Homo Inquietus

Malujcie jak Koguciuk.

Posted in Czytelnia, Rozmowy, Stanisław Koguciuk by staniszewski on 31 grudnia 2010

Malarz, twórca ludowy Stanisław Koguciuk to prawdziwy „Człowiek Niespokojny” – Homo Inquietus. Mieliśmy okazję odwiedzić go pod koniec listopada tego roku. Koguciuk mieszka od lat w leżącej niedaleko Chełma wiosce Pławanice. Pijąc herbatę, przeglądając katalogi wystaw, podziwiając nieukończone jeszcze obrazy rozmawialiśmy na temat życia, twórczości, oraz obecnego odbioru jego prac. Zamieszczamy poniżej zapisy wybranych fragmentów jego opowieści.

Życząc miłej lektury załączamy również dla wszystkich Czytelników i Przyjaciół Fundacji życzenia wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2011. Rozwijajcie swoje pasje, realizujcie plany, nie zrażajcie się porażkami i pozostawajcie wciąż niespokojni.

Jednym słowem: malujcie jak Koguciuk!

Marek i Dorota Staniszewscy

——————————————————————————————————————–

Malujcie jak Koguciuk. Fragmenty rozmowy ze Stanisławem Koguciukiem.

Maluję już ponad 40 lat. Pierwszy temat to były pejzaże. Namalowałem na dwóch rękawach od koszuli. Płócienkowa koszula. I takie nieduże formaty – dwa pejzaże. Woda, drzewa, kaczuszki jakieś. Patrzałem zawsze jak ktoś maluje. Interesowało mnie to. No i namalowałem. Maleńkie takie wyszły. Żona zaczęła prać koszulę – nie ma rękawów. A gdzie rękawy?

Mówię: a na czym te obrazy namalowałem?

– Wiedziałam – mówi, ale że do tego stopnia, żeby koszulę zmarnować, to już jest niedopuszczalne!

No a później wysłała mnie z handlem na rynek.

Mówię: to może by te obrazy wziął?

– To bierz – mówi. Ale jak ludzie będą – znajomi – to powiedz żeby nie śmieli się ze śmiechu.

Wziąłem te dwa obrazy, pojechałem na rynek do Chełma. Ten wiejski handel już sprzedałem, a na te obrazy nikt nie patrzy. Myślę: do domu nie powiozę bo i tak koszulę zmarnowałem. Wyrzucę ich do śmietnika, te obrazy, bo żadnego nie sprzedam. Ale idzie taka dziewczynka mała – może osiem lat – no w każdym razie już chodziła sama po targu.

Mówię: dziewczynko, czy ty byś chciała te obrazy? Ona mówi: chciałabym, ale pieniążków nie mam. Ale ja bym ci za darmo dał bo mnie już śpieszy się do domu. Powiesz mamusi, że taki pan się śpieszył i dał ci te obrazy. No i jej oddałem. Zadowolony byłem. Bo jakby nie ta dziewczynka to bym wyrzucił do śmietnika. I bym nie malował. A ona mnie dodała takiej chęci do malowania.

Bo dziecko, to ekspert taki. Lepszy od starszych.

Przyjechałem z tego handlu do domu. Żona z daleka: co, obrazy sprzedał? Dużo wziął? Dużo nie wziął, bo to pierwsze malarstwo…

No i już później nic żona nie mówiła, a ja kupiłem płótna i listwy. Później to zawiozłem z piętnaście obrazów do muzeum – tego koło kościoła – i chętnie przyjęli, bo nie było wtedy takiego malarstwa…

Mieszkam dziś w Pławanicach, ale ja urodzony na Wołyniu [we wsi Jankowce]. Niedaleko za Dorohuskiem – dziesięć kilometrów od Bugu. Tam powiat Liuboml był. Teraz to jest Ukraina. Tam mieszkałem kiedyś. Tam była miejscowość, taka wioska, około sto pięćdziesiąt gospodarstw.

Mówiło się tam taką mową chachłacką [gwara północno-ukraińska]. Ale w szkole uczyli już po polsku. Niedobre to było bo dzieci pisały w szkole raz jeden wyraz tak, a drugi tak…

A dwie sąsiednie wioski – to  tam wyłącznie po polsku rozmawiali. U nas w wiosce były tylko trzy rodziny prawosławne, a rzymskokatolicka była cała wioska. Tu przyjechałem w czterdziestym piątym roku, do Pławanic.

To była ta zamiana. Tam wszystko spalone od razu zostało. Chociaż spalone, ale zdawało się, że jeszcze się wróci. Daleko się nie odjeżdżało. Myślało się, że człowiek na swoje miejsce jeszcze pojedzie. Ale tam nie ma już rodziny mojej bo wszystko uciekło tu – na tą stronę. Tam teraz las rośnie…

Co robiłem zanim zacząłem malować? Do emerytury zduństwo. Pięćdziesiąt lat. Jak murowałem piece, to dorywczo tylko malowałem. Zdunki w wojsku się nauczył – w Ciechanowie i w Legionowie służyłem w 56 – 57-mym.

Po wojnie piece były rozwalone to poszedłem na ochotnika glinę rozrabiać. Rozrabiałem tą glinę, a zdun remontował te piece, albo na nowo je przemurowywał. Mówię do niego: może mnie by Pan zezwolił od ściany kłaść kafle? Bo jak już rozrobiłem glinę to tylko siedzieć – bo on cały dzień nieraz murował. Mówi: no to bierz Pan linijkę i jak tak chcesz to kładź. I poszedł gdzieś na piwo. To ja i na froncie zacząłem układać kafle. Przyszedł, patrzy, mówi: nie będę tego rozwalał, ile Pan masz chęci, tyle Pan muruj. I tak razem murowaliśmy. W koszarach stawialiśmy piece, później kuchnie dla żon oficerów. Wyrzucaliśmy ceglane a murowaliśmy z kafli. Jak przyszedłem z wojska to murowałem piece rodzinie, a później już całe wioski murowałem. I po szkołach murowałem. Tyle miałem zamówienia.

Murowałem kuchnie z piecami chlebowymi i używalne, takie pięciokanałowe. Kiedyś kuchnie były z piecami chlebowymi. Z początku to gazu przecież nie mieli, szereg lat. Dopiero butle gazowe zaczęli kupować jakieś – ja wiem – dwadzieścia lat wstecz, może trzydzieści na wsi, a tak to wszystko w piecach palili. W koszarach też murowałem i w szkołach.

A jak jestem na emeryturze to już szereg lat nie przyjmuję takiej roboty zduńskiej. Wyłącznie maluję.

Sześć lat miałem zarejestrowany zakład malarski. Malowałem do wielu sklepów rzemieślniczych. Jak poszedłem na emeryturę to wyrejestrowałem ten zakład.

Ja już chyba ze dwadzieścia tysięcy obrazów namalowałem w życiu, a obrazów nic nie mam w domu. Nie tak dawno zająłem się tymi religijnymi – „Ukrzyżowanie”, „Zmartwychwstanie”. Parę lat tylko maluję takie, a wpierw to pejzaże. O, tu jest „Wiejskie wesele” jak jechali na wozach.

A tu jest taki dyplom. W Lesznie dostałem. Miałem tam te obrazy: „Ukrzyżowanie” i „Zmartwychwstanie”. Honorowe wyróżnienie dostałem. Ja tych dyplomów to parę kilogramów chyba posiadam – nawet ich nie pilnuję. Na dożynki wołają – dyplom. Na Chmielaki – dyplom. Do Kazimierza wołają – dyplom. Targi Jagiellońskie – pojechałem, alem w godzinę wszystko sprzedał, to już nawet nie czekałem na dyplom. Ponad czterdzieści lat człowiek maluje. To ile już może być tych dyplomów?

W Bielsku Białej miałem pierwszą nagrodę. Za „Ostatnią Wieczerzę” też nagrodę dostałem”. Ostatnio zamówili ze Stowarzyszenia pięć takich „Wieczerzy”. W sumie to tych „Wieczerzy namalowałem chyba ze dwadzieścia… To już mój taki styl. To inna „Wieczerza” od Leonarda da Vinci. Bo tak jak on, to nie wolno. Kopia trudniejsza od malowania, to raz, a drugi raz – kopię trzeba by dokładnie namalować i trzeba byłoby pisać się z imienia i nazwiska. A to już mój pomysł – to wnętrze domu. To już mnie wolno podpisać: „Stanisław Koguciuk”, a czyjejś pracy nie wolno byłoby mnie podpisać. Trzeba byłoby napisać: „kopia”, a kopię robił Koguciuk.

A tu bociany na tym obrazie. A tu majówka i kapliczka. Kiedyś tak było na Wołyniu – jak była taka majówka, to śpiewali pod kapliczką ludzie. Cała wioska schodziła się do kapliczki i śpiewali wieczorem…

W 1998 roku miałem wystawę taką zbiorową w Ministerstwie Kultury, departament plastyki. I tam bezterminowo otrzymałem książeczkę artysty plastyka. Przysłali mnie później zaproszenie na wystawę do Czarnkowa na Salon Wielkopolski. No i tam wymagane jest zaświadczenie. Zrobiłem ksero z Ministerstwa Kultury. A tak inni bez zaświadczenia nie mogą brać udziału.

W 1996-tym miałem drugą nagrodę na międzynarodowej wystawie w Legnicy. Druga nagroda była za „Humory” – „Blondynka bez nałogów”, „Zakochany” [również obraz „Wybory w Polsce]. Bo to jest konkurs rokrocznie humorystyczny.  Wyczytałem, że taki konkurs jest w Legnicy i tak malowałem. Startowało wtedy czterdzieści trzy kraje świata. Pierwszą nagrodę zdobył zdaje się Kosobukin [Yuriy Kosobukin – malarz ukraiński], a grand prix to też jakiś ruski zdobył ale już zapomniałem jego nazwiska. Dali tysiąc osiemset złotych wtedy. To zaraz po wymianie pieniędzy chyba było. Później zaproponowali mnie wystawę. Ja miałem sto obrazów w Legnicy. Jeden dziennikarz  z sześćdziesiąt kupił, a drugi koło czterdziestu.

Kiedy miałem wystawę indywidualną „Humorów” to o mnie Zdzisław Smektała, dziennikarz pisał. – Ma Pan zdjęcie siebie? Pytał. – Nie mam. – To niech Pan pisze i odmaluje swoją karykaturę. O tu mam taki ostatni katalog. Miałem ich z pięćdziesiąt ale porozdawałem. To była wystawa w Legnicy, taką mi dali dużą salę, z taką wieżą. To się nazywało „Świat Wielkiego Stanleya”.

Miałem też wyróżnienie w Szczytnie [obraz „Walka wręcz pomiędzy policją a nielegalnymi demonstrantami”]. Wyższa Szkoła Policji konkurs zorganizowała. I Kulczyńska z Warszawy miała wyróżnienie. Dwa wyróżnienia. Pierwszą nagrodą złota pałka policyjna była i dwa tysiące nagrody, druga pałka srebrna – tysiąc pięćset, trzecia – brązowa – tysiąc i dwa wyróżnienia po pięćset złotych.

Później to miałem wyróżnienia w Bielsko Białej, a teraz pod rząd miałem trzy razy pierwszą nagrodę w Krasnymstawie. Może to takie szczęście? Nieraz pojadę na kiermasz i zdaje się ładniejsze obrazy od moich, ale nie ma kupca. Dlaczego nie wiem. Ja w zeszłym roku zajechałem na Chmielaki i już mnie szukali – z Lublina małżeństwo mnie szukało. Wreszcie znalazło. Miałem cztery „Humory” i osiem miałem większych obrazów. Tego roku to już tak drożej brałem, a wpierw to nie. Małżeństwo pyta: ile ma Pan tych obrazów? – No osiem. – Po ile Pan ceni? – No po tyle. – A jakby my je wszystkie zabrali i dali tyle? – No to zabierajcie! Sprzedałem to w dwadzieścia minut. A tam dalej matka z synem takie ładne zdaje się obrazy mieli i nic. Dalej podchodzi takie małżeństwo z Warszawy: – Po ile Pan ma „Humory” te? – Humory sprzedaje po tyle. – „No to zabieramy wszystkie” te cztery. Ta matka z synem patrzy – co to jest? U nas nikt nie pyta, a Pan wszystkie już sprzedał. – Bo nie malujecie tak jak Koguciuk. Malujcie tak jak Koguciuk to i wy sprzedacie!

W Kazimierzu to samo – jeździłem trzy dni na te targi [targi sztuki ludowej w Kazimierzu nad Wisłą]. Brałem po cztery obrazy no i wszystkie sprzedałem. A tylko cztery miałem dziennie. Tego roku w Kazimierzu, to znów Niemcy kupili. To była „Droga Krzyżowa” i „Ostatnia Wieczerza” i jeszcze coś. Bo w zeszłym roku to nie kupili. Mówili: Panie Koguciak – nie Koguciuk, tylko Koguciak mówili – na drugi rok u Pana kupimy. Ja mówię: gdzież do drugiego roku? Można umrzeć. Ale tego roku tylko w Piątek zajeżdżam do Kazimierza – miałem sześć większych obrazów – już na mnie czekają. Te same Niemcy. – Tego roku kupimy! Po ile Pan ceni te obrazy, bo nawet dwadzieścia byśmy kupili. Ja mówię: po tyle, ale Panowie, ja mam tylko sześć. – To nic, kupujemy. No i kupili. Tu ciągle handel – piątek, sobota, niedziela. Ja już nie mam czym handlować, a Stowarzyszenie zaoferowało jeszcze dwa noclegi. Dobrze, że dziesięć „Homorów” zawiozłem do Stowarzyszenia to jak jechali to mi je zabrali ze sobą. Na drugi dzień, w sobotę te humory też sprzedałem w parę godzin. W niedzielę to już tylko na zespoły patrzyłem. W Kazimierzu najlepiej się sprzedaje.

Byłem też tutaj na dni Chełma. Obrazów miałem zdaje się sześć takich większych. No mówią: już pana szukała jakaś pani, chciała kupić cztery pięć obrazów albo i więcej. Ja mówię: ona i jednego nie kupi. Bo to zaczyna się targ, ja zacenię po tyle złotych, to ona i jednego nie kupi. Oni mówią: o, już właśnie idzie ta pani. Przychodzi, pyta: ma pan obrazy? – No mam. – Ile? – Sześć. – Po ile Pan chce? – No po tyle. – Niech Pan wiąże wszystkie. – Co Pani żartuje – mówię. – Ja nie przyjechała żartować, tylko z Kazimierza przyjechała kupić. Związałem i już nie mam czym handlować.

Teraz to mniej jeżdżę jak kiedyś. Kiedyś to do Warszawy nawet jeździłem i obrazy  do galerii warszawskiej zdawałem jak miałem rzemiosło zarejestrowane.

A teraz do muzeum w Chełmie maluję. Tam przyjeżdżają też z Warszawy. Ktoś zamówił trzy „Madonny w kwiatach” i takiego „Wiejskiego pastucha” u mnie zamówili. Ale na razie tylko krowy namalowane. Będzie pięć krów i pastuch z kijem i psem. Jeszcze muszę pastucha namalować. I rozjaśnić to żółte, a tu gdzie te kępy to jeszcze mają być takie pałki wodne. Pastuch to bardzo upiększy, bo w kapeluszu bosy, z kijem a koło niego pies będzie.

Kiedyś to namalowałem taki obraz do muzeum. Nie wiem czy mówić, bo mogą mnie ukarać, ta cała Unia. Namalowałem „Szanowna Pani Unia, wkrótce będziemy bardzo szczęśliwi bo Szanowna Pani Unia da ofertę pracy”. Muzeum dało to do takiej redakcji „Niedzieli” i pstryknęli z tego okładkę. Klęczą tam na obrazie: dwóch z grabiami, dwóch z miotłami, czyszczą jej buty. Jeszcze zanim w Unii byliśmy. A teraz to inaczej jest i ludzie stąd wyjeżdżają – bez paszportów nawet…

————————————————————————————

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

Reklamy

Komentarze 3

Subscribe to comments with RSS.

  1. Kinga said, on 12 marca 2011 at 13:16

    Artykuł bardzo interesujący tak samo jak osobowość Pana Koguciuka.

    p.s miałam przyjemność pisania pracy licencjackiej w 2010 roku o twórczości Koguciuka. Było to bardzo przyjemne doświadczenie.

  2. pirx said, on 8 września 2011 at 01:17

    jaki jest nr tel. do tego tworcy,ceny obrazow, ich dostepnosc ?

    • staniszewski said, on 13 września 2011 at 20:25

      witam,
      niestety nie posiadamy tel. do Pana Koguciuka. Obrazy można kupować od samego Artysty. Ostatnio był np. w Lublinie na Jarmarku Jagielońskim. Pozdrawiam serdecznie.
      MS


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: