Homo Inquietus

Co pozostaje po Powodzi?

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 6 lipca 2010
Co pozostaje po Powodzi?
Tekst: Jadwiga Mizińska
Czerwiec 2010, Po powodzi na Powiślu.

Pantha rei  – wszystko płynie.
Czy naprawdę wszystko?
I czy na pewno płynie?
I : dokąd płynie?
I: kto za tym stoi?

*

Najstarsze odkrycie filozoficzne Heraklita, zawarte w – literalnie – dwóch słowach, nabrało szczególnego wydźwięku dla osób na różne sposoby dotkniętych Wielką Powodzią, jaka miała miejsce w czerwcu 2010 roku. Nasza okolica miała wątpliwe szczęście stać się jej epicentrum. Nazwa „Wilków” znalazła się na oczach i uszach, a przez to i ustach milionów telewidzów w Polsce i zagranicą. Oczywiście, Wielka Powódź objęła o wiele więcej wsi i miast, ale skoro my zostaliśmy „wyróżnieni” faktem, że zatonęła prawie cala gmina, czyni nas wezwanymi do tego, aby sobie i innym uprzytomnić, co się właściwie stało – i dalej dzieje. Zarówno z żywiołem przyrodniczym, jak też – z żywiołem ludzkim.

Zapanować nad jakimś, zarówno szczęśliwym, jak i – zwłaszcza – nieszczęśliwym, ważnym wydarzeniem, to poznać i wskazać jego przyczyny, przebieg i skutki. Można wówczas nie jedynie je zrozumieć – a więc ująć teoretycznie, ale też opanować je praktycznie. W przypadku wydarzenia nie-szczęśliwego, postawić diagnozę i ustalić terapię. Przeżywanie nieszczęścia bowiem to nie jednorazowy akt, lecz proces przechodzenia przez różne jego nieodzowne fazy:

1. zaskoczenia, szoku, fizycznego i psychicznego osłupienia, paraliżu wszystkich funkcji umysłowych na rzecz prostych, odruchowych emocji,

2. zagłębiania się i zgłębiania cierpienia, jakie pociąga za sobą widok wszechogarniającej destrukcji,

3. stopniowego odzyskiwania zmysłów, ponownego uruchamiania się władz umysłowych: rozumu, woli, wyższych uczuć,

4. podjecie aktywności zmierzającej do re-konstrukcji tego, co uległo destrukcji bądź kompletnemu zniszczeniu.

Odnosi się to zarówno do wszelakich, zwłaszcza ciężkich, tzw. śmiertelnych chorób, jak i do losowych nieszczęść i złych przypadków, zwanych wypadkami. Zatrzymanie się na którymś ze wstępnych stadiów grozi popadnięciem w syndrom Żony Lota (skamienienia z rozpaczy), względnie Hioba (złorzeczenie Bogu). Dopiero przebrnięcie owych wstępnych stadiów sprawia, ze możemy otrząsnąć się z negatywnych stanów i uwolnić psychiczną przestrzeń ku temu, by mogły uruchomić się również pozytywne. Chodzi tu o ponowne uelastycznienie sparaliżowanych władz umysłowych, a wraz z nimi – odżycie Nadziei, „chrzestnej matki” twórczego działania.

*

Nim rozpocznie się proces intelektualnego, emocjonalnego i praktycznego odzyskiwania strat, stanowiących emblemat nieszczęścia, wcześniej należy odnaleźć i dopasować właściwe, adekwatne słownictwo. Albowiem to, co zostanie przedsięwzięte jako ratunek, zależy od tego, w jakich kategoriach ujmiemy to, co sprawiło, że go potrzebujemy. Inaczej postępuje się z chorobami wenerycznymi, gdy potraktuje się je w kategoriach „kary boskiej za rozpustę”, zgoła zaś inaczej kiedy uzna się je za określone „jednostki chorobowe”. Za pierwszym razem poprzestaje się na potępieniu i samopotępieniu chorego, za drugim – podejmie skuteczne leczenie. Jak stąd dowodnie wynika, dobór terminologii ma tu ewidentnie praktyczne znaczenie.

Zastanówmy się więc, co przeżyliśmy niedawno w związku z wezbraniem i wylaniem wielkiej wody w polskich rzekach, a zwłaszcza w ich Królowej-Wiśle? Oraz – w jakim języku opowiadać o tych przeżyciach. Zależnie od wyboru jednej z przytoczonych niżej „centralnych kategorii”, zyskamy nieco odmienny obraz całości.

W charterze takiego kluczowego pojęcia nasuwają się następujące określenia:

Kataklizm

Katastrofa

Kryzys

Utrata

Porażka

Walka z Powodzią i walka ze sobą samym.

Wszystkie one, poza ostatnim, tworzą jeden syndrom Nieszczęścia, słowa rozpoczynającego się od negacji, nasyconego więc potężnym ładunkiem emocjonalnym o charakterze pejoratywnym. Z pojęciem „powódź” kojarzą się wówczas nade wszystko takie przeżycia i reakcje, jak:

– strach, lęk, przerażenie, panika,

– strata, utrata, żal, rozpacz, płacz, lamentowanie, opłakiwanie,

– beznadziejna walka, porażka, klęska,

– załamanie, depresja, desperacja,

– pretensje do losu, do Boga, do instytucji, do innych ludzi, ogólnie – poszukiwanie winnych.

Wszystkie przytoczone określenia implikowane przez Syndrom Powodzi rozumianej jako Nieszczęście, są prawdziwe i narzucają się niemal automatycznie także tym, którzy bezpośrednio powodzią nie zostali dotknięci a jedynie byli jej naocznymi świadkami, względnie – widzami i słuchaczami medialnych relacji.

Na ten stereotyp Powodzi jako „Kataklizmu – Katastrofy Kryzysu = Nieszczęścia”, u co wrażliwszych postronnych osób, także niemal automatycznie uruchamia się inny, symetryczny zestaw stereotypów: współczucia, empatii, użalania się nad ofiarami oraz idącej za tym chęcią spieszenia z pomocą materialną, medyczną, psychologiczną itp.

Ta godna szacunku Lamentacyjno – Pomocnicza postawa podszyta jest, zauważmy, podświadomą ulgą, że nieszczęście przydarzyło się innym a ominęło nas. Niesienie pomocy staje się zatem zarówno pragnieniem powetowania strat poszkodowanym, jak też „złożenia ofiary” za szczęście jej uniknięcia. Rzecz jasna, bywają i tacy, którzy, powodowani wrażliwością i odruchem serca, kwapią się nieść pomoc całkiem bezinteresownie.

Obie te kategorie ludzi nazwijmy odpowiednio Ratownikami i Pomocnikami.

Dla precyzji: Ratownicy to zawodowcy, profesjonaliści (pracownicy służb ratowniczych, straży pożarnej, policji, lekarze, pielęgniarze, wojsko, itp.) jak też wolontariusze, spontanicznie włączający się w najpilniejsze akcje; z kolei Pomocnicy – czy może raczej Pomocowy – to albo etatowi pracownicy odpowiednich instytucji (np. placówek pomocy społecznej), albo wspomniani wolontariusze, soby, które z własnej chęci i woli usiłują nieść wszelkiego rodzaju pomoc poszkodowanym.

*

Pojawia się jednak pytanie, czy te dwa bliźniacze stereotypy bohaterów dramatu Nieszczęścia: bycia Ofiarą oraz bycia Ratownikiem lub Pomocnikiem wyczerpują zasób wszystkich reakcji i działań, jakie faktycznie miały i mają miejsce w związku z Powodzią.

Przy bliższym wejrzeniu, okazuje się, że w istocie uruchomiła ona o wiele większą gamę zachowań, i to takich, o których zazwyczaj się nie mówi, ponieważ uchodzą za wstydliwe, mało chwalebne, a przy tym odstają od wygodnego dwuczłonowego modelu heroicznego.

Spróbuję je ponazywać i poklasyfikować, rujnując przy tym prosty, bo dychotomiczny podział na, po pierwsze, „nieszczęśliwe ofiary”, „ofiarnych ratowników”, zaś, po drugie: „szlachetnych ofiarodawców”.i „wdzięcznych ofiarobiorców”. Wyliczę te zjawiska, które w ten „pobożnożyczeniowy” stereotyp uderzają i każą go dość radykalnie zmodyfikować.

Po pierwsze: powódź w Wilkowie zniwelowała jednoznaczne przeciwstawienie: ofiary – ratownicy. Okazało się, że pewna część mieszkańców (i pracowników gminy) znalazła się w podwójnej roli: osobiście poszkodowanej ofiary, i zarazem, ratownika innych. Pojawiła się nowa figura: poszkodowanego ratownika ratującego innych poszkodowanych.

Po wtóre: Ofiary powodzi, którym woda zalała domy, siedziby, pola, samochody i wszelkie inne dobra, bynajmniej nie zawsze pozwalały się ratować nawet w obliczu zagrożenia życia. Do ostatniej chwili odmawiały ewakuacji, utrudniając przez to ratownikom spełnianie ich funkcji, ba, niekiedy wręcz im złorzecząc i przeganiając. Wynikałoby stąd, że przywiązanie do posiadania było w nich większe, niż przywiązanie do samego życia. Stąd figura poszkodowanego broniącego się przed ratownikami.

Po trzecie: sami poszkodowani przez powódź, zamiast oczywistego, mogłoby się wydawać w takiej sytuacji, wzajemnego współczucia i solidarności, przejawiali, zwłaszcza po ustąpieniu fali powodziowej, nierzadko wobec siebie nawzajem agresję, złość, zazdrość i zawiść (że kogoś „tylko podtopiło, a nie całkiem zalało”, „że zalani uzyskali odszkodowanie z ubezpieczenia, a nie zalani – nie!”. Stąd figura Zawistnika: Mniej poszkodowanego, paradoksalnie zazdroszczącego poszkodowanemu bardziej wyższego odszkodowania.

Po czwarte: Pomocowy (czyli znani i całkiem nieznani ludzie spieszący z natychmiastową pomocą) zamiast upewnić się, co jest w pierwszym rzędzie potrzebne ofiarom powodzi, spieszyli z darami, które przynosiły satysfakcję głównie im samym, natomiast poszkodowanym sprawiały więcej kłopotu niż pożytku (na przykład olbrzymie ilości używanej odzieży, którą gmina musiała za własne pieniądze poddać utylizacji, czy też opasowych kartofli, nadających się tylko na karmę dla nieistniejącej na tym terenie trzody chlewnej. (Figura Bezmyślnego Darczyńcy, pomagającego przede wszystkim sobie pod pretekstem pomagania innym).

Po piąte: ofiarodawcy i darczyńcy zazwyczaj oczekiwali objawów natychmiastowej wdzięczności, nie bacząc na to, że wciąż trwająca powódź zdezorganizowała normalne funkcjonowanie instytucji takich jak gmina, której pracownicy zaangażowani byli w ratowanie życia ludzi zwierząt, i innego mienia, nie mogli zatem tracić ani sekundy na konwencjonalne, a nawet i szczere dziękczynienia. (Figura Natrętnego i Egocentrycznego Ofiarodawcy, liczącego na natychmiastowe objawy wdzięczności – swego rodzaju korzyści moralne).

Po szóste: nierzadko ofiarodawcy żądali dosłownego, biurokratycznego pokwitowania swych datków i darów, licząc na własne korzyści, na przykład odpisy od podatku VAT, podczas gdy nie funkcjonowały komputery, i w ogóle zbrakło prądu. (Figura Psudo-darczyńcy, nastawionego na korzyści materialne)

Po siódme: Ofiarobiorcy w zasadzie w większości od początku przyjęli postawę, że wszelka pomoc: tak od państwa, różnych instytucji, jak i od prywatnych osób im się bezwzględnie należy. Znaczna ich część zajęła pozycję roszczeniową: żądali na przykład, by im pitną wodę w butelkach dostarczono do domu, a nie stawiano na ulicy, skąd mogliby sobie ją w dowolnej ilości zabrać. (Figura Roszczeniowego i Rozkapryszonego Ofiarobiorcy, traktującego finansową i rzeczową pomoc jako bezwględnie mu należną „obowiązkową daninę”).

Po ósme: obfite dary, Ofiarobiorcy rozchwytujący owe dary w nieograniczonej ilości, niezależnie od realnej możliwości ich skonsumowania, zużycia, czy choćby przechowania (druga fala powodziowa sprawiła, że ich część uległa zatopieniu). (Figura Ofiarobiorcy – Chomika).

Po dziewiąte: jeszcze w trakcie akcji dramatycznej obrony wałów, pojawiały się co chwila pogłoski o rzekomych spiskach: zarówno tego rodzaju, że z góry poświęca się poszczególne wsie, by u ratować Kazimierz czy Puławy, jak i takie, że wysyłane są specjalne samoloty z których anonimowy wróg złośliwie posypuje „proszek do rozpuszczania wałów” (prawdopodobnie pogłos „spuszczania z samolotów stonki przez wywiad USA” z czasów stalinowskich). (Figura Podejrzliwca, wszędzie węszącego spisek „nieznanych wrogich sił, sprzysiężonych przeciw nam”).

Po dziesiąte: podczas akcji obronnej rozumowano kategoriami „naszego odcinka”; nie licząc się z tym, co dzieje się u najbliższych sąsiadów. Mimo, że losy naszej wsi, Kamienia, zależały pośrednio od tego, co z jednej strony dzieje się w Józefowie, a drugiej w Kępie Gosteckiej mieszkańcy nie współczuli, a nawet niezbyt się interesowali stanem rzeczy w najbliżej, choć inaczej nazywającej się wiosce (chyba, że mieli tam bliską rodzinę). Jak gdyby wspólnie wszystkim zagrażająca Wisła liczyła się z podziałami administracyjnymi. (Figura Myślenia Wąsko-Partykularnego).

Po jedenaste: mało kto z mniej aktualnie zagrożonych obszarów przejmował się losem pracujących w ulewnym deszczu czy dzikiej spiekocie służb ratowniczych. Pracowników zawodowych służb traktowano jako swego rodzaju automaty, choć zarazem oczekiwano po nich bezgranicznego poświęcenia Tylko nieliczni, jak na przykład księża z parafii Piotrawin, pomyśleli o dostarczaniu im napojów i gorących posiłków. (Figura Bezduszności implikowana sytuacją Potencjalnie Pokrzywdzonego).

Po dwunaste: w miarę napływania darów i problemów z ich dystrybucją (jako że powódź wciąż trwała i angażowała do bezpośredniej walki z nią większość pracowników gminy) pojawiły się podejrzenia, iż rozdzielający dary sobie samym przyznają co lepsze kąski – Figura Paranoicznej Podejrzliwości, która szczególnie drastycznie boleśnie raniła osoby zatrudnione przy walce z powodzią oraz przy jednoczesnym przyjmowaniu i wydawaniu darów.

Nie obeszło się bez anonimowych donosów, sprawdzanych przez policję, mimo, iż możliwość defraudacji była także w oczach policjantów fizycznym niepodobieństwem. Owocowało to po stronie ratowników Figurą Moralnej Bezbronności wobec rozpętanej podejrzliwości i zrodzonych z niej plotek, oszczerstw, insynuacji i wspomnianych, anonimowych donosów.

Po trzynaste: liczni pracownicy mediów, w szczególności zaś stołecznej telewizji, potraktowali Powódź jako okazję do łapczywego poszukiwania, ale również prowokowania wszelkiego rodzaju „dobrze się sprzedających” skandali. Zamiast możliwie obiektywnych relacji, czyhali, względnie wprost domagali się – niekiedy wręcz opłacając rozmówców – rzucania kalumnii na wszystkie możliwe instytucje zobowiązane do udzielania ratunku i pomocy. Zatroskani wyłącznie o swoje interesy i gaże, quasi-dziennikarze nie liczyli się z tym, że uruchamiają w już i tak rozchwianych emocjonalnie powodzianach najniższe instynkty – Figura Hien Informacyjnych.

Gdybyśmy chcieli stworzyć teatralną inscenizacją Wielkiej Powodzi, oprócz autentycznych Pokrzywdzonych Ofiar oraz Heroicznych Ratowników, należałoby też obsadzić wymienione wyżej role.

*

Opisane wyżej zjawiska i generowane przez nie postawy, które znajdowały wyraz w ludzkich zachowaniach (spersonifikowanych w poszczególnych „figurach”) powinny nam uświadomić pewną prawidłowość ogólną. Taką oto, że w obliczu kataklizmu przyrodniczego, jakim bez wątpienie była Powódź, oprócz postaw jednoznacznie racjonalnych i szlachetnych, ujawniają się – równolegle – postawy i zachowania irracjonalne, jak też, co trzeba podkreślić szczególnie mocno: bezmyślne, głupie, podłe i nikczemne.

Może wprost rzec, że Kataklizmowi Przyrodniczemu, jakim był wylew Wisły i innych polskich rzek, towarzyszył Kataklizm Ludzki – powódź najgorszych instynktów, najniższych uczuć. Wyzwolenie się tłumionych w spokojniejszych czasach ciemnych i szpetnych „psychicznych żywiołów”.

*

Nie dość jest podziwiać ofiarności, poświęcenia i bohaterstwa – bezinteresowności wszystkich tych Ratowników i Pomocników, którzy w chwilach największej trwogi, z narażeniem zdrowia, a nierzadko i życia, bronili zagrożonych, nieznanych sobie bliźnich, zostawiając własne rodziny na pastwę niepokoju o ich samopoczucie. Nie dość jest sławić bezinteresowność wolontariuszy oraz darczyńców, którzy nie czekając na apele i prośby spieszyli, by podzielić się z anonimowymi poszkodowanymi tym, co maja cennego, a co może im się przydać w najtrudniejszych, pierwszych chwilach katastrofy, Bez podtekstu i ironii, wolno sparafrazować słynne słowa Zofii Nałkowskiej, iż to Ludzie Ludziom łagodzili i osładzali gorzki Los.

Nie można wszakże nie dowiedzieć i przemilczać faktu, że Kataklizm Zewnętrzny znalazł też echo w Kataklizmie Wewnętrznym: że niebezpieczeństwo (grożące zresztą obu stronom – tak ratowanym, jak i ratownikom) uruchomiło u licznej grupy ludzi to, co niskie i złe, a co niegdyś zasługiwało na takie nazwy, jak nikczemność, podłość, prostactwo, chamstwo, zawiść…

Innymi słowy, kataklizm pod postacią Powodzi, odsłonił dwubiegunowość ludzkiej natury. Na jednym biegunie objawiły się najwartościowsze i najpiękniejsze, zaś na drugim, przeciwległym, najgorsze i najszpetniejsze cechy. Zapewne i jedne, i drugie, tkwiły w poszczególnych osobach już przedtem, Powódź spełniła jedynie funkcję papierka lakmusowego; wywabiła u jednych głównie zasady, zaś u innych – kwasy.

Od psychologów należałoby oczekiwać objaśnienia tego zjawiska, znanego zresztą w jakiejś mierze z literatury obozowej- choćby z książek Aleksandra Sołżenicyna, Herlinga – Grudzińskiego, Tadeusza Borowskiego, Wiktorii Kraśniewskiej (Barbary Skargi) i wielu, wielu innych. Okazuje się bowiem, że nie potrzeba obozów koncentracyjnych, każda inna sytuacja graniczna, spełnia podobną rolę „rozpodobnienia ludzi” na biernie poddających się losowi, utyskujących nań, złorzeczących i przeklinających oraz – walczących z nawet najbardziej absurdalnym światem i własnymi skłonnościami do bierności i zniechęcenia (por. ”Boso, ale w ostrogach”, obozowe wspomnienia Stanisława Grzesiuka).

Dla filozofa jest to okazja by uświadomić sobie, że tzw. natura ludzka nie jest bynajmniej jednorodna; jednoznacznie dobra, albo równie jednoznacznie zła. Raczej, że istnieją w niej wszelkie wyobrażalne potencje, i każdy z nas ma podobną skłonność do ucieczki od zagrożenia i pogoni za atrakcyjną pokusą.

Jak się to jednak dzieje, że niektórych stać na cywilne bohaterstwo, heroizm, czy wręcz – świętość; inni zaś w obliczu zagrożenia i pokusy staczają się w dół, pozwalając, by z mrocznych piwnic podświadomości wypełzly potwory i demony?

Kataklizmy powinny być dla filozofów jako „funkcjonariuszy ludzkości” napomnieniem, by rozpatrywali istotę człowieczeństwa nie jako rzecz statyczną, ale dynamiczną: realizująca się na niezliczoną ilość sposobów w konkretnych, realnych sytuacjach. A w związku z tym, aby badali mnogie i wielorakie, a przy tym zmieniające się układy: „jednostka – sytuacja”.

*

Do nas wszystkich, jak sądzę, należy intensywne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego szlachetni mają lękać się i ulegać presji nikczemnych? Dlaczego głośno nie krzyczą z powodu swego postponowania, nie domagają się wzięcia ich w obronę? Dlaczego, sprawdzając się o obronie i ratowaniu innych, nie umieją bronić siebie samych przed oszczerstwami i potwarzą?

Hannah Arendt powiada słusznie, że „dobro jest ciche”. Ale czy krzywda wyrządzana dobrym nie powinna być głośno wypowiedziana przez innych, którzy, jak dotąd, bezradnie na nią patrzą?

Rilke pisał: „trzeba być Aniołem Stróżem swego Anioła Stróża”. Dodałabym też: “trzeba być Ratownikiem naszych Ratowników”. Chronić ich przed rozgoryczeniem i bólem wskutek dość częstych przypadków, gdy ratowany kąsa ręce, które go ratują.

*

Nawracając do pytań, postawionych na samym początku:

Nie wszystko płynie! Nie zmieniają się słusznie tak nazwane „mechanizmy psychiczne”, czyli automatycznie się włączające stereotypy zachowań i klisze myślowe włączające samoczynnie w sytuacjach granicznych.

A co za tym stoi? Jak się wydaje, niższe warstwy psychiki, odziedziczone po zwierzęcych przodkach, usytuowane na poziomie „gadziego mózgu”.

I one mogą się także zmieniać i upłynniać, jak sądzę. Pod warunkiem, że bez wstydu i hipokryzji będziemy się im przyglądać. U innych – w postaci słomki, u siebie samych – w postaci belki w oku.

*

Tekst powyższy w dniu 4 lipca 2010 roku przedstawiłam na Zlocie Filozoficznym w Piotrawinie w obecności moich przyjaciół filozofów, reprezentujących kilka środowisk (Lublin, Kielce, Białystok. Wrocław) z którymi spotykamy się tu od kilku lat. Tym razem zaprosiłam również wytrawnego psychologa – dr Wiesławę Okłę z Lublina oraz osoby bezpośrednio uczestniczące w walce z powodzią w Wilkowie.

Pod wpływem ich komentarzy i dyskusji, swoje rozważania pragnę uzupełnić o następujące, wypływające stąd uwagi:

Pan Daniel Kuś, nie kwestionując mojej próby klasyfikacji postaw wobec powodzi, dodał jeszcze swoją własną: Nauczyciela – jakim stała się dla niego Wisła oraz siebie jako Ucznia. Będąc jednocześnie i poszkodowanym i ratownikiem, uznał, iż powódź może i powinna stać się Wielką Lekcją co do tego, jak należałoby na przyszłość organizować sobie współistnienie z Rzeką. Ponadto podkreślił mnogość pozytywnych efektów Powodzi, które on miał okazję sobie uświadomić jeszcze w trakcie jej trwania. Należałoby zacząć także publiczną nad nią debatę, równoważąc w ten sposób jednostronny, „żałosny” i „lamentacyjny” jej obraz.

Wraz z Andrzejem Sikorą, ukuli aforyzm; „Woda dzieliła równo, dramat rozpoczął się wtedy, gdy zaczęli dzielić ludzie”.

Z sali dobiegła uwaga, iż przedstawioną „obsadę dramatu Wielka Powódź’ należałoby uzupełnić jeszcze o dwie negatywne figury: „Polityków” i „Szabrowników”, usiłujących na niej zbić swoje własne doraźne interesy.

Dr Monika Kardaczyńska podkreśliła, i z sensem debaty na temat adekwatnego języka narracji popowodziowej jest zmiana znaczeń słów, które samoczynnie padają na początku. Na czele z samym określeniem „katastrofa”. To, co jawi się w pierwszym momencie jako wyłącznie negatywnie rozumiana „katastrofa” w gruncie rzeczy może prowadzić do korzystnych przemian w organizowaniu sobie po niej życia, ale też – do zmiany samego myślenia o jej następstwach. Tak w planie „bytowym”, jak i „mentalnym”.

Dr Wiesława Okla z punktu widzenia psychologa stwierdziła, iż scharakteryzowane przeze mnie „Figury” reprezentujące odpychające moralnie zachowania i postępowanie domagają się wyjaśnienia i zrozumienia. Złość, agresja, zazdrość, zawiść to sposoby na radzenie sobie z lękiem wobec ogromnego zagrożenia. Zamiast je zwalczać, albo się nimi nazbyt przejmować, gdy są wymierzone w nas, trzeba zdobyć się na dystans wobec nich. Czynić dalej to, co dyktuje obowiązek i sumienie, nie załamywać się, gdy nasze najlepsze intencje obracają się przeciwko nam.

Powyższym tekstem pragnęłabym zapoczątkować Debatę Popowodziową. Zazwyczaj bywa tak, że największy nawet kataklizm przykuwa publiczną uwagą jedynie w „gorącej fazie”. Potem zostaje zepchnięty na daleki plan przez kolejnego telewizyjnego „newsa”. Tymczasem, tak sroga lekcja, jakiej udzieliły nam w 2010 roku polskie rzeki, powinna zostać starannie przemyślana. Po to, by następna Wielka Powódź zastała, wbrew przysłowiu Polaków “mądrzejszymi przed szkodą”.

Warto śledzić, dokumentować i uważnie komentować przebieg zachowań mieszkańców Wilkowa sprzątających – w każdym sensie tego słowa po powodzi. W szczególności pod kątem tego, czy Wisła pozwoliła im oczyścić ze zbędnych śmieci nie tylko domy, siedliska ale i umysły.

*

Na koniec pragnę przytoczyć list, jaki otrzymałam od mojej przyjaciółki, Sabinki M.

Kochani! Dzielni!

Noe miał chyba łatwiejsze zadanie, bo nie musiał ratować wszystkich i wszystkiego, a tylko bank genów. Solidarność i humanitaryzm Stwórca powołał do działania dopiero z 5000 lat po stworzeniu prototypu człowieka i teraz patrzy i eksperymentalnie sprawdza, czy to było dobre. Byłoby chyba lepsze, gdyby do tego dodał jeszcze poczucie wdzięczności.

Obecnie Pan Bóg podniósł wymagania, teraz każe ratować nikczemników i niewdzięczników. Jeśli już znajdziecie jakiś Ararat, to pewnie was stamtąd zepchną. A może jednak nie?

Kacze Doły, 28 czerwca oraz 5 lipca 2010 roku

Reklamy