Homo Inquietus

Czy faktycznie podlegaliśmy PRAWOM ROJU?

Posted in Czytelnia, Zygmunt Bauman by staniszewski on 21 kwietnia 2010

Na wydarzenie mające już swoją obiegową nazwę Żałoby Narodowej spowodowanej Katastrofą pod Smoleńskiem można patrzeć od wielu różnych stron. Można w niej po prostu uczestniczyć i przede wszystkim ją przeżywać – i to było udziałem znakomitej większości Polaków przez dziewięć kwietniowych dni 2010 roku.

Teoretycy życia społecznego, badacze fenomenów z zakresu psychologii mas mają wszakże obowiązek wznieść się również na poziom refleksji. Jest to niezbędne także owej Przeżywającej Większości – zdanie sobie sprawy, w czym i na jakiej zasadzie ludzie włączają się w zbiorowe przeżywanie (wszak, na ogól, przeżywanie jest zajęciem indywidualnym, osobistym, a nierzadko zgoła samotniczym). Skoro od czasu do czasu przytrafia się nam również okazja do przeżywania – czy też raczej reagowania zbiorowego), warto wiedzieć, czemu ulegamy naprawdę. Czy jesteśmy powodowani wyłącznie własną, oryginalną koniecznością ekspresji uczuć, czy też – poniekąd przymuszani do niej niepisanymi, ale i pisanymi, „obowiązkami’ brania w niej udziału, jak też narzucanymi nieraz odgórnie „instrukcjami obsługi żalu„.

Profesor Zygmunt Bauman, jeden z najbardziej znamienitych myślicieli współczesnych, znawca naszej „płynnej ponowoczesności„, z racji swego miejsca zamieszkania (Anglia, Leeds) miał okazję obserwować te wydarzenia – jak napisał do mnie w prywatnym liście – z zewnątrz. Z takiej perspektywy, to co działo się – i nadal dzieje w Polsce jawi mu się w kategoriach ROJU. To określenie, wzięte z obserwacji przyrodniczych, jest interesującą – ale pewnie dla wielu także bulwersującą – próbą opisania fenomenu, w którym to, co autentyczne: szok, zdumienie, brak zrozumienia, poruszenie emocjonalne, żal, współczucie itp. – miesza się z pospieszną chęcią nadania jakiejś formy temu, co NIEPOJĘTE.

Po ochłonięciu z pierwszych burzliwych emocji, warto, jak sądzę, przyjrzeć się z pewnego przynajmniej dystansu sobie samym. W czym właściwie uczestniczyliśmy? Jak usiłowaliśmy zapanować nad wstrząsającymi przeżyciami? W jakiej mierze płynęły one z własnej duszy, a w jakiej podlegały zewnętrznej, instytucjonalnej organizacji?

A jeśli faktycznie podlegaliśmy PRAWOM ROJU, to w jakiej roli w nim się odnaleźliśmy? Kto był pszczołą – robotnicą, kto trutniem, a kto królową?  A może Pan Profesor nie ma racji porównując nas do owadów. Ale wtedy pojawia się pytanie nowe: jakiej innej analogii użyć, by ogarnąć to co się z nami dzieje i przewidzieć, jakie będą kolejne stadia tej Narodowej Żałoby. Bowiem każda żałoba jest procesem, a Freud wyróżnia ponadto dwie jej odmiany: „czarną’ i „różową”.  I ostania kwestia: jaki może (powinien?) być PLON ŻAŁOBY?
Popiół czy Diament?

Jadwiga Mizińska

 —————————————————————————————————————————

Przyczynek do fenomenologii roju

Zygmunt Bauman

Dziw człowieka bierze… Socjologowie i psychologowie wypisali nieprzeliczone tomy o rodzinach i sąsiedztwach, grupach przyjacielskich i koleżeńskich, klikach, bandach, tłumach, stadach – a o rojach ani mru-mru. Dziw bierze, bo wszak to roje właśnie obnażają najdosadniej zasady kierujące zbiorowościami ludzkimi na codzień; najdosadniej, bo przez zdumienie i szok powodowane ich pogwałceniem. Jest wszak rój zaprzeczeniem tych a priori przyjmowanych zasad. Rój się bez nich obchodzi. Dla wszystkich wymienionych powyżej odmian zgrupowania czy „bytu zbiorowego”, rój jest alternatywą. I w tym jego moc uwodzicielska. I jego rosnąca popularność. I – kto wie? – jego szansa na awans z imprezy karnawałowej na normalną, codzienną, rutynową w gruncie rzeczy formę ludzkiego współżycia…

Ugrupowania zaprzątające jak dotąd uwagę socjologów i psychologów tym się od roju różnią, że posiadają strukturę. A więc hierarchię – „górę” która wydaje polecenia, i „dół” który je wykonuje lub karcony jest i karany za niedopełnienie obowiązku. A zatem każde z tych ugrupowań ma swych zwierzchników i podwładnych, dowódców i dowodzonych, rządców i rządzonych, nadzorców i nadzorowanych, przewodników i prowadzonych, prowodyrów i tych, co w nich się zapatrzywszy starają się jak mogą za nimi podążać i dotrzymywać im kroku. Niczego takiego w roju nie uświadczysz – jak nie znajdziesz w nim majstrów i kaprali, policjantów i wykidajłów, czy strażników pilnujących wejścia i zagradzających wyjścia.

W roju wszyscy są równi. To nie znaczy, że są jednakowi: ale w roju każdy może, z własnej woli czy z czystego przypadku, losowo czy przez aklamację tych w pobliżu, podjąć się na chwilę czynności, które w zbiorowościach „ustrukturalizowanych” przypadają z nominacji kapralom czy stójkowym – a nawet funkcji sprawowanych z urzędu przez nadzorców czy przewodników. I tym to właśnie roju urok – szczególnie doceniany przez tych umęczonych wieczną dyscypliną, znużonych wykonywaniem cudzych zachcianek i czapkowaniem przed tymi, którzy wykonania swych zachcianek się domagają; i znudzonych robieniem rzeczy, na jakie nie mają ochoty i których sensu trudno im się dopatrzyć – a jak się już dopatrzą, to docenić. W roju wszyscy jesteśmy podmiotami, inicjatorami i decydentami. Ze nasze poczynania są do siebie do złudzenia podobne? Ze nasze postępki niczym się nie różnią od tego, co czynią, w tej samej co my chwili, ci na przedzie i z tyłu, z prawa i z lewa? Ba – o żadnym uchybieniu to nie świadczy, a już tym bardziej nas nie upokarza; nie dowodzi wszak obrabowania nas z woli, ani jej stłamszenia za sprawą cudzej przemocy i naszego tchórzostwa czy niechęci do zwady, braku animuszu do stawiania na swoim i obawy przed zabłądzeniem. Nie musi się gwoli samostanowienia, zachowania godności własnej i samorespektu wyróżniać w roju od innych, ryzykując potępienie, czy (o zgrozo!) wydalenie z towarzystwa. Choćbyś swoim zachowaniem ani na jotę od reszty mrowia nie odbiegł, nikt tu z ciebie nie zadrwi żeś marionetką za sznurki pociąganą, ani nie pomówi o małpowanie.

Kto się, jak ja, socjologią opartego na strukturze ładu był za młodu karmiony, nie oprze się tu kolejnemu zadziwieniu. Jak to możliwe, by pod nieobecność struktury (a ściślej mówiąc przy strukturach kalejdoskopowo zmiennych, a opornych kostnieniu i rozpływających się równie szybko jak się scaliły), obdarzone wolą podmioty zachowywały się w sposób równie (a może i bardziej jeszcze) identyczny i skoordynowany, jak ten który wedle orzeczenia ekspertów od ludzkich zachowań byłby nie do pomyślenia bez partytury, dyrygenta, i żmudnych ćwiczeń? Miał być powszechny rozgardiasz, rejwach i anarchia – a tu ich ani śladu! Przeciwnie: elizeum i nirwana jak rzadko albo i nigdzie indziej nie spotykana – wszyscy robią to samo, bez wahania a z pobożnym niemal namaszczeniem, wokół cisza i spokój, na twarzach (wszystkich) uśmiechy albo (na tychże wszystkich, tyle że przy innej okazji) skupienie i powaga; a odgłosy niesnasek, jeśli już uszu dobiegają, przypominają raczej zamierające pomruki oddalającej się burzy, niż wrzawę bitewnego pola… Całkiem jak na polu żytem zasianym: każde źdźbło z odrębnego ziarna się ku niebu wspina, a na każdym identyczne kolanka tego samego dnia się zawiązują…

Rój jest mutantem zbiorowości ludzkich znanych z podręczników socjologii pod gatunkowym mianem „grupy”. Rój to grupa w stanie de-instytucjonalizacji; grupa z której wypreparowano stos pacierzowy i którą oskrobano z łusek ochronnych lub odarto z ochronnego pancerza. Jest więc rój tworem w porównaniu z grupą nieporównanie miększym, bardziej wiotkim i ugniotliwym, zgoła bezkształtnym lub o zmiennej wciąż, rozmazanej sylwetce. Ale nade wszystko jest rój tworem krótkotrwałym. Nie jest on zdolny do wytworzenia mechanizmów homeostatycznych ani procedur samo-się-odtwarzania, które nadają grupie substancję wobec poczynań jej członków autonomiczną i zapewniają jej takąsamość mimo wybycia z niej wszystkich istot jakie się na nią dawniej składały (Wisła Kraków, jak i liczne inne polskie i nie polskie zespoły piłkarskie, świętowała ostatnio stulecie swego istnienia, choć skład jej jedenastki , jak i wszystkich innych, wymieniał się bez reszty średnio co pięć lat, a jej widowni co dwadzieścia-trzydzieści).

Jedynym spoiwem roju jest zogniskowana na jednym i tym samym przedmiocie uwaga składających się nań podmiotów – a ta znów jest notorycznie eteryczna i niezdolna do skupienia na jednym przedmiocie przez czas dłuższy. Szybko się ta uwaga nuży – i jeśli nie ma się poddać zabójczo wycieńczającej chorobie nudą zwanej, musi powędrować niezwłocznie w poszukiwaniu nowych pastwisk i pokarmów. Stanowczo nie są roje strukturo-twórczymi bytami. Dziwić się, dlaczego rozpadają się nazajutrz po swoim narodzeniu, to tak jak zdumiewać się, że woda nie jest sucha lub cukier nie kwaśny. Spełnieniem roju nie jest przemiana rzeczywistości, ale jej chwilowe wywrócenie na nice, by tym łacniej można było do niej, i do wszystkich jej urodziwych i szkaradnych aspektów, powrócić po krótkiej chwili wytchnienia i z nimi się, znów na czas jakiś, pogodzić. Rój niczego w rzeczywistości nie zmienia; jak wentyl bezpieczeństwa, zapobiega on tylko rozsadzeniu jej struktur przez napięcia na codzień przez nią wytwarzane.

Rój jest zjawiskiem opisanym przez antropologa Victora Turnera pod nazwą communitas – alternatywnego niejako, a na codzień ukrytego lub relegowanego na margines, układu międzyludzkich relacji, którego współobecności struktury societas, z ich sztywnymi hierarchiami zwierzchnictwa i podległości oraz regułami „pecking order” (w dosłownym tłumaczeniu „kolejności dziobania”) potrzebują jak powietrza, by się we własnych trujących wyziewach nie podusić. „Communitas” utrzymuje „societas” przy życiu. Zapobiega ona wyradzaniu się podziałów społecznych w rozłamy, ciemiężenia w unicestwienie, tłumienia dialogu w zerwanie komunikacji, upokorzenia w bunt. Czyni znośnym to, co inaczej byłoby nie do zniesienia. Wedle Turnera, żadna „societas”, żadna odmiana względnie trwałego ładu społecznego, nie może się bez „communitas” obejść – choć nie może też istnieć bez trzymania „communitas” w ryzach, w bezpiecznej of rutyn „societas” odległości, i bez wyraźnego tych dwu sfer od siebie odgraniczenia: czasowego, przestrzennego, albo jednego i drugiego naraz. Jeden ze sposobów takiego rozgraniczenia sfer opisał barwnie Michaił Bachtin w jego studium karnawału – owej dorocznej „przerwy w codzienności”, w której to przerwie skodyfikowane i zakrzepłe reguły i struktury „societas” są dla odmiany, na dni parę, zawieszane czy zapędzane w podziemie.

Nauki społeczne mogły sobie pozwolić na ignorowanie zjawiska roju jak długo trzymano je w rezerwacie, zdala od głównych traktów ludzkich peregrynacji głównych siedzib międzyludzkich interakcji; w takich warunkach można łatwo owe milczenie socjologów zrozumieć, choć znacznie trudniej ich z niego rozgrzeszyć. Dziś jednak zasieki drutu kolczastego usunięto, a odsłonięte mury rezerwatów skruszały. Roje wydostały się na światło dzienne, rozpanoszyły i zagnieździły na dobre w codzienności, i przeoczyć już ich nie sposób. Wędrując po portalach internetu, wszyscy podłączamy się codzień ochoczo do paru przynajmniej rojów i od tyluż się bez żalu odłączamy. Po godzinach spędzonych w biurach, szkołach, urzędach i innych placówkach „societas”, a coraz częściej i w toku tych godzin, przymierzamy się do rojów jak do nowych modeli zbiorowego życia, eksperymentujemy z różnymi ich zastosowaniami, wprawiamy się w posługiwaniu się nimi. Z przedmiotów przedzierzgamy się w podmioty – a przynajmniej doznajemy tego, co w erze przerostu informacji, natychmiastowego jej przekazu i dryfującej uwagi za podmiotowość uchodzi. Zać z wyzbyciem się napięć nagminnie a masowo przez „societas” rodzonych nie musimy zwlekać do przyszłorocznego karnawału. Klapę bezpieczeństwa chroniącą struktury społeczne przed rozsadzeniem, a nasze zdrowie psychiczne przed załamaniem, nosimy w kieszeni czy torebce – w schludnym i poręcznym pudełeczku komórkowego telefonu czy kieszonkowego komputera przemyślnie zamontowaną; i nie rozstajemy się z nią ani na chwilę. „Communitas” jest zawsze pod ręką, nawet gdy nie ma jej przy boku. By się dostać do roju, nie trzeba drążyć tuneli czy kruszyć ścian by się wpierw z przyciasnych okowów struktury wydostać. Rój i „ustrukturalizowana” grupa w jednym stoją dziś domu – i sobie nawzajem, o dziwo, nie wadzą…

Ba, może się i ze sobą czasami waśnią po starej pamięci, ale z nieproszonego i psotnego nieraz, anarchicznego ponoć intruza, przeobraża się dziś rój (communitas), i to szybko, w ducha opiekuńczego „societas” – zorganizowanej społecznej zbiorowości. Czemu już wątlejąca i dziur pełna struktura podołać nie zdoła, chętnie do wykonania rojom przekazuje: grupa rojem się wyręcza. Wyobrażane „całości społeczne” czasów nowożytnych, państwa-narody, musiały uciekać się do konstruowania i obsługiwania ogromnej ilości zakładów wychowania i pouczania, tresury, nadzoru, opieki, leczenia, nawracania i karania (nazwanych łącznie przez Michela Foucault z inspiracji Jeremy Benthama „instytucjami panoptycznymi”) by z abstraktu stać się widoczną i odczuwalną, namacalnie doświadczaną a przemożną realnością. Dzięki arteriom komunikacyjnym umożliwiającym koordynowanie przeżyć na odległość, oraz synchronizację współprzeżywań w „realnym czasie”, mogą się „wyobrażane całości” bez całej tej ociężałej a ogromnie kosztownej maszynerii po części, jeśli już nie całkowicie, obejść; no i na szczęście, bo coraz trudniej byłoby im jej ciężar udźwignąć i jej koszta ponosić. Zaprawieni drobnymi stosunkowo, lecz nieustannymi wprawkami internetowymi do uprawiania rojowych obyczajów i w sposobie życia roju zadomowieni, dojrzeliśmy do ery mega-rojów, rojów na całkiem inną, gigantyczną skalę, współmierną ze skalą takich „całości wyobrażanych”, jak społeczeństwo, naród, czy państwo. Owe mega-roje tym się różnią zasadniczo od stosunkowo szczupłych rozmiarami rojów z online’u, licznych, rozproszonych i krzyżujących się czy zderzających ze sobą w locie, że wypełniają po brzegi, od skraju do skraju, całą przestrzeń widoczności i wyobraźni – nie pozostawiając niczego „nazewnątrz”. Wszyscyśmy w tym roju, jeden rój dla nas wszystkich. Solidarność rozpostarta wszechwładnie stąd do samego horyzontu. Wszyscyśmy tu jednacy, wszyscyśmy sobie równi i równie cenni, wszyscyśmy tą samą myślą przejęci i w tej samej radości czy smutku pogrążeni.

Przynajmniej do jutra… Ale jutro, jak zwykli się pocieszać nasi współcześni, will be another day

———————————————————————————————————————————–

Tekst Zygmunta Baumana został pierwotnie opublikowany i jest dostępny na stronach Krytyki Politycznej.
Zarówno Panu Profesorowi, jak i Redakcji tego pisma chciałbym niniejszym serdecznie podziękować za możliwość zamieszczenia całości również w tym miejscu.
Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

Reklamy