Homo Inquietus

O widzialnej ręce rynku i heurystyce filozoficznej − rozmowa z profesorem filozofii Janem Hartmanem.

Posted in Czytelnia, Jan Hartman, Organizacja, Rozmowy by staniszewski on 26 Maj 2010

Dziś zamieszczamy rozmowę z kolejnym „Człowiekiem Niespokojnym” – Homo Inquietus,  Janem Hartmanem.

Profesor filozofii Jan Hartman zajmuje się zagadnieniami polityki, bioetyki czy metafilozofii. Jego oryginalnym podejściem jest tzw. heurystyka filozoficzna oraz autorska teoria neutrum. Jest również publicystą, wydawcą, redaktorem naczelnym pisma „Principia”, autorem wielu książek (m. in. „Wstęp do filozofii”, „Bioetyka dla lekarzy”, czy „Polityka filozofii. Eseje”) a także licznych artykułów, felietonów i opracowań, laureatem konkursu Grand Press w kategorii publicystyka. Obecnie profesor UJ oraz kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki na Uniwersytecie Jagiellońskim a także profesor w Małopolskiej Wyższej Szkole Ekonomicznej w Tarnowie.

Zapraszam do lektury.

Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

——————————————————————————————————————————–

Marek Staniszewski: Jako profesor filozofii regularnie publikuje Pan felietony w zdawało by się odległym tematyką od Pańskiej dziedziny miesięczniku „Marketing w praktyce”. Skąd takie zainteresowania? Co Pan generalnie sądzi na temat marketingu? Co mogą mieć ze sobą wspólnego marketing i filozofia?

Profesor Jan Hartman: Owszem, publikuję te felietony od czterech lat. Właśnie ukazał się ich zbiór, w postaci książki „Widzialna ręka rynku. Filozofia w marketingu”. Trafiłem na łamy „Marketingu w Praktyce” dość przypadkowo. Jeden z moich studentów, będący szefem marketingu w dużej firmie zaprosił mnie z wykładem na konferencję badaczy rynku. Tekst, po skrótach, przesłał „Marketingowi w praktyce” i tak to się zaczęło. Bardzo lubię tę tematykę, choć nie kryguję się bynajmniej na znawcę. Próbuję patrzeć na rynek i działalność marketingową z punktu widzenia humanisty, a nie pragmatyka. Jako że marketing to ważny element życia gospodarczego, a tym samym życia społecznego, można potraktować tę niby to przyziemną całkiem dziedzinę jako okienko przez które widać całe „społeczeństwo konsumpcyjne” i mnóstwo zjawisk społecznych, tak czy inaczej związanych z gospodarką. Jako że marketing stara się brać pod uwagę wiedzę o społeczeństwie na różnych poziomach – te moje nieco filozoficzne (ale bez przesady) rozważania, czasem podlane drobiną humoru, mogą tu i tam poszerzyć horyzonty ludzi marketingu. Wiem, że cieszą się one znaczną popularnością i sprawia mi to satysfakcję.

M.S.: Zgodnie z popularnym stereotypem filozofia to abstrakcyjne i zupełnie nieużyteczne rozważania na tematy nijak mające się do rzeczywistości. Jest Pan profesorem filozofii, siebie samego nazywa Pan filozofem, więc  spytam wprost: jakie pożytki (i czy w ogóle) płyną dziś z filozofii?

J. H.: Większość pożytków z filozofii staje się udziałem samych filozofów, bo to oni z powodu uprawiania filozofii zwykle stają się mądrzejsi niż byliby bez tego. Filozofia jest pouczająca również dla humanistów, a w mniejszym stopniu także dla naukowców. Jednakże tak naprawdę filozofii nie uprawia się z myślą o pożytkach, tylko z jakiegoś wewnętrznego pragnienia rozumienia świata i własnego życia. Ludzkość jest gatunkiem inteligentnym i to aż tak, że pragnącym wiedzy czysto teoretycznej, nieużytkowej. To pragnienie mądrości porusza nas do ustawicznego myślenia o tym samym, czyli o sprawach najważniejszych, jakie da się w ogóle wytoczyć: skąd się wzięło i po co istnieje to, co istnieje? Co właściwe naprawdę istnieje, a co jest tylko przemijającym kształtem rzeczy, zjawiskiem? Co można, a czego nie można wiedzieć? Jaką wartość ma ludzki los i na czym polega dobre życie? I tak dalej. Odpowiedzi kręcą się wprawdzie wokół tych samych kilkuset może myśli, które wciąż na nowo myślimy i coraz to inaczej ubieramy w słowa, ale kolejne pokolenia ludzkości „nie odpuszczają” – muszą od nowa na własną rękę te najważniejsze pytania stawiać i starać się na nie jakoś odpowiedzieć.

M.S.: Czy może Pan naszym czytelnikom przybliżyć program heurystyki filozoficznej?

J. H.: Powiem tak – żeby nikogo nie znudzić. Każda dobra filozofia zawiera refleksję nad samą sobą. Pyta o podstawy własnej wiarygodności, o wartość własnych metod itd. W różne systemy filozoficzne wbudowane są rozmaite formy tej tak zwanej „samowiedzy”. Każdy znaczący filozof uważa, że dysponuje szczególnie uniwersalnym i wiarygodnym oglądem rzeczywistości, gdyż krytyczny przegląd własnych założeń i metod filozofowania doprowadził go do takiego korzystnego rozstrzygnięcia na swój temat. Tymczasem te wszystkie postacie krytycyzmu, te wszystkie roszczenia do uniwersalności, te wszystkie formy samowiedzy uwodzą swoich autorów i zwolenników do tego stopnia, iż tracą z oczu inne metody i punkty widzenia, a co gorsza stają się ślepi na słabości własnych koncepcji. Heurystyka filozoficzna jest to taki projekt teoretyczny, który próbuje analizować całą gamę znanych sposobów utwierdzania się przez teorie filozoficzne we własnej prawomocności, krytycyzmie i wiarygodności – śledzić ich mocne i słabe strony, ich wzajemne ze sobą stosunki, a wszystko po to, aby tym lepiej rozumieć filozoficzną „heurezę”, czyli to, jak dochodzi do kształtowania się pojęć i przekonań filozoficznych. Tak zaś „tajemna wiedza” to nowa jakość w zakresie naszych filozoficznych rozeznań i nowa, wyższa postać krytycznego myślenia.

M.S.: W swoich wystąpieniach i tekstach odnosi się Pan czasem do kwestii religii w życiu społecznym. Chciałbym Pana poprosić o odniesienie się do tezy Maxa Webera i  o Pana zdanie na temat relacji: religia – przedsiębiorczość.

J. H.: Max Weber dowodził, że religia protestancka sprzyja przedsiębiorczości. Zapewne etos sumiennej pracy, w połączeniu z afirmacją oszczędności i wysiłków mających na celu dobro całej gminy, a nie tylko własnej rodziny, bardzo pobudza gospodarkę. Nie wiem jednak co było pierwsze – jajko czy kura? Etos pracy uświęcony następnie przez doktryny protestanckie, czy doktryna uświęcająca pracę i zachęcająca do niej? Pewnie oba czynniki rozwijały się równolegle. Owszem, ludzie wierzący, że Bóg nakazuje życie uczciwe i pracowite, będą mieli większą skłonność tak właśnie żyć (z pożytkiem dla rozwoju cywilizacyjnego), niż ludzie, w których religijności liczą się akurat bardziej inne elementy, np. możliwość uzyskania odpustu albo ślęczenie po całych dniach nad świętą księgą. Nie ma religii doskonałych – każda ma wady i zalety, sprzyja harmonii w jednej dziedzinie życia, osłabiając inną. Tak jest ze wszystkim, co człowiek stworzył – są plusy i minusy, jest zawsze „coś za coś”. Osobiście nie jestem ani religijny, ani pracowity, ani przedsiębiorczy. Za to umiem mówić i pisać. Z tego żyję, nie przemęczając się zbytnio ani nie martwiąc się o własne zbawienie, na którym mi wcale nie zależy.

M.S.: A co Pan myśli o coraz szerszej debacie na temat CSR i etyki działań biznesowych?

J. H.: Współcześni przedsiębiorcy znacznie lepiej niż ich poprzednicy zdają sobie sprawę z moralnych konsekwencji uprawiania wyzysku, nieuczciwej konkurencji albo zanieczyszczania przyrody. Wymagania etyczne biznesu dawno już wykroczyły poza tzw. „uczciwość kupiecką”, czyli powstrzymywanie się od oszukiwania w interesach. Jeśli chcesz dziś uchodzić za poważnego biznesmena, trzeba dbać o ludzi i środowisko i przynajmniej sprawiać wrażenie, że nie dąży się do maksymalizacji zysku za wszelką cenę. Są tacy, którzy czynią tak ze szczerej intencji, inni, którzy po prostu uwierzyli, że „etyka się opłaca” (zwrot nader podejrzany z etycznego punktu widzenia), a wreszcie i tacy, którzy silą się na pewną głębszą kulturę moralną z próżności i snobizmu. Tak czy inaczej pewne rzeczy już dzisiaj nie uchodzą, a ambicje biznesmenów nie ograniczają się bynajmniej do konsumpcji, ale rozszerzają się daleko w kierunku inicjatyw społecznych, którym mogliby patronować. Tak zresztą było zawsze, tyle że dawniej przedsiębiorca był raczej mecenasem i fundatorem, a dziś jest „animatorem” i „propagatorem inicjatyw”. Ważne, żeby wydawał swe pieniądze mądrze, na szlachetne – no i żeby wydawał ich na te cele dużo!

M.S.: W imieniu własnym i naszych Czytelników serdecznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas.

Reklamy

Esej na temat działania

Posted in Organizacja by staniszewski on 22 Maj 2010

Wszystkich miłośników filozofii oraz „Ludzi Niespokojnych” zapraszamy dziś do wzięcia udziału w twórczym konkursie. Zadaniem jest napisanie szkicu, eseju, refleksji lub krótkiej rozprawy na temat jednego tylko pojęcia: DZIAŁANIE.

Zapisy prezentujące własne przemyślenia i próby docierania do istoty pojęcia „Działanie” prosimy nadsyłać do końca czerwca b.r. Zostaną one ocenione przez Jury konkursowe, w którego składzie znajdzie się prof. Jadwiga Mizińskiea oraz prof. Stefan Symotiuk.

Najciekawsze teksty zostaną opublikowane na stronie Fundacji, a te ocenione najwyżej zostaną nagrodzone atrakcyjnymi zestawami książek o tematyce filozoficznej. Mamy również nadzieję, że staną się one punktem wyjścia do szerszej dyskusji na temat istoty działania.

Teksty o objętości max. 8 stron maszynopisu A4 prosimy przesyłać na adres: kontakt@homoinquietus.org

Zapraszamy serdecznie Wszystkich chcących podzielić się swoją refleksją do przesyłania prac.

Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

Nie bójmy się słowa „teoria” – wywiad z profesorem Andrzejem Blikle.

Posted in Andrzej Blikle, Czytelnia, Organizacja, Rozmowy by staniszewski on 27 kwietnia 2010

Dziś publikujemy rozmowę z prawdziwym „Człowiekiem Niespokojnym” – Homo Inquietus, czyli z profesorem Andrzejem Blikle. Wiele osób kojarzy jego nazwisko z istniejącą od 1869 roku rodzinną firmą cukierniczą A.Blikle, którą nasz rozmówca skutecznie zarządza od początku lat 90-tych.

Andrzej Blikle to jednak również człowiek nauki i wielki społecznik: profesor zwyczajny w Instytucie Podstaw Informatyki PAN, członek honorowy Polskiego Towarzystwa Informatycznego, członek Europejskiej Akademii Nauk, osoba zaangażowana w działalność licznych organizacji krajowych (ponad dwudziestu!) – w tym prezes zarządu stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, gdzie co miesiąc (od 1997 roku) prowadzi konwersatorium na temat TQM (zarządzania kompleksową jakością).

Serdecznie zapraszam do lektury wywiadu

Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

—————————————————————————————————————————————

Marek Staniszewski: W roku 2009 został Pan uhonorowany medalem im. Tadeusza Kotarbińskiego. Tadeusz Kotarbiński, twórca prakseologii zajmował się teorią sprawnego i skutecznego działania, a na jej gruncie zagadnieniami będącymi tematami rozważań współczesnej teorii zarządzania. Pan zajmuje się zarządzaniem na co dzień prowadząc jedną z najsilniejszych marek rodzinnych w Polsce. Jednocześnie jest Pan teoretykiem i rzecznikiem TQM [Total Quality Management], czyli zarządzania kompleksową jakością.
Czy filozofia jest dla Pana inspiracją? Których filozofów lub systemy filozoficzne ceni Pan osobiście najbardziej?

 Prof. Andrzej Blikle: Jako matematyk jestem po części filozofem, tym bardziej że zajmowałem się głównie podstawami matematyki (choć w zastosowaniu do informatyki) zwanymi też metamatematyką. W zakresie matematyki „czystej” inspiracją były dla mnie prace i poglądy Kurta Gödla i Alfreda Tarskiego, a także mojego mistrza i mentora profesora Andrzeja Mostowskiego. W zakresie styku matematyki i informatyki  moim mistrzem byli św. p. prof. Zdzisław Pawlak, a także mój przyjaciel prof. Antoni Mazurkiewicz. A gdyby sięgnąć do starożytności to z pewnością Arystoteles i Euklides oraz nieco młodszy od nich (IX wiek) Algorismus (Al-Chuwarizmi), którego uznaje się za twórcę pojęcia algorytmu, choć sama idea znana była już dużo wcześniej w tym Euklidesowi. To wszystko dotyczy moich trzydziestu lat (1960-1990) spędzonych jako badacz i nauczyciel akademicki.

 M. S.: Wymienił Pan Tarskiego oraz Gödla – zatrzymajmy się na moment przy tej drugiej postaci. O co właściwie chodzi w tzw. formule Gödla, która jest prawdziwa wówczas, gdy nie jest prawdziwa. Czy nie zajmując się czystą matematyką warto w ogóle podejmować próby  rozumienia takich paradoksów?

A. B.: Pan opisał ideę dowodu tzw. „drugiego twierdzenia” Gödla, a nie ideę tego twierdzenia. Idea dowodu jest oczywiście trudna do pojęcia dla laika, a nawet dla matematyka, który nie miał bliższego kontaktu z logiką matematyczną. Ale ideę obu twierdzeń Gödla daje się wyjaśnić stosunkowo prosto.

Pierwsze twierdzenie mówi, że każda udowodniona teza matematyczna jest prawdziwa. Co to znaczy „prawdziwa”, to właśnie określił, Tarski, który jako pierwszy zdefiniował pojęcie prawdy w odniesieniu do nauk dedukcyjnych.

Drugie twierdzenie składa się z dwóch części:

    A.    W tzw. teoriach pierwszego rzędu, każda teza prawdziwa daje się udowodnić, ale światy opisywane przez jedną i tę samą teorię mogą się bardzo od siebie różnić. Innymi słowy, każda teoria pierwszego rzędu opisuje bardzo wiele światów na raz, co jest pewną wadą, bo zwykle chcemy dokładnie wiedzieć, o czym dana teoria mówi.

    B.    Tego niedostatku nie mają teorie drugiego rzędu, ale niestety w tych teoriach nie każda prawdziwa teza daje się udowodnić. I właśnie w dowodzie tej części korzysta się z argumentu, który Pan przytoczył w swoim pytaniu.

W odniesieniu do odkryć Tarskiego mamy więc sytuację podobną do zasady nieoznaczoności Heisenberga: w jednym pomiarze nie możemy poznać dokładnie zarówno położenia jak i pędu cząstki elementarnej. Aby coś uzyskać, z czegoś musimy zrezygnować. Tak jak w życiu.

M. S.: A w jaki sposób Prace Gödla przyczyniły się do rozwiązania tzw. „paradoksu kłamcy” i rozwoju nowych definicji prawdy? Czy mógłby Pan nieco przybliżyć rozumienie takich określeń jak: „metapojęcia” czy „metateoria”?

A. B.: Prace Gödla i Tarskiego pokazały, że w rozumowaniach dedukcyjnych należy unikać tez które mówią coś o sobie samych, bo to prowadzi do paradoksów. Dla przykładu zdanie, które mówi o sobie „ja jestem zdaniem fałszywym” nie może być ani prawdziwe, bo wtedy byłoby fałszywe, ani fałszywe, bo wtedy byłoby prawdziwe.

Praktycznie od starożytności, aż do prac Gödla i Tarskiego obowiązywała intuicyjna definicja prawdy, którą Tadeusz Kotarbiński sformułował w swojej „Logice dla prawników” w sposób następujący:

teza, która orzeka, że jest tak a tak, jest prawdziwa, jeżeli jest tak a tak.

Choć wydaje się, że ta definicja nie wnosi wiele w rozumienie, czym jest prawda, przez wiele stuleci nie udało się skonstruować lepszej. Dopiero praca Tarskiego odwołująca się do zaawansowanych pojęć matematyki pozwoliła poddać pojęcie prawdy matematycznej analizie. Okazało się też, że trzeba rozważyć dwie wersje tego pojęcia:

a.    teza jest prawdziwa, gdy jej prawdziwość znajduje potwierdzenie w otaczającym nas świecie,

b.     teza jest prawdziwa, gdy można ją udowodnić posługując się zasadami dedukcji.

No i oczywiście pojawiło się naturalne pytanie, czy te definicje są równoważne, a twierdzenia Gödla udzieliły na nie odpowiedzi.

M. S.: Czym zatem są wspomniane metapojęcia i jak odnoszą się do teorii?

A. B.: Metapojęcia to pojęcia wyrażane na poziomie metateorii, a metateoria dla teorii T, to teoria, która zajmuje się badaniem właściwości teorii T. Dla przykładu, teoria cząstek elementarnych, zajmuje się własnościami cząstek elementarnych. Jeżeli jednak chcieliby badać własności teorii cząstek elementarnych, np. aby rozstrzygnąć, czy każde udowodnione na jej gruncie twierdzenie jest prawdziwe, to musielibyśmy stworzyć teorię wyższego poziomu, a więc metateorię, w której języku moglibyśmy mówić o teorii cząstek.

M. S.: Czy takie podejście można odnieść do zarządzania i w  jaki sposób traktować w ogóle różne teoretyczne podejścia do zarządzania – tzw. „teorie zarządzania” i jak weryfikować ich prawdziwość?

A. B.: Co do teorii zarządzania, to w niej mówimy o zarządzaniu organizacjami, tyle że nie jest to teoria dedukcyjna, więc do niej twierdzenia Gödla w ogóle się nie odnoszą. W sensie Tarskiego i Gödla teoria zarządzania, nie jest nawet jedną teorią, ale połączeniem wielu teorii, a wśród nich wielu niededukcyjnych, np. psychologii społecznej i ekonomii. Na gruncie tej teorii prowadzi się dowody, choć nie w sensie w sensie Tarskiego i Gödla, a następnie szuka potwierdzenia w praktyce. Podobnie jak w fizyce, gdzie na gruncie fizyki teoretycznej buduje się naukowe modele zjawisk, a na gruncie fizyki doświadczalnej te modele potwierdza lub odrzuca. I oba te ujęcia są jednakowo ważne i potrzebne do rozumienia świata.

M. S.: Czy teorie zarządzania mogą zaoferować coś istotnego tym, którzy w praktyce zarządzają przedsiębiorstwem na co dzień?

A. B.: Oczywiście, że mogą. Przykładem może być właśnie teoria, którą przedstawił Pan na moim konwersatorium [podczas konwersatorium przedstawiałem model zarządzania marką BAV – BrandAsset Valuator – www.bav.pl; M.S.].

Nie bójmy się słowa „teoria” i nie traktujmy go jako przeciwieństwa praktyki. Ktoś powiedział, że nie ma nic bardziej praktycznego nad dobrą teorię. Gdyby to nie była prawda, nie latalibyśmy dziś w kosmos, nie mieli komputerów i nie potrafili leczyć ludzi. Teoria to zbiór prawd stanowiących uogólnienie obserwowanych zjawisk. Weźmy za przykład zjawisko jabłka spadającego z drzewa. Każdy z nas może zobaczyć tylko kilka spadających jabłek, więc może sobie pomyśleć, że te, które akurat widział, spadły, ale może inne, których nie widział, wzniosły się do góry. I tu z pomocą przychodzi teoria, która nazywa się mechanika newtonowska. Każde dwa ciała przyciągają się z siłą…

Przez ostatnie dwadzieścia lat zajmuję się zarządzaniem firmą rodzinną i jednocześnie staram się zgłębiać zasady wiedzy o zarządzaniu, a także poszukiwać związanych z nią paradygmatów. Moim zdaniem wiedza ta jest dziś na tyle rozległa, że można już mówić o filozofii zarządzania, czego najwcześniejszy dowód dał Tadeusz Kotarbiński. Dla mnie jednak czołowymi filozofami zarządzania byli Peter Drucker (ekonomista) i Edwards Deming (fizyk). Ich idee rewolucjonizują wcześniejsze poglądy na zarządzanie podobnie jak idee Alberta Einsteina zrewolucjonizowały spojrzenie na mechanikę newtonowską i zasadę determinizmu w fizyce. Oni też wywarli największy wpływ na sposób myślenia o pracy zespołowej i to w dowolnym kontekście, a nie tylko w kontekście organizacji gospodarczej. Mam też mojego ulubionego klasyka, a jest nim Immanuel Kant ze swoim imperatywem kategorycznym oraz tezą, że etyka jest wiedzą praktyczną.

M. S.: Jak zauważał przywołany przez Pana Peter Drucker, decyzje menadżerów dotyczą pracy innych osób – menadżerowie powinni im pomagać w osiąganiu ich własnych celów. Spoczywa też na nich odpowiedzialność za losy firmy i jej pracowników. Czy menadżerowie, których spotyka Pan na swoich warsztatach, szkoleniach są Pańskim zdaniem przygotowani do pełnienia taki odpowiedzialnej roli? Czy filozofia mogłaby im w tych zadaniach jakkolwiek dopomóc?

A. B.: Pewnie część jest, a część nie jest lub — ujmując rzecz inaczej — wszyscy są przygotowani w jakiejś mierze, ale właśnie te miary są różne. Bo przecież oni te role pełnią. Gorzej lub lepiej, ale jednak pełnią. A co do studiowania filozofii, to jeżeli kogoś ona interesuje, to może mu pomóc, ale jeżeli brzydzi, to z pewnością nie pomoże.

M. S.: Pisze Pan obecnie – wciąż uaktualnianą w Internecie – książkę pt. „Doktryna jakości„. Czy mógłby Pan nieco przybliżyć naszym czytelnikom własne rozumienie „jakości” oraz powiedzieć jak ono się przekłada  na codzienne zarządzanie firmą?

A. B.: Słowo „jakość” podobnie jak słowo „pogoda” jest używane w dwóch różnych znaczeniach. „Pogoda” może oznaczać albo stan atmosfery, bez względu na to jaki jest, albo też powszechnie lubiany stan atmosfery (przynajmniej w naszej strefie klimatycznej), a więc pogodę słoneczną. Podobnie jest z pojęciem jakości. W TQM jednak, gdzie mówi się dużo o jakości, trzeba to pojęcie precyzyjnie zdefiniować. Najczęściej uważa się, że jakość produktu jest miarą spełnienia oczekiwań klienta wiązanych z tym produktem. To określenie wskazuje, że jakość nie jest cechą produktu jako takiego, że nie można o niej mówić w oderwaniu od oczekiwań klienta. Filozoficznie rzecz ujmując, jakość jest cechą pary: produkt i oczekiwania klienta. Dla przykładu, gdy ktoś pokaże nam zepsute surowe mięso i do tego zapiaszczone, to z pewnością określimy jego jakość jako nieakceptowaną, gdyż przykładamy do niej własne oczekiwania. Jednakże dla tresera lwów jest to produkt, którego właśnie oczekuje. Dla niego mięso świeże i bez piasku jest niskiej jakości, gdyż przed podaniem swoim pupilom musiałby nie tylko posypywać je piaskiem, ale też czekać aż się zepsuje.

M. S.: Skoro oczekiwania klienta definiują jakość, to należałoby badać właśnie te oczekiwania, czy jednak klient zawsze wie dokładnie czego tak naprawdę chce?

A. B.: W pewnej mierze tak, choć ta wiedza, a częściej odczucie, nie musi zawsze przekładać się na wskazanie przedmiotu, który chce nabyć. Klient zawsze wie, co chce osiągnąć, choć często nie wie jak to zrealizować. Wyobraźmy sobie mężczyznę, który wchodzi do sklepu z kosmetykami, aby kupić prezent dla żony. Nie ma jednak pojęcia, ani o kosmetykach, ani o preferencjach żony w tym zakresie. Zły sprzedawca dojdzie do wniosku, że ten klient nie wie czego chce, bo nie potrafi dokonać wyboru. Jednakże dobry sprzedawca będzie rozumiał, że w rzeczywistości  klient nie przyszedł do sklepu po kosmetyk, ale po miłość żony, po jej uśmiech, podziękowanie. Wypyta go więc o wiek żony, jej zamiłowania, kolor włosów i pewnie coś doradzi.

M.S.: Sprzedawca gromadzi więc pewne informacje… a propos informacji – osobiście odnoszę wrażenie, że zasada niekompatybilności sformułowana przez I. A. Zadecha dobrze ilustruje kwestie dylematów decyzyjnych w chaotycznym, pełnym niepewności świecie dzisiejszych rynków. Jak podejmując strategiczne decyzje ustalać i rozumieć relacje pomiędzy wiarygodnością i precyzją posiadanych informacji?

A. B.: Alfi Zadecha poznałem osobiście, gdy byłem profesorem wizytującym na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley w roku 1979. Jest on twórcą tzw. logiki rozmytej (ang. fuzzy logic). O ile pamiętam wprowadza on rozróżnienie tez na ścisłe (stricte) i rozmyte (fuzzy). Niezależnie od tego można dzielić tezy na precyzyjne i nieprecyzyjne. Te dwie klasyfikacje są niezależne. Teza ścisła i precyzyjna to np. „Jan waży dokładnie 70 kg”. Teza ścisła, ale nieprecyzyjna: „Jan waży około 75 kg”. Teza rozmyta i precyzyjna: „Jan waży pomiędzy 68 kg a 72 kg”. Teza rozmyta nieprecyzyjna: „Jan waży od około 68 kg do około 72 kg”. Pierwsza z tych tez — Jan waży dokładnie 70 kg — to właśnie teza ścisła i precyzyjna i dlatego wysoce niewiarygodna w tym sensie, że prawdopodobieństwo zdarzenia iżby Jan ważył dokładnie 70 kg jest równe zero, bo miara jednopunktowego odcinka jest równa zero. W tym właśnie sensie wiarygodność i precyzja się wykluczają, bo aby jedno mogło rosnąć, drugie musi maleć. I znów mamy tu podobieństwo do zasady nieoznaczoności Heisenberga, którą wcześniej przywoływałem odnosząc się do twierdzenia Gödla.

A przechodząc do zastosowań gospodarczych, jeżeli Pańska firma powie klientowi, że na skutek rozwieszenia 1000 billboardów na drogach sprzedaż jego produktu wzrośnie o 1.236.742,28 zł, to jest to informacja niezwykle ścisła i precyzyjna, ale właśnie dlatego mało wiarygodna. Jeżeli powie Pan, że wzrośnie ona o kwotę pomiędzy 1 a 1,5 ml zł, to będzie to informacja mało ścisła (rozmyta), ale znacznie bardziej wiarygodna. A jeżeli powie Pan, że sprzedaż wzrośnie o kwotę pomiędzy 1 zł a 100 ml zł, to będzie to informacja bardzo wysoce wiarygodna, ale tak rozmyta, że zupełnie bezużyteczna.

M. S.: Faktycznie, chyba tylko w drugim przypadku klient skłonny byłby uwierzyć. W wielu jednak firmach, wśród osób zajmujących się zarządzaniem czy marketingiem istnieje tendencja do przedstawiania bardzo precyzyjnych planów. Tego często oczekują pracownicy – precyzyjnie określonych celów do zrealizowania. Czy cele można podawać w sposób „rozmyty” na zasadzie: „naszym celem jest wyprodukowanie i sprzedanie w tym roku od 100 do 300 tys. modeli urządzenia X”? Czy ludzie nie oczekują od liderów konkretnie określonych celów?

A. B.: Ja myślę, że ludzie w pierwszym rzędzie oczekują celów zrozumiałych i dobrze uzasadnionych. W Pańskim przykładzie uzasadnienie mogłoby być takie: Powinniśmy sprzedaż co najmniej 100 tys. sztuk, bo inaczej nasze przedsięwzięcie nie będzie rentowne, ale też nie więcej niż 300 tys. bo maksymalnie tylko tyle zdołamy wyprodukować. Więc nich sprzedawcy uważają, by nie zawrzeć kontraktów, których byśmy  nie byli w stanie zrealizować. Czy to nie jest konkretne i precyzyjnie określone zadanie? Dla handlowców firmy to bardzo dobrze określony cel.

M. S.: Mówi Pan o wiarygodności i precyzji w posługiwaniu się informacją, która jest  jednym z najcenniejszych zasobów w biznesie. Wśród menadżerów panuje czasem „głód” informacji. Czy matematyczne rozumienie informacji może tu w czymś pomóc? Jaka postawa wskazana jest w odniesieniu do posiadanych i potrzebnych informacji?

A. B.: Informacja nie jest pojęciem matematycznym, ale teorio-informacyjnym. W języku potocznym to pojęcie jest używane w wielu różnych znaczeniach, a w języku naukowym też definiowane na różne sposoby w zależności od tego, jakie aspekty informacji chcemy badać. W informatyce informacja jest najczęściej utożsamiana ze zbiorami danych. Myślę, że „naukowa” definicja informacji w życiu codziennym nie jest potrzebna. Wystarczy jej intuicyjne rozumienie.

Menadżerom nie jest potrzebna informacja (zbiór danych), tylko wiedza, a więc wnioski jakie z tej informacji wypływają. Menadżer, który patrzy na wykres obrazujący zysk firmy w poszczególnych miesiącach roku, widzi informację o zmienności poziomu zysku, ale to nie jest jeszcze wiedza. Wiedza zaczyna się np. wtedy, gdy taki wykres przeanalizuje metodą kart kontrolnych Shewharta. Wtedy dopiero będzie wiedział, czy obserwowana zmienność pozwala wyciągnąć wnioski o zagrożeniach lub powodach do radości, czy też jest to zmienność całkiem przypadkowa. Oparta na statystyce teoria Shewharta to właśnie doskonały przykład niezwykle praktycznej teorii. Gdyby menadżerowie znali tę teorię (a w stosowaniu jest ona bardzo prosta), to nie podnosiliby alarmu, ani nie wręczali nagród, gdy nie ma po temu żadnych powodów.

M. S.: Zatem uważne śledzenie sygnałów płynących z otocznia i rekcja we właściwym momencie. Przywodzi to na myśl cybernetyczne podejście Norberta Wienera. Wg niego organizm byłby swoistą formę przekazu – przeciwieństwem chaosu, dezorganizacji. Czy w przypadku organizacji –  firm można mówić o„homeostazie” jako o celu samym w sobie? Czy firma, tak jak organizm może „sama siebie regulować”?

A. B.: Myślę, że homeostaza nie jest celem samym w sobie, ale mechanizmem utrzymywania organizmu przy życiu. Podobne zjawisko występuję również w inżynierii, gdzie nazywamy je ujemnym sprzężeniem zwrotnym (feedback). Takie sprzężenia występują również w firmach, gdzie podobnie jak w urządzeniach są instalowane przez człowieka. Dla przykładu, jeżeli w podaż nie nadąża za popytem, to rośnie cena, aby zrównoważyć popyt.

M. S.: Jakie „czujniki sensoryczne” są więc w firmie niezbędne by skutecznie monitorować jej stan i reagować we właściwym czasie, w odpowiedni sposób?

A. B.: To zależy w dużej mierze od indywidualnych uwarunkowań firmy takich jak branża, wielkość, położenie geograficzne itp. Są jednak też pewne czujniki uniwersalne dla wszystkich firm i są nimi na przykład podstawowe parametry finansowe analizowane przy pomocy kart kontrolnych Shewharta.

Karty kontrolne Shewharta to narzędzie pozwalające ocenić, czy obserwowana zmienność, np. gwałtowny spadek sprzedaży przez trzy kolejne miesiące, jest wynikiem losowego charakteru procesu (jak przy rzutach kostką), czy też pewnej tendencji, która ma swoje źródło. Z menadżerskiego punktu widzenia to bardzo ważne rozróżnienie, gdyż od niego zależy, jaką podejmiemy decyzję. W pierwszym przypadku nie będziemy poszukiwać przyczyn, tak jakbyśmy ich nie poszukiwali, gdyby w kolejnych rzutach kostki  wypadło nam 6, 3 i 1. W drugim jednak przypadku przyczyny będziemy poszukiwać, aby ją usunąć, lub złagodzić jej skutki. I choć matematyczne podstawy teorii Shewharta odwołują się do zaawansowanej matematycznie teorii prawdopodobieństwa, to ich zastosowanie daje się z łatwością zrealizować przy pomocy arkusza Excela.

M. S.: W swoich wystąpieniach przywołuje Pan prace Marka Kosewskiego i porusza aspekt godnościowy jako to, czego organizacjom bardzo dziś potrzeba. Czyim zadaniem jest wnosić do firmy dyskusję o wartościach?

A. B.: Uważam, że jest to typowe zadanie przywódcze, a więc menadżerskie, ale dyskusję  o wartościach mogą inicjować wszyscy. Tyle, że nie jest to łatwe. Czasami trzeba zwrócić się do specjalistów psychologów.

M.S.: Dlaczego właśnie do psychologów, a nie na przykład do etyków, czy filozofów?

A. B.: Dlatego, że rozmawiając o wartościach z pracownikami, nie staramy się ustalić filozoficznych standardów aksjologicznych, tylko poznać wartości ważne dla konkretnych ludzi. I najczęściej nie tylko je poznać, ale też i w jakiejś mierze kształtować. A kształtować nie w sposób nakazowy — tu jest lista wartości, które mają być dla was ważne — tylko przez tworzenie odpowiedniego społecznego środowiska pracy. Np. jeżeli zauważymy, że wśród naszych pracowników powszechnie cenione są postawy cynicznej skuteczności, to jest wielce prawdopodobne, że firma ma znaczący w tym udział. Warto się wtedy przyjrzeć, czy aby firma nie realizuje takiej właśnie postawy wobec pracowników.

M. S.: Na zakończenie chciałbym Pana zapytać co sądzi pan o określeniu „misja firmy” – czy jest ono zasadne?

A.B. Uważam, że każda firma powinna określić swoją misję, wizję i strategię. Misja mówi, jakie wartości chcemy tworzyć, w czym chcemy być użyteczni dla świata. Wizja określa jak nasza firma ma wyglądać w przyszłości, by realizować misję. A strategia, to już konkretna droga zrealizowania wizji.

M.S.: Serdecznie dziękuję w imieniu własnym oraz czytelników za poświecony czas i naszą rozmowę.

——————————————————————————————————————————

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

Kultura bez filozofii?

Posted in Czytelnia, Grzegorz Józefczuk, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 22 marca 2010

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Pytania na temat pożytków płynących z filozofii są – jak pokazują emocje ostatniej dyskusji – bardzo aktualne. Postanowiliśmy zatem sięgnąć do archiwów Łukasza Marcińczaka i przypomnieć rozmowę, którą przeprowadził dwa lata temu z Grzegorzem Józefczukiem, dziennikarzem Gazety Wyborczej w Lublinie, absolwentem filozofii UMCS.

W imieniu zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

 
Łukasz Marcińczak: Czy dostrzega Pan jakieś pożytki filozofii w dzisiejszym świecie – ceniącym konkret, ścisłą specjalizację, użyteczność?

Grzegorz Józefczuk: Odpowiedź jest paradoksalna, czyli czysto filozoficzna: i tak, i nie. Bo jeżeli się uzna, że w dzisiejszym świecie najważniejsze oraz pro publico bono jest to, co praktyczne, utylitarne, użyteczne, to gdyby filozofia służyła tym najważniejszym celom, byłaby już globalną korporacją, spółką akcyjną na giełdzie w Polsce albo Nowym Jorku, nie mówiąc o Tokio. Ale nie ma jej na giełdzie, nie ma jej w żadnych (sic!) wiadomościach telewizyjnych ani na czołówkach gazet, nie ma jej w sklepach, nie ma jej w wypowiedziach polityków. I tylko czasami artyści w swych enuncjacjach próbują, na ogół niestety mętnie, odwoływać się do filozofii, głównie aby uzasadnić swe kreacje artystyczne. Zatem, z tego punktu widzenia poważnie traktowana filozofia jest wiedzą lub dyscypliną całkowicie nie-praktyczną, nawet więcej – niepotrzebną, marginalną i niszową, uniwersytecką.

 Z drugiej strony niby wszyscy wiemy: to przecież filozofia jest esencją cywilizacji i kultury europejskiej. Chociaż jestem katolikiem więcej niż mało praktykującym, wydaje mi się, że echo tego pobrzmiewa w wypowiedziach hierarchów polskiego Kościoła, którzy dywagują nad tym, czy wejście Polski do Unii Europejskiej nie pozbawi nas kośćca wartości. …Wartości, duchowości, transcendencji, czyli czegoś, co jest – wedle ich zdania – umocowane w Bogu, a co ma być ważniejsze od tego, co „tu i teraz”, od tego co jest praktyczne, utylitarne i użyteczne. Nie chodzi mi o ich spór o Unię Europejską, lecz o fakt uporczywego przywoływanie istnienia sfery ponaddoczesnej. Zupełnie innym tego przejawem jest zaskakująca popularność studiów filozoficznych. Być może ta popularność, skoro jednak świat opiera się na korporacjach i giełdzie, stanowi przejaw oporu wobec nich, trwania w „niedojrzałości”, „zabawy” z tym światem, zanim zostanie się przez niego wchłoniętym.

Tak możemy sobie wyobrażać rację filozofii, która jednak sama niczego nie narzuca. Więc ten z filozofii „pożytek” może być taki, że pozwala ona – o ile ktoś chce – płynąć przez życie troszkę inaczej niż tym rybom, które według podobno ludowego powiedzenia, płyną tylko z prądem.

Ł.M.: Istnieją takie dyscypliny tradycyjne jak historia albo biologia, powstają też nowe kierunki interdyscyplinarne – czy filozofia ma jakąś przewagę nad nimi?

G.J.: Jeżeli się przyjmie, że istnieje jakaś hierarchia bądź system wszystkich nauk, to z reguły filozofię stawia się na górze. Kto ustanawia tę nauk hierarchię? I tę przewagę? Nie biologia, nie historia, tylko filozofia właśnie. Czyli – filozofia sama siebie kreuje do rangi królowej. I musi się mocno okopywać, bo te wspomniane przez pana, a nie wymienione z nazwy nowe kierunki interdyscyplinarne próbują filozofię okroić, zredukować. O ile dawne, rozmaite „fizykalizmy”, chciały filozofię zredukować do siebie, o tyle teraz rozmaite „kulturalizmy” – czy przypadkiem nie chcą ją rozmiękczyć i rozpuścić w sobie? To paradoks: filozofia jako „zwieńczenie” nauk nie interesuje zwieńczonych. Nauki nawzajem interesują się sobą, o ile mogą na sobie pasożytować.

Wydaje mi się, że głównie dlatego warto studiować filozofię, iż w tym dzisiejszym świecie jest to pewnego rodzaju wiedza tajemna, niedostępna dla wszystkich, wiedza w pewnym sensie elitarna i ezoteryczna, która się nie daje weryfikować, używać do celów praktycznych jak marketing. Jest to wiedza nie tylko opisowa, jak medycyna czy historia, ale wiedza w pewnym sensie kreująca świat, który opisuje. I przez to jest wyjątkowa, rzec by można – magiczna.

Ł.M.: Jest tak jak pan powiedział – żadna z nauk nie interesuje się inną nauką, a więc też filozofią, natomiast filozofia interesuje się nimi wszystkimi. Czy nie tu leży jej szczególność?

G.J.:  Nauki i tak pędzą na przód, w nosie mając filozofię, bo to ich praktyczne wynalazki zmieniają świat, przynajmniej w wymiarze materialno-praktycznym. Komputery i internet zmieniły świat tak, jak kiedyś krwawe rewolucji, a istnieją zaledwie kilkanaście lat. Filozofia te przemiany musi interpretować – i mimowolnie staje się nauką „służalczą”, komentującą. Lecz to jest i jej wyróżnik, bo jednocześnie szuka syntezy dla tego wymykającego się świata. A synteza może polegać na stawianiu nowych pytań, które na nowo porządkują świat – i to w filozofii jest cenne.

 Ł.M.: Tak jakoś jest, że wielu dziennikarzy parało się filozofią, na pewno jest więcej dziennikarzy po filozofii niż po dziennikarstwie – to zdaniem pana świadczy o czym?

G.J.: Rzeczywiście jest tak, że w mediach pracuje wiele osób, które studiowały filozofię albo wykładały na filozofii, ale myślę, że próba szukania w tym czegoś szczególnego jest mydleniem oczu i jakby wzajemnym podnoszeniem własnej wartości. Bo mówi się np., że filozofia uczy otwartości, odnajdywania różnorodnych punktów widzenia, analizy i syntezy, wykraczania poza konkretne sytuacje, że daje wiedzę ogólną i uczy zestawiania i wyciągania wniosków z faktów, itd., itd. I że to jest potrzebne w zawodzie dziennikarza. Ale tak samo można powiedzieć, że w zawodzie kucharza filozofia jest potrzebna, tam też trzeba znać klasyczne potrawy i konstruować jakieś nowe – mówię oczywiście o dobrym kucharzu.

 Ł.M: Wydaje mi się, że tak jak pan, odpowiedzieć może tylko filozof;  bo jeszcze trzeba dodać do cech, które pan wymienił, dystans nie tylko do świata, ale też do tego co się robi i do siebie samego – taki szczególny ogląd na pewno filozofia daje, a przynajmniej pogłębia. Można by powiedzieć, że po prostu jest tylu dziennikarzy-filozofów, bo filozofia nie daje do ręki rzemiosła, a człowiek musi się gdzieś zaczepić, żeby żyć. Ale jak to jest, że chyba z pewną łatwością zaczepia się w mediach, z łatwością większą niż inni zostaje sprawnym menadżerem, bo to jest właśnie interesujące, że nie będąc zawodowo nikim, może stać się każdym. I to każdym nie byle jakim, bo przecież dziennikarstwo nie jest zawodem dla byle kogo. Naprawdę pan tutaj korzyści nie widzi?

G.J.: Mówię z przekorą. Po skończeniu tych studiów rozumie się, na czym polega prawda względna, relatywna, absolutna i wie się, że z konkretu wynika tylko konkret, a nie żaden ogół – a to daje pewną możliwość analizy tej rzeczywistości realnej, codziennej, która jest różnorodna i wielokształtna. Jeśli ktoś ma umysł ukształtowany filozoficznie, to potrafi analizować, niezależnie, czy analizuje zachowania lokalnych polityków czy twory świata kultury. Lecz wszystko jest sprawą indywidualną: jednym filozofia pomoże, drugich zapędzi w psychozę.

 Ł.M.: Pana „działką” w Wyborczej jest kultura – przeprowadza pan wywiady z wybitnymi reżyserami czy pisarzami goszczącymi w Lublinie, recenzuje wystawy i spektakle. Bywa oczywiście tak, że twórcy mogą nie odwoływać się bezpośrednio – mówiąc szeroko – do filozofii, mogą nawet nie znać pewnych nurtów w kulturze czy problemów, które opukują tak samo, choć za każdym razem inaczej, jak ich poprzednicy. Ale jest przecież tak, że filozofia puka do nich, wyłazi z ich dzieł, czy oni tego chcą, czy nie chcą. Oni mogą być jak pan Jourdin i tego nie wiedzieć, ale dziennikarz zajmujący się kulturą chyba wiedzieć to musi?

 G.J.: Tu Pan zdemistyfikował moje poprzednie twierdzenia, że filozofia do niczego nie jest potrzebna właśnie w dziennikarstwie. W takim, które jest mi najbliższe, okazuje się, że rzeczywiście jest potrzebna. Do opisu tej rzeczywistości, która się pojawia w kulturze – mam na myśli sferę znaczeń symbolicznych, przestrzeń kodów kultury, które są powiązane i które nie są czytelne wprost. One nie są dane wprost i do ich czytania, jak i do interpretacji, filozofia niewątpliwie jest potrzebna, bo inaczej nie dałoby się nic zrozumieć, a kultura wysoka bez filozofii stała by się po prostu płaska i trywialna.

Czy stawać koniecznie do każdego Przetargu? Na temat dobra i zła dyskusji ciąg dalszy.

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 11 lutego 2010

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Poprzedni wywiad z profesor Jadwigą Mizińską spotkał się z dużym zainteresowaniem. Swoją refleksją podzielił się z nami Mikołaj Dragović.
Poniżej jego przemyślenia, a w nawiązaniu do nich wypowiedź prof. Mizińskiej.
W imieniu całego Zespołu Fundacji zapraszam do lektury i udziału w tej dyskusji.
Marek Staniszewski

Mikołaj Dragović

Z zainteresowaniem przeczytałem wywiad z profesor Jadwigą Mizińska o dobru i złu. Jako ateista szczególną wagę przypisuję zapoznawaniu się z punktem widzenia osób wierzących – każdy z nas bez wiedzy o podstawach obcych nam poglądów w najlepszym razie jest ignorantem, w najgorszym fundamentalistą:).

Nawiązując do wywiadu wydaje mi się, że teologiczne (chrześcijańskie, judaistyczne i islamskie) podejście do kwestii dobra i zła unika odpowiedzi na podstawowe zagadnienie: czym jest dobro i zło i czy taka dychotomia w ogóle ma sens. Wolność człowieka, we wszystkich religiach „pustynnych”, sprowadza się wyłącznie do tego, że może on być posłuszny/zbawiony (a więc postępuje według przykazań dobra) albo nieposłuszny/potępiony (postępuje wbrew przykazaniom dobra). Człowiek nie jest więc wolny w definiowaniu dobra i zła. Tylko Bóg decyduje o tym co jest dobre a co złe.

Jako ateista mam jednak swobodę zadania szerszego pytania:) Mniej interesuje mnie „czy Diabeł może być zbawiony?” a bardziej „czy w ogóle jest zły?” i „co to w ogóle znaczy”?

Profesor Jadwiga Mizińska za Barbarą Skargą twierdzi, że „papierkiem lakmusowym” zła jest „cierpienie na Twarzy Innego”. Postuluje by „nie czynić innemu co Tobie niemiłe”. Jak naiwny jest ten wzór postępowania pokazuje codzienne życie: wygrywając przetarg powoduję „cierpienie na Twarzy Innego” – mojego konkurenta. Czy czynię więc zło? Czy powinienem nie starać się o wygranie, bo to konkurentowi będzie niemiłe?

Dobro i zło wymyka się definicji z prostej przyczyny – świat jest zbyt złożony by dać się sklasyfikować w tak proste podziały. Podaję przykładowe problemy:

Czy nasze postępowanie powinno być oceniane na podstawie naszych intencji czy skutków działań? Czy zło popełnione dzisiaj w imię dobra jutrzejszego jest wciąż złem? (w czasie II Wojny Światowej Churchill nie powstrzymał bombardowania jednego angielskich miast aby nie zdradzić Niemcom, że Enigma została złamana). Czy dobro wywołujące zło (np. szczerość wobec okupanta) jest wciąż dobrem? Jeśli nie jest, to kto wytycza granice szczerości (dobra) i z czego one wynikają?

Wydaje mi się, że najbliżej odpowiedzi byli sofiści.

Może nie w skrajnej postaci jaką prezentował Gorgiasz, który głosił etykę sytuacyjną (nawet w ramach jednostki ludzkiej nie występuje absolutyzm moralny) czy Krystiasz, który uważał, że dobro to wymysł słabych by bronić się przed silnymi. Ale w wersji, którą prezentował Protagoras – człowiek jest miarą wszechrzeczy. A więc również miarą dobra i zła.

Od konkretnej sytuacji więc, historii, kultury, precedensu, środowiska życia, obyczaju, cech charakteru czy choćby maksymalizacji zagregowanej korzyści społecznej zależy jak ten Diabeł wygląda:) A że istnieje z konieczności to nie ulega wątpliwości. Bez białego nie ma czarnego, a bez tezy – antytezy.

Jadwiga Mizińska

Drogi Panie Mikołaju!
Ogromnie jestem Panu wdzięczna za polemiczny glos w kwestii Dobro- Zło, Od razu oświadczam, że nie miałam zamiaru występować w tej sprawie ani z ambony, ani z katedry. Nie uzurpuję sobie niemniejszych praw do posiadania na ten temat prawy ostatecznej, a co najwyżej cząstkową, moją własną, której także nie pragnę komukolwiek narzucić. Co najwyżej – pozastanawiać się nad czymś, z czym przez kilka tysiącleci nikt nie zdołał się uporać. Niezależnie od tego, jaką przyjmował pozycję; osoby wierzącej, niewierzącej. sceptycznej czy agnostycznej.

Mimo, że z góry wiadomo, iż nikt nikogo nie przekona, ani nie „nawróci”, wolno i warto „częstować” się nawzajem swoimi przemyśleniami.
Na pozór wierzący zdają się być w bardziej luksusowej sytuacji; mają swoje dogmaty, prawdy wiary, dekalogi z przykazaniami i zakazami. Dobre byłoby wówczas to, co przez nie nakazywane., złe natomiast – to co zakazywane. Niestety, Dekalog jest tak ogólny ( ogólnikowy?), że w konkretnych sytuacjach, przed którymi stajemy i z którymi się zmagamy, jego przykazania dają nam jedynie .,.. wytyczne. Są one niby drogowskazy, na których czytamy „Do Pieklą” w lewo., „Do Nieba” w prawo. Ale dokładnej trasy nie podają, Jest naszym własnym ryzykiem, czy pójdziemy po prostej, czy zygzakiem. Poza tym, jako że ziemia jest okrągła, udając się w prawo, możemy spotkać się w połowie drogi z tym, który poszedł w lewo.

Przytoczył Pan przykład zachowania Churchilla… Kto jest w stanie obliczyć i osądzić, czy jego decyzja przyniosła więcej złego czy dobrego ( i dla kogo?)
Ale i zwyczajni ludzie w codziennych okolicznościach popadają w podobne tarapaty,. Sądząc, że czynią dobrze – i mając takie intencje- mogą spowodować mnóstwo zła. Banalny, choć dramatyczny, przykład. Wiem, że moja przyjaciółka jest zdradzana przez męża. Powiedzieć jej o tym ? Będzie cierpiała natychmiast. Nie powiedzieć? Będzie cierpiała nieco później – bo dowie się skądinąd, w dodatku zarzuci mi zatajenie prawdy.

Nigdy nie wiemy co czynimy. Nawet jak jesteśmy pewni swego. Bo każdy nasz czyn, ale też zaniechanie, oprócz widocznych od razu, ma też skutki odległe i nie ogarnialne ludzkim słabym wzrokiem, zdawał sobie z tego sprawę Chrystus, gdy na Krzyżu, podczas najstraszliwszych męczarni, ułaskawiał swoich oprawców tymi właśnie słowami : „Albowiem nie wiedzą, co czynią”.

Dlatego też uważam, że nie wolno pochopnie oceniać, a już zwłaszcza potępiać ani cudzych, ani własnych postępków.
W słynnym opowiadaniu Sartre a „Mur”, jego bohater, aby zmylić prześladowców poszukujących ofiary, podaje im fałszywą wskazówkę, że ukryła się ona na cmentarzu, W swoim pojęciu wywiódł ich w pole, bo to jego zdaniem było najbardziej nieprawdopodobne miejsce. Ale Niemcy poszli tym tropem i w jednym z grobowców znaleźli poszukiwanego…
To miała być dydaktyczna lekcja egzystencjalizmu, który uznał, że „nie ma żadnych znaków na niebie i ziemi”, a wobec tego, cokolwiek uczynimy, skutki zaprzeczą naszym zamiarom. Bo światem rządzi Absurd. Coś gorszego nawet od Chaosu.

Dekalog stanowi jakiś jednak ratunek przed tym poniżającym poczuciem aksjologicznej niemocy. Ale nie może nas wyręczać od podejmowania ryzyka. Słusznie, bo jego Autor był też stwórcą człowieka, .którego wyposażył w to , co miał najlepszego: rozum i wolną wolę. A także – w ciekawość, ochotę do eksperymentów i z tym związanego ryzyka.
Zgadzam się z panem, ze nie ma rzeczy jednoznacznie złych, ani tez jednoznacznie dobrych. Uważam, że tak jest dobrze i ciekawie. Dyby świat przypominał szachownicę z czarnymi i białymi pionkami ( i polami) w ogóle zbędna byłaby moralność. Poruszalibyśmy się w nim jak automaty. Planując taki niejednoznaczny świat, Stwórca nie zapomniał, prócz Dekalogu, wyposażyć nas też w sumienia. To taki przedziwny instrument, który – nie czekając na Sąd Ostateczny, ani nawet na osąd innych ludzi, z miejsca wymierza nam kary- np. niespokojnego snu. Nie trzeba być wierzącym w Transcendencję- jakiekolwiek byłoby jej imię- żeby podlegać tej intymnej instancji.

Z moich obserwacji i doświadczeń wynika zresztą, ze osoby ogłaszające się publicznie ateistami, bywają często szlachetniejsze od gorliwie „praktykujących”. Miałam szczęście znać osobiście filozofów – ateistów i agnostyków: profesorów; Barbarę Skargę, Helenę Einstein, Władyslawa Krajewskiego, a z czytania Leszka Kołakowskiego . Deklarowali się jako niewierzący ( w Boga) a byli ludźmi uczciwymi, szlachetnymi, dobrymi po prostu!

Przypuszczam, ze dla samego Pana Boga wiara- niewiara jest bez specjalnego znaczenia. Nie zagląda do wymyślanych przez ludzi rubryk., ale ma wgląd w ich serca . A nade wszystko – postępki. Jeśli bowiem ktoś kieruje się względem na Drugiego, stara się być mu życzliwy i pomocny , to chcąc nie chcąc spełnia Przykazanie Przykazań: „abyście się wzajemnie miłowali”

Zarzuca mi Pan naiwność. I z tym się zgadzam. Jestem i chcę być naiwna, W tym sensie, jak Dziecko z bajki Andersena, który widząc cesarza, podziwianego przez cały dwór za piękne szaty, wrzasnęło: „Król jest nagi!’

A teraz najtrudniejszy wątek: straszliwa łamigłówka dla waszego pokolenia, które samo o sobie mówi, ze uprawia „wyścig szczurów’ w drodze do „sukcesu”. Kto się z niego wyłączy, albo będzie obciążony nadmiarem skrupułów, odpadnie z wyścigu, „przegra przetarg”, wypadnie z rynku itp.

Mój Boże, jak mi was żal… Że macie takie tylko trywialne strachy. I że boicie się nie o życie (jak pokolenie wojenne), nie o wolność ( jak pokolenie czasów stalinowskich), nie o przetrwanie w sensie biologicznym, bo instytucje socjalne nikomu nie pozwolą umrzeć z głosu. Boicie się , by was nikt nie wyprzedził w biegu do Sukcesu, który jest przecież fantomem. Idolem, czyli bożkiem fałszywym. Wydrążonym w środku, albo uczynionym z plastiku.

Osoby, które go osiągnęły, są nierzadko bardziej nieszczęśliwe, niż przegrani, Taki na przykład Michał Wiśniewski, wczoraj na topie, dziś pod czarna kreską. Po drodze wyprzedał wszystko; rodzinę, biografie, sprawy intymne – przestał być interesujący dla Molocha telewizji. Kiedy rozległy się złowrogie wieści o kryzysie ekonomicznym, samobójstwa popełniali nie kloszardzi, ale miliarderzy.

Więc może warto spojrzeć z boku i chwilę się zastanowić, czy koniecznie stawać do każdego Przetargu.
Owszem, umiera się z długotrwałego głodu, ale też z przejedzenia. A już najgorszy jest wewnętrzny przesyt, Śmierć z nudy i z nudności. ( przypominam film „Wielkie żarcie”).
Mój Chrystus wolał ubogich, niż bogaczy, którym trudno się przepchnąć do Królestwa Niebieskiego prze Igielne Ucho. Ale Pan zapewne znowu mi zarzuci, że jestem niedzisiejsza i naiwna. Z naiwności już się tłumaczyłam. A co do „zacofania”, to powiem tylko tyle, ze zdążyłam przeżyć kilka ustrojów, obecny liberalizm jest kolejnym, i tez doraźnym, mam nadzieję, w stadium kocowym. Każdy nowy strój zaczyna od rozliczania starego. Po upadku komunizmu i nastaniu Soliarności, Czeczot zamieścił w „Polityce’ rysunek. Malżonka o obfitych kształtach rzuca się na szyję mężowi z okrzykiem: „Stefan, jak dobrze żeśmy nie kradli!”

Ten satyryczny obrazek potwierdza Przykazanie Kołakowskiego: „kiedy nie wiadomo, jak się zachować, warto zachować się przyzwoicie”.
Mam nadzieję, że ta zasada jest ponad wyznaniowa. Ale co znaczy „przyzwoicie”? To nam podpowie osobisty Anioł Stróż. Każdemu na ucho. Tylko Diabeł głośno reklamuje swój kramik z gadżetami.

Serdecznie Pana pozdrawiam. Zapraszam do lektury mojej ksiązki „Wina i wybaczenie”, gdzie obszerniej staram się wyłożyć mój pogląd na relacje zło- dobro, Jej podtytuł brzmi: „Jak możliwa jest przemiana zła w dobro”.

Diabeł istnieje z konieczności…

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymujemy wciąż wiele maili, z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy kolejny fragment „wywiadu-rzeki”, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z profesor Jadwigą Mizińską. 

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Łukasz Marcińczak: Czy mądrość może iść w parze ze złem, i czy nie wiedzie niekiedy do cierpienia? Czy w ogóle spotkała Pani Profesor złego człowieka, takiego, który miał wokół siebie jakąś złą aurę, takiego, co może i chciał dobra, ale – niczym  szatan u Goethego a rebours – czynił zło…

Jadwiga Mizińska: Zło, zły człowiek… Wiedziałam, dopóki mnie nie zapytałeś. No nie, nie będę kokietować. Wiem. Wiem teraz, że zła bezdennego, stuprocentowego, absolutnego nie ma – i być nie może. Jako, że Szatan nie jest stworzony z innej tkanki, niż Anioł. Pan Bóg, który przecież mógł tak postanowić (i uczynić) zdecydował inaczej. Stworzył najpierw Anioły, duchy dobre, duchy dobra. Ale wystawił ich na podobną pokusę, co Adama z Ewą. Spoglądając na Jego doskonałość, Aniołom zachciało się dorównać Bogu. Za to, za grzech pychy (jaki dziwny: bo wszak chcieli być Bogo – podobni!) strącił ich ambitniejszą część do otchłani.

Szatan zły, gdyż za bardzo chciał być dobry? Więc jestem nieskończenie wdzięczna Leszkowi Kołakowskiemu za to, że całkiem na serio zadał współczesnemu człowiekowi pytanie: Czy diabeł może być zbawiony? Tylko na pozór jest to kwestia teologiczna, czy też eschatologiczna. W istocie pytanie o możliwość zbawienia diabła jest też pytaniem o możliwość zbawienia człowieka, tak zwanego złego człowieka, złych ludzi. A kto z nas może o sobie powiedzieć, że nie jest, albo przynajmniej nie bywa, zły?

Dwie rzeczy jeszcze dały mi w tej mierze do myślenia. Swego czasu, Kum Grześkowiak (ten od Chłop żywemu nie przepuści), z którym się przyjaźniłam w ostatnich latach jego życia, zapytany, czy wyjeżdża w poznańskie do rodziny na Wszystkich Świętych, odrzekł, że zostaje w domu.

– Czyżbyś, Kaziu, nie miał grobów swoich najbliższych? – spytałam. – Owszem, mam, ale o nich jest komu dbać i się o nich modlić. Ja w tym czasie stawiam na balkonie dwa znicze; jeden za Hitlera, drugi za Stalina. Bo o nich przecież nikt nie pomyśli…

Dodać trzeba, że Kum Grześkowiak sam siebie miał za heretyka, a ksiądz z pobliskiego kościoła na LSM-ie uważał go wprost za bluźniercę. (…)

Kiedy Kazik zmarł, nagle – pewnie Pan Bóg się za nim stęsknił – poczułam, że teraz to ja, może jedyna na świecie osoba, której to powierzył, mam przejąć obowiązek troski o ludzi – szatanów: Stalina i Hitlera. A skoro o nich, odsądzonych od człowieczeństwa, to dlaczego nie o Berię, Dzierżyńskiego, Bormana, Hessa…, gdzie przerwać ten szereg, do którego zresztą ciągle dołącza ktoś nowy: Pol Pot, Milan Karadzić, Milosewić…(…)

Drugi powód mojej „nienawiści do nienawiści”, a więc – przekonania o bezsensowności odruchowego potępienia zła,  pochodzi od Bułhakowa.  Ale nie z cytowanego przez Ciebie motta o głupim Szatanie, który nolens volens musi sprawiać dobro, lecz z dialogu Piłata z Ha-Nocrim. (…)

Kiedyś, czytając jedną z książek Marii Janion natrafiłam na słowa: territus terreo – przerażony przeraża. Na ich wzór ukułam własne prawo: zraniony rani. Podręczniki psychologii, traktując o przemocy, piszą o „kolejności dziobania”. Jakoby każdy „dziobany” także musi „dziobać” kogoś, kto akurat jest pod ręką.

Czy rzeczywiście musi? Owszem, dopóki sobie nie uprzytomnić, że jestem – ja sama! – władna zatrzymać tę kolejkę dziobania i ranienia na sobie. Po prostu: nie muszę oddawać pięknym za nadobne. A nawet – mogę się zdobyć, jak radził Chrystus – gdy zostanę uderzona kamieniem, rzucić chlebem. Albo i tortem…

 Ł.M.: A czy diabeł ma swoją dobrą stronę? Albo czy jest nam do czegoś pomocny? A szczęście – czy jemu także przysługuje? Uczono nas, że jest upadłym aniołem, synem marnotrawnym, który odrzucił miłość Boga. Ale – tego się już nie uczy – Bóg nie znalazł sposobu, by go odszukać, a więc diabeł jest także istotą odrzuconą (albo – bądźmy ściśli –  nie odnalezioną, ale zdaje się, że też nie szukaną). A odrzucenie rodzi zło…

J.M.: Nosiłam się parę dni z tymi pytaniami, nagabując też o Diabła wiele osób, miałam po temu dobrą okazję na Festiwalu Filozofii w Międzygórzu, zorganizowanym przez Bogdana Banasiaka. Jednakowoż nikt nie chciał podjąć tego tematu (co też uznałam za formę odpowiedzi). Sądzę, że dla jednych osób jest to pytanie naiwne i omijają je przez delikatność, żeby mnie nie musieć mnie obrażać zarzutem o infantylność. Inni, być może, lękają się mówić o Złym, żeby go czasem nie wywołać, jak wilka (czy raczej wilkołaka) z lasu.

(…) Idzie, moim zdaniem, o to, ażeby w ostatecznym rachunku zadbać o zerowy bilans Dobra i Zła w świecie. Bowiem dbając o czystość duszy i spokój sumienia, wyrównując krzywdy, zarazem dbamy o harmonię tego, co nazwałabym niszą antropologiczną. Problem tzw. grzechu nie jest, wbrew pozorom, kwestią indywidualną. Nierozliczone zło wyrządzone przez jednego człowieka rzutuje negatywnie nie tylko na los jego ofiary, ale i – nie mniej ni więcej – na przyszłość całej ludzkości. (…)

A teraz o tym, jak pojmuję zły uczynek. Powtórzę za Barbarą Skargą, że jego „papierkiem lakmusowym” jest cierpienie na Twarzy Innego. Od siebie uzupełnię, że jego przeciwieństwo, dobry uczynek – to wywołanie uśmiechu na jego Twarzy. Uśmiech – to znak ulgi i radości.

No dobrze, a jak się rzeczy mają z Diabłem? (piszę go dużą literą z szacunku do Anioła, którym on wszak był przed upadkiem). Mój pogląd jest w tej mierze następujący:

Diabeł istnieje, tak samo, jak Anioł (i wszelkie inne Duchy). Ale istnieje w dwóch postaciach: transcendentnej oraz immanentnej. To znaczy: jako substancjalna Moc nakłaniająca do złych uczynków oraz jako same te złe uczynki dokonywane przez ludzi. (…)

Wydaje mi się, iż Diabeł bazuje na naszej niecierpliwości („co nagle, to po diable”). Właśnie korzystając z niej, podsuwa nam  różnorakie błyskotki: rumiane ale robaczywe jabłka, cukierki w pazłotku nadziane trucizną. Jako Książę Kłamstwa, dobrze wie, że ludzie łacno nabierają się na kuszący wygląd, zapominając o nieadekwatności między opakowaniem a zawartością, przed czym skądinąd przestrzegają liczne wymyślone przez nich samych przysłowia, takie jak: w ładnym ciele cnoty niewiele, nie wszystko złoto co się świeci, modli się pod figurą a ma diabła za skórą itp. (…)

Powtórzę: Diabeł istnieje z konieczności o ile uzna się dramatyczną naturę Bytu, i o ile Bycie jest stawaniem się. Opozycja pomiędzy biegunami (punktem Alfa i punktem Omega) rodzi potrzebę zmagania się z przyciąganiem bieguna Zła, bodajże silniejszego (dla słabych z natury ludzi) aniżeli biegun Dobra. Ludzkie życie przypomina zabawę z przeciąganiem liny, targani przez różne zewnętrzne moce,  raz lecimy w jedną, raz w drugą stronę.  (…)

Ale nie sięgając aż tak wysoko, również każdy ze zwykłych ludzi  może sobie samemu szybko dowieść, że uczciwość popłaca. Radzili polscy myśliciele na czas zamieszania aksjologicznego: „Kiedy nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”. Dopowiem uzasadnienie: nie zdradzaj, bo sam możesz zostać zdradzony; nie kłam, bo zostaniesz okłamany; nie  kradnij, bo ciebie okradną. Jednym słowem, „nie rób drugiemu, co tobie niemiło”, bo dajesz tym samym temu Drugiemu pełne prawo do rewanżu. Zdaję sobie sprawę, że jest to  postępowanie „biznesowe”, ale dla Ludzi Obrachowanych wydaje się ono być godnym polecenia. Zresztą również w biznesie opłaca się (na dłuższą metę)  uczciwość i lojalność, dziś każda forma zabiega o swoje „logo”, które ma być w oczach klientów znakiem jakości, apriorycznego zaufania do jej produktów. Niegdyś Max Weber w klasycznym dziele „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” (kapitalizm w swoich początkach miał jeszcze ducha!) uzasadniał obszernie, że uczciwość opłaca się kapitalistom zgoła dosłownie. Producent, który nigdy nie wypuszcza braków, handlowiec, który nie oszukuje wyrabiają sobie nazwisko, które poniekąd pełni rolę reklamy. Buty od Baty były nie do zdarcia, maszyny do szycia od Singera służyły wielu pokoleniom. Zatem rzetelność i uczciwość jest także przeliczalna na pieniądze.

Na odwrót, zaledwie jeden bubel, albo jedna niedbale wykonana operacja podrywa zaufanie do wytwórcy czy lekarza, a podobnie jeden plagiat deprecjonuje profesora filozofii…

Musi zdumiewać obecne rozprzęgnie moralne, skoro trzeba, prócz Dekalogu dla każdego zawodu tworzyć osobne etyki: dziennikarską, lekarską, nauczycielską, a nawet dla pracowników uniwersyteckich. Znaczy to, że zawodzi nie tyle moralność, ile inteligencja, której zadaniem jest wszak myślenie dalekowzroczne. (…)

Filozofia koi lęk…

Posted in Czytelnia, Janusz Opryński, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Rozmowy by staniszewski on 15 grudnia 2009

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy wywiad, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził w 2008 roku z Januszem Opryńskim – reżyserem teatralnym, menedżerem kultury, twórcą teatru otwartego w Polsce, oraz twórcą i reżyserem działającego od 1976 roku teatru „Provisorium”.

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Filozofia koi lęk.

Łukasz Marcińczak: Czy znajduje pan jakieś pożytki uprawiania filozofii, bo daje się słyszeć dzisiaj głosy, że ta wiedza jest do niczego nie przydatna…

Janusz Opryński: Mam zupełnie przeciwne zdanie, przez całe swe już dorosłe życie odczuwam coraz mocniej rodzaj pewnego niedokształcenia filozoficznego. A chyba zawsze miałem intuicję, a może nieodpartą świadomość, że filozofia zapewnia lepsze, bo mądrzejsze życie. Jeżeli wierzyć Tadeuszowi Gadaczowi, że jakość myślenia warunkuje jakość życia, no to mamy pewien wzór, oczywiście w cudzysłowie, na mądre życie, czyli na życie spełnione. Zresztą ja sam, spotykając się z ludźmi, którzy kończyli studia filozoficzne, widzę, że oni posiadają niezwykłą i niezwykle konkretną umiejętność analizowania rzeczywistości. Szybka kariera tych ludzi w nowej rzeczywistości po 89 r., świadczy o ich szybkiej możliwości dekodowania życia. Widocznie jest to przydatna wiedza – na pewno filozofia to nie jest ucieczka od rzeczywistości, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że pozwala ona poruszać się sprawniej we współczesnym świecie. Oczywiście wokół filozofii narosły rzeczy istotnie głupie, pewnie dlatego, że przez lata komunizmu z filozofii robiono karykaturę, tych prawdziwych filozofów ośmieszano, pokazywano ich jako takich trochę dziwaków. 

Ł.M.: Może dlatego, że filozof z zasady wątpi, zadaje czasem niewygodne pytania, a wątpienie i zadawanie pytań w najlepszym z możliwych światów z natury rzeczy bywa szkodliwe…

J.O.: Ale bywały też takie zabawne paradoksy, że nasi studenci filozofii oblegali wtedy rosyjskie księgarnie. Bo okazuje się, że gdy u nas wielu dzieł w ogóle nie tłumaczono, u nich było wszystko. Oni mieli świetne tłumaczenia, ale oczywiście ze wstępem tuby marksistowskiej, deprecjonującej każdy system, który odwoływał się ku metafizyce czy w ogóle traktował o Bogu. I kiedyś tłumaczyli mi filozofowie, że należało kupować rosyjskie książki i wyrywać wstępy, bo tylko wstępy były nasycone jadem marksistowskim, a dalej już było wszystko w porządku. Kiedy dzisiaj znowu słyszę, że w programach edukacyjnych brak jest pieniędzy na filozofię, mam wrażenie, że może niewłaściwi ludzie zajmują się edukacją. Bo wyobraźmy sobie, że jakieś pokolenie nie przetłumaczy Platona. Uważam, że w każdym pokoleniu klasyczne dzieła filozofii powinny ukazywać się w nowych tłumaczeniach. Bo to jest rodzaj pracy intelektualnej związanej z nazwaniem problemów kiedyś postawionych we współczesnym języku. Znaliśmy Nietzschego z tłumaczeń Staffa, a teraz, dzięki prof. Krzysztofowi Michalskiemu, poznajemy Nietzschego jakby na nowo. Jeżeli dziś czyta Nietzschego 20-letni człowiek, to go nie odpycha maniera Staffa, więc jest większa szansa, że Nietzsche okaże się dla niego kimś ważnym. Mamy tu do czynienia jakby z odświeżeniem dzieła. Myślę, że to jest szalenie ważne. Zgadzam się z Brodskim, że każdy musi spróbować Biblię i całą starożytność odczytać na nowo. Jeżeli to nie stanie się puste, ale chyba bardzo długo jeszcze będziemy tam szukać różnych odpowiedzi. Zresztą nie wszystko dotąd odkryliśmy nie tylko u Nietzschego, ale nawet i u Platona, a przecież stamtąd się bierze nasze rozpoznanie świata.

Ł.M.: Twierdzi pan, że filozofia to nie jest ucieczka od realnego świata, ale czy nie jest ona trochę wieżą z kości słoniowej, wiedzą arystokratyczną…

J.O.: To jest kolejne przekonanie fałszywe. Gdy słuchamy Barbary Skargi czy Leszka Kołakowskiego, dotykamy takiej mądrości, która jest nam wszystkim potrzebna. Oni posiadają umiejętność nazywania świata, a tam, gdzie pojawia się niemożność jego nazwania, jest przyznanie się do tego z pokorą, wśród tych ludzi nie ma żadnego fałszerstwa. W pewnym momencie zacząłem organizować cykl spotkań pt. „Jak żyć”, na który od kilku lat zapraszam filozofów – co jest też pewnie jakąś próbą leczenia moich kompleksów – bo uświadomiłem sobie, że chcę słuchać tych ludzi, chcę się dowiedzieć, jak oni nazywają współczesny świat. A ci ludzie są tak naprawdę zupełnie niewykorzystani. Gdyby nie wyjazd Kołakowskiego w 68 r., to w Polsce mogło być lepiej nie tylko z filozofią. On pracując stale z grupą seminaryjną powiedzmy dwudziestu osób mógłby sprawić – jestem o tym przekonany – że życie w Polsce byłoby lepsze. Dzięki tym dwudziestu osobom. Wiem, że dziś Barbara Skarga prowadzi seminarium i to jest znowu jakaś dla nas szansa, bo tam się wykuwają niezwykli ludzie. Tam zaczyna się reinterpretacja bardzo ważnych dzieł naszej kultury i oni dla nas próbują nazywać świat dzisiejszy. To nie jest żadna wieża. To jest bardzo konkretne, heroiczne mierzenie się z rzeczywistością. Potrafią to tylko wielkie umysły. Proszę też zwrócić uwagę, jak ludzie ci mimo wieku ciekawi są drugiego człowieka, ciekawi świata. To jest skarb dla narodu. Myśmy jednak szafowali w historii talentami, które pracowały dla innych, czego najbardziej dotkliwym przykładem jest Leszek Kołakowski.

Ł.M.: Organizując w Lublinie te filozoficzne konwentykle wskazał pan na pewną – może do końca nieuświadomioną społecznie – potrzebę, Kołakowski raz na tydzień w telewizji nie wystarcza…

J.O.: Myślę, że człowiek intuicyjnie lgnie do mądrości. Tak naprawdę szybko potrafimy ocenić, czy mamy do czynienia z fałszywym mędrcem czy z autentycznym. Jeżeli przyjeżdżają autentyczni mędrcy, to na sali jest cisza, wtedy wszyscy otwieramy usta i słuchamy jak uczniowie. Oni nam troszkę stępiają ból istnienia, ale też i lęk, bo próbują ten lęk nazwać. Ostatnie medialne rozmowy z Kołakowskim i Skargą uważam za największe wydarzenia intelektualne w Polsce. Może to choroba i uroda demokracji, ale żyjemy w czasach, które zmuszają człowieka do dokonywania wyborów, a nie hierarchizują tego świata. Nie wskazują na wyspy mądrości i człowiek bywa pogubiony, nie wie, jak docierać do prawdy. Mam jednak nadzieję, że powoli, wraz z okrzepnięciem naszych zmian, będzie to się jakoś klarowało. Choć nie bardzo wierzę w żadne mądre ustawy polityków. Społeczeństwo samo musi zacząć doceniać mądrość, a jeśli w naszym kraju głos filozofów przebije się w tej papce szybkich mediów, powstanie źródło, z którego wszyscy zaczniemy czerpać. Jestem przekonany, że jeżeli się będziemy mogli pochwalić, że mamy dwudziestu europejskiego formatu filozofów, to po prostu wygramy. I w gospodarce, i w turystyce, może nawet i w piłkarstwie… [uśmiech zdecydowanie filozoficzny]. 

Ł.M.: Od kiedy pana zdaniem powinno się zaczynać przygodę z filozofią? Jest bowiem opinia, że człowiekowi, który jest jeszcze nieukształtowany, lepiej służy religia, bo ona tworzy pewien kręgosłup moralny. Natomiast filozofia, pokazując problematyczność wszystkich stanowisk, może prowadzić do zagubienia…

J.O.: Za małą pewnie mam wiedzę, ale myślę sobie tak – przed wojną w dobrych liceach wykładali profesorowie uniwersytetu i nie było żadnego problemu. Jeżeli filozofię miałby wykładać w liceum człowiek po kursie, szybko do tego przyuczony, to absolutnie nie. On jedynie zagmatwa problem, bo doskonale wiemy, że tylko ludzie autentycznie mądrzy mówią o trudnych sprawach prostym językiem. Ale jeżeli doktorowie filozofii mieliby uczyć filozofii w liceach, to absolutnie tak. Chyba im wcześniej, tym lepiej. Oczywiście styk religii i filozofii jest u nas szalenie niebezpieczny, ponieważ żyjemy w kraju ortodoksji katolickiej. Uważam, że powinniśmy mieć większą świadomość czym jest religia – pisał o tym Kołakowski, zadając największy cios materializmowi i próbie marksistowskiego widzenia świata. Powinna być głębsza świadomość tego, że istnieje w człowieku potrzeba sacrum, która musi być zaspokojona, czyli że prawidłowej konstrukcji człowieka nie można sobie wyobrazić bez odniesienia się do religii. Problem w tym, jak my tę potrzebę zaspokajamy. Mnie się wydaje, że ciągle niestety tak, jak to widział Brzozowski – sprowadzoną do jakichś zinfantylniałych form dla maluczkich. Dzisiaj czytam w internecie, że siostra przepytuje 8-latkę czy uprawia seks. To jest karygodne – tej 8-latce nie tylko odechce się religii, ale i z seksem będzie miała kłopoty. To wszystko zależy od ludzi. Powstał wielki problem, kiedy wprowadzono religię do szkół.  Kościół miał katechetów kompletnie nieprzygotowanych i to był jeden wielki humbug tak naprawdę. Religia – przedmiot o bardzo istotnej sferze człowieka – wpadł w ręce ideologów. A przypominamy sobie słowa Tischnera, że żaden marksista nie wyrządził religii tylu szkód, ile jeden głupi ksiądz. Ale to jest wszystko do przemyślenia, mamy dwadzieścia niecałe lat tej nowej rzeczywistości i ciągle bardzo słabo myślimy o edukacji. A filozofia jest jakimś naczelnym tutaj problemem, z którym się musimy zmierzyć. Rozmawiałem ostatnio z Tadeuszem Gadaczem, który pracuje nad encyklopedią filozoficzną i włosy mu dęba stają na głowie. Okazuje się, że całe mnóstwo ważnych dzieł z filozofii wydawanych w Europie po wojnie, w ogóle do nas nie dotarło. Mamy potworny dług  humanistyczny, wiele lat do nadrobienia. 

Ł.M.: Wspomniał pan, że filozofowie nazywają nasze lęki, ale czy najlepszym lekarstwem na lęk nie jest jednak religia – filozofia pozostawia człowieka samego z sobą…

J.O.: Jak powiadam, wśród absolwentów filozofii spotkałem mnóstwo ludzi, którzy umieli żyć. To nie znaczy wcale, że byli bogaci, ale nawet jak wybierali skromny model życia, byli ze sobą pogodzeni. Na swój sposób zawsze szczęśliwi. Nie próbuję tego fetyszyzować, bo jakby to była prawda do końca, to wszyscy wybieraliby filozofię, bo przecież wszyscy chcą być szczęśliwi. Ale myślę, że coś jest na rzeczy – filozofia w życiu pomaga. Ja mam stale w pamięci zdanie Norwida z poematu Szczesna, kiedy on mówi, że „po smutkach wielu chodzę na kursa filozofii”. Norwid po wielkim zawodzie miłosnym szukał ukojenia w mądrości. Jest poza tym jakaś niezwykła przyjemność przebywania z ludźmi, którzy uprawiają filozofię. Mnie brakuje mędrców. Oni są, ale gdzieś poskrywani. Bo świat oparty na socjotechnice boi się mędrców. Lider wziętego programu telewizyjnego nie zaprasza do siebie mędrca, bo się boi, że się ośmieszy. Przejeżdżając przez miasta widzimy billboardy pokazujące Tomasza Lisa, a dlaczego nie widzimy billboardu z Barbarą Skargą? Skarga być może nie chciałaby się na tym billboardzie znaleźć, ale to jest dla mnie ktoś, kto powinien do nas mówić, kogo warto słuchać. A przecież w odczuciu ludzi prostych, niedouczonych, ludzie pokazywani na billboardach to są niemalże bogowie. Inteligencja, ludzie wolni, umieją to odróżnić, ale problem widzę w tym, że społeczeństwo ma odgórnie limitowany dostęp do mądrości. Pewnie jest w tym jakaś logika, bo odkrycie filozofii, to odkrycie wolności, a ludzie wolni wymykają się wszelkiej władzy, która nad nimi traci kontrolę. Przekonany jestem, że kontakt z filozofią daje zyski na każdym polu. One może dopiero w dłuższej perspektywie są zauważalne, czasem po kilkudziesięciu latach widzi się dopiero kapitał, który się uskładał. Parafrazowałbym Władysława Bartoszewskiego, który zapytany niedawno, czy opłaca się być uczciwym, odpowiedział: „nie opłaca się, ale warto”. Nie wiem, czy zajmowanie się filozofią zawsze się opłaca, ale na pewno warto się nią zajmować.

Rozmawiał: Łukasz Marcińczak

Przemieniony Szaweł a „kąsający” Hegel

Posted in Czytelnia, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Łukasz Marcińczak by staniszewski on 11 grudnia 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.
Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie Księgi wywiadów filozoficznych) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy tekst dr. Łukasza Marcińczaka (gratulując udanej obrony!).
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

L_M_CB Łukasz Marcińczak

Przemieniony Szaweł a „kąsający” Hegel

Tajemnica ludzkiej przemiany – przyjęcie wartości do tej pory potępianych, rezygnacja z prawd dotąd uznawanych za jedynie słuszne – jeśli nie podszyta płaskim koniunkturalizmem, wciąż pozostaje jedną z zagadek człowieczeństwa. Konwersja będąca transgresją – czy bohaterem jej jest Szaweł z Tarsu, który stał się Pawłem, czy ukształtowany w świecie wartości wrogich komunizmowi  pisarz, którego „ukąszenie heglowskie” odmieniło – dowodzi, że świat wartości w pojedynczym człowieku nie powinien być przez niego samego uznawany za ostateczny.                                        

Pomińmy biologię (zwłaszcza socjobiologię), czyli to, co na popularnym wykresie ukazującym istotę ludzką – od którego rozpoczynają zdobywanie wiedzy studenci filozofii – znajduje się najniżej, na poziomie instynktu, który dzielimy ze zwierzętami. Spróbujmy także abstrahować od tego, co na tym samym wykresie umieszcza się najwyżej, czyli całej sfery metafizyki, gdzie mamy do czynienia z całokształtem bytu, a niekiedy z Bogiem.  Pomiędzy tymi granicami (poziomami, barierami) rozciąga się królestwo człowieka. Sfera  ulotnych idei, w które wierzymy, twardy grunt przekonań i wartości, które uznajemy. Jest to jedyny świat w którym panujemy (lub wydaje się nam, że to czynimy), a na pewno jedyny będący naszym dziełem. Rządzi nim rozum, ale warunkuje go człowieczeństwo. Jesteśmy ludźmi tak długo,  jak długo pielęgnujemy w sobie (i walczymy o nie w świecie) nasze własne prawdy. Myśl jest siłą potężną, pozwala zerwać jak pajęczynę krępujące nas atawizmy, powstrzymuje nas także przed osunięciem się w pustą kosmiczną otchłań. To dzięki niej przechodzimy do zacienionego królestwa – pełnego trupów i zgliszczy.

 Tysiące istnień ludzkich ma na sumieniu Cezar i Temudżyn, Hitler i Stalin, Pol Pot i Mao – ludzie dokonujący wyborów, przedkładający jedne wartości ponad inne. Zupełnie odmiennych wyborów dokonali Franciszek z Asyżu i Jan od Krzyża, Jezus zwany Chrystusem i Gandhi zwany Mahatmą. Ludzkość jest rozpięta między wyborem dobra i zła – kategorii w historii ludzkości płynnych, ale stale w niej  obecnych. O Neronie opowiadają historycy (stronniczy, bo uprzedzeni do cesarza), że był nieludzki, wręcz sugerując, że nie tyle był człowiekiem, ile bestią w ludzkiej skórze. Ludwikowi IX nie mniej stronniczy dziejopisowie nadali przydomek Świętego. Czy znaczy to, że ludzie ci zawsze byli źli albo święci – czy byli jednowymiarowi, zawsze jednacy? Tak chce historia (a raczej niektórzy historycy), tak jest na pewno wygodniej. Ale to człowiek w sobie samym decyduje, jaką droga pójdzie i w każdej chwili może kierunek swych kroków odmienić. Spośród ludzi, których wybór, czy też zmiana kierunku marszu miała znaczenie ogólnoludzkie (a w obrębie naszej kultury trudne do przecenienia) – bo za sprawą tego człowieka pewne wartości weszły w świat i w jakiejś części świat ten zmieniły – był Paweł z Tarsu. Nad nim także unosi się odor sanctitis, on jednak nigdy nie przeczył, że wybrał to, co sam kiedyś przeklinał.

Szaweł (zanim przemienił się w Pawła) był dość typowym przedstawicielem nietypowego Żyda w Jerozolimie, żyjącego w czasach rządów cesarza Augusta, potem Tyberiusza, Kaliguli, Klaudiusza i Nerona. W ówczesnej Judei, gdzie Rzym rządzi żelazną ręką, cała (albo prawie cała) ludność zastygła jest w biernym oporze. Okupant – czyli Imperium Rzymskie, w osobie swoich przedstawicieli administrujące wszystkimi ludami w basenie Morza Śródziemnego, także narodem żydowskim w Palestynie – traktowany jest tutaj jako uosobienie wszelkiego zła. Obecność pogan w Jerozolimie, ich język, zapach mięsa na ich rusztach, brzęk ich monet i łopot ich chorągwi, są dla religijnych Żydów zgorszeniem. Tylko świadomość własnej słabości powstrzymuje żydowskich przywódców przed nawoływaniem do zbrojnego powstania. Ale walka z Rzymem wrze podskórnie – hasłem do wojny ma być pojawienie się Mesjasza. Wszyscy wierzą, że z Jego nadejściem w jednej chwili ich los się odmieni. Choć prawie wszystkich Żydów w Judei łączy niechęć dla obyczajów, które uosabia Rzym, to nie brak oczywiście takich, którzy pragną z tym najgłówniejszym wrogiem ułożyć jakiś modus vivendi – czasem kierują tym rachuby polityczne i pragnienie zachowania status quo, bywa też, że stoi za tym zwyczajny koniunkturalizm.

Jednak powszechne przekonania – jeśli nie całej Palestyny, to głównej jej prowincji, Judei – wyraża wpływowe stronnictwo faryzeuszy, toczące walkę (na razie bezkrwawą) ze wszystkim, co nie żydowskie (czyli pogańskie, a więc rzymskie). Dla faryzeusza samo zetknięcie się z poganinem było skalaniem się. Faryzeusze uczynili zapobieganiu kontaktom z nieobrzezanymi i odróżnianiu się od nich na każdym kroku podstawą swego nauczania. Liczni rabbi twierdzili, że jest niedopuszczalne, by uczciwy Żyd kazał uczyć swych synów greki, języka powszechnie wówczas używanego w całym Imperium[i]. Ich zdaniem byłby to przejaw przejmowania obyczajów pogańskich, niemal tak karygodny jak jedzenie wieprzowiny. Najsurowsi faryzeusze w Jerozolimie chodzili ulicami świętego miasta – zawsze pełnego słońca – zadając sobie wiele trudu, by nie padł na nich nawet cień rzucany przez poganina. A wszystko czego on dotknął, było nieczyste. 

A kim jest Szaweł? Szaweł pochodzi z wielkiego miasta hellenistycznego, pełnego posągów i świątyń pogańskich. Tars – miejsce gdzie Szaweł się urodził i wychował – był jedną z kulturalnych stolic ówczesnego świata, a Strabon wymieniał je zaraz po Atenach i Aleksandrii. Szaweł odebrał też hellenistyczne wykształcenie i co może najgorsze – posiadał rzymskie obywatelstwo. To jest nietypowe. Ale też – wyjąwszy może wyjątkowe obywatelstwo (odziedziczone zresztą po ojcu) – takich Żydów, nawet w Jerozolimie, żyje wielu. Działają w Jerozolimie synagogi Cyrenejczyków i Alekasandryjczyków, miejsca kultu Jahwe, gdzie mówi się tylko po grecku.  Wierni słuchający w nich Tory, wychowani  poza granicami Judei, nie znają języka innego niż mowa pogan. Ludzie ci są jednak pobożnymi Żydami, a ich przywiązanie do Tory jest bezprzykładne – najlepszy dowód, że porzucali strony rodzinne, by żyć w cieniu Świątyni, w świętym mieście Jerozolimie. Oni, tak samo jak faryzeusze, wypatrują Mesjasza, aby oczyścił Jeruzalem z pogan (Ps. XVII), których rozgromi berłem żelaznym, roztłucze jak naczynie gliniane (Ps. II).   

Szaweł jest przykładem takiego właśnie Żyda z diaspory – świetnie zna świat poza palestyński, a językiem greckim włada nie gorzej niż cesarscy urzędnicy. Ale jednocześnie zna również hebrajski, przybył do Jerozolimy na studia rabiniczne, ba, jest faryzeuszem, czyli przedstawicielem stronnictwa ortodoksyjnego. Tora była dlań nienaruszalna, a jej przepisy tak samo święte jak dla innych faryzeuszy. Choć wiele jest stronnictw religijnych w Jerozolimie i liczne są interpretacje  przykazań i rytuałów, to nie religia dzieli świat żydowski – linię podziału wyznacza stosunek do kultury nieżydowskiej. Od potępienia, wyrażanego głośno przez rabinów w słowach znanych z Listu Arysteasza, twierdzącego, że Prawodawca zamknął nas w żelaznych ramach Zakonu, abyśmy czyści na ciele i duszy nie mieszali się w niczym z żadnym narodem[ii], po uwielbienie dla niej wyrażane przez pisarzy pokroju Filona z Aleksandrii. Trzeba bowiem pamiętać, że chociaż judaizm I wieku był różnorodny, rozbity na wiele odłamów i frakcji, istniał nienaruszalny rdzeń religii. Z jednej strony był to konsekwentny i radykalny monoteizm, stawiający Boga na wyżynach niedostępności; nawet oczekiwany Mesjasz w powszechnym odczuciu miał być tylko człowiekiem, charyzmatycznym przywódcą, cudotwórcą, ale śmiertelnikiem z krwi i kości. Z drugiej obowiązek zachowywania obyczajów nakazanych przez Prawo, będących do tego Boga jedyną drogą. Szaweł, Żyd z diaspory, a więc obywatel świata, ma nie tylko do religii ale też do tradycji żydowskiej stosunek bałwochwalczy i nie potrafi dzielić włosa na czworo – tego, co kocha, broni stając na pierwszej linii. Najpierw jako młodzieniec i zatwardziały faryzeusz, później jako człowiek w sile wieku i apostoł młodej religii walczący z faryzeizmem.

Na scenie historycznej pojawia się Szaweł jako człowiek wojowniczy. Skłania go może ku temu młody wiek, zapewne nie bez znaczenia jest też świadomość owych helleńskich naleciałości i pragnienie przykrycia ich religijną gorliwością. W każdym bądź razie ortodoksja żydowska jest dlań wtedy największą świętością. Gdy całą Jerozolimą wstrząsa wystąpienie Szczepana i jego zwolenników, Żydów hellenizujących, odmawiających wartości tradycji i przeciwstawiających jej słowa „umęczonego pod Ponckim Piłatem” proroka Jezusa, Szaweł – jak wszyscy faryzeusze – trzęsie się z oburzenia. Możemy tak powiedzieć, bo wszystkie świadectwa o nim dowodzą, że był popędliwy i łatwo unosił się gniewem. Pod piórem Ewangelisty Szaweł odsłania nam się od tej strony od samego początku – po raz pierwszy widzimy go (Dz. Ap. 7, 59), jak bierze udział w samosądzie, będąc w tłumie tych, którzy Szczepana ukamienują. Łukasz powie o tym okresie życia przyszłego Apostoła – dyszał groźbami i pragnieniem mordu przeciw uczniom Pańskim  (Dz. Ap. 9, 1).

Trudno uznać Szawła za jednego z wielu, gdy dokonywał najważniejszego wyboru swego życia był jeszcze młody, ale już wyrastał ponad innych rzutkością i energią, świetną znajomością Prawa, oddaniem wspólnej sprawie. Religijność jego była jednak typowa dla ówczesnych wyznawców zazdrosnego boga Jahwe. Chyba nie zrobimy błędu twierdząc, że spośród ludów, jakie pojawiły się na kartach historii, w kwestii przenikania się religii z życiem naród żydowski nie miał sobie równych. Bo też w ówczesnym judaizmie sankcją religijną związane było właściwie wszystko – wnikliwy badacz obyczajowości Palestyny twierdzi, że: „Tora i jej komentatorzy zabierając głos we wszystkich sprawach życiowych, wyciskają piętno religijne na domu, odzieży, pożywieniu ludzi, jak rządzą stosunkami między ludźmi, w rodzinie, pracy, społeczeństwie, ustalają zarówno ramy wychowania i nauczania, jak środki wyrażania myśli.”[iii] Do dziś trudno znaleźć przykłady pietyzmu dla świętego tekstu podobne tym znanym ze Starego Testamentu. Co prawda Rzymianie również twierdzili – ustami Cycerona – że są najbardziej pobożni,[iv] ale religijność rzymska zawsze pozostawiała swoim wyznawcom wiele swobody, będąc w gruncie rzeczy bardziej narzędziem państwa i jego urzędników, posługujących się nią jako wyznacznikiem obywatelskiej lojalności, niźli przeżyciem wewnętrznym. W czasach, kiedy żył Szaweł, podszyta była też sceptycyzmem, a rodzime bóstwa rzymskie coraz bardziej ustępowały miejsca mnogim bogom ze Wschodu, których w samym Rzymie przyjmowano z otwartymi ramionami.

Mamy więc oto w Szawle przedstawiciela ludu przyznającego religii żydowskiej największą wartość, żywiącego wszystkie przeświadczenia swego narodu o Mesjaszu, który ma być zwycięski i srogi dla nie-Żydów. Niezaprzeczone związki z kulturą helleńską tylko podsycały Szawłową gorliwość i tu zapewne jest źródło jego szczególnej srogości wobec nielicznych jeszcze chrześcijan. Przecież Sanhedryn, starając się zdusić w zarodku ruch chrześcijański, właśnie jego wysyła z listami polecającymi do gminy w Damaszku, by nie szczędził sił w starciu tej heretyckiej grupki z powierzchni ziemi. Szaweł wyruszył. Droga nie była nazbyt daleka, ale na tej drodze się przemienił. W Pawła.

To jedna z największych zagadek chrześcijaństwa i na bardzo różne sposoby starano się dać odpowiedź, dlaczego prześladowca chrześcijan – w jednej chwili – przedzierzgnął się w Apostoła. Nowy Testament podsuwa wytłumaczenie – objawienie się Boga i oślepienie Szawła, a potem napominający głos z nieba. Próbowano jednak wytłumaczyć tę przemianę przyczynami – by tak rzec – naturalnymi. Wybitny  biblista, ks. Edward Dąbrowski, wymienia ich kilka. Mówiono o decyzji dojrzewającej w Pawle od dawna, a podjęcie jej łączono z oddaleniem od Jerozolimy, opowiadano o halucynacjach spowodowanych burzą pustynną pełną błyskawic, która zastała Apostoła u bram Damaszku, podnoszono mistycyzm Pawła, biorącego jakoby doznania wewnętrzne za rzeczywistość, nie pominięto nawet możliwości jego choroby psychicznej.[v] Stajemy przed tajemnicą, zagadką przemiany trudną do zrozumienia.

Kazus Pawła niepokoi. Pokazuje, że człowiek kierujący się ustalonymi przekonaniami, głęboko zanurzony w idee swego narodu, zdolny jest do transformacji, odrzucenia tradycji i całkowitej przebudowy pojęć w krótkim czasie. Szaweł potargał przecież święte więzy swej surowej religii, co naraziło go na szereg upokorzeń, trudów znoszonych przez wiele lat i wreszcie przyprawiło o męczeńską śmierć. Na wszystkie czasy stanie się Paweł zagadkowym symbolem duchowej przemiany, bo nie tylko zaprzeczył tradycji, ale też nienawistnych pogan uznał za braci, a przecież właśnie w nim te dwa światy – świat kultury pogańskiej, który oglądał oczyma dziecka bez miłości i świat miłowanej Tory, którą od najmłodszych lat oddychał – przenikały się od zawsze. Nie sposób zaprzeczyć, że poniżył świat żydowski jak nikt przed nim, odrzucając sakralną wartość Tory, będącej alfą i omegą wszystkich żydowskich myśli, pogan czyniąc godnymi smakowania owoców przeznaczonych dotąd tylko dla Żydów. Nie pytamy o Jezusa, zastanawiamy się, jak to możliwe, że ten sam człowiek znajdował słowa miłości dla tych, dla których wcześniej miał tylko nienawiść, a dla tych, których kochał, zobojętniał.

Chrześcijanie w jego atakach na Szczepana i drapieżności z jaką Paweł wyruszył do Damaszku, dopatrują się typowego dla swoich żydowskich przeciwników zaślepienia i fanatyzmu. Zupełnie podobnie – również jako swego rodzaju zaślepienie – odbierali to Żydzi, dla których stał się Paweł renegatem, farbowanym lisem, zrzucającym skórę potworem. Mamy tu do czynienia ze swoistym archetypem „hańby domowej”, która niejednokrotnie pojawiała się w historii. Ludzie, o których powie Tadeusz Konwicki, że choć  brali udział w zaprowadzaniu w Polsce komunizmu – często wywodząc się ze środowisk wrogich komunizmowi – to po latach okazali się przyzwoici i nie pozbawieni talentu[vi], są podobni do Pawła. Ludzie ci także  daremnie próbowali odpowiedzieć sobie potem, dlaczego uwierzyli, albo dlaczego przestali wierzyć. Czy jest odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiek zdobywa wiarę a potem ją traci, dlaczego odrzuca coś, co uznawał za nienaruszalne, by za prawdę przyjąć coś innego. Jest w człowieku tajemnica, którą łatwo usprawiedliwić podłość. Grząskie piaski lustracji trudno ominąć wchodząc w bagnisty las. Jakże często dzisiejszy lustratorzy, nie będący pierwszymi w oporze w czasach, kiedy do zwycięstwa było daleko, ale dla których dzisiaj wszystko jest jasne, prześlepiają nieracjonalne motywy ludzkich wyborów. Czyż przemiana nie jest w istocie zagadką? Utratę albo zyskanie wiary zawsze otacza tajemnica, a człowiek? Człowiek to trzcina na wietrze własnych myśli. 

Zbigniew Herbert, daleki od tego, by karty historii ostatnich 50 lat w Polsce przewracać w rękawiczkach, niekiedy też nie krył zdziwienia: „Byłem zaskoczony ludźmi, którzy uprawiali socrealizm (…) I nagle spotykam [jednego z nich], sympatyczny, inteligentny, wrażliwy, z poczuciem humoru (…) diabeł wynajmuje wnętrze człowieka, ale nie na stałe.”[vii] Z Pawłem rzecz jest bardziej skomplikowana – dla Żydów diabeł pozostał w nim na zawsze.


[i] Oficjalnie zakaz uczenia się języka greckiego według Talmudu wypowiedziany został przez władze żydowskie dopiero w czasach Trajana. E. Dąbrowski (1953), Dzieje Pawła z Tarsu, Warszawa, s. 601.  Natomiast po zburzeniu Jerozolimy przez Tytusa, faryzeusze nakazywali wszystkim Żydom żałobę i post w rocznicę przetłumaczenia Biblii na język grecki. Tenże (1965), Nowy Testament na tle epoki, Poznań, s. 486.

[ii] Daniel-Rops (1967), Od Abrahama do Chrystusa, Z. Starowieyska-Morstinowa (tlum), Warszawa, s. 368.

[iii] Daniel-Rops (1965), Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa,  J. Lasocka (tłum), Poznań, s. 487.

[iv] A jeśli zechcemy porównać siebie z innymi narodami, dostrzeżemy wprawdzie, że pod wielu względami stoimy na równi z nimi lub nawet niżej, ale w dziedzinie religijnej, to jest w służeniu bogom znacznie je przewyższamy. Cyceron (1960), O naturze bogów, W. Kornatowski (tłum), Warszawa, II, 3, 8.

[v] E. Dąbrowski, Dzieje Pawła z Tarsu, ss. 78 – 88.

[vi] Trzeba zgodzić się z implicite wyrażoną tu myślą, że „ukąszenie heglowskie”  najczęściej dotykało pisarzy artystycznie czy intelektualnie utalentowanych skromnie, a twórcy wielkiego formatu (których wśród „zarażonych” także nie brakowało), pokąd „jad” nie został wypłukany, jakby gubili swój talent, w „chorobie” płodząc dzieła nietrwałe i tuzinkowe.

[vii] A. Bikont i J. Szczęsna (2006), Zaczęło się od „hańby domowej” (w:) Gazeta Wyborcza, 7-8 października

Szlachetne myśli to największy majątek…

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 16 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy kolejny tekst Prof. Jadwigi Mizińskiej. Tym razem na temat szlachetności.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM
Prof. dr hab. Jadwiga Mizińska
Instytut Filozofii UMCS
Lublin

 Szlachetność.
Szlachetne myśli to największy majątek.

Szlachetny człowiek wymaga od siebie. Prostak – od innych.
Konfucjusz

1.    Zapomniane słowa.

Szlachetność – to jedno z wielu słów prawie zupełnie dziś nieużywanych. Można je umieścić na liście takich, wypadłych z obiegu pojęć, jak honor, dobroć, życzliwość, koleżeństwo, lojalność. Rzec by można, iż zostały one ofiarą społecznej amnezji, uległy społecznemu wykluczeniu.

Wittgenstein powiada, że granice języka są granicami naszego świata. Zatem, o ile poza granicami naszego obecnego świata, na banicji znalazły się wymienione wyżej słowa (i pojęcia, a zatem ich sensy), zwęził się on o ten rodzaj doświadczeń i praktyk – jak również wartości- które  one wyrażają i nazywają. Ale ani świat, ani kultura, ani też język, nie znoszą próżni. W „zaoszczędzone” miejsca wdzierają się inne słowa i inne pojęcia, w rodzaju: emocje, agresja, frustracja, sukces, porażka, idol, fan,

Specyficznemu słownikowi tej neo – nowo – mowy przyświeca hasło „nie ma problemu”. Znaczy to, że używający jej osobnicy są gotowi na wszystko, aby odnieść sukces. Kiedy na drodze do owego sukcesu napotykają jakieś przeszkody czy bariery – najczęściej zresztą w osobie konkurenta – „nie widzą problemu”, żeby go usunąć, uznając przy tym wszystkie metody za dopuszczalne. Znamienne, choć zarazem i zdradzieckie jest owo wyrażenie „nie widzę problemu” – kalka z angielskiego „no problem”. Nie oznacza ono bowiem, że owego problemu w ogóle nie ma, a jedynie, że dana osoba ubiegająca się o dane „dobro”, poniekąd świadomie zgadza się na „niedowidzenie”, albo zgoła ślepotę na pewien rodzaj wartości, które właśnie czyniłyby ową sytuację problemową.

W dziedzinie poznawania świata warunkiem powodzenia w przysparzaniu wiedzy jest, akurat na odwrót, zobaczenie, dostrzeżenie i sformułowanie, wysłowienie w postaci pytania – problemu. Podstawową cechę odkrywcy, twórcy a już zwłaszcza geniusza, stanowi właśnie zdolność ujrzenia niewidzialnego. Tam, gdzie dla zwykłych ludzi wszystko jawi się normalne, zwyczajne i oczywiste, „bezproblemowe”, człowiek twórczy potrafi wypatrzeć coś, co go zadziwi: lukę w wiedzy, osobliwość, anomalię, dziwaczność, albo – budzącą zachwyt cudowność. Talent do popadania w zdziwienie, zadziwienie i zachwycenie jest też tym, co powoduje rozwój wiedzy, ale także sztuki.

Z chwilą, gdy niejako na przekór Arystotelesowi, to nie zdziwienie (odkrycie problemu), ale brak zdziwienia (zakrycie problemu) stało się zalecaną normą reagowania na świat: ludzi i zdarzenia, oznacza to ni mniej ni więcej, jak aprobatę dla bezmyślności. Za bezmyślnością, czyli przyjmowaniem wszystkiego, co się wokół dzieje, za „normalkę” (przy czym „normalka” to ironiczna kpina z normy), musi iść odpowiednie zachowanie. Polega ono na przestrzeganiu tzw. poprawności politycznej (względnie społecznej), ta zaś – na kierowaniu się zasadami narzuconymi przez anonimowy trybunał, reprezentujący siły konformizmu i oportunizmu. Interesujące, że dwie te potężne siły przystosowawcze do pseudoaksjologicznego status quo, nie występują pod własnymi imionami. Zostały one zakamuflowane  słowem „poprawność”, które tradycyjnie kojarzyło się z przeciętnością, pospolitością i miernotą.

Wszystkie te znane wcześniej, ale obecnie awansowane do rangi cnót, pojęcia obsługują mentalność  ludzi, którzy uznali za naturalne i bezdyskusyjne swoje uczestnictwo w „wyścigu szczurów”. Człowiek – Szczur, zamiast Kamiennych Tablic wyznaje Listy Rankingowe.. Są one specjalnie tworzone dla każdej dziedziny i płaszczyzny życia : począwszy od „najpiękniejszych dziewcząt”, poprzez „najpopularniejsze zespoły muzyczne”, „najmodniejsze powieści”, polityków będących „na topie”, aż po „najnowsze kierunki filozoficzne”.

Całkiem oficjalne istnienie i funkcjonowanie takowych „List Rankingowych” świadczy, po pierwsze, o swego rodzaju moralnym obowiązku (czy wprost przymusie) włączania się do systemu rywalizacji i konkurencji (bezlitosnej, albowiem przegrani stają się publicznie niewidzialni), po wtóre – o zupełnym zanegowaniu wartości tego, co oryginalne, niepowtarzalne, unikatowe. Ktoś, kto prezentuje talent nie ujęty w aktualnie funkcjonujące Listy, nie liczy się, jest przezroczysty dla masowej kultury, zostaje przez nią jak gdyby unicestwiony.

Kultura masowa -wyrażenie będące skądinąd oksymoronem, jako że istotą kultury jest struktura piramidalna i hierarchiczność – wyrzuca, usuwa z pola swojego widzenia to wszystko, co masowe ze swej natury stać się nie może.
Nie może stać się masową także szlachetność, jako że jest ona najwyższym wykwitem wartości wyższych.

2. Kultura i dzikość.

Muzykolodzy i historycy muzyki pamiętają, iż w średniowiecznych dziełach muzycznych używano dwóch następujących łacińskich określeń, będących wskazówkami dla wykonawców: nobiles oraz viles. Pierwsze oznaczało nutę „szlachetną”, czyli taką, którą w wykonaniu dzieła należało wyróżnić, drugie natomiast – nutę „nikczemną”, podporządkowaną tej pierwszej. Zatem nawet pośród nut obowiązywała hierarchia, i to bardzo szczególna, zapewne przeniesiona z życia społecznego. Opisywał ją właśnie kształt piramidy, budowli, która ufundowana była na szerokiej kwadratowej podstawie, a zwężające się do góry trzy jej ściany spotykały się u góry, tworząc wspólnie wierzchołek. Było to miejsce szczytowe i zarazem punktowe. O ile u podstaw piramidy mogło się mieścić wiele (rzeczy, osób, wartości), o tyle szczyt zarezerwowany był dla Jednego, Najwyższego. Pomiędzy podnóżem a szczytem piramidy mieściły się poszczególne, ułożone jedna nad drugą warstwy, każda kolejna, licząc od dołu do góry, była coraz węższa, zarezerwowana dla mniejszej ilości hierarchizowanych bytów.

Piramida jako wytwór architektoniczny stanowiła zarówno realną budowlę, jak też wzorzec budowania społecznej, kulturowej, umysłowej, moralnej i duchowej  hierarchii. Warto dodać, iż oprócz harmonijnego i doskonałego estetycznie kształtu, posiadała także tajemnicze i magiczne właściwości. Złożone w jej wnętrzu przedmioty zachowywały się zgoła inaczej niż na zewnątrz. Żyletki same się w niej ostrzyły, mięso pozostawało świeże. Współcześnie zostały również odkryte lecznicze właściwości wnętrza piramidy.
Szlachetność, cecha nieodzownie sprzęgnięta z rycerskością, stała się też naczelną wartością takiej hierarchicznej kultury. U jej podłoża –nikczemność.

Kultura, w swym etymologicznym sensie, jaką nadali jej starożytni Grecy, miała być takową piramidą wszelkich wartości. Opierała się na odróżnieniu „Greków” i „barbarzyńców”, czyli tych, którzy te wartości znają, respektują i uprawiają oraz tych, którzy są ignorantami na nie całkiem ślepymi. Grecy pogardzali barbarzyńcami, mieli ich za nieokrzesanych dzikusów. Swoją wyższość Grecy upatrywali w tym, że posługują się siłą ducha, której nośnikiem była sztuka, filozofia posługujące się skomplikowanym językiem symboli przemawiających do intelektu, wyobraźni i uczuć wyższych; barbarzyńców widzieli jako tych, którzy używali jedynie siły fizycznej, nie mając dostępu do tej pierwszej. Przeciwstawienie to można wyrazić jeszcze inaczej, jako opozycję mocy ducha i przemocy fizycznej. Pod pogardliwym stosunkiem „kulturalnych Greków” do „prymitywnych barbarzyńców” kryło się dodatkowo pewne założenie, które warto ujawnić i przywołać szczególnie dziś, kiedy to cywilizacja konsumpcyjna cywilizacja oraz będąca jej wykwitem kultura masowa. niejako wywindowała na szczyt nowoczesne barbarzyństwo. Polegało ono mianowicie na tym, iż kulturę należy bez ustanku uprawiać, tak jak pole czy ogród, podczas gdy dzikość w człowieku pleni się sama z siebie niczym chwast. Zatem człowiek kultury cały czas musi żyć w napięciu i czujności, strzegąc, ochraniając i broniąc wartości duchowych, odziedziczonych po szlachetnych przodkach, barbarzyńca natomiast, kierujący się żądzami, impulsami i przypadkowymi bodźcami, nie stawia sobie żadnych wymagań poza chęcią zaspokojenia doraźnych potrzeb.

Chwytliwe współczesne hasło „życia na luzie”, „bycia wyluzowanym”, daje prymat temu, co przyjemne, łatwo dostępne, nie wymagające wewnętrznego wysiłku. Jeśli na przeszkodzie do jego zdobycia stają inni ludzie ze swoimi, podobnymi potrzebami, wówczas dopuszczalne jest, aby wydrzeć mu dane „dobro” siłą czy podstępem. Cywilizacja konsumpcyjna zawiera zatem w sobie swoistą konsumpcyjną paideę. Streszcza się ona w zasadzie „anything goes”- wszystko jest dozwolone, o ile przysparza jednostce materialnych, prestiżowych czy zmysłowych satysfakcji. Zasada ta jest w gruncie rzeczy anty – przykazaniem; niczego nie zabraniając, zarazem usuwa wszelkie nieprzekraczalne granice, jakimi  żydowski Dekalog i grecka Kultura obudowywały człowieczeństwo przeciwko dzikości w człowieku. Nie przypadkiem jednym z „kultowych” współczesnych filmów okazała się Dawida Lyncha „Dzikość serca”. Tytuł ten wydaje się być trafną diagnozą naszych czasów, które ową dzikość serca dopuściły do głosu wraz z rozpasaniem żądzy używania.

Tym samym, na margines zostały zepchnięte dawniej promowane, najwyżej cenione i podziwiane postawy, będące wcieleniem zwycięstwa nad dzikością, a noszące zapomniane miano szlachetności. Słowo to, kojarzące się ze szlachectwem i szlachtą, przywołuje natychmiast, jako swoje rozwinięcie i uzupełnienie – wyrażenie zobowiązanie. Noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje, powtarzali nasi przodkowie, tym samym dając wyraz temu, iż bene nati„wyższe urodzenie” nie jest powodem do wynoszenia się ponad tych, którym los wyznaczył niższe miejsce urodzenia, ale na odwrót, powinnością opiekowania się nimi.

Stan rycerski, który w średniowieczu utożsamiał się z tym obowiązkiem, pozostawił po sobie tradycję rycerskiego zachowania. Jego podstawowym rysem było stawanie w obronie słabszych, uciśnionych a bezsilnych, po to, aby zadośćuczynić istocie Kultury, czyli uprawiania wartości człowieczeństwa, skumulowanych we wrażliwości na cierpienie, krzywdę drugiego, niesprawiedliwość. Rycerz czuł się zobligowany do czynnego stawania po stronie skrzywdzonych i poniżonych, a mówiąc dzisiejszym językiem – wykluczonych. W ten sposób społeczeństwo zapewniało równy udział w wartościach wyższych, duchowych. Ci, którzy mieli do nich łatwiejszy dostęp z racji urodzenia i wykształcenia, bronili do nich prawa „niżej urodzonych”, upominając się o nie mieczem.

Don Kichot, ośmieszony przez Cervantesa, spóźniony „błędny rycerz”, mimo całej swej groteskowości, zyskał przywiązania Sancha Pansy. Wierny giermek zapewne intuicyjnie potrafił odczuć i docenić szlachetne, aczkolwiek nietrafnie ukierunkowane intencje swojego pana.

3. Człowiek szlachetny – współczesny Don Kichot ?

    Jeśli przystać na zaproponowaną przez Stefana Symotiuka definicję kultury jako przewagi bezsiły nad siłą (do czego ja dodałabym: odwoływania się do mocy ducha zamiast do przemocy), to z żalem wypada stwierdzić, iż „kultura masowa” z genetycznie jej wrodzonym populizmem, stanowi jej zaprzeczenie. Co więcej, wiedzie do degradacji i niszczenia Kultury pisanej dużą literą, Kultury Duchowej.

Zdaniem E. Fromma, każda epoka wytwarza adekwatny dla siebie typ osobowości, umożliwiający jej trwanie i realizację specyficznego dla niej systemu wartości. Twierdzenie to można zilustrować przywoływanymi już przykładami starożytnego „kulturalnego Greka”, średniowiecznego „ szlachetnego rycerza”, a z bliższych nam czasów „osobowości autorytarnej” czy „homo sovieticusa”. Wcielają one różne wersje bycia człowiekiem. W trakcie swego trwania każdy z owych wzorów wydaje się być właściwy i bezalternatywny, jednak po upływie czasu podlega moralnej ocenie. Jedne z nich zostają przez historię ocenione jako godne pochwały i podziwu, inne – zostają potępione i napiętnowane. Oznacza to, że pod warstwą tego, co historycznie zmienne, determinowane doraźnymi warunkami ekonomicznymi, politycznymi i społecznymi, zalega mimo wszystko warstwa wartości sprawdzonych i trwałych, zapewniających kontynuację bytu ludzkości jako całości.

„Błędni rycerze”, którzy wbrew aktualnym trendom i modom, trwają przy takowych uniwersalnych wartościach człowieczeństwa, są tymi, którzy niejako ponad niesprzyjającym czasom przenoszą je z pokolenia na pokolenie. Istnieje też jakaś szczególna siła…, która dba o to, aby nie zabrakło ich, choćby w minimalnej liczbie, w każdej epoce.

Również dzisiaj, kiedy panoszy się „paradygmat Chama”, czyli tego z synów Noego, który szydził z własnego ojca, zdarzają się pojedyncze osoby, które potrafią się mu oprzeć i czynnie przeciwstawić. Zdaję się tym samym potwierdzać nieco żartobliwą diagnozę Adama Mickiewicza, który w „Panu Tadeuszu” istnienie trzech stanów wywodzi od trzech synów budowniczego Arki: Żydów od Sema, chłopów od Chama, szlachty – od Seta. Szlachcie, potomkom Seta przyznaje też poeta „władzę nad obiema”.

Jakkolwiek szlachta w znaczeniu społecznej warstwy została zniszczona, przecież do dziś zachowała się arystokracja zarówno w sensie urodzenia i pochodzenia, jak również – w sensie przenośnym: arystokracji ducha. Dostęp do niej nie jest wyznaczony genami, ale pozostaje kwestią wyboru i.. oporu. Oporu przed łatwizną i prymitywizmem tego wszystkiego, co narzuca się nam jako dyktat mody – także „mody aksjologicznej”. Obecnie dominuje moda na niewrażliwość, bezduszność, egoizm, streszczająca się w powszechnym narcyzmie. Narcyz, to mitologiczna postać pięknego młodzieńca zapatrzonego z zachwytem we własne odbicie w zwierciadle stawu. Idąca śladem Narcyza „kultura masowa”, zapomina jak gdyby o tym, że jej idol zmarł wskutek owego zapatrzenia się w samego siebie; zmarł z głodu, podobnie zresztą, jak i jego mitologiczny „kolega”, Midas, który zapragnął, aby wszystko, czego dotknie, zamieniało się w szlachetny ale niejadalny kruszec – złoto. Narcyz, rękę z Midasem, dwaj głupcy z oślimi uszami, wyznaczają też główny szlak cywilizacji konsumpcyjnej.
Mimo wszystko, trafiają się i dziś Błędni Rycerze; ludzie, którzy są zdolni iść pod prąd tym straceńczym tendencjom.

Na dwóch sąsiadujących ze sobą stronach „Gazety Świątecznej” z dnia 23lutego 2008 r można znaleźć tego świadectwa:
O Stanisławie Dygacie:
Joanna Szczęsna „Wychował się na westernach”;
Dla Markuszewskiego, Dygat to był ktoś., kto przeniósł zasady XX-lecia międzywojennego przez okupację, kto uczył pewnego stylu: honoru, lojalności, przyjaźni. Uważał, że pewnych rzeczy dżentelmen nie robi. Nie wykonywał gestów heroicznych, ale umiał znaleźć sposób, by być wiernym sobie. Jak pisał o nim Kazimierz Brandys, „był jednym z chłopców w przedwojennej kolonii Staszica (osiedle willowe w Warszawie), którzy w szkole czytali powieści Karola Maya”, Kiedy jakiś partyjny aparatczyk spytał go, dlaczego podpisał się pod Listem 34-pierwszym w PRL-u zbiorowym protestem pisarzy i uczonych – odpowiedział: „Bo zostałem wychowany na westernach”.

O Tomaszu Węcławskim (który wystąpił z kościoła katolickiego . m. in. pod wpływem sprawy Petza)
Katarzyna Wiśniewska, Teolog apostata.
– On ma w sobie wyolbrzymioną do potęgi empatię, nie może znieść, gdy komuś dzieje się krzywda. To wrażliwość emocjonalna, ale też moralna. Ich połączenie tworzy mieszankę wybuchową. I może wpędzać w kłopoty – mówi jeden z jego znajomych.

Wpędziła. Gdy w roku 2001 „Fakty i Mity” ujawniły skandal wokół osoby abp. Juliusza Petza, który molestował seksualnie kleryków, znalazło się w Poznaniu tylko dwóch księży, którzy bez ogródek mówili o winie arcybiskupa – ks. Jacek Stępczak, redaktor „Przewodnika Katolickiego” i ks. Węcławski. Tyle, że ten pierwszy zmienił zdanie i odwołał swoje słowa na temat abp. Petza.

A ks. Węcławski udziela „Tygodnikowi Powszechnemu” wstrząsającego wywiadu, w którym nie tylko potwierdza zarzuty wobec arcybiskupa, ale wskazuje na ludzi Kościoła, którzy skandal starali się zatuszować, m. inn. poznańskich biskupów pomocniczych. Wkrótce potem stracił stanowisko dziekana Wydziału Teologicznego UAM.

To tylko dwa przykłady. Ale można by ich odnaleźć o wiele więcej, gdyby równolegle z fascynacją skandalami, odrodziła się fascynacja szlachetnością, która właśnie zajmuje się piętnowaniem skandaliczności, będącej synonimem innego, również obecnie wykluczonego pojęcia: nikczemność.

4. Szlachetność jako mierzenie się z nikczemnością.

Powróćmy do  metafory muzycznej; odróżnienia i wzajemnego ustosunkowania dwóch rodzajów nut: szlachetnych i nikczemnych i przypomnijmy, iż w muzyce występują tak jedne, jak drugie, ale te drugie muszą być podporządkowane tym pierwszym.
Mówienie o szlachetności w odniesieniu do ludzi ma sens tylko wtedy, gdy z konieczności mamy do czynienia z jej opozycją.
Tak, jak Człowiek Kultury ma za swe tło Barbarzyńcę, podobnie Człowiek Szlachetny – Nikczemnika.

Nikczemność to odwrotność Szlachetności. Nikczemnik to jednostka podporządkowana wyłącznie własnym chuciom i żądzom, nie znająca umiaru ni hamulców w ich zaspokajaniu. Wszystko dla niego jest wyłącznie środkiem, włącznie z wszystkimi ludźmi, którzy stają na jego drodze do użycia. Depce i niszczy wszystko i wszystkich, byle dopiąć własnych celów, żadne pobudki nie są dla niego zbyt niskie, żeby się nimi kierować, Jest jak taran czy walec drogowy: silny swoją pożądliwością, bezwzględnością, bezdusznością. Jego dewizą jest przemoc i gwałt, również na życiu innych ludzi. Nierzadko posuwa się do morderstwa, jeśli nie fizycznego, to psychicznego. Sam jest bowiem moralnie martwy, sfera aksjologiczna jest u niego pusta. Nicość nie może znieść pełni, pragnie ją unicestwić.

Nikczemnik nie jest po prostu człowiekiem złym, jest człowiekiem pustym, opustoszonym z człowieczeństwa. Jako tego rodzaju typ występował w dziejach zawsze, dając asumpt Borgisowi do napisania „Krótkiej historii ludzkiej nikczemności”. Syn Chama, kontynuuje ród Noego, tak samo, jak drugi z jego synów, Set.
Spośród pierwszych, ziemskich synów Adama i Ewy, po zabójstwie Abla ostał się Kain,

Po Potopie, który był niejako „poprawką „ ze stworzenia świata, przeżyli wszyscy synowie Noego. Ich potomkowie uznają się równie godnymi jego następcami, ale trwa między nimi walka. Nikczemnicy usiłują wytępić szlachetnych, ale szlachetni nie pozostają bezbronni. Nie mogą się oni jednak dopuścić nikczemnych sposobów walki z nikczemnikami.
Powstaje więc pytanie, jakimi dysponują narzędziami, aby co najmniej ochronić się przed ich podłością, bezczelnością, tupetem i bezwzględnością.

Agatha Christie, słynna autorka powieści kryminalnych, w swojej autobiografii przyznaje, że była zafascynowana nikczemnością, ale w kontekście jej nieuchronnego pokonania przez to, co szlachetne. Z ubolewaniem stwierdza, iż obecnie także powieść kryminalna odeszła od pierwowzoru: opisuje nikczemność dla niej samej.
Zastanawia się pod koniec życia, jak się uporać z nikczemnikami:

Co zrobić z osobnikami zarażonymi bakcylem okrucieństwa i nienawiści, z tymi, dla których ludzkie życie nie przedstawia żadnej wartości? Często pochodzą z dobrych rodzin, otrzymali dobre wykształcenie, mieli dobre widoki na przyszłość, a jednak są, mówiąc najprościej nikczemni. Czy istnieje lekarstwo na nikczemność? Jak ukarać zabójcę ? Z pewnością nie dożywotnim więzieniem – to bardziej okrutne aniżeli kubek cykuty w starożytnej Grecji. Bodaj najlepszym rozwiązaniem, jakeśmy w ogóle znaleźli, była deportacja. Bezkresna głusza, zaludniona tylko najprymitywniejszymi istotami, gdzie da się żyć w prostszych warunkach.

Co tu kryć, cechy uważane dzisiaj za wady, niegdyś uchodziły za zalety. Bez okrucieństwa, bezwolności, bez absolutnego braku miłosierdzia człowiek pewno by nie przetrwał, prędko zniknąłby z powierzchni ziemi. Może dzisiejszy nikczemnik to wczorajszy zwycięzca. Wówczas był niezbędny, owszem, lecz teraz wyłącznie stwarza zagrożenie.

Jedyną nadzieję uparuję w wyroku skazującym takie indywiduum na przymusową służbę dla dobra całego społeczeństwa. Przestępca mógłby, na przykład, wybierać między kubkiem cykuty a poddaniem się eksperymentom medycznym. Wiele dziedzin wiedzy, a już zwłaszcza medycyna, potrzebuje do badań materiału ludzkiego: zwierzęta nie wystarczą. Na razie to sam naukowiec, sam badacz ryzykuje własne życie, lecz przecież mogłyby istnieć ludzkie króliki doświadczalne –skazańcy, którzy dobrowolnie zamieniliby śmierć na określonej długości eksperyment, a gdyby przeżyli, odkupiliby tym sposobem swoje winy i wrócili na wolność, już bez piętna Kaina na swoim czole.

Niewykluczone, że nic by się w ich życiu nie zmieniło. Powiedzieliby tylko: – No, mam szczęście, tak czy siak mi się upiekło. – Z drugiej strony fakt, iż społeczeństwo coś im zawdzięcza, wcale nie musiałby przejść bez echa. Nie należy spodziewać się zbyt wiele, ale troszkę zawsze można. Przynajmniej dałoby się przestępcy szansę dokonania czegoś wartościowego i uniknięcia zasłużonej kary. Reszta już by zależała od niego. Czyby nie zaczął żyć inaczej? Czy wręcz nie czułby pewnej dumy?
Jeżeli nie, niech się Bóg nad nim zlituje.”
(Agatha Christie, Autobiografia., tom II, przeł. Magdalena Konikowska, Racocki i s- ka. Poznań 1994, s. 224- 225)

Powtórzę za Agathą Christi: Niech się Bóg nad nimi zlituje. Ten, w którego istnienie oni sami nie wierzą.

………………………………………………………………

  

Jaki jest koń? – Każdy widzi po swojemu…

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Rozmowy by staniszewski on 13 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy fragment obszernego wywiadu, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z Prof. Jadwigą Mizińską.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM

L_M_CB


 Z prof. dr hab. Jadwigą Mizińską (UMCS) rozmawia Łukasz Marcińczak

 

Chciałbym jeszcze zapytać o fenomen wiary – też o tym często myślę, bo wiara jest światłem dzieciństwa i bardzo często bywa światłem późnej starości. Bardzo wiele osób, które straciło łaskę wiary (zakładając, że jest to łaska udzielana dzieciom, wszystkim bez wyjątku) w późnej starości wracają do Boga.  Nie chodzi mi o rodzaj jakiegoś egzystencjalnego konformizmu, o to, że jak trwoga to do Boga, bo na przykład mój wujek, major lotnictwa powojenny, który w życiu może w kościele nie był, teraz mając lat osiemdziesiąt kilka, parę razy w tygodniu jest w kościele- i jest szczery w tym, nauczył się modlić. Ten fenomen wiary jest wprost niesłychany, jakoś może podobny temu zjawisku, gdy fizycy, coraz bardziej zgłębiając pustkę wszechświata, zaczynają wierzyć w istnienie Boga. I podobnie filozofowie, w powszechnym odczuciu niedowiarkowie przecież, zdają się predestynowani wręcz do tego, żeby odrzucać to, co jest istotą wiary, czyli jej irracjonalizm. Bo czy wiara jest mądrzejsza i głupsza, wiara prostaczków (dla których stworzono Biblię pauperum) i wiara mędrców (dla których pisze książki ks. Heller)?

Drogi Łukaszu, mimo, że pytanie o sztukę i pytanie o wiarę potraktowałeś odrębnie, w gruncie rzeczy to poniekąd ten sam problem. Nadrzędnym dla sztuki i wiary jest moim zdaniem sens. Zawierający się w pytaniach „po co to wszystko”, ‘o co w tym wszystkim chodzi” , które same cisną się na usta szczególnie wtedy, gdy ludziom „wszystko  się wali” i gdy „ziemia usuwa się im spod stóp”.  Wtedy właśnie, kiedy to, co wydawało się najbardziej stabilne i niezawodne – ziemia pod stopami zawodzi, rozglądamy się rozpaczliwie za czymś, co jest ponad nią, w górze, w Niebie. Nad nami. Być może, po to właśnie przydarzają się nam wszystkim kryzysy czy wprost katastrofy; żebyśmy poszukali punku przyczepienia gdzie indziej. Mimo bowiem pionowej postawy, raczej rzadko zadzieramy głowę, by spojrzeć w Niebo, raczej patrzymy pod nogi i wokół, żeby się nie potknąć i ustrzec nieprzyjaciół z  boku lub z tylu.

Co prawda, niekiedy poszukując ratunku w Górze, dostrzegamy tam wyłącznie „Kamienne Niebo”, ale i to jest duchowym zyskiem w porównaniu z widzeniem wyłącznie horyzontalnym. Przez „Niebo” rozumiem tu wartości inne, aniżeli tylko utylitarne, praktyczne, prowadzące do natychmiastowych  i przeliczalnych korzyści.

Skąd w ogóle człowiek ma tę „matrycę”, skąd mu przychodzi do głowy, żeby ją czasem „zadzierać w górę”?

Bardzo mi się podoba Twoja podpowiedź, że wiemy to od Dziecka, które nami niegdyś było, i które nigdy nas nie opuszcza, chociaż staramy się go wyrzec w miarę dorastania i „mądrzenia”. Sądzę, że nauki o człowieku, w tym, niestety, również filozofia, zasadniczo dotąd nie rozpoznały roli dziecięctwa (które należy odróżnić od dzieciństwa). Poza nielicznymi wyjątkami, na czele z Januszem Korczakiem, autorem pracy o zastanawiającym tytule „Kiedy znowu będę dzieckiem”). Otóż, dziecięctwo to nie po prostu etap, stadium w cyklu życiowym, wydzielonym na podobnej zasadzie co młodość, dojrzałość, starość. Dziecięctwo – to pewien status, kondycja, modus istnienia, która przydarzyć się może w różnym wieku: zarówno w dzieciństwie, ale też w dorosłości i starości. Polega ona na ufności. Na głębokim i bezwzględnym zawierzeniu  Bytowi, jakkolwiek byłby on każdorazowo pojmowany.

Najogólniej, na poczuciu, że jestem „Dzieckiem Wszechświata” i, jak głosi Dezyderata, że „nie mniej niż drzewa i gwiazdy, mam prawo być tutaj”.  Jest to, innymi słowy,  poczucie przynależności do Całości, miłość do niej oraz – duma z tego faktu.

Wiara w istocie nie jest niczym innym, aniżeli takim ogarnięciem przez Wszechświat. Imiona, które ludzie nadają Transcendencji, czemuś od siebie szerszemu, wyższemu, ale macierzystemu, są mniej ważne. Nawet nie muszą to być imiona boskie. Niektórzy filozofowie religii, porównując ze sobą różne wierzenia, wolą mówić o pisanej dużą literą Rzeczywistości, która otacza i obejmuje zwykłą rzeczywistość.

Lubię pewną myśl, którą sobie skądeś zapożyczyłam, że Dziecko, jeszcze nim pojawi się ucieleśnione na ziemi, spoglądając na nią z tamtej Rzeczywistości, wybiera sobie samo na rodziców tę oto kobietę i tego oto mężczyznę.  Ma do odegrania w dramacie ludzkości określoną rolę, i przygotowuje się do niej z góry. Przebywając w zaświatach (do których potem ma powrócić jako do wiecznej ojczyzny),  osobiście w nich uczestnicząc, nie ma nawet możliwości powziąć wątpienia w ich istnienie. Dziecięca wiara, to właściwie – dziecięca wiedza.

W trakcie ziemskiej wędrówki, ucieleśniona, „uziemiona” dusza, natyka się na okoliczności, które mogą jej tę wiarę zachwiać, albo zgoła odebrać. Nie ma w tym nic złego ani „grzesznego”. Transcendencja ceni Immanencję, pozwala, by człowiek zmierzył się z próbą egzystowania na własny rachunek, na własny koszt. Mądry rodzic pozwala dorastającemu potomstwu na ćwiczenia z samodzielności i autonomii, nawet je czasem prowokuje. Zarazem jednak bacznie obserwuje, jak ono sobie radzi. Powiedzenie „jak trwoga, to do Boga”, według Ciebie  i wielu innych) dowodzące konformizmu, w moich oczach  jest nie tylko prawdziwe, ale świadczące o pięknych relacjach między Rodzicem a Dzieckiem. Ludzkie dziecko (również dorosłe) także na życiowych zakrętach powraca do domu i pyta o radę rodziców, zyskując co najmniej pocieszenie. Dom, rodzice – to wszak fundament, oparcie, źródło poczucia bezpieczeństwa.

 

7 lutego 2009 piszesz tak:

       Żyjemy w demokracji, o której mówi się, że wszystko w niej wolno – oczywiście nie wolno wszystkiego, ale wolno szukać własnej recepty na szczęście (które nie jest reglamentowane), na samorealizację.  Pluralizm poglądów (wolność mówienia i myślenia wszystkiego, jak nie w jednej gazecie, to w innej) przenosi się także na sprawy ducha, w przeszłości – nawet stosunkowo niedawnej –  ci,, którzy poszukiwali jakiejś formy duchowości (szukając szczęścia, prawdy, sensu albo wolności) zwykle znajdowali ją,  bo kto szuka ten znajdzie, a nie było jeszcze „wolnej konkurencji”) w Kościele katolickim. Dziś, zwłaszcza my w Lublinie, wysuniętym na wschód bardziej niż Kraków, Warszawa czy Poznań, możemy zaczerpnąć żywej wody z przebogatej tradycji Prawosławia, ze skarbca myśli naszych starszych braci w wierze, Żydów, możemy też poświęcić się Zen, wstąpić do Hare Kriszna albo do Zielonoświątkowców. Są też (wreszcie na równych prawach z ortodoksami, jak przesławny w Lublinie Akwinata choćby) wspaniali heretycy, ci którzy w żadnej religii instytucjonalnej do końca się nie mieścili- wszyscy ci jurodiwi, szaleńcy boży. Czym kieruje się Pani Profesor na bliskiej przecież Pani ścieżce transcendencji?

Tak, to niezwykle trudna (i cudna) sprawa; demokracja w sprawach ducha. Ale czy nowa?  Chyba nie całkiem, skoro chyba zawsze, odkąd wydzielono „ortodoksję” zaraz pojawiali się „heretycy”, czy też na odwrót, pojawienie się nieco tylko inaczej wierzących nakazywało okopywać się w twierdzach prawomyślności. To były jakieś początki pluralizmu, najpierw jako wewnętrznego dualizmu w kwestiach wiary. Ostatnio, gdy wraz z globalizacją, rozmyciem granic, multikulturalizmem, nieograniczonymi wędrówkami „biegunów”  po całym globie  dochodzi do zetknięcia się  twarzą w twarz ludzi z odległych dawniej duchowych kontynentów, zjawisko to nabiera intensywności. Pojawia się również Rynek Religijny z obfitością wszelkich, starych i nowych wiar. Stykają się one ze sobą, ciekawią sobą nawzajem, czy wprost fascynują. Każdy, komu niewygodnie w tradycyjnym kostiumie wiary swoich przodków, może przymierzyć inny, czy po prostu się w niego przebrać. A jak dobrze leży, jest wygodny i twarzowy, to go używać. Nie widzę w tym nic gorszącego, przeciwnie, jest to zjawisko ożywcze i bez względu na wszelkie podejrzenia o sztuczność czy płytkość takich konwersji, lepsze to niźli dzika wierność fundamentalizmowi, który żąda głów za zdradę naszego, a tym samym jedynego i „prawdziwego” Boga.

Religie, które dzisiaj żądają wyłączności i absolutnej lojalności, są w jakiś sposób anachroniczne, spóźnione w stosunku do czasu. Ponadto, żądając ortodoksji, bezwzględnej wierności „naszemu Bogu”, i surowo  karząc za odstępstwa, tym samym dają wyraz lękowi, że On sam nie jest dostatecznie pociągający. Zapędzanie wiernych do świątyni, siłą bądź szantażem, nie tylko przeczy przyciągającej mocy sacrum, ale też jest sprzeczne z samą istotą wiary. Wiara pojawia się, rozwija i umacnia w pełnej wolności, podobnie jak i jej pokrewna miłość. Albo się wierzy z głębi duszy, spontanicznie, wskutek czy to szczęścia czy łaski, albo nie. Wiary nie można wyrozumować, wymusić zewnętrzną, czy nawet wewnętrzną presją. Nie da się w nią nikogo wpędzić, jak też – z niej wypędzić. Powtórzę analogię z miłością. Nie pojawia się ona na zamówienie, nie da się jej zaprogramować, trudno też ją w sobie, jeśli już jest, stłamsić czy zabić.

Wiara i miłość są tajemnicą, spadają na człowieka bez pytania, bez przyzwolenia i tak samo, bez udziału jego woli, mogą zniknąć. Mówię tu o wierze i miłości jako intymnym i wszechogarniającym doświadczeniu, a nie o rytuałach i ceremoniach, jakie je tylko udają, nierzadko maskując ich brak.

Jeśli tak patrzeć na te sprawy, to świadome wybieranie  rodzaju religijności na Rynku Religii  wydaje się być jedynie udawaniem, naśladowaniem zewnętrznego sztafażu. Znowu: tak, jak wybieranie obiektu miłości. Wiara jest kwestią relacji z Transcendencją, nie ma tu miejsca na całkiem wolne wybory, przymiarki, kaprysy, zwroty niesatysfakcjonującego kostiumu, To raczej my zostajemy wybrani, niekiedy wprost rażeni boskim wyborem. Przyjrzyjmy się słowu „powołanie”. To nie jest zwyczajne za-wołanie: przyjdź do mnie! Bardziej przypomina pobór do wojska; nie można się wycofać, wykupić, wykręcić. Ksiądz – poeta, Jan Twardowski wspomina, że on sam nigdy nie planował zostać duchownym (ani też poetą). Jedno i drugie na niego spadło, nie potrafił się wymówić ani od kazań, ani od wierszy. Powiesz: ale to odnosi się do duchownych właśnie, to jest do „funkcjonariuszy kultu”, jak pisało się w rubryce sowieckiego paszportu. Tak, to najbardziej spektakularne, ale w gruncie rzeczy duchowni to tylko szczególny przypadek duchowych, czyli wszystkich pozostałych. Nie znaczy to, że utożsamiam osoby duchowe, czy raczej  uduchowione  z wierzącymi, broń Boże! Każdy człowiek nosi w sobie potrzebę religijną, która według Fromma jest „potrzebą oddania i czci” wobec czegoś, co nas przerasta. Dla jednych to Bóg (Jahwe, Allach. Atman …), dla innych – drugi człowiek, pieniądz, sława m sukces itp.

Mannhaim pisze, że człowiek to istota transcendująca siebie. Transcendować – to wychodzić poza siebie ku; ku Komuś, ku Czemuś, Znaczyłoby to, iż nikt nie potrafi „zmieścić się w sobie”, musi się z siebie wychylić, wypłynąć, natknąć i zmieszać z czymś –kimś, kim sam nie jest. Czyli – wymagamy dopełnienia. Aby się spełnić, trzeba  się dopełnić.  Od innej strony patrząc: człowiek to istota nieszczelna, niedomknięta, i bynajmniej domknięcia nie pragnąca- stąd lęk przed samotnością.

Problem: czym się dopełniać i uzupełniać, aby ta pobrana skądinąd reszta pasowała do całości, nie odstawała, nie raziła? Dlatego ciągle poszukujemy nie tylko  platońskiej drugiej połówki, ale też – drugiego wymiaru, drugiej przestrzeni.

Obecna podaż religijnej „gotowizny” jest dość zwodnicza. Widać to wyraźnie pod doświadczeniach ruchu New Age-u, który doprowadził do powstania wielkiej ilości religijnych i quasi-religijnych hybryd.

Prekursorami byli tu hipisi, wyprawiający się w stronę Indii, Nepalu, Pakistanu w poszukiwaniu ekscytujących przeżyć i doznań. Pokolenie dzieci- kwiatów zapłaciło za te przygody i eksperymenty  ogromny haracz. Uganiając się za sposobami  i środkami poszerzania wyobraźni, rozwierania bram świadomości i zmysłowości,  doznawania rozkoszy, liczni z nich popadali w narkomanię i wyniszczające choroby.  Nierzadko przypłacali to życiem, stając się  przez to swoistymi męczennikami wolności – wolności od wszelkich powściągów.  Jak każda rewolucja, tak i ta: obyczajowa i światopoglądowa, ale  też „behawioralna”, zjadała swoje dzieci.

Tymczasem autentyczna religia, jak i autentyczna miłość, to właśnie zobowiązania, ograniczenia i samoograniczenia.

Spójrzmy na samo słowo „wiara”. Wierzyć w coś, to temu zaufać, zawierzyć, ślubować „i nie opuszczę cię aż do śmierci”. Wiara nie może więc być kwestią jedynie emocji, a nawet uczuć, bo te są kapryśne i zawodne. Wiara , jeśli już się pojawia, jest kwestią woli: Pragnę trwać przy Bogu (czy innej Wartości), bez względu na to, czy mi to przynosi zysk, czy straty. Naprawdę wiary, jej siły i autentyzmu, doświadcza się w przeciwnościach i zwątpieniach. Przysłowie mówi: „Jak trwoga, to do Boga”, ale Hiob i wielu innych doznaje trwogi… od Boga. Bo Bóg (Transcendencja) to nie tylko źródło oparcia, to także, według Rudolfa Otto numinosum, źródło grozy. Przeżycia religijne to nie jedynie uniesienia, ekstaza, lecz  i bojaźń boża.

 Kiedy się czci obiekt oddania, trzeba mu poświęcić   przynajmniej część swoich swobód. To poświęcenie  jest też zarazem uświęceniem  ukochanego obiektu. Ale, oddając mu się w całości, nie tracimy, a przeciwnie zyskujemy. Przede wszystkim: w nim zakorzenienie, przez co zabezpieczamy się w bycie,  usensowniamy własne istnienie. Bajka o Toczygrooszku jest zaprzeczeniem tego pragnienia wrośnięcia, potrzeby przynależenia. Męczennicy, którzy oddawali w mękach życie za wiarę, dziś budzą zdumienie i niezrozumienia, a nawet ironiczny uśmieszek.  Zamiast zazdrości, że potrafili kochać coś ponad siebie., tak mocno, że oddawali za to życie.

Współczesne eksperymenty z religią  (zwłaszcza wędrującej po szerokim świecie młodzieży) z jednej strony budzą sympatię, bo są dowodem ciekawości, otwartości, ekspansji, tolerancji, z drugiej wszakże budzą leki niepokój, bo przypominają nieco wszelkie inne mody. A moda służy po pierwsze naśladownictwu (często bezrefleksyjnemu), po drugie – „utłumowieniu”, gromadzeniu się we wspólnoty identycznie albo bardzo podobnie „umundurowane”.

Jakie byłoby więc najbardziej optymalne wyjście pomiędzy tradycjonalizmem i religijnym konserwatyzmem (bezwzględna wierność wierze przodków) a religijnym liberalizmem czy woluntaryzmem?

Mnie się bardzo podoba określenie Profesora Stefana Morawskiego „prywatyzacja wiary”. Rozumiałabym pod tym pojęciem przede wszystkim bardzo wyraźne przypomnienie, że wiara (czy niewiara) to rzecz całkowicie osobista, ba, intymna. Nikt obcy, a tym bardziej żadna instytucja nie ma prawa do niej się wtrącać, nawracać, pouczać, potępiać. Po wtóre: prywatyzacja wiary to także jej indywidualizacja. Zastrzeżenie sobie prawa, ażebym to ja sama decydowała o sposobie i rodzaju kontaktowania się z jej obiektem. Jeśli mi to odpowiada, to uczęszczam do kościoła i wypełniam jego praktyki, ale jeśli nie, to mogę obcować z transcendencją bezpośrednio. Zawsze w dziejach pojawiali się mistycy, którzy tak czynili. Mistycyzm poniekąd omija instytucję kościoła, chociaż jej nie neguje i nie zwalcza. Wiara mistyków- to wiara najbardziej żywa. Tak jak picie wody prosto ze źródła.

Ale nade wszystko wierzący (tak czy inaczej)  nie maja prawa 9 a powinni mieć zakaz) pogardzania czy nawracania niewierzących. Zasada prywatyzacji wiary dopuszcza także i to, że ktoś odrzuca lub nie doznał łaski. Niewierzący; ateiści czy agnostycy, są niezbędni choćby po to, aby dopełniać obrazu pluralizmu światopoglądowego, nie mówiąc już o tym, że – jak twierdzą niektórzy światli teologowie- są niezbędni w planie zbawienia. Stanowią wyzwanie dla wierzących, zmuszają ich do uzmysłowiania sobie argumentów na rzecz własnej wiary, zatem do jej zgłębiania i pogłębiania. Skoro sam Bóg stworzył ateistów i agnostyków, widocznie uznał, że tak jest dobrze….

A czym kieruję się ja sama w „sprawie Transcendencji”? chciałabym móc powiedzieć, że słuchem. To wyrażenie K. Jaspersa: „mieć słuch na znaki Transcendencji”, aby potrafić odgadywać Jej szyfry. Nie ma do nich żadnego jednego klucza, każdemu objawia się Ona inaczej, do każdego przemawia innym głosem, innymi obrazami. Wszyscy posiadamy zmysł Transcendencji, ale możemy go stępić czy zgoła zaprzepaścić przez nieużywanie.

Z grubsza biorąc, owo „czytanie szyfrów Transcendencji” wymaga założeniu, że wszystko,  co nas otacza, wszystko, co nam się przydarza, ma „drugie dno”. Znaczy to, co się nam wydaje na pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili, ale jeszcze coś ponadto.

Dlatego nie ma głupszego zdania, niż to, które wypowiedział kiedyś w „Nowych Atenach” ksiądz Chmielewski: „jaki jest koń – każdy widzi”, dziś przytaczane jako dowód oczywistości.

           Jaki jest koń? – Każdy widzi po swojemu. Dla Greka to Pegaz, koń skrzydlaty, dla Marii Konopnickiej, to umordowana „nasza szkapa”, dla Marszałka Piłsudzkiego to ukochana Kasztanka, koń – przyjaciel i poniekąd towarzysz wojaczki,  dla rzeźnika to potencjalne mięso na końską kiełbasę.

………………………………………………………………