem. Idolem, czyli bożkiem fałszywym. Wydrążonym w środku, albo uczynionym z plastiku.

Osoby, które go osiągnęły, są nierzadko bardziej nieszczęśliwe, niż przegrani, Taki na przykład Michał Wiśniewski, wczoraj na topie, dziś pod czarna kreską. Po drodze wyprzedał wszystko; rodzinę, biografie, sprawy intymne – przestał być interesujący dla Molocha telewizji. Kiedy rozległy się złowrogie wieści o kryzysie ekonomicznym, samobójstwa popełniali nie kloszardzi, ale miliarderzy.

Więc może warto spojrzeć z boku i chwilę się zastanowić, czy koniecznie stawać do każdego Przetargu.
Owszem, umiera się z długotrwałego głodu, ale też z przejedzenia. A już najgorszy jest wewnętrzny przesyt, Śmierć z nudy i z nudności. ( przypominam film „Wielkie żarcie”).
Mój Chrystus wolał ubogich, niż bogaczy, którym trudno się przepchnąć do Królestwa Niebieskiego prze Igielne Ucho. Ale Pan zapewne znowu mi zarzuci, że jestem niedzisiejsza i naiwna. Z naiwności już się tłumaczyłam. A co do „zacofania”, to powiem tylko tyle, ze zdążyłam przeżyć kilka ustrojów, obecny liberalizm jest kolejnym, i tez doraźnym, mam nadzieję, w stadium kocowym. Każdy nowy strój zaczyna od rozliczania starego. Po upadku komunizmu i nastaniu Soliarności, Czeczot zamieścił w „Polityce’ rysunek. Malżonka o obfitych kształtach rzuca się na szyję mężowi z okrzykiem: „Stefan, jak dobrze żeśmy nie kradli!”

Ten satyryczny obrazek potwierdza Przykazanie Kołakowskiego: „kiedy nie wiadomo, jak się zachować, warto zachować się przyzwoicie”.
Mam nadzieję, że ta zasada jest ponad wyznaniowa. Ale co znaczy „przyzwoicie”? To nam podpowie osobisty Anioł Stróż. Każdemu na ucho. Tylko Diabeł głośno reklamuje swój kramik z gadżetami.

Serdecznie Pana pozdrawiam. Zapraszam do lektury mojej ksiązki „Wina i wybaczenie”, gdzie obszerniej staram się wyłożyć mój pogląd na relacje zło- dobro, Jej podtytuł brzmi: „Jak możliwa jest przemiana zła w dobro”.

Diabeł istnieje z konieczności…

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymujemy wciąż wiele maili, z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy kolejny fragment „wywiadu-rzeki”, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z profesor Jadwigą Mizińską. 

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Łukasz Marcińczak: Czy mądrość może iść w parze ze złem, i czy nie wiedzie niekiedy do cierpienia? Czy w ogóle spotkała Pani Profesor złego człowieka, takiego, który miał wokół siebie jakąś złą aurę, takiego, co może i chciał dobra, ale – niczym  szatan u Goethego a rebours – czynił zło…

Jadwiga Mizińska: Zło, zły człowiek… Wiedziałam, dopóki mnie nie zapytałeś. No nie, nie będę kokietować. Wiem. Wiem teraz, że zła bezdennego, stuprocentowego, absolutnego nie ma – i być nie może. Jako, że Szatan nie jest stworzony z innej tkanki, niż Anioł. Pan Bóg, który przecież mógł tak postanowić (i uczynić) zdecydował inaczej. Stworzył najpierw Anioły, duchy dobre, duchy dobra. Ale wystawił ich na podobną pokusę, co Adama z Ewą. Spoglądając na Jego doskonałość, Aniołom zachciało się dorównać Bogu. Za to, za grzech pychy (jaki dziwny: bo wszak chcieli być Bogo – podobni!) strącił ich ambitniejszą część do otchłani.

Szatan zły, gdyż za bardzo chciał być dobry? Więc jestem nieskończenie wdzięczna Leszkowi Kołakowskiemu za to, że całkiem na serio zadał współczesnemu człowiekowi pytanie: Czy diabeł może być zbawiony? Tylko na pozór jest to kwestia teologiczna, czy też eschatologiczna. W istocie pytanie o możliwość zbawienia diabła jest też pytaniem o możliwość zbawienia człowieka, tak zwanego złego człowieka, złych ludzi. A kto z nas może o sobie powiedzieć, że nie jest, albo przynajmniej nie bywa, zły?

Dwie rzeczy jeszcze dały mi w tej mierze do myślenia. Swego czasu, Kum Grześkowiak (ten od Chłop żywemu nie przepuści), z którym się przyjaźniłam w ostatnich latach jego życia, zapytany, czy wyjeżdża w poznańskie do rodziny na Wszystkich Świętych, odrzekł, że zostaje w domu.

– Czyżbyś, Kaziu, nie miał grobów swoich najbliższych? – spytałam. – Owszem, mam, ale o nich jest komu dbać i się o nich modlić. Ja w tym czasie stawiam na balkonie dwa znicze; jeden za Hitlera, drugi za Stalina. Bo o nich przecież nikt nie pomyśli…

Dodać trzeba, że Kum Grześkowiak sam siebie miał za heretyka, a ksiądz z pobliskiego kościoła na LSM-ie uważał go wprost za bluźniercę. (…)

Kiedy Kazik zmarł, nagle – pewnie Pan Bóg się za nim stęsknił – poczułam, że teraz to ja, może jedyna na świecie osoba, której to powierzył, mam przejąć obowiązek troski o ludzi – szatanów: Stalina i Hitlera. A skoro o nich, odsądzonych od człowieczeństwa, to dlaczego nie o Berię, Dzierżyńskiego, Bormana, Hessa…, gdzie przerwać ten szereg, do którego zresztą ciągle dołącza ktoś nowy: Pol Pot, Milan Karadzić, Milosewić…(…)

Drugi powód mojej „nienawiści do nienawiści”, a więc – przekonania o bezsensowności odruchowego potępienia zła,  pochodzi od Bułhakowa.  Ale nie z cytowanego przez Ciebie motta o głupim Szatanie, który nolens volens musi sprawiać dobro, lecz z dialogu Piłata z Ha-Nocrim. (…)

Kiedyś, czytając jedną z książek Marii Janion natrafiłam na słowa: territus terreo – przerażony przeraża. Na ich wzór ukułam własne prawo: zraniony rani. Podręczniki psychologii, traktując o przemocy, piszą o „kolejności dziobania”. Jakoby każdy „dziobany” także musi „dziobać” kogoś, kto akurat jest pod ręką.

Czy rzeczywiście musi? Owszem, dopóki sobie nie uprzytomnić, że jestem – ja sama! – władna zatrzymać tę kolejkę dziobania i ranienia na sobie. Po prostu: nie muszę oddawać pięknym za nadobne. A nawet – mogę się zdobyć, jak radził Chrystus – gdy zostanę uderzona kamieniem, rzucić chlebem. Albo i tortem…

 Ł.M.: A czy diabeł ma swoją dobrą stronę? Albo czy jest nam do czegoś pomocny? A szczęście – czy jemu także przysługuje? Uczono nas, że jest upadłym aniołem, synem marnotrawnym, który odrzucił miłość Boga. Ale – tego się już nie uczy – Bóg nie znalazł sposobu, by go odszukać, a więc diabeł jest także istotą odrzuconą (albo – bądźmy ściśli –  nie odnalezioną, ale zdaje się, że też nie szukaną). A odrzucenie rodzi zło…

J.M.: Nosiłam się parę dni z tymi pytaniami, nagabując też o Diabła wiele osób, miałam po temu dobrą okazję na Festiwalu Filozofii w Międzygórzu, zorganizowanym przez Bogdana Banasiaka. Jednakowoż nikt nie chciał podjąć tego tematu (co też uznałam za formę odpowiedzi). Sądzę, że dla jednych osób jest to pytanie naiwne i omijają je przez delikatność, żeby mnie nie musieć mnie obrażać zarzutem o infantylność. Inni, być może, lękają się mówić o Złym, żeby go czasem nie wywołać, jak wilka (czy raczej wilkołaka) z lasu.

(…) Idzie, moim zdaniem, o to, ażeby w ostatecznym rachunku zadbać o zerowy bilans Dobra i Zła w świecie. Bowiem dbając o czystość duszy i spokój sumienia, wyrównując krzywdy, zarazem dbamy o harmonię tego, co nazwałabym niszą antropologiczną. Problem tzw. grzechu nie jest, wbrew pozorom, kwestią indywidualną. Nierozliczone zło wyrządzone przez jednego człowieka rzutuje negatywnie nie tylko na los jego ofiary, ale i – nie mniej ni więcej – na przyszłość całej ludzkości. (…)

A teraz o tym, jak pojmuję zły uczynek. Powtórzę za Barbarą Skargą, że jego „papierkiem lakmusowym” jest cierpienie na Twarzy Innego. Od siebie uzupełnię, że jego przeciwieństwo, dobry uczynek – to wywołanie uśmiechu na jego Twarzy. Uśmiech – to znak ulgi i radości.

No dobrze, a jak się rzeczy mają z Diabłem? (piszę go dużą literą z szacunku do Anioła, którym on wszak był przed upadkiem). Mój pogląd jest w tej mierze następujący:

Diabeł istnieje, tak samo, jak Anioł (i wszelkie inne Duchy). Ale istnieje w dwóch postaciach: transcendentnej oraz immanentnej. To znaczy: jako substancjalna Moc nakłaniająca do złych uczynków oraz jako same te złe uczynki dokonywane przez ludzi. (…)

Wydaje mi się, iż Diabeł bazuje na naszej niecierpliwości („co nagle, to po diable”). Właśnie korzystając z niej, podsuwa nam  różnorakie błyskotki: rumiane ale robaczywe jabłka, cukierki w pazłotku nadziane trucizną. Jako Książę Kłamstwa, dobrze wie, że ludzie łacno nabierają się na kuszący wygląd, zapominając o nieadekwatności między opakowaniem a zawartością, przed czym skądinąd przestrzegają liczne wymyślone przez nich samych przysłowia, takie jak: w ładnym ciele cnoty niewiele, nie wszystko złoto co się świeci, modli się pod figurą a ma diabła za skórą itp. (…)

Powtórzę: Diabeł istnieje z konieczności o ile uzna się dramatyczną naturę Bytu, i o ile Bycie jest stawaniem się. Opozycja pomiędzy biegunami (punktem Alfa i punktem Omega) rodzi potrzebę zmagania się z przyciąganiem bieguna Zła, bodajże silniejszego (dla słabych z natury ludzi) aniżeli biegun Dobra. Ludzkie życie przypomina zabawę z przeciąganiem liny, targani przez różne zewnętrzne moce,  raz lecimy w jedną, raz w drugą stronę.  (…)

Ale nie sięgając aż tak wysoko, również każdy ze zwykłych ludzi  może sobie samemu szybko dowieść, że uczciwość popłaca. Radzili polscy myśliciele na czas zamieszania aksjologicznego: „Kiedy nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”. Dopowiem uzasadnienie: nie zdradzaj, bo sam możesz zostać zdradzony; nie kłam, bo zostaniesz okłamany; nie  kradnij, bo ciebie okradną. Jednym słowem, „nie rób drugiemu, co tobie niemiło”, bo dajesz tym samym temu Drugiemu pełne prawo do rewanżu. Zdaję sobie sprawę, że jest to  postępowanie „biznesowe”, ale dla Ludzi Obrachowanych wydaje się ono być godnym polecenia. Zresztą również w biznesie opłaca się (na dłuższą metę)  uczciwość i lojalność, dziś każda forma zabiega o swoje „logo”, które ma być w oczach klientów znakiem jakości, apriorycznego zaufania do jej produktów. Niegdyś Max Weber w klasycznym dziele „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” (kapitalizm w swoich początkach miał jeszcze ducha!) uzasadniał obszernie, że uczciwość opłaca się kapitalistom zgoła dosłownie. Producent, który nigdy nie wypuszcza braków, handlowiec, który nie oszukuje wyrabiają sobie nazwisko, które poniekąd pełni rolę reklamy. Buty od Baty były nie do zdarcia, maszyny do szycia od Singera służyły wielu pokoleniom. Zatem rzetelność i uczciwość jest także przeliczalna na pieniądze.

Na odwrót, zaledwie jeden bubel, albo jedna niedbale wykonana operacja podrywa zaufanie do wytwórcy czy lekarza, a podobnie jeden plagiat deprecjonuje profesora filozofii…

Musi zdumiewać obecne rozprzęgnie moralne, skoro trzeba, prócz Dekalogu dla każdego zawodu tworzyć osobne etyki: dziennikarską, lekarską, nauczycielską, a nawet dla pracowników uniwersyteckich. Znaczy to, że zawodzi nie tyle moralność, ile inteligencja, której zadaniem jest wszak myślenie dalekowzroczne. (…)

Filozofia koi lęk…

Posted in Czytelnia, Janusz Opryński, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Rozmowy by staniszewski on 15 grudnia 2009

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy wywiad, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził w 2008 roku z Januszem Opryńskim – reżyserem teatralnym, menedżerem kultury, twórcą teatru otwartego w Polsce, oraz twórcą i reżyserem działającego od 1976 roku teatru „Provisorium”.

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Filozofia koi lęk.

Łukasz Marcińczak: Czy znajduje pan jakieś pożytki uprawiania filozofii, bo daje się słyszeć dzisiaj głosy, że ta wiedza jest do niczego nie przydatna…

Janusz Opryński: Mam zupełnie przeciwne zdanie, przez całe swe już dorosłe życie odczuwam coraz mocniej rodzaj pewnego niedokształcenia filozoficznego. A chyba zawsze miałem intuicję, a może nieodpartą świadomość, że filozofia zapewnia lepsze, bo mądrzejsze życie. Jeżeli wierzyć Tadeuszowi Gadaczowi, że jakość myślenia warunkuje jakość życia, no to mamy pewien wzór, oczywiście w cudzysłowie, na mądre życie, czyli na życie spełnione. Zresztą ja sam, spotykając się z ludźmi, którzy kończyli studia filozoficzne, widzę, że oni posiadają niezwykłą i niezwykle konkretną umiejętność analizowania rzeczywistości. Szybka kariera tych ludzi w nowej rzeczywistości po 89 r., świadczy o ich szybkiej możliwości dekodowania życia. Widocznie jest to przydatna wiedza – na pewno filozofia to nie jest ucieczka od rzeczywistości, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że pozwala ona poruszać się sprawniej we współczesnym świecie. Oczywiście wokół filozofii narosły rzeczy istotnie głupie, pewnie dlatego, że przez lata komunizmu z filozofii robiono karykaturę, tych prawdziwych filozofów ośmieszano, pokazywano ich jako takich trochę dziwaków. 

Ł.M.: Może dlatego, że filozof z zasady wątpi, zadaje czasem niewygodne pytania, a wątpienie i zadawanie pytań w najlepszym z możliwych światów z natury rzeczy bywa szkodliwe…

J.O.: Ale bywały też takie zabawne paradoksy, że nasi studenci filozofii oblegali wtedy rosyjskie księgarnie. Bo okazuje się, że gdy u nas wielu dzieł w ogóle nie tłumaczono, u nich było wszystko. Oni mieli świetne tłumaczenia, ale oczywiście ze wstępem tuby marksistowskiej, deprecjonującej każdy system, który odwoływał się ku metafizyce czy w ogóle traktował o Bogu. I kiedyś tłumaczyli mi filozofowie, że należało kupować rosyjskie książki i wyrywać wstępy, bo tylko wstępy były nasycone jadem marksistowskim, a dalej już było wszystko w porządku. Kiedy dzisiaj znowu słyszę, że w programach edukacyjnych brak jest pieniędzy na filozofię, mam wrażenie, że może niewłaściwi ludzie zajmują się edukacją. Bo wyobraźmy sobie, że jakieś pokolenie nie przetłumaczy Platona. Uważam, że w każdym pokoleniu klasyczne dzieła filozofii powinny ukazywać się w nowych tłumaczeniach. Bo to jest rodzaj pracy intelektualnej związanej z nazwaniem problemów kiedyś postawionych we współczesnym języku. Znaliśmy Nietzschego z tłumaczeń Staffa, a teraz, dzięki prof. Krzysztofowi Michalskiemu, poznajemy Nietzschego jakby na nowo. Jeżeli dziś czyta Nietzschego 20-letni człowiek, to go nie odpycha maniera Staffa, więc jest większa szansa, że Nietzsche okaże się dla niego kimś ważnym. Mamy tu do czynienia jakby z odświeżeniem dzieła. Myślę, że to jest szalenie ważne. Zgadzam się z Brodskim, że każdy musi spróbować Biblię i całą starożytność odczytać na nowo. Jeżeli to nie stanie się puste, ale chyba bardzo długo jeszcze będziemy tam szukać różnych odpowiedzi. Zresztą nie wszystko dotąd odkryliśmy nie tylko u Nietzschego, ale nawet i u Platona, a przecież stamtąd się bierze nasze rozpoznanie świata.

Ł.M.: Twierdzi pan, że filozofia to nie jest ucieczka od realnego świata, ale czy nie jest ona trochę wieżą z kości słoniowej, wiedzą arystokratyczną…

J.O.: To jest kolejne przekonanie fałszywe. Gdy słuchamy Barbary Skargi czy Leszka Kołakowskiego, dotykamy takiej mądrości, która jest nam wszystkim potrzebna. Oni posiadają umiejętność nazywania świata, a tam, gdzie pojawia się niemożność jego nazwania, jest przyznanie się do tego z pokorą, wśród tych ludzi nie ma żadnego fałszerstwa. W pewnym momencie zacząłem organizować cykl spotkań pt. „Jak żyć”, na który od kilku lat zapraszam filozofów – co jest też pewnie jakąś próbą leczenia moich kompleksów – bo uświadomiłem sobie, że chcę słuchać tych ludzi, chcę się dowiedzieć, jak oni nazywają współczesny świat. A ci ludzie są tak naprawdę zupełnie niewykorzystani. Gdyby nie wyjazd Kołakowskiego w 68 r., to w Polsce mogło być lepiej nie tylko z filozofią. On pracując stale z grupą seminaryjną powiedzmy dwudziestu osób mógłby sprawić – jestem o tym przekonany – że życie w Polsce byłoby lepsze. Dzięki tym dwudziestu osobom. Wiem, że dziś Barbara Skarga prowadzi seminarium i to jest znowu jakaś dla nas szansa, bo tam się wykuwają niezwykli ludzie. Tam zaczyna się reinterpretacja bardzo ważnych dzieł naszej kultury i oni dla nas próbują nazywać świat dzisiejszy. To nie jest żadna wieża. To jest bardzo konkretne, heroiczne mierzenie się z rzeczywistością. Potrafią to tylko wielkie umysły. Proszę też zwrócić uwagę, jak ludzie ci mimo wieku ciekawi są drugiego człowieka, ciekawi świata. To jest skarb dla narodu. Myśmy jednak szafowali w historii talentami, które pracowały dla innych, czego najbardziej dotkliwym przykładem jest Leszek Kołakowski.

Ł.M.: Organizując w Lublinie te filozoficzne konwentykle wskazał pan na pewną – może do końca nieuświadomioną społecznie – potrzebę, Kołakowski raz na tydzień w telewizji nie wystarcza…

J.O.: Myślę, że człowiek intuicyjnie lgnie do mądrości. Tak naprawdę szybko potrafimy ocenić, czy mamy do czynienia z fałszywym mędrcem czy z autentycznym. Jeżeli przyjeżdżają autentyczni mędrcy, to na sali jest cisza, wtedy wszyscy otwieramy usta i słuchamy jak uczniowie. Oni nam troszkę stępiają ból istnienia, ale też i lęk, bo próbują ten lęk nazwać. Ostatnie medialne rozmowy z Kołakowskim i Skargą uważam za największe wydarzenia intelektualne w Polsce. Może to choroba i uroda demokracji, ale żyjemy w czasach, które zmuszają człowieka do dokonywania wyborów, a nie hierarchizują tego świata. Nie wskazują na wyspy mądrości i człowiek bywa pogubiony, nie wie, jak docierać do prawdy. Mam jednak nadzieję, że powoli, wraz z okrzepnięciem naszych zmian, będzie to się jakoś klarowało. Choć nie bardzo wierzę w żadne mądre ustawy polityków. Społeczeństwo samo musi zacząć doceniać mądrość, a jeśli w naszym kraju głos filozofów przebije się w tej papce szybkich mediów, powstanie źródło, z którego wszyscy zaczniemy czerpać. Jestem przekonany, że jeżeli się będziemy mogli pochwalić, że mamy dwudziestu europejskiego formatu filozofów, to po prostu wygramy. I w gospodarce, i w turystyce, może nawet i w piłkarstwie… [uśmiech zdecydowanie filozoficzny]. 

Ł.M.: Od kiedy pana zdaniem powinno się zaczynać przygodę z filozofią? Jest bowiem opinia, że człowiekowi, który jest jeszcze nieukształtowany, lepiej służy religia, bo ona tworzy pewien kręgosłup moralny. Natomiast filozofia, pokazując problematyczność wszystkich stanowisk, może prowadzić do zagubienia…

J.O.: Za małą pewnie mam wiedzę, ale myślę sobie tak – przed wojną w dobrych liceach wykładali profesorowie uniwersytetu i nie było żadnego problemu. Jeżeli filozofię miałby wykładać w liceum człowiek po kursie, szybko do tego przyuczony, to absolutnie nie. On jedynie zagmatwa problem, bo doskonale wiemy, że tylko ludzie autentycznie mądrzy mówią o trudnych sprawach prostym językiem. Ale jeżeli doktorowie filozofii mieliby uczyć filozofii w liceach, to absolutnie tak. Chyba im wcześniej, tym lepiej. Oczywiście styk religii i filozofii jest u nas szalenie niebezpieczny, ponieważ żyjemy w kraju ortodoksji katolickiej. Uważam, że powinniśmy mieć większą świadomość czym jest religia – pisał o tym Kołakowski, zadając największy cios materializmowi i próbie marksistowskiego widzenia świata. Powinna być głębsza świadomość tego, że istnieje w człowieku potrzeba sacrum, która musi być zaspokojona, czyli że prawidłowej konstrukcji człowieka nie można sobie wyobrazić bez odniesienia się do religii. Problem w tym, jak my tę potrzebę zaspokajamy. Mnie się wydaje, że ciągle niestety tak, jak to widział Brzozowski – sprowadzoną do jakichś zinfantylniałych form dla maluczkich. Dzisiaj czytam w internecie, że siostra przepytuje 8-latkę czy uprawia seks. To jest karygodne – tej 8-latce nie tylko odechce się religii, ale i z seksem będzie miała kłopoty. To wszystko zależy od ludzi. Powstał wielki problem, kiedy wprowadzono religię do szkół.  Kościół miał katechetów kompletnie nieprzygotowanych i to był jeden wielki humbug tak naprawdę. Religia – przedmiot o bardzo istotnej sferze człowieka – wpadł w ręce ideologów. A przypominamy sobie słowa Tischnera, że żaden marksista nie wyrządził religii tylu szkód, ile jeden głupi ksiądz. Ale to jest wszystko do przemyślenia, mamy dwadzieścia niecałe lat tej nowej rzeczywistości i ciągle bardzo słabo myślimy o edukacji. A filozofia jest jakimś naczelnym tutaj problemem, z którym się musimy zmierzyć. Rozmawiałem ostatnio z Tadeuszem Gadaczem, który pracuje nad encyklopedią filozoficzną i włosy mu dęba stają na głowie. Okazuje się, że całe mnóstwo ważnych dzieł z filozofii wydawanych w Europie po wojnie, w ogóle do nas nie dotarło. Mamy potworny dług  humanistyczny, wiele lat do nadrobienia. 

Ł.M.: Wspomniał pan, że filozofowie nazywają nasze lęki, ale czy najlepszym lekarstwem na lęk nie jest jednak religia – filozofia pozostawia człowieka samego z sobą…

J.O.: Jak powiadam, wśród absolwentów filozofii spotkałem mnóstwo ludzi, którzy umieli żyć. To nie znaczy wcale, że byli bogaci, ale nawet jak wybierali skromny model życia, byli ze sobą pogodzeni. Na swój sposób zawsze szczęśliwi. Nie próbuję tego fetyszyzować, bo jakby to była prawda do końca, to wszyscy wybieraliby filozofię, bo przecież wszyscy chcą być szczęśliwi. Ale myślę, że coś jest na rzeczy – filozofia w życiu pomaga. Ja mam stale w pamięci zdanie Norwida z poematu Szczesna, kiedy on mówi, że „po smutkach wielu chodzę na kursa filozofii”. Norwid po wielkim zawodzie miłosnym szukał ukojenia w mądrości. Jest poza tym jakaś niezwykła przyjemność przebywania z ludźmi, którzy uprawiają filozofię. Mnie brakuje mędrców. Oni są, ale gdzieś poskrywani. Bo świat oparty na socjotechnice boi się mędrców. Lider wziętego programu telewizyjnego nie zaprasza do siebie mędrca, bo się boi, że się ośmieszy. Przejeżdżając przez miasta widzimy billboardy pokazujące Tomasza Lisa, a dlaczego nie widzimy billboardu z Barbarą Skargą? Skarga być może nie chciałaby się na tym billboardzie znaleźć, ale to jest dla mnie ktoś, kto powinien do nas mówić, kogo warto słuchać. A przecież w odczuciu ludzi prostych, niedouczonych, ludzie pokazywani na billboardach to są niemalże bogowie. Inteligencja, ludzie wolni, umieją to odróżnić, ale problem widzę w tym, że społeczeństwo ma odgórnie limitowany dostęp do mądrości. Pewnie jest w tym jakaś logika, bo odkrycie filozofii, to odkrycie wolności, a ludzie wolni wymykają się wszelkiej władzy, która nad nimi traci kontrolę. Przekonany jestem, że kontakt z filozofią daje zyski na każdym polu. One może dopiero w dłuższej perspektywie są zauważalne, czasem po kilkudziesięciu latach widzi się dopiero kapitał, który się uskładał. Parafrazowałbym Władysława Bartoszewskiego, który zapytany niedawno, czy opłaca się być uczciwym, odpowiedział: „nie opłaca się, ale warto”. Nie wiem, czy zajmowanie się filozofią zawsze się opłaca, ale na pewno warto się nią zajmować.

Rozmawiał: Łukasz Marcińczak

Przemieniony Szaweł a „kąsający” Hegel

Posted in Czytelnia, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Łukasz Marcińczak by staniszewski on 11 grudnia 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.
Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie Księgi wywiadów filozoficznych) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy tekst dr. Łukasza Marcińczaka (gratulując udanej obrony!).
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

L_M_CB Łukasz Marcińczak

Przemieniony Szaweł a „kąsający” Hegel

Tajemnica ludzkiej przemiany – przyjęcie wartości do tej pory potępianych, rezygnacja z prawd dotąd uznawanych za jedynie słuszne – jeśli nie podszyta płaskim koniunkturalizmem, wciąż pozostaje jedną z zagadek człowieczeństwa. Konwersja będąca transgresją – czy bohaterem jej jest Szaweł z Tarsu, który stał się Pawłem, czy ukształtowany w świecie wartości wrogich komunizmowi  pisarz, którego „ukąszenie heglowskie” odmieniło – dowodzi, że świat wartości w pojedynczym człowieku nie powinien być przez niego samego uznawany za ostateczny.                                        

Pomińmy biologię (zwłaszcza socjobiologię), czyli to, co na popularnym wykresie ukazującym istotę ludzką – od którego rozpoczynają zdobywanie wiedzy studenci filozofii – znajduje się najniżej, na poziomie instynktu, który dzielimy ze zwierzętami. Spróbujmy także abstrahować od tego, co na tym samym wykresie umieszcza się najwyżej, czyli całej sfery metafizyki, gdzie mamy do czynienia z całokształtem bytu, a niekiedy z Bogiem.  Pomiędzy tymi granicami (poziomami, barierami) rozciąga się królestwo człowieka. Sfera  ulotnych idei, w które wierzymy, twardy grunt przekonań i wartości, które uznajemy. Jest to jedyny świat w którym panujemy (lub wydaje się nam, że to czynimy), a na pewno jedyny będący naszym dziełem. Rządzi nim rozum, ale warunkuje go człowieczeństwo. Jesteśmy ludźmi tak długo,  jak długo pielęgnujemy w sobie (i walczymy o nie w świecie) nasze własne prawdy. Myśl jest siłą potężną, pozwala zerwać jak pajęczynę krępujące nas atawizmy, powstrzymuje nas także przed osunięciem się w pustą kosmiczną otchłań. To dzięki niej przechodzimy do zacienionego królestwa – pełnego trupów i zgliszczy.

 Tysiące istnień ludzkich ma na sumieniu Cezar i Temudżyn, Hitler i Stalin, Pol Pot i Mao – ludzie dokonujący wyborów, przedkładający jedne wartości ponad inne. Zupełnie odmiennych wyborów dokonali Franciszek z Asyżu i Jan od Krzyża, Jezus zwany Chrystusem i Gandhi zwany Mahatmą. Ludzkość jest rozpięta między wyborem dobra i zła – kategorii w historii ludzkości płynnych, ale stale w niej  obecnych. O Neronie opowiadają historycy (stronniczy, bo uprzedzeni do cesarza), że był nieludzki, wręcz sugerując, że nie tyle był człowiekiem, ile bestią w ludzkiej skórze. Ludwikowi IX nie mniej stronniczy dziejopisowie nadali przydomek Świętego. Czy znaczy to, że ludzie ci zawsze byli źli albo święci – czy byli jednowymiarowi, zawsze jednacy? Tak chce historia (a raczej niektórzy historycy), tak jest na pewno wygodniej. Ale to człowiek w sobie samym decyduje, jaką droga pójdzie i w każdej chwili może kierunek swych kroków odmienić. Spośród ludzi, których wybór, czy też zmiana kierunku marszu miała znaczenie ogólnoludzkie (a w obrębie naszej kultury trudne do przecenienia) – bo za sprawą tego człowieka pewne wartości weszły w świat i w jakiejś części świat ten zmieniły – był Paweł z Tarsu. Nad nim także unosi się odor sanctitis, on jednak nigdy nie przeczył, że wybrał to, co sam kiedyś przeklinał.

Szaweł (zanim przemienił się w Pawła) był dość typowym przedstawicielem nietypowego Żyda w Jerozolimie, żyjącego w czasach rządów cesarza Augusta, potem Tyberiusza, Kaliguli, Klaudiusza i Nerona. W ówczesnej Judei, gdzie Rzym rządzi żelazną ręką, cała (albo prawie cała) ludność zastygła jest w biernym oporze. Okupant – czyli Imperium Rzymskie, w osobie swoich przedstawicieli administrujące wszystkimi ludami w basenie Morza Śródziemnego, także narodem żydowskim w Palestynie – traktowany jest tutaj jako uosobienie wszelkiego zła. Obecność pogan w Jerozolimie, ich język, zapach mięsa na ich rusztach, brzęk ich monet i łopot ich chorągwi, są dla religijnych Żydów zgorszeniem. Tylko świadomość własnej słabości powstrzymuje żydowskich przywódców przed nawoływaniem do zbrojnego powstania. Ale walka z Rzymem wrze podskórnie – hasłem do wojny ma być pojawienie się Mesjasza. Wszyscy wierzą, że z Jego nadejściem w jednej chwili ich los się odmieni. Choć prawie wszystkich Żydów w Judei łączy niechęć dla obyczajów, które uosabia Rzym, to nie brak oczywiście takich, którzy pragną z tym najgłówniejszym wrogiem ułożyć jakiś modus vivendi – czasem kierują tym rachuby polityczne i pragnienie zachowania status quo, bywa też, że stoi za tym zwyczajny koniunkturalizm.

Jednak powszechne przekonania – jeśli nie całej Palestyny, to głównej jej prowincji, Judei – wyraża wpływowe stronnictwo faryzeuszy, toczące walkę (na razie bezkrwawą) ze wszystkim, co nie żydowskie (czyli pogańskie, a więc rzymskie). Dla faryzeusza samo zetknięcie się z poganinem było skalaniem się. Faryzeusze uczynili zapobieganiu kontaktom z nieobrzezanymi i odróżnianiu się od nich na każdym kroku podstawą swego nauczania. Liczni rabbi twierdzili, że jest niedopuszczalne, by uczciwy Żyd kazał uczyć swych synów greki, języka powszechnie wówczas używanego w całym Imperium[i]. Ich zdaniem byłby to przejaw przejmowania obyczajów pogańskich, niemal tak karygodny jak jedzenie wieprzowiny. Najsurowsi faryzeusze w Jerozolimie chodzili ulicami świętego miasta – zawsze pełnego słońca – zadając sobie wiele trudu, by nie padł na nich nawet cień rzucany przez poganina. A wszystko czego on dotknął, było nieczyste. 

A kim jest Szaweł? Szaweł pochodzi z wielkiego miasta hellenistycznego, pełnego posągów i świątyń pogańskich. Tars – miejsce gdzie Szaweł się urodził i wychował – był jedną z kulturalnych stolic ówczesnego świata, a Strabon wymieniał je zaraz po Atenach i Aleksandrii. Szaweł odebrał też hellenistyczne wykształcenie i co może najgorsze – posiadał rzymskie obywatelstwo. To jest nietypowe. Ale też – wyjąwszy może wyjątkowe obywatelstwo (odziedziczone zresztą po ojcu) – takich Żydów, nawet w Jerozolimie, żyje wielu. Działają w Jerozolimie synagogi Cyrenejczyków i Alekasandryjczyków, miejsca kultu Jahwe, gdzie mówi się tylko po grecku.  Wierni słuchający w nich Tory, wychowani  poza granicami Judei, nie znają języka innego niż mowa pogan. Ludzie ci są jednak pobożnymi Żydami, a ich przywiązanie do Tory jest bezprzykładne – najlepszy dowód, że porzucali strony rodzinne, by żyć w cieniu Świątyni, w świętym mieście Jerozolimie. Oni, tak samo jak faryzeusze, wypatrują Mesjasza, aby oczyścił Jeruzalem z pogan (Ps. XVII), których rozgromi berłem żelaznym, roztłucze jak naczynie gliniane (Ps. II).   

Szaweł jest przykładem takiego właśnie Żyda z diaspory – świetnie zna świat poza palestyński, a językiem greckim włada nie gorzej niż cesarscy urzędnicy. Ale jednocześnie zna również hebrajski, przybył do Jerozolimy na studia rabiniczne, ba, jest faryzeuszem, czyli przedstawicielem stronnictwa ortodoksyjnego. Tora była dlań nienaruszalna, a jej przepisy tak samo święte jak dla innych faryzeuszy. Choć wiele jest stronnictw religijnych w Jerozolimie i liczne są interpretacje  przykazań i rytuałów, to nie religia dzieli świat żydowski – linię podziału wyznacza stosunek do kultury nieżydowskiej. Od potępienia, wyrażanego głośno przez rabinów w słowach znanych z Listu Arysteasza, twierdzącego, że Prawodawca zamknął nas w żelaznych ramach Zakonu, abyśmy czyści na ciele i duszy nie mieszali się w niczym z żadnym narodem[ii], po uwielbienie dla niej wyrażane przez pisarzy pokroju Filona z Aleksandrii. Trzeba bowiem pamiętać, że chociaż judaizm I wieku był różnorodny, rozbity na wiele odłamów i frakcji, istniał nienaruszalny rdzeń religii. Z jednej strony był to konsekwentny i radykalny monoteizm, stawiający Boga na wyżynach niedostępności; nawet oczekiwany Mesjasz w powszechnym odczuciu miał być tylko człowiekiem, charyzmatycznym przywódcą, cudotwórcą, ale śmiertelnikiem z krwi i kości. Z drugiej obowiązek zachowywania obyczajów nakazanych przez Prawo, będących do tego Boga jedyną drogą. Szaweł, Żyd z diaspory, a więc obywatel świata, ma nie tylko do religii ale też do tradycji żydowskiej stosunek bałwochwalczy i nie potrafi dzielić włosa na czworo – tego, co kocha, broni stając na pierwszej linii. Najpierw jako młodzieniec i zatwardziały faryzeusz, później jako człowiek w sile wieku i apostoł młodej religii walczący z faryzeizmem.

Na scenie historycznej pojawia się Szaweł jako człowiek wojowniczy. Skłania go może ku temu młody wiek, zapewne nie bez znaczenia jest też świadomość owych helleńskich naleciałości i pragnienie przykrycia ich religijną gorliwością. W każdym bądź razie ortodoksja żydowska jest dlań wtedy największą świętością. Gdy całą Jerozolimą wstrząsa wystąpienie Szczepana i jego zwolenników, Żydów hellenizujących, odmawiających wartości tradycji i przeciwstawiających jej słowa „umęczonego pod Ponckim Piłatem” proroka Jezusa, Szaweł – jak wszyscy faryzeusze – trzęsie się z oburzenia. Możemy tak powiedzieć, bo wszystkie świadectwa o nim dowodzą, że był popędliwy i łatwo unosił się gniewem. Pod piórem Ewangelisty Szaweł odsłania nam się od tej strony od samego początku – po raz pierwszy widzimy go (Dz. Ap. 7, 59), jak bierze udział w samosądzie, będąc w tłumie tych, którzy Szczepana ukamienują. Łukasz powie o tym okresie życia przyszłego Apostoła – dyszał groźbami i pragnieniem mordu przeciw uczniom Pańskim  (Dz. Ap. 9, 1).

Trudno uznać Szawła za jednego z wielu, gdy dokonywał najważniejszego wyboru swego życia był jeszcze młody, ale już wyrastał ponad innych rzutkością i energią, świetną znajomością Prawa, oddaniem wspólnej sprawie. Religijność jego była jednak typowa dla ówczesnych wyznawców zazdrosnego boga Jahwe. Chyba nie zrobimy błędu twierdząc, że spośród ludów, jakie pojawiły się na kartach historii, w kwestii przenikania się religii z życiem naród żydowski nie miał sobie równych. Bo też w ówczesnym judaizmie sankcją religijną związane było właściwie wszystko – wnikliwy badacz obyczajowości Palestyny twierdzi, że: „Tora i jej komentatorzy zabierając głos we wszystkich sprawach życiowych, wyciskają piętno religijne na domu, odzieży, pożywieniu ludzi, jak rządzą stosunkami między ludźmi, w rodzinie, pracy, społeczeństwie, ustalają zarówno ramy wychowania i nauczania, jak środki wyrażania myśli.”[iii] Do dziś trudno znaleźć przykłady pietyzmu dla świętego tekstu podobne tym znanym ze Starego Testamentu. Co prawda Rzymianie również twierdzili – ustami Cycerona – że są najbardziej pobożni,[iv] ale religijność rzymska zawsze pozostawiała swoim wyznawcom wiele swobody, będąc w gruncie rzeczy bardziej narzędziem państwa i jego urzędników, posługujących się nią jako wyznacznikiem obywatelskiej lojalności, niźli przeżyciem wewnętrznym. W czasach, kiedy żył Szaweł, podszyta była też sceptycyzmem, a rodzime bóstwa rzymskie coraz bardziej ustępowały miejsca mnogim bogom ze Wschodu, których w samym Rzymie przyjmowano z otwartymi ramionami.

Mamy więc oto w Szawle przedstawiciela ludu przyznającego religii żydowskiej największą wartość, żywiącego wszystkie przeświadczenia swego narodu o Mesjaszu, który ma być zwycięski i srogi dla nie-Żydów. Niezaprzeczone związki z kulturą helleńską tylko podsycały Szawłową gorliwość i tu zapewne jest źródło jego szczególnej srogości wobec nielicznych jeszcze chrześcijan. Przecież Sanhedryn, starając się zdusić w zarodku ruch chrześcijański, właśnie jego wysyła z listami polecającymi do gminy w Damaszku, by nie szczędził sił w starciu tej heretyckiej grupki z powierzchni ziemi. Szaweł wyruszył. Droga nie była nazbyt daleka, ale na tej drodze się przemienił. W Pawła.

To jedna z największych zagadek chrześcijaństwa i na bardzo różne sposoby starano się dać odpowiedź, dlaczego prześladowca chrześcijan – w jednej chwili – przedzierzgnął się w Apostoła. Nowy Testament podsuwa wytłumaczenie – objawienie się Boga i oślepienie Szawła, a potem napominający głos z nieba. Próbowano jednak wytłumaczyć tę przemianę przyczynami – by tak rzec – naturalnymi. Wybitny  biblista, ks. Edward Dąbrowski, wymienia ich kilka. Mówiono o decyzji dojrzewającej w Pawle od dawna, a podjęcie jej łączono z oddaleniem od Jerozolimy, opowiadano o halucynacjach spowodowanych burzą pustynną pełną błyskawic, która zastała Apostoła u bram Damaszku, podnoszono mistycyzm Pawła, biorącego jakoby doznania wewnętrzne za rzeczywistość, nie pominięto nawet możliwości jego choroby psychicznej.[v] Stajemy przed tajemnicą, zagadką przemiany trudną do zrozumienia.

Kazus Pawła niepokoi. Pokazuje, że człowiek kierujący się ustalonymi przekonaniami, głęboko zanurzony w idee swego narodu, zdolny jest do transformacji, odrzucenia tradycji i całkowitej przebudowy pojęć w krótkim czasie. Szaweł potargał przecież święte więzy swej surowej religii, co naraziło go na szereg upokorzeń, trudów znoszonych przez wiele lat i wreszcie przyprawiło o męczeńską śmierć. Na wszystkie czasy stanie się Paweł zagadkowym symbolem duchowej przemiany, bo nie tylko zaprzeczył tradycji, ale też nienawistnych pogan uznał za braci, a przecież właśnie w nim te dwa światy – świat kultury pogańskiej, który oglądał oczyma dziecka bez miłości i świat miłowanej Tory, którą od najmłodszych lat oddychał – przenikały się od zawsze. Nie sposób zaprzeczyć, że poniżył świat żydowski jak nikt przed nim, odrzucając sakralną wartość Tory, będącej alfą i omegą wszystkich żydowskich myśli, pogan czyniąc godnymi smakowania owoców przeznaczonych dotąd tylko dla Żydów. Nie pytamy o Jezusa, zastanawiamy się, jak to możliwe, że ten sam człowiek znajdował słowa miłości dla tych, dla których wcześniej miał tylko nienawiść, a dla tych, których kochał, zobojętniał.

Chrześcijanie w jego atakach na Szczepana i drapieżności z jaką Paweł wyruszył do Damaszku, dopatrują się typowego dla swoich żydowskich przeciwników zaślepienia i fanatyzmu. Zupełnie podobnie – również jako swego rodzaju zaślepienie – odbierali to Żydzi, dla których stał się Paweł renegatem, farbowanym lisem, zrzucającym skórę potworem. Mamy tu do czynienia ze swoistym archetypem „hańby domowej”, która niejednokrotnie pojawiała się w historii. Ludzie, o których powie Tadeusz Konwicki, że choć  brali udział w zaprowadzaniu w Polsce komunizmu – często wywodząc się ze środowisk wrogich komunizmowi – to po latach okazali się przyzwoici i nie pozbawieni talentu[vi], są podobni do Pawła. Ludzie ci także  daremnie próbowali odpowiedzieć sobie potem, dlaczego uwierzyli, albo dlaczego przestali wierzyć. Czy jest odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiek zdobywa wiarę a potem ją traci, dlaczego odrzuca coś, co uznawał za nienaruszalne, by za prawdę przyjąć coś innego. Jest w człowieku tajemnica, którą łatwo usprawiedliwić podłość. Grząskie piaski lustracji trudno ominąć wchodząc w bagnisty las. Jakże często dzisiejszy lustratorzy, nie będący pierwszymi w oporze w czasach, kiedy do zwycięstwa było daleko, ale dla których dzisiaj wszystko jest jasne, prześlepiają nieracjonalne motywy ludzkich wyborów. Czyż przemiana nie jest w istocie zagadką? Utratę albo zyskanie wiary zawsze otacza tajemnica, a człowiek? Człowiek to trzcina na wietrze własnych myśli. 

Zbigniew Herbert, daleki od tego, by karty historii ostatnich 50 lat w Polsce przewracać w rękawiczkach, niekiedy też nie krył zdziwienia: „Byłem zaskoczony ludźmi, którzy uprawiali socrealizm (…) I nagle spotykam [jednego z nich], sympatyczny, inteligentny, wrażliwy, z poczuciem humoru (…) diabeł wynajmuje wnętrze człowieka, ale nie na stałe.”[vii] Z Pawłem rzecz jest bardziej skomplikowana – dla Żydów diabeł pozostał w nim na zawsze.


[i] Oficjalnie zakaz uczenia się języka greckiego według Talmudu wypowiedziany został przez władze żydowskie dopiero w czasach Trajana. E. Dąbrowski (1953), Dzieje Pawła z Tarsu, Warszawa, s. 601.  Natomiast po zburzeniu Jerozolimy przez Tytusa, faryzeusze nakazywali wszystkim Żydom żałobę i post w rocznicę przetłumaczenia Biblii na język grecki. Tenże (1965), Nowy Testament na tle epoki, Poznań, s. 486.

[ii] Daniel-Rops (1967), Od Abrahama do Chrystusa, Z. Starowieyska-Morstinowa (tlum), Warszawa, s. 368.

[iii] Daniel-Rops (1965), Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa,  J. Lasocka (tłum), Poznań, s. 487.

[iv] A jeśli zechcemy porównać siebie z innymi narodami, dostrzeżemy wprawdzie, że pod wielu względami stoimy na równi z nimi lub nawet niżej, ale w dziedzinie religijnej, to jest w służeniu bogom znacznie je przewyższamy. Cyceron (1960), O naturze bogów, W. Kornatowski (tłum), Warszawa, II, 3, 8.

[v] E. Dąbrowski, Dzieje Pawła z Tarsu, ss. 78 – 88.

[vi] Trzeba zgodzić się z implicite wyrażoną tu myślą, że „ukąszenie heglowskie”  najczęściej dotykało pisarzy artystycznie czy intelektualnie utalentowanych skromnie, a twórcy wielkiego formatu (których wśród „zarażonych” także nie brakowało), pokąd „jad” nie został wypłukany, jakby gubili swój talent, w „chorobie” płodząc dzieła nietrwałe i tuzinkowe.

[vii] A. Bikont i J. Szczęsna (2006), Zaczęło się od „hańby domowej” (w:) Gazeta Wyborcza, 7-8 października

Czułość – odkrycie starych poetów.

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 30 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.
Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie Księgi wywiadów filozoficznych) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy kolejny tekst Prof. Jadwigi Mizińskiej. Tym razem na temat czułości.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM
Prof. dr hab. Jadwiga Mizińska
Instytut Filozofii UMCS
Lublin 

Czułość – odkrycie starych poetów.

Pani Janinie Bauman z podziękowaniem za umieszczenie w „kiszonce przynależności”

I.

Zbigniew  Herbert

Czułość

Cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam

Czułości do kamieni do ptaków i ludzi

Powinnaś spać we wnętrzu dłoni na dnie oka tam

Twoje miejsce niech cię nikt nie budzi

Psujesz wszystko zamieniasz  na opak

Streszczasz tragedię na romans kuchenny

Idei lot wysokopienny

Zmieniasz w stękanie eksklamacje  szlochy

 Opisać to jest zabić bo przecież twoja rola

Siedzieć w ciemności pustej chłodnej sali

Samotnie siedzieć gdy rozum spokojnie gwarzy

W oku marmurów mgła i krople toczą się po twarzy

 Z tomu „Epilog burzy”

II

Julia Hartwig

Czułość

Patrzy na ciebie zadarłszy główkę do góry

Jesteś jej niebem i twoja twarz stanowi na tym niebie słońce i niepogodę

Już tyle lat minęło a w lustrze w które patrzysz

Wciąż jeszcze jawi się obraz jej malutkiej

Stojącej obok ciebie z zadartą główką

I zapomnianą już dziś prośbą czy pytaniem

Na które dziś odpowiedzieć za późno

Z tomu „Poezje wybrane”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008

III

Czesław Miłosz

Biografia poety

Tak dużo winy i takie piękno!

Te krajobrazy w spokojnym przepychu

Wczesnego lata, pod wieczór, te zatoki

Jezior w zieleni, kiedy na powitanie

Nadbiegają posłowie w sukniach szafranowych

I niosą dary, ogromne kule ze światła,

Albo jego portret . Chyba tylko czułość

Umie prowadzić pędzel tak uważnie

Wzdłuż powiek bolesnego oka,

Po fałdzie ust zamkniętych z żalu.

I jak on mógł? Wiedząc t ,co wiemy

O jego życiorysie . Co dzień świadomy

Krzywd , które wyrządził. Myślę, że świadomy.

Nie dbał o swoją piekłu obiecaną duszę,

Póki jasne i czyste było jego dzieło.

 Z tomu „Na brzegu rzeki”, Znak, Kraków 1994

* *

Mama moja, w chorobie, której imię podarował uprzejmie Alzheimer, przekroczywszy już próg 81 lat, który filozofowie od Platona upodobali sobie na właściwy moment przejścia  do Krainy Cieni, przebywając latem u mnie na wsi, lubiła spacerować sobie po podwórku i rozmawiać ze „stworzeniem”: psami, kotami, kwiatkami. Kiedyś podsłuchałam, jak mówiła do muchy: „Uciekaj muszko, uciekaj, bo przyleci wróbelek i cię zje”.

Że człowiek rozmawia z końmi, psami, kotami, to nic dziwnego, zresztą – raczej do nich przemawia, niż rozmawia. Ale z muchą ? I to nie przeklinając jej natręctwa, ale ostrzegając przed niebezpieczeństwem? Zdumiało mnie to i zastanowiło. Która z nas dwóch jest zdrowa, a która chora; moja stara matka z Alzheimerem, czy ja, która jej doglądam, aplikuję całe garście leków i zamartwiam się  tym, że ciągle się gubi w przestrzeni i czasie, pytając, dlaczego zmarli kilkadziesiąt lat temu rodzice jej nie odwiedzają.

Wraz z upływem lat i postępem choroby  Mama robiła się coraz to bardziej bezbronna, łagodna i …czuła. Wobec nieznajomych ludzi, cudzych dzieci, wobec mnie i całego świata objawiała życzliwość i serdeczność, jak również bezbrzeżne zaufanie. Na spacerze  pozwalała się prowadzić za rękę, jak maleńkie dziecko. Jedynie od czasu do czasu, zwłaszcza zaraz po przebudzeniu, pytała zdezorientowana i przestraszona: „Jadziu, gdzie ja jestem i co tu robię?”. A niekiedy także znienacka wypowiadała zagadkowe słowa. Na przykład po wybudzeniu się spod narkozy, niezbędnej przy wymianie złamanej kości biodrowej, patrząc na szpitalny sufit, powtarzała z zachwytem: „jak tu bielutko, jak tu pięknie”. Idąc za jej wzrokiem,  ja dostrzegałam jedynie dawno nie odmalowywaną, poszarzałą, nudną  płaszczyznę. Dopiero o wiele później, kiedy się zastanawiałam, co ją tak zachwycało, doszłam do wniosku, że mama była już wówczas  Gdzie Indziej, a tam gdzie wtedy przebywała, istotnie musiało być biało i pięknie.

* * *

Nie pisze się o tym w podręcznikach geriatrii, ani w poradnikach medycznych, że późna starość, tak przeklinana przez tych, którzy lepiej od Boga wiedzą, że Mu się ona „nie udała”, może mieć i takie oblicze: łagodnie uśmiechnięte, przychylne wszystkiemu, co istnieje. Ludziom, kwiatom, psom, kotom i muchom.

My, ludzie „normalni”, przywykli do pośpiechu i prześlizgiwania się znerwicowanym wzrokiem po powierzchni rzeczy, przejawy starczego postrzegania i komentowania świata, zgoła różnego niż nasze, bierzemy zazwyczaj za przejaw zdziecinnienia czy wręcz „rozmiękczenia mózgu”. Boimy się (i nierzadko wstydzimy przed otoczeniem) naszych sędziwych rodziców lub dziadków, którzy jak gdyby odlatują z naszej oswojonej i banalnej codzienności i zaczynają się poruszać jak w innej czasoprzestrzeni. Gubią się w tutejszej, mylą kierunki, zapominają kluczy i adresu do własnego mieszkania, zostawiają otwarty kurek od gazu. Mylą żyjących z umarłymi, nie pamiętają imion własnych dzieci i wnuków. Słowem, doznają amnezji teraźniejszości. W zamian wycofują się w przeszłość, która staje się dla nich o wiele bardziej realna i wyraźna; obcują z osobami nie żyjącymi od dziesięcioleci, rozpamiętują drobne, ale dla nich niegdyś bardo ważne wydarzenia. Moja mama żaliła się ze łzami w oczach, że gdy w pierwszej klasie została wybrana przez wychowawczynię, by, jako wzorowa uczennica na zakończenie szkolnego roku zatańczyła w pierwszej parze krakowiaka, jej matka uszyła jej spódniczkę w kliny zamiast marszczonej, bo nie było jej stać na więcej materiału. Ten żal sprzed siedemdziesięciu lat był równie żywy, jak mój z wczoraj.

Można by sądzić, że w człowieku przez całe życie pracuje jakaś ukryta w jego umyśle kamera, nagrywająca bez jednej przerwy wszystko, co się nam przydarza. Póki jesteśmy młodzi i zapatrzeni przed siebie, zmierzając do oddalającego się wraz z horyzontem celu, poganiani przez naglące potrzeby, nie mamy chęci oglądania się za siebie. Jednakże, gdy wiek lub ubytek sił i zdrowia odbierze nam energię, gdy osłabną w nas namiętności i żądze, przyklejające nas do dnia dzisiejszego, przychodzi pora na odwrócenie głowy wstecz.

Wraz z tym radykalnie odmienia się poczucie tego, co naprawdę ważne i realne. Podczas gdy dla dorosłych najważniejszym jest to, co dzieje się aktualnie i co stać się jeszcze może, dla ich sędziwych rodziców istotnym jest to, co się stało już dawno. Oni żyją w czasie przeszłym dokonanym, już spełnionym i zamkniętym, my – w środku czasu teraźniejszego niedokonanego. Wskazówki ich zegarów obracają się wstecz, nasze biegną pospiesznie do przodu. Dlatego tak trudno o porozumienie między pokoleniami, nawet gdy obie strony są całkiem zdrowe i nawzajem sobie życzliwe. Choroba Alzheimera nie jest w gruncie rzeczy niczym szczególnie osobliwym, czy wręcz niesamowitym. Ona jedynie nasila i uwypukla to odwrócenie się człowieka starego od migotliwego punktu Teraz, w stronę utrwalonego i ustabilizowanego Dawniej. My, „normalni” wpadamy wówczas w przerażenie i konsternację. Boli nas, że przestajemy istnieć dla naszych rodziców, że nas nie rozpoznają, ale przecież naprawdę nas tam jeszcze nie było. Przed pięćdziesięcioma

(sześćdziesięcioma, siedemdziesięcioma) laty nie zaludnialiśmy ani ich osobistej, ani żadnej innej przestrzeni. Wyniosłe i kpiące uśmieszki wobec starszej osoby, której się „miesza w głowie”, powinny przygasnąć, gdybyśmy uprzytomnili sobie własną zarozumiałość i myślową arogancję. Wszak i nasze obecne Teraz wkrótce zamieni się w identyczne jak u nich Dawniej. I w nim upatrywać będziemy naszej prawdziwej  temporalnej  ojczyzny.

Młodość i starość mają się do siebie tak, jak „jeszcze nie” i „już nie”. Obecna wzgarda dla starości (i tym samym przeszłości) dowodzi nie po prostu krótkowzroczności, ale ślepoty. I głupoty. Przeszłość starszych jest wszak przyszłością młodszych.

Być może, coraz częstsze występowanie choroby Alzheimera dane jest naszej, uwiedzionej przez młodość cywilizacji, po to, abyśmy sobie uprzytomnili marność, przelotność żarłocznego czasu teraźniejszego. Nasi „chorzy na Alzheimera” winni nam uprzytomnić, iż ludzkie życie w istocie rozpina się, niby namiot, na trzech masztach: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Jeśli któryś z nich jest zbyt krótki, namiot pochyla się w jedną stronę, a ogarnięta nim przestrzeń staje się kulawa i pomniejszona.

*

Ale to jeszcze nie wszystko co wiąże się z odmiennością postrzegania świata w późnym wieku.  Starość, zarówno naturalna i zdrowa, jak też naznaczona chorobą Alzheimera, przekształca nie tylko wektor  istotności jednego z trzech wymiarów czasu. Zmiana owa polega na patrzeniu jak gdyby przez odwrotną stronę lunety, wskutek czego następuje „pomniejszenie” teraźniejszości i przyszłości, na rzecz  „powiększenia” przeszłości. Perspektywa starszego człowieka, który przygląda się swojemu Dawniej z odległego dystansu, pozwala również wygładzać  rozpościerające się przed oczyma duszy obrazy. Ostre przedtem kontury rzeczy i zdarzeń poczynają się zacierać, fałdy, zagięcia, zmarszczki na obliczu przeszłości – prostować. Upływ czasu działa niby staroświeckie żelazko „na duszę”. To właśnie dzięki  niemu następuje znane skądinąd zjawisko idealizowania „starych dobrych czasów”, zwłaszcza zaś – czasów  dzieciństwa i młodości. Dzięki temu też nasila się tęsknota i nostalgia za tym fragmentem naszej biografii, gdy byliśmy młodzi, pełni marzeń, oczekiwań i zamiarów i pełni naiwnej wiary, że spełnić się one muszą.

W chorobie Alzheimera, przynajmniej u mojej Mamy, fenomen ten wystąpił z całą wyrazistością. Bolesne i przykre wydarzenia, nad którymi rozpaczała, gdy była jeszcze zdrowa, nagle ukazały się od całkiem nowej, zaskakującej mnie strony. Objawiły się niejako od strony swoich źródeł, od swoich „miłych początków”, przyćmiewając jednocześnie swoje faktycznie przykre, odległe skutki, ”żałosne końce”. Albowiem jej pamięć ponownie powróciła do minionej młodości z całą jej świeżością oraz obietnicami i zapowiedziami wszystkiego co najlepsze, a wraz z tym, również z ówczesną błogosławioną niewiedzą, o tym, jak przepastne bywają otchłanie między „ustami a brzegiem pucharu”. W ten sposób typowa dla wieku młodzieńczego i dojrzałego niepamięć o źródłach i przyczynach, znajduje symetryczne odzwierciedlenie w starczej niepamięci o skutkach.

Tak oto koniec życia skłania się ku własnemu początkowi i, jak u Norwida, szepce doń: „nie stargam ja cię – ja cię uwydatnię!”

Cykliczność biegu życia, która daje o sobie znać dopiero pod jego koniec, objawiając się w „kołowaniu pamięci” nad całym już prawie jego obszarem, pozwala też na swego rodzaju, indywidualne i subiektywne wymierzenie mu sprawiedliwości. Osoby mające się za nieszczęśliwe i pokrzywdzone mogą wówczas dopatrzeć się w swoich cierpieniach sensu (jak to ukazuje twórczość autora „Losu utraconego, noblisty”, Imre Kertesza, który nie potrafił zrozumieć, dlaczego wszyscy wokół, wiedząc, że jako dziecko dostał się do obozu koncentracyjnego i go przetrwał, ubolewają nad nim, uznając go za nieszczęśliwego). Ludzie mający się za wybrańców bogów, którym w udziale przypadł los udany i szczęśliwy,  mogą natomiast uświadomić sobie, czyim kosztem to ich zadowolenie z siebie zostało okupione.

Jak to wnikliwie zauważył mistrz „poszukiwania straconego czasu”, Marcel Proust, „przyczyną, dla której możemy uznawać życie za marne, mimo iż niektóre jego momenty wydają się nam tak piękne, jest to, że osąd o nim formułujemy z zasady nie na podstawie życia samego w sobie, lecz różnych o nim wyobrażeń, które często nie zwierają w sobie nic prawdziwego – i skutkiem tego osądzamy je niesprawiedliwie”.

(Antoni de Botton, Jak Proust może zmienić twoje życie, przeł. Wacław Sadkowski, wyd. Studio EMKA, Warszawa 1998, s. 141)

 Generalnie: z punktu widzenia każdego naśladowcy Odyseusza powracającego do Itaki, wszystkie jego przygody, zarówno straszne, bolesne i deprymujące jak też przyjemne i chwalebne, nabierają nowych znaczeń i sensów w kontekście całości, domknięcia się życiowej Odysei. Docierając do ostatniego (i zarazem pierwszego) portu, i wspominając po kolei wszystkie etapy przebytego szlaku, jesteśmy jako ci, którzy rozłupując twarde łupiny orzecha, albo je zgryzając, przekonać się mogą, jak dalece to co w środku różni się od tego co z wierzchu. Mądrość, destylat długotrwałych i najbardziej różnorodnych, złych i dobrych doświadczeń życiowych, to właśnie dojście do odkrycia, iż rzeczy nie są takie, jakimi rzucają nam się w oczy ( a niekiedy – do oczu), ale takie, jakie umykając samemu zmysłowi wzroku ukrywają się w niezgłębionym  wnętrzu „owocu żywota”. Aby dojść do mądrości, należy w pierwszym rzędzie zdobyć się na odmówienie wiarygodności wszystkiemu, co nam się niegdyś jawiło jako oczy- wiste. Dlatego też, jak wolno się domyślać, starość to okres „przewartościowania” wcześniejszych, przelotnych, a przez to niedokładnych oglądów świata, po to, aby je dopełnić i uzupełnić przez cierpliwe wglądy.

Pięknie pisze o tym Zofa Zarębianka analizując motyw starości w późnych wierszach Czesława Miłosza:

„(…) Za charakterystyczną dla późniejszych tekstów interioryzacją, a po części – niewątpliwie jako jej efekt – ma miejsce przeorientowanie perspektywy, polegające na ukierunkowaniu wstecz, ku wspomnieniu, ku przeszłości. Miejsce pędu ku przyszłości, pewna ekspansywność, oczekiwanie i ciekawość lokowane w tym, co dopiero nastąpi, zajmuje więc w starości nakierowanie refleksji ku minionemu, zarówno w wymiarze osobistych potyczek z pamięcią, jak i w wymiarze bardziej ogólnym, w którym przemożna staje się potrzeba dania świadectwa ludziom i epoce, zatrzymania, uwiecznienia i ocalenia w słowie tego, co bezpowrotnie należy do historii. Wydaje się, że wspomniana dwuaspektowość spojrzenia: równocześnie i równolegle do wewnątrz i w stronę przeszłości (co jakoś też oznacza „do wewnątrz”, tyle, że do wewnątrz czasu) stanowi istotne novum w światoodczuciu Miłoszowego bohatera późnych wierszy, wskazując zrazem jednoznacznie na występujący w nich ruch dośrodkowy jako źródło dynamiki dla refleksji i wyobraźni”.

(Zofia Zarębianka, <I rozłączone się złączy w jedno>. Motyw starości w późnych wierszach Czesława Miłosza. W: Czytanie sacrum. Instytut Wydawniczy MAXIMUM , Kraków – Rzym, 2008, s. 185)

Dzięki temu, co autorka powyższej wypowiedzi celnie i pięknie nazwała spojrzeniem „do wnętrza czasu”, u starych ludzi dochodzi do „złączenia rozłączonego”, pojednania przeszłości, teraźniejszości i przyszłości w przededniu przeniesienia się w wymiar wieczności. Przywilejem późnego wieku jest bowiem to, że gdy człowiek szykuje się do odejścia i powoli zaczyna żegnać się ze światem, próbując przeliczyć i spakować swój bagaż na wieczność, wszystko może mu się objawić w nowym, i – zaiste innym – świetle. W świetle pochodzącym już nie z tego, ale z Tamtego świata, z Drugiej Przestrzeni, jakby to ujął sam Czesław Miłosz.

Analogię takowej transformacji, czy też raczej transgresji sposobu widzenia znaleźć można w przyrodzie: gdy pod wieczór, o zmierzchu, pojedyncze drzewa zlewają się w całość lasu. Przestaje mieć wówczas znaczenie, czy  były to wysmukłe sosny, wyniosłe dęby, białopienne brzozy, czy też karłowate jałowce, gęsta kruszyna albo krzaki jagód, mchy i porosty. Odrębności i różnice, tak przemożne i natrętne w ciągu trwania jasnego dnia i spoglądania na nie z bliska, powiedzmy podczas grzybobrania, ustępują miejsca świadomości, iż las nie istniałby bez nich, bez owych różnic, ale w równym stopniu i bez tego, że wszyscy jego mieszkańcy mieli prawo w nim być, bo dopiero razem, w łączności,  konstytuują „lasowość” lasu.

Trudno sobie w tym miejscu odmówić przytoczenia znanego fragmentu „Pana Tadeusza”, gdzie Adam Mickiewicz dokonuje iście fenomenologicznego wglądu w fenomen przejścia od postrzegania konkretów do tworzenia naocznego jeszcze uogólnienia:

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, lecz szerzej i niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione,  jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru , i już pomrok mglisty

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa

Cały las w jedno wiąże i jakoby zlewa;

I bór czernił się  na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu.

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło , jako świeca przez okiennic szpary,

I zgasło”.

„Pomrok mglisty” starczego spojrzenia, które łacno bierzemy za objaw degradacji i zniedołężnienia umysłowego, jest więc tylko kolejnym stadium trudnej pracy nad ogarnięciem całości ludzkiego życia na tle minionego,  także już zaprzeszłego tła.

*

Zrozumienie na starość tej prawdy: że wszystko, co się nam przydarzyło w życiu ma znaczenie i sens, może sprawiać, że zaczną się wyciszać wszystkie gwałtowne emocje i uczucia, które niegdyś nami miotały i szarpały na widok czegoś, albo kogoś, kto był „nie po naszej myśli”. Dopóki w młodości uważaliśmy się egocentrycznie za króla lasu, dęba, gardziliśmy pomniejszymi „krzakami”. Teraz, wraz ze zmierzchem życia roztapiając się w „lesie ludzkości”, możemy zdobyć się na wyrozumiałość, a nawet na czułość dla niegdysiejszych przedmiotów lekceważenia, wstrętu bądź pogardy. Dociera do nas bowiem powoli poczucie przynależności do całości Bytu, a nie jedynie do samego siebie. Im bliżej odejścia, tym mniej w nas zachwyconego sobą Narcyza. Czujemy, na jak wielu ludziach, nie wyłączając dawnych nieprzyjaciół, była i wciąż pozostaje rozpięta sieć naszego istnienia. Rozpamiętywany we wspomnieniach, każdy z nich, stanowiąc swego rodzaju „punkt przyczepności”, jawi się jako cenny i niezastąpiony. W szczególności takowego przemienienia perspektywy doznać możemy w odniesieniu do tych osób, które postrzegaliśmy dawniej jako wrogów, uprzykrzających, czy wręcz niszczących nasze kariery, rujnujących nasze plany.

W dzieciństwie zaczytywałam się książką o Indianach noszącą dziwny tytuł „Wrogowie przyjaciółmi”. Późna starość, dokonująca obrachunków (ale nie po prostu „kwartalnych”, w których idzie o szybki bilans zysków i strat, lecz ostatecznych, gdzie chodzi o „wymierzenie sprawiedliwości światu”) potrafi dokonać takiego przeobrażenia optyki, aby w nowym oświetleniu  „wróg” mógł okazać się jako ten, który nadawał nam napęd do zwiększania dynamiki w dążeniu do naszego celu, zmuszał – przez kontrast – do lepszego określenia poglądów, czy w ogólności, stanowił niezbędny w tworzeniu każdej fotografii „negatyw”. Albo też – krzywe zwierciadło, w którym mogliśmy oglądać się niegdyś jako „najpiękniejszych w świecie”.

Oczywiście, nie zawsze tak się rzeczywiście dzieje. Niektórzy ludzie nawet doczekawszy sędziwego wieku nie dochodzą do takiego punktu zwrotnego. Umierają nie zdoławszy obejrzeć drugiej strony księżyca, nie wykorzystawszy przywilejów długowieczności. Odwrócenie perspektywy i rozszerzenie widnokręgu przytrafia się tylko osobom skłonnym do refleksji; do przemyśliwania, a nie jedynie przeżywania życia. Ale właśnie ci pierwsi, „zawróceni”,  mogą być dla drugich, „żywiołowych”, to jest prących bezmyślnie naprzód podpowiedzią i wzorem, że tak w ogóle można: że własnym staraniem i wysiłkiem dawne ciemne plamy cienia daje się ujrzeć jako migotliwe drgnienia jasności.

*

Na wstępie przytoczyłam trzy utwory trojga polskich poetów: Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza oraz Julii Hartwig. Powodem ich wyboru i zestawienia jest z jednej strony to, że dwa z nich mają identyczny tytuł „Czułość” (trzeci, choć pod innym tytułem także o niej mówi), z drugiej strony fakt, iż wszystkie one powstały w późnym wieku autorów.

Zafrapowało mnie, iż, wyjąwszy Julię Hartwig, która nigdy nie dała się ponieść politycznej ani ideowej zajadłości, obydwaj wielcy współczesnej poezji, w młodości i dorosłości nieraz objawiali potężne namiętności. Szczególnie Herbert miał okres, w którym zajmował pryncypialne i nieustępliwe stanowisko moralisty. Z tej Katonowej pozycji gromił wszystkich, którzy nie zdołali ustrzec się uczestnictwa w „Hańbie domowej”, mniej czy bardziej spektakularnie zgłaszając akces do ustroju komunistycznego i oddając się na jego usługi. Autor „Pana Cogito” z odrazą odnosił się do tych  wszystkich, którzy „zdradzali o świcie, lub popadali w służalczość i oportunizm względem silniejszych – ludzi władzy. Głosił swoją własną, niezłomną wierność „potędze smaku”, dzięki której, w swoim mniemaniu, zdołał ustrzec się moralnego upadku, będącego udziałem większości rówieśnych mu artystów w czasie  panowania socrealizmu.

Nic dziwnego, że w epoce wczesnej, naiwnej i jeszcze niewinnej Solidarności, liczne wiersze Herberta, na czele z „Potęgą smaku”  pełniły rolę  manifestów i odezw wzywających i zagrzewających „moce jasności” do walki przeciwko „mocom ciemności”. Podobnie zresztą, jak i pewne utwory Miłosza, szczególnie ten, który stawał w obronie poniżonych: „Który skrzywdziłeś człowieka prostego”. Była to poezja gniewna i nieprzejednana. Surowa i bezwzględna w rozdawaniu białych i czarnych barw, medali, orderów oraz nagan. Pierwszych „dobrym i szlachetnym”, drugich – „nikczemnym i podłym”.

Podczas  rewolucji społecznych tylko te dwa kolory się liczą. Obowiązuje wówczas powszechny manicheizm. Aby podjąć dzieło czynnego „przewrotu” i „przełomu”, istotnie niezbędna jest jednoznaczność w określeniu tego, kto był na górze i „ciemiężył”, a kto na dole i „niewinnie” cierpiał. Nie ma wówczas miejsca na niuanse i rozdzielania bieli na barwy tęczy albo dopatrywanie się pomiędzy czernią a bielą wielu odcieni szarości. Nie ma też miejsca na chłodne rozumowanie, nie mówiąc już o rozumieniu. Czy samej jego chęci. Rewolucjonista nie ma czasu na wsłuchiwanie się w głosy i racje „klasowych wrogów”; podejmując akcję musi bowiem być pewien, iż wszystkie są po jego stronie, zaś wróg nie posiada żadnej.

Syndrom uczuć rewolucyjnych koncentruje się wokół nienawiści i pogardy w stosunku do tych, którzy dotąd panowali sprawowali niesprawiedliwą władzę. Ktokolwiek by wówczas napomknął, że i oni powinni być wysłuchani, zasłużył by na miano głupca albo zdrajcy. Serce rewolucjonisty i buntownika zagarnia nieubłagany gniew, który zaćmiewa i wyłącza rozum.

Rewolucja wymaga też sztandaru, na którym da się pomieścić tylko krótkie hasło. Komentarze, interpretacje, glossy stają się zbędne. Rozlewna proza okresów pokoju ustępuje miejsca rewolucyjnej poezji o wybijanym przez werbel rytmie, operującej wojskowymi rozkazami w rodzaju Majakowskiego „lewą marsz!” czy Broniewskiego „bagnet na broń! trzeba krwi!”. Idzie o to, by porwać lud, na barykady a ten reaguje tylko na krótkie, proste, jednoznaczne  i zdecydowane komendy.

Bywa, że poeci pretendujący do roli drzewca potrząsającego sztandarem rewolucji, prześcigają się w gniewnym zapale. A wówczas, choć stoją po tej samej stronie barykady, nierzadko napadają na siebie nawzajem. Zdarzyło się to Herbertowi, gdy sam poczuwając się do moralnej czystości i nieugiętości, w wierszu „Chodasiewicz” wystosował przeciwko Miłoszowi oskarżenie o oportunizm  i łaszenie się despocie, w trosce o wysokie morale poezji nie wahając poświęcić się nawet długotrwałej przyjaźni, tak rzadkiej przecież  pośród poetów. Zobaczmy, ile jadu zawiera to złośliwe „epitafium”:

Mój znajomy z antologii rymujących Słowian

(nie pamiętam jego wierszy lecz pamiętam ze tam była wilgoć)

Swego czasu nawet sławny a za sławą się uwijać

Nic w tym złego ale jaka była jego entelechia

Odpowiemy był hybrydą której wszystko się telepie (…)

wreszcie umarł Chodasiewicz w jakimś stanie Oregonie

za górami za lasami całkiem umarł

i ogarnął jego ciało silne wielki tuman

jak rechot rymowany zza obłoków

Z tomu „Rovigo”

Z czasem wszakże wysoka fala rewolucyjnego gniewu opada, zajadłość stygnie, a spod powłoki wrzących emocji do głosu zaczyna dochodzić przytłumiona przez nie refleksyjność. Naprawdę wielkiego artystę stać wówczas, jak tegoż Herberta, na pokajanie się i przyznanie do wyrządzonej przyjacielowi krzywdy, co też pod koniec życia uczynił w wierszu „Do Czesława Miłosza”:

Aniołowie schodzą z nieba

Alleluja

Kiedy stawia

Swoje pochyłe \ rozrzedzone w błękicie

Litery

Niestety, wyzwolenie negatywnych uczuć i danie im pieczęci „niepokalanego” nazwiska, trudne jest potem do ujarzmienia u innych, mniej skomplikowanych natur. Gdyby  Herbert pożył nieco dłużej, musiał by cierpieć widok pomniejszych „gniewnych ludzi”, którzy starając się w „Czwartej Rzeczypospolitej” zrobić prywatną karierę polityczną, podsycając z popiołu  dawno już wystygły żar nienawiści.

Wynika stąd, że i nam, czytelnikom poezji, nie wolno poprzestawać na „przyklejaniu się” raz na zawsze do wybranych przez siebie, użytecznych na daną chwilę, pojedynczych wierszy wielkich poetów. Gdy komuś naprawdę chodzi o „nazwisko”, którym można się podeprzeć, należy śledzić uważnie i dokładnie, co jego właściciel napisał oprócz wygodnego na daną chwilę „manifestu”.

W książce „Herbert Odyseusz” przed laty starałam się ukazać proces przekształcania się poetyckiej postawy Herberta: od kostiumu Księcia Niezłomnego – po schorowanego, podlegającego częstym depresjom człowieka, który, sam dotkliwie cierpiąc w chorobach ciała i duszy, potrafił wreszcie dostrzec i pojąć cierpienie tych, którym sam nieopatrznie zranił. Nawiasem mówiąc, wśród wielu zbieżności między Miłoszem a Herbertem jest i ta, iż obaj wielokrotnie popadali w depresję i odważnie o tym pisali w swych utworach.

(Jadwiga Mizińska,  Herbert Odyseusz, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2004)

Tych wszystkich zatem, którzy upodobali sobie Herberta jako monumentalnego, moralnego fundamentalistę, rozdzielającego na prawo i lewo ciosy słabszym i gorszym od siebie, zalecić trzeba dokładną lekturę ostatnich tomików jego wierszy: „Epilog burzy”, „Rovigo”, „Elegia na odejście”. Zapewne nie będą one po ich myśli, jako że dominuje w nich, zamiast dawnego gniewu i pogardy –  ton współczucia i wybaczenia. Nie brak tam nawet wierszy modlitewnych z osobistego „Brewiarza”.

Panie

Pomóż nam wymyślić owoc

Czysty jak obraz słodyczy

A także spotkanie obojga płaszczyzn

Zmierzchu i zaranka

Wydobądź z fałdów morza

Bas czystych głębin

A także dziewczynę

Ślepą jak przeznaczenie

Dziewczynę która śpiewa –belcanto

                                                        „Brewiarz”

Już więc bynajmniej nie chodzi  o utrwalenie się i okopanie na jednej, „absolutnie słusznej” płaszczyźnie, ale o „spotkanie dwóch płaszczyzn”. Można to rozumieć jako pragnienia odnalezienia jedności  pomiędzy własnym początkiem, „zarankiem” życia a jego „zmierzchem”. Nie można jednak wykluczyć, że idzie również o pojednanie między własną i cudzą, niegdyś obcą czy wręcz wrogą postawą. Asumpt do takiej interpretacji daje choćby utwór z tomu „Rovigo” zatytułowany: „Pan Cogito na zadany temat < Dlaczego przyjaciele odchodzą>”:

Pan Cogito

Pogodził się łatwo

Z odejściem wielu przyjaciół

Jakby to było

Naturalne prawo

Obumierania

Zostało jeszcze kilkoro

Sprawdzonych przez ogień i wodę

Z tymi którzy odeszli

Na zawsze

Poza mury Cesarstwa Empirii

Utrzymuje stosunki żywe

I niezmiennie dobre

Stoją za jego plecami

Obserwują  go bacznie

Bezwzględni ale życzliwi

Gdyby ich zabrakło

Pan Cogito

Spadłby na dno

Opuszczenia

Stanowią jakoby tło

I z tego żywego tła

Pan Cogito

Wysuwa się o pół kroku

Nie więcej niż pół kroku

W religii  jest termin

Obcowanie świętych

Pan Cogito

Daleki od świętości

Dotrzymuje kroku

Nieruchomym

A oni są jak chór

Na tle tego chóru

Pan Cogito

Nuci

Swoją arię

Pożegnalną

Co prawda, mowa tutaj o wypróbowanych i wielokrotnie sprawdzonych, dawno zmarłych przyjaciołach z młodości. Uderza jednak przypływ skromności. Poeta postrzega siebie już nie jako pojedynczego dumnego i nieustraszonego wojownika cnoty, ale jako jednego spośród wielu na „żywym tle” sobie podobnych, wobec których nie zdołał postąpić  więcej niż „pół kroku”.

Ale ta zmiana postawy związana zresztą ze zmianą optyki – z młodzieńczej na starczą – zaznacza się nie tylko nostalgią i tęsknotą do zmarłych rówieśników, z którymi był związany duchową wspólnotą. Obejmuje również innych – dawnych nieprzyjaciół. Mówi o tym utwór „Starość” z tomu „Epilog burzy”:

Wszystko to widziałem znacznie wcześniej

Zatem wątki wiązały się logicznie

To znaczy lepiej

Ten sam kot Szu- szu wygrzewa się między łydką a udem

Sen ten sam – połów myszy zdobycie wieży

Rzeczywistość obraca się wolno w żyłach

Przed zamkniętymi oczami

Wiem że to on zdradził

Niepotrzebne rozwinięcie tematu

Ponieważ wszystko się powtarza

Teraz jest lepiej

Nie jestem ciekaw

„Nie jestem ciekaw”- to nie po prostu wyraz poznawczej rezygnacji czy zobojętnienia. Raczej dowód świadomego dystansu, niechęci do oceniania i, zwłaszcza, surowego, nieubłaganego potępiania kogokolwiek. Albowiem przed oczyma starego poety rozpostarły się nowe, dawniej niedostępne o wiele ciekawsze widoki- widoki zaświatów. To właśnie w nich może dokonywać się obcowanie świętych, rozmowy ze zmarłymi, bardziej rzeczywistymi, niż niejeden z żywych. Ale też  pod koniec życia zatroskanego o sprawy tego świata, poeta uświadamia sobie coś najistotniejszego, co przedtem było dlań niewidoczne. To mianowicie, że ;

Ten świat

To właściwie tamten świat

Ot takie figle teorii względności

To co tu

Jest tam

To co tamten świat

Tutaj

„Zaświaty Pana Cogito”.  Z tomu „Epilog burzy”

Tak więc nie sam, spowodowany upływem lat, czasowy dystans pozwala na ucichnięcie „burzy”, czy wręcz na wielkoduszność wobec tych, co „podpisali traktat ze złoczyńcą”. Umożliwia to przede wszystkim  odsłonięcie się tego horyzontu, który pojawia się wraz ze zrozumieniem śmiertelności, odczuciem jej na przykładzie  najbliższych i na samym sobie, coraz bardziej słabym, schorowanym, słabnącym, zmęczonym i znużonym. Wskutek dojmującego przeżycia kruchości ludzkiego istnienia, skonkretyzowanym we własnym, udręczonym ciele, odpływają dawne, gorączkowe stany: niesmaku, odrazy, pogardy, dumy – zatem przejawy poczucia wyższości nad innymi. Wszelkie tego rodzaju przeżycia niejako więdną, blakną i bledną. Perspektywa odejścia odsłania Miłoszowską drugą przestrzeń. Ale, inaczej niż u Miłosza, u Herberta ta druga przenikać się zaczyna z tą pierwszą.

Rzekłabym, ale już we własnym imieniu, iż w obliczu nadchodzącej, nieuchronnej własnej śmierci przychodzi nam pojąć, że wszystko, co nam się niegdyś wydawało jednoznacznie złe, zostało przecież jakoś dopuszczone do istnienia przez Boga, tego który stwarzając świat, nie wykluczył z niego a priori niegodziwości i okrucieństwa. Wszak Jahwe zabronił wymierzenia kary śmierci na Kainie, który z zawiści o Jego miłość pozbawił życia swego jedynego brata, Abla…

Zatem i człowiek, który wszak nie był , jak i Hiob, obecny „przy zakładaniu świata” nie może sobie rościć pretensji do sprawowania nad innymi „Sądu Ostatecznego”.

*

Nie żądajmy od odchodzących poetów spowiedzi, wyznania i wyliczenia wszystkich grzechów, każdego po imieniu. Ich prawem jest mowa skrótu, pars po toto.

Napaść na Czesława Miłosza, a następnie dyskretne i piękne poetyckie przeprosiny, można potratować jako metaforę przemiany moralnej butności młodego Herberta w zrodzoną wraz z wiekiem dojrzałą  wyrozumiałość i … czułość.

Przedtem wszakże musiało dokonać się w jego duszy wyciszenie, uspokojenie i ukojenie. Dany został Herbertowi czas, aby zdołał się przygotować do pożegnania ze wszystkim i wszystkimi z Tego Świata, przeprosić się z nim, a także przeprosić go. Zdążyć napisać „Elegię na odejście, ułożyć bez pośpiechu tekst „Pożegnania”:

Chwila nadeszła trzeba się pożegnać

Po odlocie ptaków nagły odlot zieleni

Koniec lata – temat banalny to znaczy na gitarę solo

Mieszkam teraz na stoku wzgórza

Okno na całą ścianę więc dokładnie widzę

Gęstą sierść wikliny nagie iwy to jest mój brzeg

Wszystko rozwija się w horyzontalnych pasmach

Drugi brzeg stromo spadający w dół

Objawia wreszcie to co musiało być wyznane

Glina piasek wapienne skały Platy czarnoziemu

I wątły teraz las opłakujący las

Jestem szczęśliwy to znaczy wyzbyty złudzeń

Słońce pojawia się na krótko ale za to daje

Spektakle wspaniałych zachodów trochę w guście Nerona

Jestem spokojny trzeba się pożegnać

Nasze ciała  przybrały kolor ziemi

„Pożegnanie”.  Z tomu „Elegia na odejście”

Jakie to zaskakujące, choć przecież powinno być oczywiste: że „ziemista cera” u chorego i umierającego to po prostu „przybranie koloru ziemi”. Jesienne opadanie liści – to także opadanie przesłon, złudzeń, iluzji, Tak zwana utrata złudzeń, która w takim wyrażeniu kładzie akcent na stratę, stanowi wszak przybliżenie się do Prawdy. Nie tej, suchej, obiektywnej, mierzonej szkiełkiem i okiem, ale tej najgłębszej, najbardziej wewnętrznej, najtrudniejszej też do odkrycia, dokąd jesteśmy zabiegani za sprawami doraźnymi i przemijalnymi.

Stanięcie w blasku takiej Prawdy: o istnieniu drugiej przestrzeni, pozwala nareszcie dostrzec urodę, cudowność pierwszej. Odchodząc z tego świata i z nim się żegnając, nie mając w nim już do załatwienia żadnych osobistych interesów, nie dbając też o obronę własnych, przebrzmiałych racji, na koniec jesteśmy w stanie spojrzeć na wszystko – bezinteresownie. W Bycie – ujrzeć sam ów Byt, bez zbędnych dodatków i przesłon. Bez złudzeń, czyli tego, co naprawdę nie istnieje, Pojąć więc najprostszą, ale i najtrudniejszą, ostateczną Prawdę powszechną : jest Byt, a Nie- bytu nie ma.

Wówczas to przychodzi zachwycenie i napływa czułość. W obliczu utraty Bytu, takiego jakim jest. Jak przy każdym pożegnaniu, i przy tym, ostatnim i ostatecznym jest i trochę smutku. Ale to ciepły, dobry smutek, dzięki któremu właśnie może wezbrać czułość, tkliwość, którym ogarniamy wszystko w równym stopniu. Czułość, bez wyjątku: do kamieni, do ptaków i ludzi.

Oto nareszcie zamknęło się i domknęło koło żywota. Dokonało się przeznaczenie – dla Herberta przybrało ono postać dziewczyny. Ślepej, ale śpiewającej belcanto. Bo dopiero świadoma ślepota, na doraźność, umożliwiająca odwrócenie się od jej błahych szczegółów i detali, umożliwia nam wsłuchanie się w głosy Wszechświata i dosłyszenie w nich harmonii sfer. Zachwycenie się nią i odpowiedź na nią – pięknym śpiewem.

*

Późna starość, razem z jej zewnętrznymi przejawami: zniedołężnieniem, słabością, utratą urody i zdrowia, wszystkiego tego, co nazywamy potencją, może zatem być błogosławieństwem. O tyle, o ile stanowi czas scedzania z doświadczeń całego życia tego, co stanowi o jego sensie i urodzie. O tyle, o ile pozwala wspominać, rozpamiętywać i delektować się „smakiem zdarzeń”, jakie niegdyś przeżywaliśmy w pośpiechu, nie nadążając z ich przeżuwaniem.

(Wyrażenie „Smak zdarzeń” zapożyczyłam z tytułu ksiązki Jana Stępnia „Smak zdarzeń”, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa. Warszawa 2005)

Mleczne krowy wracają do domostw

Przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu.

Sielski obraz Józefa Czechowicza zawarty w tych słowach, bez urazy warto też odnieść do ludzi. Starość, sędziwość, późny wiek , to nie każdemu dana okazja do takowego przetrawiania pokarmów, którymi napełnialiśmy serca i umysły podczas „biegu życia”.

Nie są tego pozbawieni również nasi chorzy na Alzheimera rodzice i dziadkowie. Dolegliwość ta, „rozmiękczając mózg” niejednokrotnie także, jak u mojej matki, „rozmiękcza serce”. Zakończmy przeto nasze dywagacje o czułości starych poetów, pytaniem, którym i Czechowicz kończy swój wiersz „Na wsi”:

Czegóż się bać?

………………………………………………………………

 

Szlachetne myśli to największy majątek…

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 16 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy kolejny tekst Prof. Jadwigi Mizińskiej. Tym razem na temat szlachetności.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM
Prof. dr hab. Jadwiga Mizińska
Instytut Filozofii UMCS
Lublin

 Szlachetność.
Szlachetne myśli to największy majątek.

Szlachetny człowiek wymaga od siebie. Prostak – od innych.
Konfucjusz

1.    Zapomniane słowa.

Szlachetność – to jedno z wielu słów prawie zupełnie dziś nieużywanych. Można je umieścić na liście takich, wypadłych z obiegu pojęć, jak honor, dobroć, życzliwość, koleżeństwo, lojalność. Rzec by można, iż zostały one ofiarą społecznej amnezji, uległy społecznemu wykluczeniu.

Wittgenstein powiada, że granice języka są granicami naszego świata. Zatem, o ile poza granicami naszego obecnego świata, na banicji znalazły się wymienione wyżej słowa (i pojęcia, a zatem ich sensy), zwęził się on o ten rodzaj doświadczeń i praktyk – jak również wartości- które  one wyrażają i nazywają. Ale ani świat, ani kultura, ani też język, nie znoszą próżni. W „zaoszczędzone” miejsca wdzierają się inne słowa i inne pojęcia, w rodzaju: emocje, agresja, frustracja, sukces, porażka, idol, fan,

Specyficznemu słownikowi tej neo – nowo – mowy przyświeca hasło „nie ma problemu”. Znaczy to, że używający jej osobnicy są gotowi na wszystko, aby odnieść sukces. Kiedy na drodze do owego sukcesu napotykają jakieś przeszkody czy bariery – najczęściej zresztą w osobie konkurenta – „nie widzą problemu”, żeby go usunąć, uznając przy tym wszystkie metody za dopuszczalne. Znamienne, choć zarazem i zdradzieckie jest owo wyrażenie „nie widzę problemu” – kalka z angielskiego „no problem”. Nie oznacza ono bowiem, że owego problemu w ogóle nie ma, a jedynie, że dana osoba ubiegająca się o dane „dobro”, poniekąd świadomie zgadza się na „niedowidzenie”, albo zgoła ślepotę na pewien rodzaj wartości, które właśnie czyniłyby ową sytuację problemową.

W dziedzinie poznawania świata warunkiem powodzenia w przysparzaniu wiedzy jest, akurat na odwrót, zobaczenie, dostrzeżenie i sformułowanie, wysłowienie w postaci pytania – problemu. Podstawową cechę odkrywcy, twórcy a już zwłaszcza geniusza, stanowi właśnie zdolność ujrzenia niewidzialnego. Tam, gdzie dla zwykłych ludzi wszystko jawi się normalne, zwyczajne i oczywiste, „bezproblemowe”, człowiek twórczy potrafi wypatrzeć coś, co go zadziwi: lukę w wiedzy, osobliwość, anomalię, dziwaczność, albo – budzącą zachwyt cudowność. Talent do popadania w zdziwienie, zadziwienie i zachwycenie jest też tym, co powoduje rozwój wiedzy, ale także sztuki.

Z chwilą, gdy niejako na przekór Arystotelesowi, to nie zdziwienie (odkrycie problemu), ale brak zdziwienia (zakrycie problemu) stało się zalecaną normą reagowania na świat: ludzi i zdarzenia, oznacza to ni mniej ni więcej, jak aprobatę dla bezmyślności. Za bezmyślnością, czyli przyjmowaniem wszystkiego, co się wokół dzieje, za „normalkę” (przy czym „normalka” to ironiczna kpina z normy), musi iść odpowiednie zachowanie. Polega ono na przestrzeganiu tzw. poprawności politycznej (względnie społecznej), ta zaś – na kierowaniu się zasadami narzuconymi przez anonimowy trybunał, reprezentujący siły konformizmu i oportunizmu. Interesujące, że dwie te potężne siły przystosowawcze do pseudoaksjologicznego status quo, nie występują pod własnymi imionami. Zostały one zakamuflowane  słowem „poprawność”, które tradycyjnie kojarzyło się z przeciętnością, pospolitością i miernotą.

Wszystkie te znane wcześniej, ale obecnie awansowane do rangi cnót, pojęcia obsługują mentalność  ludzi, którzy uznali za naturalne i bezdyskusyjne swoje uczestnictwo w „wyścigu szczurów”. Człowiek – Szczur, zamiast Kamiennych Tablic wyznaje Listy Rankingowe.. Są one specjalnie tworzone dla każdej dziedziny i płaszczyzny życia : począwszy od „najpiękniejszych dziewcząt”, poprzez „najpopularniejsze zespoły muzyczne”, „najmodniejsze powieści”, polityków będących „na topie”, aż po „najnowsze kierunki filozoficzne”.

Całkiem oficjalne istnienie i funkcjonowanie takowych „List Rankingowych” świadczy, po pierwsze, o swego rodzaju moralnym obowiązku (czy wprost przymusie) włączania się do systemu rywalizacji i konkurencji (bezlitosnej, albowiem przegrani stają się publicznie niewidzialni), po wtóre – o zupełnym zanegowaniu wartości tego, co oryginalne, niepowtarzalne, unikatowe. Ktoś, kto prezentuje talent nie ujęty w aktualnie funkcjonujące Listy, nie liczy się, jest przezroczysty dla masowej kultury, zostaje przez nią jak gdyby unicestwiony.

Kultura masowa -wyrażenie będące skądinąd oksymoronem, jako że istotą kultury jest struktura piramidalna i hierarchiczność – wyrzuca, usuwa z pola swojego widzenia to wszystko, co masowe ze swej natury stać się nie może.
Nie może stać się masową także szlachetność, jako że jest ona najwyższym wykwitem wartości wyższych.

2. Kultura i dzikość.

Muzykolodzy i historycy muzyki pamiętają, iż w średniowiecznych dziełach muzycznych używano dwóch następujących łacińskich określeń, będących wskazówkami dla wykonawców: nobiles oraz viles. Pierwsze oznaczało nutę „szlachetną”, czyli taką, którą w wykonaniu dzieła należało wyróżnić, drugie natomiast – nutę „nikczemną”, podporządkowaną tej pierwszej. Zatem nawet pośród nut obowiązywała hierarchia, i to bardzo szczególna, zapewne przeniesiona z życia społecznego. Opisywał ją właśnie kształt piramidy, budowli, która ufundowana była na szerokiej kwadratowej podstawie, a zwężające się do góry trzy jej ściany spotykały się u góry, tworząc wspólnie wierzchołek. Było to miejsce szczytowe i zarazem punktowe. O ile u podstaw piramidy mogło się mieścić wiele (rzeczy, osób, wartości), o tyle szczyt zarezerwowany był dla Jednego, Najwyższego. Pomiędzy podnóżem a szczytem piramidy mieściły się poszczególne, ułożone jedna nad drugą warstwy, każda kolejna, licząc od dołu do góry, była coraz węższa, zarezerwowana dla mniejszej ilości hierarchizowanych bytów.

Piramida jako wytwór architektoniczny stanowiła zarówno realną budowlę, jak też wzorzec budowania społecznej, kulturowej, umysłowej, moralnej i duchowej  hierarchii. Warto dodać, iż oprócz harmonijnego i doskonałego estetycznie kształtu, posiadała także tajemnicze i magiczne właściwości. Złożone w jej wnętrzu przedmioty zachowywały się zgoła inaczej niż na zewnątrz. Żyletki same się w niej ostrzyły, mięso pozostawało świeże. Współcześnie zostały również odkryte lecznicze właściwości wnętrza piramidy.
Szlachetność, cecha nieodzownie sprzęgnięta z rycerskością, stała się też naczelną wartością takiej hierarchicznej kultury. U jej podłoża –nikczemność.

Kultura, w swym etymologicznym sensie, jaką nadali jej starożytni Grecy, miała być takową piramidą wszelkich wartości. Opierała się na odróżnieniu „Greków” i „barbarzyńców”, czyli tych, którzy te wartości znają, respektują i uprawiają oraz tych, którzy są ignorantami na nie całkiem ślepymi. Grecy pogardzali barbarzyńcami, mieli ich za nieokrzesanych dzikusów. Swoją wyższość Grecy upatrywali w tym, że posługują się siłą ducha, której nośnikiem była sztuka, filozofia posługujące się skomplikowanym językiem symboli przemawiających do intelektu, wyobraźni i uczuć wyższych; barbarzyńców widzieli jako tych, którzy używali jedynie siły fizycznej, nie mając dostępu do tej pierwszej. Przeciwstawienie to można wyrazić jeszcze inaczej, jako opozycję mocy ducha i przemocy fizycznej. Pod pogardliwym stosunkiem „kulturalnych Greków” do „prymitywnych barbarzyńców” kryło się dodatkowo pewne założenie, które warto ujawnić i przywołać szczególnie dziś, kiedy to cywilizacja konsumpcyjna cywilizacja oraz będąca jej wykwitem kultura masowa. niejako wywindowała na szczyt nowoczesne barbarzyństwo. Polegało ono mianowicie na tym, iż kulturę należy bez ustanku uprawiać, tak jak pole czy ogród, podczas gdy dzikość w człowieku pleni się sama z siebie niczym chwast. Zatem człowiek kultury cały czas musi żyć w napięciu i czujności, strzegąc, ochraniając i broniąc wartości duchowych, odziedziczonych po szlachetnych przodkach, barbarzyńca natomiast, kierujący się żądzami, impulsami i przypadkowymi bodźcami, nie stawia sobie żadnych wymagań poza chęcią zaspokojenia doraźnych potrzeb.

Chwytliwe współczesne hasło „życia na luzie”, „bycia wyluzowanym”, daje prymat temu, co przyjemne, łatwo dostępne, nie wymagające wewnętrznego wysiłku. Jeśli na przeszkodzie do jego zdobycia stają inni ludzie ze swoimi, podobnymi potrzebami, wówczas dopuszczalne jest, aby wydrzeć mu dane „dobro” siłą czy podstępem. Cywilizacja konsumpcyjna zawiera zatem w sobie swoistą konsumpcyjną paideę. Streszcza się ona w zasadzie „anything goes”- wszystko jest dozwolone, o ile przysparza jednostce materialnych, prestiżowych czy zmysłowych satysfakcji. Zasada ta jest w gruncie rzeczy anty – przykazaniem; niczego nie zabraniając, zarazem usuwa wszelkie nieprzekraczalne granice, jakimi  żydowski Dekalog i grecka Kultura obudowywały człowieczeństwo przeciwko dzikości w człowieku. Nie przypadkiem jednym z „kultowych” współczesnych filmów okazała się Dawida Lyncha „Dzikość serca”. Tytuł ten wydaje się być trafną diagnozą naszych czasów, które ową dzikość serca dopuściły do głosu wraz z rozpasaniem żądzy używania.

Tym samym, na margines zostały zepchnięte dawniej promowane, najwyżej cenione i podziwiane postawy, będące wcieleniem zwycięstwa nad dzikością, a noszące zapomniane miano szlachetności. Słowo to, kojarzące się ze szlachectwem i szlachtą, przywołuje natychmiast, jako swoje rozwinięcie i uzupełnienie – wyrażenie zobowiązanie. Noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje, powtarzali nasi przodkowie, tym samym dając wyraz temu, iż bene nati„wyższe urodzenie” nie jest powodem do wynoszenia się ponad tych, którym los wyznaczył niższe miejsce urodzenia, ale na odwrót, powinnością opiekowania się nimi.

Stan rycerski, który w średniowieczu utożsamiał się z tym obowiązkiem, pozostawił po sobie tradycję rycerskiego zachowania. Jego podstawowym rysem było stawanie w obronie słabszych, uciśnionych a bezsilnych, po to, aby zadośćuczynić istocie Kultury, czyli uprawiania wartości człowieczeństwa, skumulowanych we wrażliwości na cierpienie, krzywdę drugiego, niesprawiedliwość. Rycerz czuł się zobligowany do czynnego stawania po stronie skrzywdzonych i poniżonych, a mówiąc dzisiejszym językiem – wykluczonych. W ten sposób społeczeństwo zapewniało równy udział w wartościach wyższych, duchowych. Ci, którzy mieli do nich łatwiejszy dostęp z racji urodzenia i wykształcenia, bronili do nich prawa „niżej urodzonych”, upominając się o nie mieczem.

Don Kichot, ośmieszony przez Cervantesa, spóźniony „błędny rycerz”, mimo całej swej groteskowości, zyskał przywiązania Sancha Pansy. Wierny giermek zapewne intuicyjnie potrafił odczuć i docenić szlachetne, aczkolwiek nietrafnie ukierunkowane intencje swojego pana.

3. Człowiek szlachetny – współczesny Don Kichot ?

    Jeśli przystać na zaproponowaną przez Stefana Symotiuka definicję kultury jako przewagi bezsiły nad siłą (do czego ja dodałabym: odwoływania się do mocy ducha zamiast do przemocy), to z żalem wypada stwierdzić, iż „kultura masowa” z genetycznie jej wrodzonym populizmem, stanowi jej zaprzeczenie. Co więcej, wiedzie do degradacji i niszczenia Kultury pisanej dużą literą, Kultury Duchowej.

Zdaniem E. Fromma, każda epoka wytwarza adekwatny dla siebie typ osobowości, umożliwiający jej trwanie i realizację specyficznego dla niej systemu wartości. Twierdzenie to można zilustrować przywoływanymi już przykładami starożytnego „kulturalnego Greka”, średniowiecznego „ szlachetnego rycerza”, a z bliższych nam czasów „osobowości autorytarnej” czy „homo sovieticusa”. Wcielają one różne wersje bycia człowiekiem. W trakcie swego trwania każdy z owych wzorów wydaje się być właściwy i bezalternatywny, jednak po upływie czasu podlega moralnej ocenie. Jedne z nich zostają przez historię ocenione jako godne pochwały i podziwu, inne – zostają potępione i napiętnowane. Oznacza to, że pod warstwą tego, co historycznie zmienne, determinowane doraźnymi warunkami ekonomicznymi, politycznymi i społecznymi, zalega mimo wszystko warstwa wartości sprawdzonych i trwałych, zapewniających kontynuację bytu ludzkości jako całości.

„Błędni rycerze”, którzy wbrew aktualnym trendom i modom, trwają przy takowych uniwersalnych wartościach człowieczeństwa, są tymi, którzy niejako ponad niesprzyjającym czasom przenoszą je z pokolenia na pokolenie. Istnieje też jakaś szczególna siła…, która dba o to, aby nie zabrakło ich, choćby w minimalnej liczbie, w każdej epoce.

Również dzisiaj, kiedy panoszy się „paradygmat Chama”, czyli tego z synów Noego, który szydził z własnego ojca, zdarzają się pojedyncze osoby, które potrafią się mu oprzeć i czynnie przeciwstawić. Zdaję się tym samym potwierdzać nieco żartobliwą diagnozę Adama Mickiewicza, który w „Panu Tadeuszu” istnienie trzech stanów wywodzi od trzech synów budowniczego Arki: Żydów od Sema, chłopów od Chama, szlachty – od Seta. Szlachcie, potomkom Seta przyznaje też poeta „władzę nad obiema”.

Jakkolwiek szlachta w znaczeniu społecznej warstwy została zniszczona, przecież do dziś zachowała się arystokracja zarówno w sensie urodzenia i pochodzenia, jak również – w sensie przenośnym: arystokracji ducha. Dostęp do niej nie jest wyznaczony genami, ale pozostaje kwestią wyboru i.. oporu. Oporu przed łatwizną i prymitywizmem tego wszystkiego, co narzuca się nam jako dyktat mody – także „mody aksjologicznej”. Obecnie dominuje moda na niewrażliwość, bezduszność, egoizm, streszczająca się w powszechnym narcyzmie. Narcyz, to mitologiczna postać pięknego młodzieńca zapatrzonego z zachwytem we własne odbicie w zwierciadle stawu. Idąca śladem Narcyza „kultura masowa”, zapomina jak gdyby o tym, że jej idol zmarł wskutek owego zapatrzenia się w samego siebie; zmarł z głodu, podobnie zresztą, jak i jego mitologiczny „kolega”, Midas, który zapragnął, aby wszystko, czego dotknie, zamieniało się w szlachetny ale niejadalny kruszec – złoto. Narcyz, rękę z Midasem, dwaj głupcy z oślimi uszami, wyznaczają też główny szlak cywilizacji konsumpcyjnej.
Mimo wszystko, trafiają się i dziś Błędni Rycerze; ludzie, którzy są zdolni iść pod prąd tym straceńczym tendencjom.

Na dwóch sąsiadujących ze sobą stronach „Gazety Świątecznej” z dnia 23lutego 2008 r można znaleźć tego świadectwa:
O Stanisławie Dygacie:
Joanna Szczęsna „Wychował się na westernach”;
Dla Markuszewskiego, Dygat to był ktoś., kto przeniósł zasady XX-lecia międzywojennego przez okupację, kto uczył pewnego stylu: honoru, lojalności, przyjaźni. Uważał, że pewnych rzeczy dżentelmen nie robi. Nie wykonywał gestów heroicznych, ale umiał znaleźć sposób, by być wiernym sobie. Jak pisał o nim Kazimierz Brandys, „był jednym z chłopców w przedwojennej kolonii Staszica (osiedle willowe w Warszawie), którzy w szkole czytali powieści Karola Maya”, Kiedy jakiś partyjny aparatczyk spytał go, dlaczego podpisał się pod Listem 34-pierwszym w PRL-u zbiorowym protestem pisarzy i uczonych – odpowiedział: „Bo zostałem wychowany na westernach”.

O Tomaszu Węcławskim (który wystąpił z kościoła katolickiego . m. in. pod wpływem sprawy Petza)
Katarzyna Wiśniewska, Teolog apostata.
– On ma w sobie wyolbrzymioną do potęgi empatię, nie może znieść, gdy komuś dzieje się krzywda. To wrażliwość emocjonalna, ale też moralna. Ich połączenie tworzy mieszankę wybuchową. I może wpędzać w kłopoty – mówi jeden z jego znajomych.

Wpędziła. Gdy w roku 2001 „Fakty i Mity” ujawniły skandal wokół osoby abp. Juliusza Petza, który molestował seksualnie kleryków, znalazło się w Poznaniu tylko dwóch księży, którzy bez ogródek mówili o winie arcybiskupa – ks. Jacek Stępczak, redaktor „Przewodnika Katolickiego” i ks. Węcławski. Tyle, że ten pierwszy zmienił zdanie i odwołał swoje słowa na temat abp. Petza.

A ks. Węcławski udziela „Tygodnikowi Powszechnemu” wstrząsającego wywiadu, w którym nie tylko potwierdza zarzuty wobec arcybiskupa, ale wskazuje na ludzi Kościoła, którzy skandal starali się zatuszować, m. inn. poznańskich biskupów pomocniczych. Wkrótce potem stracił stanowisko dziekana Wydziału Teologicznego UAM.

To tylko dwa przykłady. Ale można by ich odnaleźć o wiele więcej, gdyby równolegle z fascynacją skandalami, odrodziła się fascynacja szlachetnością, która właśnie zajmuje się piętnowaniem skandaliczności, będącej synonimem innego, również obecnie wykluczonego pojęcia: nikczemność.

4. Szlachetność jako mierzenie się z nikczemnością.

Powróćmy do  metafory muzycznej; odróżnienia i wzajemnego ustosunkowania dwóch rodzajów nut: szlachetnych i nikczemnych i przypomnijmy, iż w muzyce występują tak jedne, jak drugie, ale te drugie muszą być podporządkowane tym pierwszym.
Mówienie o szlachetności w odniesieniu do ludzi ma sens tylko wtedy, gdy z konieczności mamy do czynienia z jej opozycją.
Tak, jak Człowiek Kultury ma za swe tło Barbarzyńcę, podobnie Człowiek Szlachetny – Nikczemnika.

Nikczemność to odwrotność Szlachetności. Nikczemnik to jednostka podporządkowana wyłącznie własnym chuciom i żądzom, nie znająca umiaru ni hamulców w ich zaspokajaniu. Wszystko dla niego jest wyłącznie środkiem, włącznie z wszystkimi ludźmi, którzy stają na jego drodze do użycia. Depce i niszczy wszystko i wszystkich, byle dopiąć własnych celów, żadne pobudki nie są dla niego zbyt niskie, żeby się nimi kierować, Jest jak taran czy walec drogowy: silny swoją pożądliwością, bezwzględnością, bezdusznością. Jego dewizą jest przemoc i gwałt, również na życiu innych ludzi. Nierzadko posuwa się do morderstwa, jeśli nie fizycznego, to psychicznego. Sam jest bowiem moralnie martwy, sfera aksjologiczna jest u niego pusta. Nicość nie może znieść pełni, pragnie ją unicestwić.

Nikczemnik nie jest po prostu człowiekiem złym, jest człowiekiem pustym, opustoszonym z człowieczeństwa. Jako tego rodzaju typ występował w dziejach zawsze, dając asumpt Borgisowi do napisania „Krótkiej historii ludzkiej nikczemności”. Syn Chama, kontynuuje ród Noego, tak samo, jak drugi z jego synów, Set.
Spośród pierwszych, ziemskich synów Adama i Ewy, po zabójstwie Abla ostał się Kain,

Po Potopie, który był niejako „poprawką „ ze stworzenia świata, przeżyli wszyscy synowie Noego. Ich potomkowie uznają się równie godnymi jego następcami, ale trwa między nimi walka. Nikczemnicy usiłują wytępić szlachetnych, ale szlachetni nie pozostają bezbronni. Nie mogą się oni jednak dopuścić nikczemnych sposobów walki z nikczemnikami.
Powstaje więc pytanie, jakimi dysponują narzędziami, aby co najmniej ochronić się przed ich podłością, bezczelnością, tupetem i bezwzględnością.

Agatha Christie, słynna autorka powieści kryminalnych, w swojej autobiografii przyznaje, że była zafascynowana nikczemnością, ale w kontekście jej nieuchronnego pokonania przez to, co szlachetne. Z ubolewaniem stwierdza, iż obecnie także powieść kryminalna odeszła od pierwowzoru: opisuje nikczemność dla niej samej.
Zastanawia się pod koniec życia, jak się uporać z nikczemnikami:

Co zrobić z osobnikami zarażonymi bakcylem okrucieństwa i nienawiści, z tymi, dla których ludzkie życie nie przedstawia żadnej wartości? Często pochodzą z dobrych rodzin, otrzymali dobre wykształcenie, mieli dobre widoki na przyszłość, a jednak są, mówiąc najprościej nikczemni. Czy istnieje lekarstwo na nikczemność? Jak ukarać zabójcę ? Z pewnością nie dożywotnim więzieniem – to bardziej okrutne aniżeli kubek cykuty w starożytnej Grecji. Bodaj najlepszym rozwiązaniem, jakeśmy w ogóle znaleźli, była deportacja. Bezkresna głusza, zaludniona tylko najprymitywniejszymi istotami, gdzie da się żyć w prostszych warunkach.

Co tu kryć, cechy uważane dzisiaj za wady, niegdyś uchodziły za zalety. Bez okrucieństwa, bezwolności, bez absolutnego braku miłosierdzia człowiek pewno by nie przetrwał, prędko zniknąłby z powierzchni ziemi. Może dzisiejszy nikczemnik to wczorajszy zwycięzca. Wówczas był niezbędny, owszem, lecz teraz wyłącznie stwarza zagrożenie.

Jedyną nadzieję uparuję w wyroku skazującym takie indywiduum na przymusową służbę dla dobra całego społeczeństwa. Przestępca mógłby, na przykład, wybierać między kubkiem cykuty a poddaniem się eksperymentom medycznym. Wiele dziedzin wiedzy, a już zwłaszcza medycyna, potrzebuje do badań materiału ludzkiego: zwierzęta nie wystarczą. Na razie to sam naukowiec, sam badacz ryzykuje własne życie, lecz przecież mogłyby istnieć ludzkie króliki doświadczalne –skazańcy, którzy dobrowolnie zamieniliby śmierć na określonej długości eksperyment, a gdyby przeżyli, odkupiliby tym sposobem swoje winy i wrócili na wolność, już bez piętna Kaina na swoim czole.

Niewykluczone, że nic by się w ich życiu nie zmieniło. Powiedzieliby tylko: – No, mam szczęście, tak czy siak mi się upiekło. – Z drugiej strony fakt, iż społeczeństwo coś im zawdzięcza, wcale nie musiałby przejść bez echa. Nie należy spodziewać się zbyt wiele, ale troszkę zawsze można. Przynajmniej dałoby się przestępcy szansę dokonania czegoś wartościowego i uniknięcia zasłużonej kary. Reszta już by zależała od niego. Czyby nie zaczął żyć inaczej? Czy wręcz nie czułby pewnej dumy?
Jeżeli nie, niech się Bóg nad nim zlituje.”
(Agatha Christie, Autobiografia., tom II, przeł. Magdalena Konikowska, Racocki i s- ka. Poznań 1994, s. 224- 225)

Powtórzę za Agathą Christi: Niech się Bóg nad nimi zlituje. Ten, w którego istnienie oni sami nie wierzą.

………………………………………………………………