Homo Inquietus

Diabeł istnieje z konieczności…

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymujemy wciąż wiele maili, z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy kolejny fragment „wywiadu-rzeki”, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z profesor Jadwigą Mizińską. 

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Łukasz Marcińczak: Czy mądrość może iść w parze ze złem, i czy nie wiedzie niekiedy do cierpienia? Czy w ogóle spotkała Pani Profesor złego człowieka, takiego, który miał wokół siebie jakąś złą aurę, takiego, co może i chciał dobra, ale – niczym  szatan u Goethego a rebours – czynił zło…

Jadwiga Mizińska: Zło, zły człowiek… Wiedziałam, dopóki mnie nie zapytałeś. No nie, nie będę kokietować. Wiem. Wiem teraz, że zła bezdennego, stuprocentowego, absolutnego nie ma – i być nie może. Jako, że Szatan nie jest stworzony z innej tkanki, niż Anioł. Pan Bóg, który przecież mógł tak postanowić (i uczynić) zdecydował inaczej. Stworzył najpierw Anioły, duchy dobre, duchy dobra. Ale wystawił ich na podobną pokusę, co Adama z Ewą. Spoglądając na Jego doskonałość, Aniołom zachciało się dorównać Bogu. Za to, za grzech pychy (jaki dziwny: bo wszak chcieli być Bogo – podobni!) strącił ich ambitniejszą część do otchłani.

Szatan zły, gdyż za bardzo chciał być dobry? Więc jestem nieskończenie wdzięczna Leszkowi Kołakowskiemu za to, że całkiem na serio zadał współczesnemu człowiekowi pytanie: Czy diabeł może być zbawiony? Tylko na pozór jest to kwestia teologiczna, czy też eschatologiczna. W istocie pytanie o możliwość zbawienia diabła jest też pytaniem o możliwość zbawienia człowieka, tak zwanego złego człowieka, złych ludzi. A kto z nas może o sobie powiedzieć, że nie jest, albo przynajmniej nie bywa, zły?

Dwie rzeczy jeszcze dały mi w tej mierze do myślenia. Swego czasu, Kum Grześkowiak (ten od Chłop żywemu nie przepuści), z którym się przyjaźniłam w ostatnich latach jego życia, zapytany, czy wyjeżdża w poznańskie do rodziny na Wszystkich Świętych, odrzekł, że zostaje w domu.

– Czyżbyś, Kaziu, nie miał grobów swoich najbliższych? – spytałam. – Owszem, mam, ale o nich jest komu dbać i się o nich modlić. Ja w tym czasie stawiam na balkonie dwa znicze; jeden za Hitlera, drugi za Stalina. Bo o nich przecież nikt nie pomyśli…

Dodać trzeba, że Kum Grześkowiak sam siebie miał za heretyka, a ksiądz z pobliskiego kościoła na LSM-ie uważał go wprost za bluźniercę. (…)

Kiedy Kazik zmarł, nagle – pewnie Pan Bóg się za nim stęsknił – poczułam, że teraz to ja, może jedyna na świecie osoba, której to powierzył, mam przejąć obowiązek troski o ludzi – szatanów: Stalina i Hitlera. A skoro o nich, odsądzonych od człowieczeństwa, to dlaczego nie o Berię, Dzierżyńskiego, Bormana, Hessa…, gdzie przerwać ten szereg, do którego zresztą ciągle dołącza ktoś nowy: Pol Pot, Milan Karadzić, Milosewić…(…)

Drugi powód mojej „nienawiści do nienawiści”, a więc – przekonania o bezsensowności odruchowego potępienia zła,  pochodzi od Bułhakowa.  Ale nie z cytowanego przez Ciebie motta o głupim Szatanie, który nolens volens musi sprawiać dobro, lecz z dialogu Piłata z Ha-Nocrim. (…)

Kiedyś, czytając jedną z książek Marii Janion natrafiłam na słowa: territus terreo – przerażony przeraża. Na ich wzór ukułam własne prawo: zraniony rani. Podręczniki psychologii, traktując o przemocy, piszą o „kolejności dziobania”. Jakoby każdy „dziobany” także musi „dziobać” kogoś, kto akurat jest pod ręką.

Czy rzeczywiście musi? Owszem, dopóki sobie nie uprzytomnić, że jestem – ja sama! – władna zatrzymać tę kolejkę dziobania i ranienia na sobie. Po prostu: nie muszę oddawać pięknym za nadobne. A nawet – mogę się zdobyć, jak radził Chrystus – gdy zostanę uderzona kamieniem, rzucić chlebem. Albo i tortem…

 Ł.M.: A czy diabeł ma swoją dobrą stronę? Albo czy jest nam do czegoś pomocny? A szczęście – czy jemu także przysługuje? Uczono nas, że jest upadłym aniołem, synem marnotrawnym, który odrzucił miłość Boga. Ale – tego się już nie uczy – Bóg nie znalazł sposobu, by go odszukać, a więc diabeł jest także istotą odrzuconą (albo – bądźmy ściśli –  nie odnalezioną, ale zdaje się, że też nie szukaną). A odrzucenie rodzi zło…

J.M.: Nosiłam się parę dni z tymi pytaniami, nagabując też o Diabła wiele osób, miałam po temu dobrą okazję na Festiwalu Filozofii w Międzygórzu, zorganizowanym przez Bogdana Banasiaka. Jednakowoż nikt nie chciał podjąć tego tematu (co też uznałam za formę odpowiedzi). Sądzę, że dla jednych osób jest to pytanie naiwne i omijają je przez delikatność, żeby mnie nie musieć mnie obrażać zarzutem o infantylność. Inni, być może, lękają się mówić o Złym, żeby go czasem nie wywołać, jak wilka (czy raczej wilkołaka) z lasu.

(…) Idzie, moim zdaniem, o to, ażeby w ostatecznym rachunku zadbać o zerowy bilans Dobra i Zła w świecie. Bowiem dbając o czystość duszy i spokój sumienia, wyrównując krzywdy, zarazem dbamy o harmonię tego, co nazwałabym niszą antropologiczną. Problem tzw. grzechu nie jest, wbrew pozorom, kwestią indywidualną. Nierozliczone zło wyrządzone przez jednego człowieka rzutuje negatywnie nie tylko na los jego ofiary, ale i – nie mniej ni więcej – na przyszłość całej ludzkości. (…)

A teraz o tym, jak pojmuję zły uczynek. Powtórzę za Barbarą Skargą, że jego „papierkiem lakmusowym” jest cierpienie na Twarzy Innego. Od siebie uzupełnię, że jego przeciwieństwo, dobry uczynek – to wywołanie uśmiechu na jego Twarzy. Uśmiech – to znak ulgi i radości.

No dobrze, a jak się rzeczy mają z Diabłem? (piszę go dużą literą z szacunku do Anioła, którym on wszak był przed upadkiem). Mój pogląd jest w tej mierze następujący:

Diabeł istnieje, tak samo, jak Anioł (i wszelkie inne Duchy). Ale istnieje w dwóch postaciach: transcendentnej oraz immanentnej. To znaczy: jako substancjalna Moc nakłaniająca do złych uczynków oraz jako same te złe uczynki dokonywane przez ludzi. (…)

Wydaje mi się, iż Diabeł bazuje na naszej niecierpliwości („co nagle, to po diable”). Właśnie korzystając z niej, podsuwa nam  różnorakie błyskotki: rumiane ale robaczywe jabłka, cukierki w pazłotku nadziane trucizną. Jako Książę Kłamstwa, dobrze wie, że ludzie łacno nabierają się na kuszący wygląd, zapominając o nieadekwatności między opakowaniem a zawartością, przed czym skądinąd przestrzegają liczne wymyślone przez nich samych przysłowia, takie jak: w ładnym ciele cnoty niewiele, nie wszystko złoto co się świeci, modli się pod figurą a ma diabła za skórą itp. (…)

Powtórzę: Diabeł istnieje z konieczności o ile uzna się dramatyczną naturę Bytu, i o ile Bycie jest stawaniem się. Opozycja pomiędzy biegunami (punktem Alfa i punktem Omega) rodzi potrzebę zmagania się z przyciąganiem bieguna Zła, bodajże silniejszego (dla słabych z natury ludzi) aniżeli biegun Dobra. Ludzkie życie przypomina zabawę z przeciąganiem liny, targani przez różne zewnętrzne moce,  raz lecimy w jedną, raz w drugą stronę.  (…)

Ale nie sięgając aż tak wysoko, również każdy ze zwykłych ludzi  może sobie samemu szybko dowieść, że uczciwość popłaca. Radzili polscy myśliciele na czas zamieszania aksjologicznego: „Kiedy nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”. Dopowiem uzasadnienie: nie zdradzaj, bo sam możesz zostać zdradzony; nie kłam, bo zostaniesz okłamany; nie  kradnij, bo ciebie okradną. Jednym słowem, „nie rób drugiemu, co tobie niemiło”, bo dajesz tym samym temu Drugiemu pełne prawo do rewanżu. Zdaję sobie sprawę, że jest to  postępowanie „biznesowe”, ale dla Ludzi Obrachowanych wydaje się ono być godnym polecenia. Zresztą również w biznesie opłaca się (na dłuższą metę)  uczciwość i lojalność, dziś każda forma zabiega o swoje „logo”, które ma być w oczach klientów znakiem jakości, apriorycznego zaufania do jej produktów. Niegdyś Max Weber w klasycznym dziele „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” (kapitalizm w swoich początkach miał jeszcze ducha!) uzasadniał obszernie, że uczciwość opłaca się kapitalistom zgoła dosłownie. Producent, który nigdy nie wypuszcza braków, handlowiec, który nie oszukuje wyrabiają sobie nazwisko, które poniekąd pełni rolę reklamy. Buty od Baty były nie do zdarcia, maszyny do szycia od Singera służyły wielu pokoleniom. Zatem rzetelność i uczciwość jest także przeliczalna na pieniądze.

Na odwrót, zaledwie jeden bubel, albo jedna niedbale wykonana operacja podrywa zaufanie do wytwórcy czy lekarza, a podobnie jeden plagiat deprecjonuje profesora filozofii…

Musi zdumiewać obecne rozprzęgnie moralne, skoro trzeba, prócz Dekalogu dla każdego zawodu tworzyć osobne etyki: dziennikarską, lekarską, nauczycielską, a nawet dla pracowników uniwersyteckich. Znaczy to, że zawodzi nie tyle moralność, ile inteligencja, której zadaniem jest wszak myślenie dalekowzroczne. (…)

Reklamy

Przemieniony Szaweł a „kąsający” Hegel

Posted in Czytelnia, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Łukasz Marcińczak by staniszewski on 11 grudnia 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.
Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie Księgi wywiadów filozoficznych) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy tekst dr. Łukasza Marcińczaka (gratulując udanej obrony!).
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

L_M_CB Łukasz Marcińczak

Przemieniony Szaweł a „kąsający” Hegel

Tajemnica ludzkiej przemiany – przyjęcie wartości do tej pory potępianych, rezygnacja z prawd dotąd uznawanych za jedynie słuszne – jeśli nie podszyta płaskim koniunkturalizmem, wciąż pozostaje jedną z zagadek człowieczeństwa. Konwersja będąca transgresją – czy bohaterem jej jest Szaweł z Tarsu, który stał się Pawłem, czy ukształtowany w świecie wartości wrogich komunizmowi  pisarz, którego „ukąszenie heglowskie” odmieniło – dowodzi, że świat wartości w pojedynczym człowieku nie powinien być przez niego samego uznawany za ostateczny.                                        

Pomińmy biologię (zwłaszcza socjobiologię), czyli to, co na popularnym wykresie ukazującym istotę ludzką – od którego rozpoczynają zdobywanie wiedzy studenci filozofii – znajduje się najniżej, na poziomie instynktu, który dzielimy ze zwierzętami. Spróbujmy także abstrahować od tego, co na tym samym wykresie umieszcza się najwyżej, czyli całej sfery metafizyki, gdzie mamy do czynienia z całokształtem bytu, a niekiedy z Bogiem.  Pomiędzy tymi granicami (poziomami, barierami) rozciąga się królestwo człowieka. Sfera  ulotnych idei, w które wierzymy, twardy grunt przekonań i wartości, które uznajemy. Jest to jedyny świat w którym panujemy (lub wydaje się nam, że to czynimy), a na pewno jedyny będący naszym dziełem. Rządzi nim rozum, ale warunkuje go człowieczeństwo. Jesteśmy ludźmi tak długo,  jak długo pielęgnujemy w sobie (i walczymy o nie w świecie) nasze własne prawdy. Myśl jest siłą potężną, pozwala zerwać jak pajęczynę krępujące nas atawizmy, powstrzymuje nas także przed osunięciem się w pustą kosmiczną otchłań. To dzięki niej przechodzimy do zacienionego królestwa – pełnego trupów i zgliszczy.

 Tysiące istnień ludzkich ma na sumieniu Cezar i Temudżyn, Hitler i Stalin, Pol Pot i Mao – ludzie dokonujący wyborów, przedkładający jedne wartości ponad inne. Zupełnie odmiennych wyborów dokonali Franciszek z Asyżu i Jan od Krzyża, Jezus zwany Chrystusem i Gandhi zwany Mahatmą. Ludzkość jest rozpięta między wyborem dobra i zła – kategorii w historii ludzkości płynnych, ale stale w niej  obecnych. O Neronie opowiadają historycy (stronniczy, bo uprzedzeni do cesarza), że był nieludzki, wręcz sugerując, że nie tyle był człowiekiem, ile bestią w ludzkiej skórze. Ludwikowi IX nie mniej stronniczy dziejopisowie nadali przydomek Świętego. Czy znaczy to, że ludzie ci zawsze byli źli albo święci – czy byli jednowymiarowi, zawsze jednacy? Tak chce historia (a raczej niektórzy historycy), tak jest na pewno wygodniej. Ale to człowiek w sobie samym decyduje, jaką droga pójdzie i w każdej chwili może kierunek swych kroków odmienić. Spośród ludzi, których wybór, czy też zmiana kierunku marszu miała znaczenie ogólnoludzkie (a w obrębie naszej kultury trudne do przecenienia) – bo za sprawą tego człowieka pewne wartości weszły w świat i w jakiejś części świat ten zmieniły – był Paweł z Tarsu. Nad nim także unosi się odor sanctitis, on jednak nigdy nie przeczył, że wybrał to, co sam kiedyś przeklinał.

Szaweł (zanim przemienił się w Pawła) był dość typowym przedstawicielem nietypowego Żyda w Jerozolimie, żyjącego w czasach rządów cesarza Augusta, potem Tyberiusza, Kaliguli, Klaudiusza i Nerona. W ówczesnej Judei, gdzie Rzym rządzi żelazną ręką, cała (albo prawie cała) ludność zastygła jest w biernym oporze. Okupant – czyli Imperium Rzymskie, w osobie swoich przedstawicieli administrujące wszystkimi ludami w basenie Morza Śródziemnego, także narodem żydowskim w Palestynie – traktowany jest tutaj jako uosobienie wszelkiego zła. Obecność pogan w Jerozolimie, ich język, zapach mięsa na ich rusztach, brzęk ich monet i łopot ich chorągwi, są dla religijnych Żydów zgorszeniem. Tylko świadomość własnej słabości powstrzymuje żydowskich przywódców przed nawoływaniem do zbrojnego powstania. Ale walka z Rzymem wrze podskórnie – hasłem do wojny ma być pojawienie się Mesjasza. Wszyscy wierzą, że z Jego nadejściem w jednej chwili ich los się odmieni. Choć prawie wszystkich Żydów w Judei łączy niechęć dla obyczajów, które uosabia Rzym, to nie brak oczywiście takich, którzy pragną z tym najgłówniejszym wrogiem ułożyć jakiś modus vivendi – czasem kierują tym rachuby polityczne i pragnienie zachowania status quo, bywa też, że stoi za tym zwyczajny koniunkturalizm.

Jednak powszechne przekonania – jeśli nie całej Palestyny, to głównej jej prowincji, Judei – wyraża wpływowe stronnictwo faryzeuszy, toczące walkę (na razie bezkrwawą) ze wszystkim, co nie żydowskie (czyli pogańskie, a więc rzymskie). Dla faryzeusza samo zetknięcie się z poganinem było skalaniem się. Faryzeusze uczynili zapobieganiu kontaktom z nieobrzezanymi i odróżnianiu się od nich na każdym kroku podstawą swego nauczania. Liczni rabbi twierdzili, że jest niedopuszczalne, by uczciwy Żyd kazał uczyć swych synów greki, języka powszechnie wówczas używanego w całym Imperium[i]. Ich zdaniem byłby to przejaw przejmowania obyczajów pogańskich, niemal tak karygodny jak jedzenie wieprzowiny. Najsurowsi faryzeusze w Jerozolimie chodzili ulicami świętego miasta – zawsze pełnego słońca – zadając sobie wiele trudu, by nie padł na nich nawet cień rzucany przez poganina. A wszystko czego on dotknął, było nieczyste. 

A kim jest Szaweł? Szaweł pochodzi z wielkiego miasta hellenistycznego, pełnego posągów i świątyń pogańskich. Tars – miejsce gdzie Szaweł się urodził i wychował – był jedną z kulturalnych stolic ówczesnego świata, a Strabon wymieniał je zaraz po Atenach i Aleksandrii. Szaweł odebrał też hellenistyczne wykształcenie i co może najgorsze – posiadał rzymskie obywatelstwo. To jest nietypowe. Ale też – wyjąwszy może wyjątkowe obywatelstwo (odziedziczone zresztą po ojcu) – takich Żydów, nawet w Jerozolimie, żyje wielu. Działają w Jerozolimie synagogi Cyrenejczyków i Alekasandryjczyków, miejsca kultu Jahwe, gdzie mówi się tylko po grecku.  Wierni słuchający w nich Tory, wychowani  poza granicami Judei, nie znają języka innego niż mowa pogan. Ludzie ci są jednak pobożnymi Żydami, a ich przywiązanie do Tory jest bezprzykładne – najlepszy dowód, że porzucali strony rodzinne, by żyć w cieniu Świątyni, w świętym mieście Jerozolimie. Oni, tak samo jak faryzeusze, wypatrują Mesjasza, aby oczyścił Jeruzalem z pogan (Ps. XVII), których rozgromi berłem żelaznym, roztłucze jak naczynie gliniane (Ps. II).   

Szaweł jest przykładem takiego właśnie Żyda z diaspory – świetnie zna świat poza palestyński, a językiem greckim włada nie gorzej niż cesarscy urzędnicy. Ale jednocześnie zna również hebrajski, przybył do Jerozolimy na studia rabiniczne, ba, jest faryzeuszem, czyli przedstawicielem stronnictwa ortodoksyjnego. Tora była dlań nienaruszalna, a jej przepisy tak samo święte jak dla innych faryzeuszy. Choć wiele jest stronnictw religijnych w Jerozolimie i liczne są interpretacje  przykazań i rytuałów, to nie religia dzieli świat żydowski – linię podziału wyznacza stosunek do kultury nieżydowskiej. Od potępienia, wyrażanego głośno przez rabinów w słowach znanych z Listu Arysteasza, twierdzącego, że Prawodawca zamknął nas w żelaznych ramach Zakonu, abyśmy czyści na ciele i duszy nie mieszali się w niczym z żadnym narodem[ii], po uwielbienie dla niej wyrażane przez pisarzy pokroju Filona z Aleksandrii. Trzeba bowiem pamiętać, że chociaż judaizm I wieku był różnorodny, rozbity na wiele odłamów i frakcji, istniał nienaruszalny rdzeń religii. Z jednej strony był to konsekwentny i radykalny monoteizm, stawiający Boga na wyżynach niedostępności; nawet oczekiwany Mesjasz w powszechnym odczuciu miał być tylko człowiekiem, charyzmatycznym przywódcą, cudotwórcą, ale śmiertelnikiem z krwi i kości. Z drugiej obowiązek zachowywania obyczajów nakazanych przez Prawo, będących do tego Boga jedyną drogą. Szaweł, Żyd z diaspory, a więc obywatel świata, ma nie tylko do religii ale też do tradycji żydowskiej stosunek bałwochwalczy i nie potrafi dzielić włosa na czworo – tego, co kocha, broni stając na pierwszej linii. Najpierw jako młodzieniec i zatwardziały faryzeusz, później jako człowiek w sile wieku i apostoł młodej religii walczący z faryzeizmem.

Na scenie historycznej pojawia się Szaweł jako człowiek wojowniczy. Skłania go może ku temu młody wiek, zapewne nie bez znaczenia jest też świadomość owych helleńskich naleciałości i pragnienie przykrycia ich religijną gorliwością. W każdym bądź razie ortodoksja żydowska jest dlań wtedy największą świętością. Gdy całą Jerozolimą wstrząsa wystąpienie Szczepana i jego zwolenników, Żydów hellenizujących, odmawiających wartości tradycji i przeciwstawiających jej słowa „umęczonego pod Ponckim Piłatem” proroka Jezusa, Szaweł – jak wszyscy faryzeusze – trzęsie się z oburzenia. Możemy tak powiedzieć, bo wszystkie świadectwa o nim dowodzą, że był popędliwy i łatwo unosił się gniewem. Pod piórem Ewangelisty Szaweł odsłania nam się od tej strony od samego początku – po raz pierwszy widzimy go (Dz. Ap. 7, 59), jak bierze udział w samosądzie, będąc w tłumie tych, którzy Szczepana ukamienują. Łukasz powie o tym okresie życia przyszłego Apostoła – dyszał groźbami i pragnieniem mordu przeciw uczniom Pańskim  (Dz. Ap. 9, 1).

Trudno uznać Szawła za jednego z wielu, gdy dokonywał najważniejszego wyboru swego życia był jeszcze młody, ale już wyrastał ponad innych rzutkością i energią, świetną znajomością Prawa, oddaniem wspólnej sprawie. Religijność jego była jednak typowa dla ówczesnych wyznawców zazdrosnego boga Jahwe. Chyba nie zrobimy błędu twierdząc, że spośród ludów, jakie pojawiły się na kartach historii, w kwestii przenikania się religii z życiem naród żydowski nie miał sobie równych. Bo też w ówczesnym judaizmie sankcją religijną związane było właściwie wszystko – wnikliwy badacz obyczajowości Palestyny twierdzi, że: „Tora i jej komentatorzy zabierając głos we wszystkich sprawach życiowych, wyciskają piętno religijne na domu, odzieży, pożywieniu ludzi, jak rządzą stosunkami między ludźmi, w rodzinie, pracy, społeczeństwie, ustalają zarówno ramy wychowania i nauczania, jak środki wyrażania myśli.”[iii] Do dziś trudno znaleźć przykłady pietyzmu dla świętego tekstu podobne tym znanym ze Starego Testamentu. Co prawda Rzymianie również twierdzili – ustami Cycerona – że są najbardziej pobożni,[iv] ale religijność rzymska zawsze pozostawiała swoim wyznawcom wiele swobody, będąc w gruncie rzeczy bardziej narzędziem państwa i jego urzędników, posługujących się nią jako wyznacznikiem obywatelskiej lojalności, niźli przeżyciem wewnętrznym. W czasach, kiedy żył Szaweł, podszyta była też sceptycyzmem, a rodzime bóstwa rzymskie coraz bardziej ustępowały miejsca mnogim bogom ze Wschodu, których w samym Rzymie przyjmowano z otwartymi ramionami.

Mamy więc oto w Szawle przedstawiciela ludu przyznającego religii żydowskiej największą wartość, żywiącego wszystkie przeświadczenia swego narodu o Mesjaszu, który ma być zwycięski i srogi dla nie-Żydów. Niezaprzeczone związki z kulturą helleńską tylko podsycały Szawłową gorliwość i tu zapewne jest źródło jego szczególnej srogości wobec nielicznych jeszcze chrześcijan. Przecież Sanhedryn, starając się zdusić w zarodku ruch chrześcijański, właśnie jego wysyła z listami polecającymi do gminy w Damaszku, by nie szczędził sił w starciu tej heretyckiej grupki z powierzchni ziemi. Szaweł wyruszył. Droga nie była nazbyt daleka, ale na tej drodze się przemienił. W Pawła.

To jedna z największych zagadek chrześcijaństwa i na bardzo różne sposoby starano się dać odpowiedź, dlaczego prześladowca chrześcijan – w jednej chwili – przedzierzgnął się w Apostoła. Nowy Testament podsuwa wytłumaczenie – objawienie się Boga i oślepienie Szawła, a potem napominający głos z nieba. Próbowano jednak wytłumaczyć tę przemianę przyczynami – by tak rzec – naturalnymi. Wybitny  biblista, ks. Edward Dąbrowski, wymienia ich kilka. Mówiono o decyzji dojrzewającej w Pawle od dawna, a podjęcie jej łączono z oddaleniem od Jerozolimy, opowiadano o halucynacjach spowodowanych burzą pustynną pełną błyskawic, która zastała Apostoła u bram Damaszku, podnoszono mistycyzm Pawła, biorącego jakoby doznania wewnętrzne za rzeczywistość, nie pominięto nawet możliwości jego choroby psychicznej.[v] Stajemy przed tajemnicą, zagadką przemiany trudną do zrozumienia.

Kazus Pawła niepokoi. Pokazuje, że człowiek kierujący się ustalonymi przekonaniami, głęboko zanurzony w idee swego narodu, zdolny jest do transformacji, odrzucenia tradycji i całkowitej przebudowy pojęć w krótkim czasie. Szaweł potargał przecież święte więzy swej surowej religii, co naraziło go na szereg upokorzeń, trudów znoszonych przez wiele lat i wreszcie przyprawiło o męczeńską śmierć. Na wszystkie czasy stanie się Paweł zagadkowym symbolem duchowej przemiany, bo nie tylko zaprzeczył tradycji, ale też nienawistnych pogan uznał za braci, a przecież właśnie w nim te dwa światy – świat kultury pogańskiej, który oglądał oczyma dziecka bez miłości i świat miłowanej Tory, którą od najmłodszych lat oddychał – przenikały się od zawsze. Nie sposób zaprzeczyć, że poniżył świat żydowski jak nikt przed nim, odrzucając sakralną wartość Tory, będącej alfą i omegą wszystkich żydowskich myśli, pogan czyniąc godnymi smakowania owoców przeznaczonych dotąd tylko dla Żydów. Nie pytamy o Jezusa, zastanawiamy się, jak to możliwe, że ten sam człowiek znajdował słowa miłości dla tych, dla których wcześniej miał tylko nienawiść, a dla tych, których kochał, zobojętniał.

Chrześcijanie w jego atakach na Szczepana i drapieżności z jaką Paweł wyruszył do Damaszku, dopatrują się typowego dla swoich żydowskich przeciwników zaślepienia i fanatyzmu. Zupełnie podobnie – również jako swego rodzaju zaślepienie – odbierali to Żydzi, dla których stał się Paweł renegatem, farbowanym lisem, zrzucającym skórę potworem. Mamy tu do czynienia ze swoistym archetypem „hańby domowej”, która niejednokrotnie pojawiała się w historii. Ludzie, o których powie Tadeusz Konwicki, że choć  brali udział w zaprowadzaniu w Polsce komunizmu – często wywodząc się ze środowisk wrogich komunizmowi – to po latach okazali się przyzwoici i nie pozbawieni talentu[vi], są podobni do Pawła. Ludzie ci także  daremnie próbowali odpowiedzieć sobie potem, dlaczego uwierzyli, albo dlaczego przestali wierzyć. Czy jest odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiek zdobywa wiarę a potem ją traci, dlaczego odrzuca coś, co uznawał za nienaruszalne, by za prawdę przyjąć coś innego. Jest w człowieku tajemnica, którą łatwo usprawiedliwić podłość. Grząskie piaski lustracji trudno ominąć wchodząc w bagnisty las. Jakże często dzisiejszy lustratorzy, nie będący pierwszymi w oporze w czasach, kiedy do zwycięstwa było daleko, ale dla których dzisiaj wszystko jest jasne, prześlepiają nieracjonalne motywy ludzkich wyborów. Czyż przemiana nie jest w istocie zagadką? Utratę albo zyskanie wiary zawsze otacza tajemnica, a człowiek? Człowiek to trzcina na wietrze własnych myśli. 

Zbigniew Herbert, daleki od tego, by karty historii ostatnich 50 lat w Polsce przewracać w rękawiczkach, niekiedy też nie krył zdziwienia: „Byłem zaskoczony ludźmi, którzy uprawiali socrealizm (…) I nagle spotykam [jednego z nich], sympatyczny, inteligentny, wrażliwy, z poczuciem humoru (…) diabeł wynajmuje wnętrze człowieka, ale nie na stałe.”[vii] Z Pawłem rzecz jest bardziej skomplikowana – dla Żydów diabeł pozostał w nim na zawsze.


[i] Oficjalnie zakaz uczenia się języka greckiego według Talmudu wypowiedziany został przez władze żydowskie dopiero w czasach Trajana. E. Dąbrowski (1953), Dzieje Pawła z Tarsu, Warszawa, s. 601.  Natomiast po zburzeniu Jerozolimy przez Tytusa, faryzeusze nakazywali wszystkim Żydom żałobę i post w rocznicę przetłumaczenia Biblii na język grecki. Tenże (1965), Nowy Testament na tle epoki, Poznań, s. 486.

[ii] Daniel-Rops (1967), Od Abrahama do Chrystusa, Z. Starowieyska-Morstinowa (tlum), Warszawa, s. 368.

[iii] Daniel-Rops (1965), Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa,  J. Lasocka (tłum), Poznań, s. 487.

[iv] A jeśli zechcemy porównać siebie z innymi narodami, dostrzeżemy wprawdzie, że pod wielu względami stoimy na równi z nimi lub nawet niżej, ale w dziedzinie religijnej, to jest w służeniu bogom znacznie je przewyższamy. Cyceron (1960), O naturze bogów, W. Kornatowski (tłum), Warszawa, II, 3, 8.

[v] E. Dąbrowski, Dzieje Pawła z Tarsu, ss. 78 – 88.

[vi] Trzeba zgodzić się z implicite wyrażoną tu myślą, że „ukąszenie heglowskie”  najczęściej dotykało pisarzy artystycznie czy intelektualnie utalentowanych skromnie, a twórcy wielkiego formatu (których wśród „zarażonych” także nie brakowało), pokąd „jad” nie został wypłukany, jakby gubili swój talent, w „chorobie” płodząc dzieła nietrwałe i tuzinkowe.

[vii] A. Bikont i J. Szczęsna (2006), Zaczęło się od „hańby domowej” (w:) Gazeta Wyborcza, 7-8 października