Homo Inquietus

Nie bójmy się słowa „teoria” – wywiad z profesorem Andrzejem Blikle.

Posted in Andrzej Blikle, Czytelnia, Organizacja, Rozmowy by staniszewski on 27 kwietnia 2010

Dziś publikujemy rozmowę z prawdziwym „Człowiekiem Niespokojnym” – Homo Inquietus, czyli z profesorem Andrzejem Blikle. Wiele osób kojarzy jego nazwisko z istniejącą od 1869 roku rodzinną firmą cukierniczą A.Blikle, którą nasz rozmówca skutecznie zarządza od początku lat 90-tych.

Andrzej Blikle to jednak również człowiek nauki i wielki społecznik: profesor zwyczajny w Instytucie Podstaw Informatyki PAN, członek honorowy Polskiego Towarzystwa Informatycznego, członek Europejskiej Akademii Nauk, osoba zaangażowana w działalność licznych organizacji krajowych (ponad dwudziestu!) – w tym prezes zarządu stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, gdzie co miesiąc (od 1997 roku) prowadzi konwersatorium na temat TQM (zarządzania kompleksową jakością).

Serdecznie zapraszam do lektury wywiadu

Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

—————————————————————————————————————————————

Marek Staniszewski: W roku 2009 został Pan uhonorowany medalem im. Tadeusza Kotarbińskiego. Tadeusz Kotarbiński, twórca prakseologii zajmował się teorią sprawnego i skutecznego działania, a na jej gruncie zagadnieniami będącymi tematami rozważań współczesnej teorii zarządzania. Pan zajmuje się zarządzaniem na co dzień prowadząc jedną z najsilniejszych marek rodzinnych w Polsce. Jednocześnie jest Pan teoretykiem i rzecznikiem TQM [Total Quality Management], czyli zarządzania kompleksową jakością.
Czy filozofia jest dla Pana inspiracją? Których filozofów lub systemy filozoficzne ceni Pan osobiście najbardziej?

 Prof. Andrzej Blikle: Jako matematyk jestem po części filozofem, tym bardziej że zajmowałem się głównie podstawami matematyki (choć w zastosowaniu do informatyki) zwanymi też metamatematyką. W zakresie matematyki „czystej” inspiracją były dla mnie prace i poglądy Kurta Gödla i Alfreda Tarskiego, a także mojego mistrza i mentora profesora Andrzeja Mostowskiego. W zakresie styku matematyki i informatyki  moim mistrzem byli św. p. prof. Zdzisław Pawlak, a także mój przyjaciel prof. Antoni Mazurkiewicz. A gdyby sięgnąć do starożytności to z pewnością Arystoteles i Euklides oraz nieco młodszy od nich (IX wiek) Algorismus (Al-Chuwarizmi), którego uznaje się za twórcę pojęcia algorytmu, choć sama idea znana była już dużo wcześniej w tym Euklidesowi. To wszystko dotyczy moich trzydziestu lat (1960-1990) spędzonych jako badacz i nauczyciel akademicki.

 M. S.: Wymienił Pan Tarskiego oraz Gödla – zatrzymajmy się na moment przy tej drugiej postaci. O co właściwie chodzi w tzw. formule Gödla, która jest prawdziwa wówczas, gdy nie jest prawdziwa. Czy nie zajmując się czystą matematyką warto w ogóle podejmować próby  rozumienia takich paradoksów?

A. B.: Pan opisał ideę dowodu tzw. „drugiego twierdzenia” Gödla, a nie ideę tego twierdzenia. Idea dowodu jest oczywiście trudna do pojęcia dla laika, a nawet dla matematyka, który nie miał bliższego kontaktu z logiką matematyczną. Ale ideę obu twierdzeń Gödla daje się wyjaśnić stosunkowo prosto.

Pierwsze twierdzenie mówi, że każda udowodniona teza matematyczna jest prawdziwa. Co to znaczy „prawdziwa”, to właśnie określił, Tarski, który jako pierwszy zdefiniował pojęcie prawdy w odniesieniu do nauk dedukcyjnych.

Drugie twierdzenie składa się z dwóch części:

    A.    W tzw. teoriach pierwszego rzędu, każda teza prawdziwa daje się udowodnić, ale światy opisywane przez jedną i tę samą teorię mogą się bardzo od siebie różnić. Innymi słowy, każda teoria pierwszego rzędu opisuje bardzo wiele światów na raz, co jest pewną wadą, bo zwykle chcemy dokładnie wiedzieć, o czym dana teoria mówi.

    B.    Tego niedostatku nie mają teorie drugiego rzędu, ale niestety w tych teoriach nie każda prawdziwa teza daje się udowodnić. I właśnie w dowodzie tej części korzysta się z argumentu, który Pan przytoczył w swoim pytaniu.

W odniesieniu do odkryć Tarskiego mamy więc sytuację podobną do zasady nieoznaczoności Heisenberga: w jednym pomiarze nie możemy poznać dokładnie zarówno położenia jak i pędu cząstki elementarnej. Aby coś uzyskać, z czegoś musimy zrezygnować. Tak jak w życiu.

M. S.: A w jaki sposób Prace Gödla przyczyniły się do rozwiązania tzw. „paradoksu kłamcy” i rozwoju nowych definicji prawdy? Czy mógłby Pan nieco przybliżyć rozumienie takich określeń jak: „metapojęcia” czy „metateoria”?

A. B.: Prace Gödla i Tarskiego pokazały, że w rozumowaniach dedukcyjnych należy unikać tez które mówią coś o sobie samych, bo to prowadzi do paradoksów. Dla przykładu zdanie, które mówi o sobie „ja jestem zdaniem fałszywym” nie może być ani prawdziwe, bo wtedy byłoby fałszywe, ani fałszywe, bo wtedy byłoby prawdziwe.

Praktycznie od starożytności, aż do prac Gödla i Tarskiego obowiązywała intuicyjna definicja prawdy, którą Tadeusz Kotarbiński sformułował w swojej „Logice dla prawników” w sposób następujący:

teza, która orzeka, że jest tak a tak, jest prawdziwa, jeżeli jest tak a tak.

Choć wydaje się, że ta definicja nie wnosi wiele w rozumienie, czym jest prawda, przez wiele stuleci nie udało się skonstruować lepszej. Dopiero praca Tarskiego odwołująca się do zaawansowanych pojęć matematyki pozwoliła poddać pojęcie prawdy matematycznej analizie. Okazało się też, że trzeba rozważyć dwie wersje tego pojęcia:

a.    teza jest prawdziwa, gdy jej prawdziwość znajduje potwierdzenie w otaczającym nas świecie,

b.     teza jest prawdziwa, gdy można ją udowodnić posługując się zasadami dedukcji.

No i oczywiście pojawiło się naturalne pytanie, czy te definicje są równoważne, a twierdzenia Gödla udzieliły na nie odpowiedzi.

M. S.: Czym zatem są wspomniane metapojęcia i jak odnoszą się do teorii?

A. B.: Metapojęcia to pojęcia wyrażane na poziomie metateorii, a metateoria dla teorii T, to teoria, która zajmuje się badaniem właściwości teorii T. Dla przykładu, teoria cząstek elementarnych, zajmuje się własnościami cząstek elementarnych. Jeżeli jednak chcieliby badać własności teorii cząstek elementarnych, np. aby rozstrzygnąć, czy każde udowodnione na jej gruncie twierdzenie jest prawdziwe, to musielibyśmy stworzyć teorię wyższego poziomu, a więc metateorię, w której języku moglibyśmy mówić o teorii cząstek.

M. S.: Czy takie podejście można odnieść do zarządzania i w  jaki sposób traktować w ogóle różne teoretyczne podejścia do zarządzania – tzw. „teorie zarządzania” i jak weryfikować ich prawdziwość?

A. B.: Co do teorii zarządzania, to w niej mówimy o zarządzaniu organizacjami, tyle że nie jest to teoria dedukcyjna, więc do niej twierdzenia Gödla w ogóle się nie odnoszą. W sensie Tarskiego i Gödla teoria zarządzania, nie jest nawet jedną teorią, ale połączeniem wielu teorii, a wśród nich wielu niededukcyjnych, np. psychologii społecznej i ekonomii. Na gruncie tej teorii prowadzi się dowody, choć nie w sensie w sensie Tarskiego i Gödla, a następnie szuka potwierdzenia w praktyce. Podobnie jak w fizyce, gdzie na gruncie fizyki teoretycznej buduje się naukowe modele zjawisk, a na gruncie fizyki doświadczalnej te modele potwierdza lub odrzuca. I oba te ujęcia są jednakowo ważne i potrzebne do rozumienia świata.

M. S.: Czy teorie zarządzania mogą zaoferować coś istotnego tym, którzy w praktyce zarządzają przedsiębiorstwem na co dzień?

A. B.: Oczywiście, że mogą. Przykładem może być właśnie teoria, którą przedstawił Pan na moim konwersatorium [podczas konwersatorium przedstawiałem model zarządzania marką BAV – BrandAsset Valuator – www.bav.pl; M.S.].

Nie bójmy się słowa „teoria” i nie traktujmy go jako przeciwieństwa praktyki. Ktoś powiedział, że nie ma nic bardziej praktycznego nad dobrą teorię. Gdyby to nie była prawda, nie latalibyśmy dziś w kosmos, nie mieli komputerów i nie potrafili leczyć ludzi. Teoria to zbiór prawd stanowiących uogólnienie obserwowanych zjawisk. Weźmy za przykład zjawisko jabłka spadającego z drzewa. Każdy z nas może zobaczyć tylko kilka spadających jabłek, więc może sobie pomyśleć, że te, które akurat widział, spadły, ale może inne, których nie widział, wzniosły się do góry. I tu z pomocą przychodzi teoria, która nazywa się mechanika newtonowska. Każde dwa ciała przyciągają się z siłą…

Przez ostatnie dwadzieścia lat zajmuję się zarządzaniem firmą rodzinną i jednocześnie staram się zgłębiać zasady wiedzy o zarządzaniu, a także poszukiwać związanych z nią paradygmatów. Moim zdaniem wiedza ta jest dziś na tyle rozległa, że można już mówić o filozofii zarządzania, czego najwcześniejszy dowód dał Tadeusz Kotarbiński. Dla mnie jednak czołowymi filozofami zarządzania byli Peter Drucker (ekonomista) i Edwards Deming (fizyk). Ich idee rewolucjonizują wcześniejsze poglądy na zarządzanie podobnie jak idee Alberta Einsteina zrewolucjonizowały spojrzenie na mechanikę newtonowską i zasadę determinizmu w fizyce. Oni też wywarli największy wpływ na sposób myślenia o pracy zespołowej i to w dowolnym kontekście, a nie tylko w kontekście organizacji gospodarczej. Mam też mojego ulubionego klasyka, a jest nim Immanuel Kant ze swoim imperatywem kategorycznym oraz tezą, że etyka jest wiedzą praktyczną.

M. S.: Jak zauważał przywołany przez Pana Peter Drucker, decyzje menadżerów dotyczą pracy innych osób – menadżerowie powinni im pomagać w osiąganiu ich własnych celów. Spoczywa też na nich odpowiedzialność za losy firmy i jej pracowników. Czy menadżerowie, których spotyka Pan na swoich warsztatach, szkoleniach są Pańskim zdaniem przygotowani do pełnienia taki odpowiedzialnej roli? Czy filozofia mogłaby im w tych zadaniach jakkolwiek dopomóc?

A. B.: Pewnie część jest, a część nie jest lub — ujmując rzecz inaczej — wszyscy są przygotowani w jakiejś mierze, ale właśnie te miary są różne. Bo przecież oni te role pełnią. Gorzej lub lepiej, ale jednak pełnią. A co do studiowania filozofii, to jeżeli kogoś ona interesuje, to może mu pomóc, ale jeżeli brzydzi, to z pewnością nie pomoże.

M. S.: Pisze Pan obecnie – wciąż uaktualnianą w Internecie – książkę pt. „Doktryna jakości„. Czy mógłby Pan nieco przybliżyć naszym czytelnikom własne rozumienie „jakości” oraz powiedzieć jak ono się przekłada  na codzienne zarządzanie firmą?

A. B.: Słowo „jakość” podobnie jak słowo „pogoda” jest używane w dwóch różnych znaczeniach. „Pogoda” może oznaczać albo stan atmosfery, bez względu na to jaki jest, albo też powszechnie lubiany stan atmosfery (przynajmniej w naszej strefie klimatycznej), a więc pogodę słoneczną. Podobnie jest z pojęciem jakości. W TQM jednak, gdzie mówi się dużo o jakości, trzeba to pojęcie precyzyjnie zdefiniować. Najczęściej uważa się, że jakość produktu jest miarą spełnienia oczekiwań klienta wiązanych z tym produktem. To określenie wskazuje, że jakość nie jest cechą produktu jako takiego, że nie można o niej mówić w oderwaniu od oczekiwań klienta. Filozoficznie rzecz ujmując, jakość jest cechą pary: produkt i oczekiwania klienta. Dla przykładu, gdy ktoś pokaże nam zepsute surowe mięso i do tego zapiaszczone, to z pewnością określimy jego jakość jako nieakceptowaną, gdyż przykładamy do niej własne oczekiwania. Jednakże dla tresera lwów jest to produkt, którego właśnie oczekuje. Dla niego mięso świeże i bez piasku jest niskiej jakości, gdyż przed podaniem swoim pupilom musiałby nie tylko posypywać je piaskiem, ale też czekać aż się zepsuje.

M. S.: Skoro oczekiwania klienta definiują jakość, to należałoby badać właśnie te oczekiwania, czy jednak klient zawsze wie dokładnie czego tak naprawdę chce?

A. B.: W pewnej mierze tak, choć ta wiedza, a częściej odczucie, nie musi zawsze przekładać się na wskazanie przedmiotu, który chce nabyć. Klient zawsze wie, co chce osiągnąć, choć często nie wie jak to zrealizować. Wyobraźmy sobie mężczyznę, który wchodzi do sklepu z kosmetykami, aby kupić prezent dla żony. Nie ma jednak pojęcia, ani o kosmetykach, ani o preferencjach żony w tym zakresie. Zły sprzedawca dojdzie do wniosku, że ten klient nie wie czego chce, bo nie potrafi dokonać wyboru. Jednakże dobry sprzedawca będzie rozumiał, że w rzeczywistości  klient nie przyszedł do sklepu po kosmetyk, ale po miłość żony, po jej uśmiech, podziękowanie. Wypyta go więc o wiek żony, jej zamiłowania, kolor włosów i pewnie coś doradzi.

M.S.: Sprzedawca gromadzi więc pewne informacje… a propos informacji – osobiście odnoszę wrażenie, że zasada niekompatybilności sformułowana przez I. A. Zadecha dobrze ilustruje kwestie dylematów decyzyjnych w chaotycznym, pełnym niepewności świecie dzisiejszych rynków. Jak podejmując strategiczne decyzje ustalać i rozumieć relacje pomiędzy wiarygodnością i precyzją posiadanych informacji?

A. B.: Alfi Zadecha poznałem osobiście, gdy byłem profesorem wizytującym na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley w roku 1979. Jest on twórcą tzw. logiki rozmytej (ang. fuzzy logic). O ile pamiętam wprowadza on rozróżnienie tez na ścisłe (stricte) i rozmyte (fuzzy). Niezależnie od tego można dzielić tezy na precyzyjne i nieprecyzyjne. Te dwie klasyfikacje są niezależne. Teza ścisła i precyzyjna to np. „Jan waży dokładnie 70 kg”. Teza ścisła, ale nieprecyzyjna: „Jan waży około 75 kg”. Teza rozmyta i precyzyjna: „Jan waży pomiędzy 68 kg a 72 kg”. Teza rozmyta nieprecyzyjna: „Jan waży od około 68 kg do około 72 kg”. Pierwsza z tych tez — Jan waży dokładnie 70 kg — to właśnie teza ścisła i precyzyjna i dlatego wysoce niewiarygodna w tym sensie, że prawdopodobieństwo zdarzenia iżby Jan ważył dokładnie 70 kg jest równe zero, bo miara jednopunktowego odcinka jest równa zero. W tym właśnie sensie wiarygodność i precyzja się wykluczają, bo aby jedno mogło rosnąć, drugie musi maleć. I znów mamy tu podobieństwo do zasady nieoznaczoności Heisenberga, którą wcześniej przywoływałem odnosząc się do twierdzenia Gödla.

A przechodząc do zastosowań gospodarczych, jeżeli Pańska firma powie klientowi, że na skutek rozwieszenia 1000 billboardów na drogach sprzedaż jego produktu wzrośnie o 1.236.742,28 zł, to jest to informacja niezwykle ścisła i precyzyjna, ale właśnie dlatego mało wiarygodna. Jeżeli powie Pan, że wzrośnie ona o kwotę pomiędzy 1 a 1,5 ml zł, to będzie to informacja mało ścisła (rozmyta), ale znacznie bardziej wiarygodna. A jeżeli powie Pan, że sprzedaż wzrośnie o kwotę pomiędzy 1 zł a 100 ml zł, to będzie to informacja bardzo wysoce wiarygodna, ale tak rozmyta, że zupełnie bezużyteczna.

M. S.: Faktycznie, chyba tylko w drugim przypadku klient skłonny byłby uwierzyć. W wielu jednak firmach, wśród osób zajmujących się zarządzaniem czy marketingiem istnieje tendencja do przedstawiania bardzo precyzyjnych planów. Tego często oczekują pracownicy – precyzyjnie określonych celów do zrealizowania. Czy cele można podawać w sposób „rozmyty” na zasadzie: „naszym celem jest wyprodukowanie i sprzedanie w tym roku od 100 do 300 tys. modeli urządzenia X”? Czy ludzie nie oczekują od liderów konkretnie określonych celów?

A. B.: Ja myślę, że ludzie w pierwszym rzędzie oczekują celów zrozumiałych i dobrze uzasadnionych. W Pańskim przykładzie uzasadnienie mogłoby być takie: Powinniśmy sprzedaż co najmniej 100 tys. sztuk, bo inaczej nasze przedsięwzięcie nie będzie rentowne, ale też nie więcej niż 300 tys. bo maksymalnie tylko tyle zdołamy wyprodukować. Więc nich sprzedawcy uważają, by nie zawrzeć kontraktów, których byśmy  nie byli w stanie zrealizować. Czy to nie jest konkretne i precyzyjnie określone zadanie? Dla handlowców firmy to bardzo dobrze określony cel.

M. S.: Mówi Pan o wiarygodności i precyzji w posługiwaniu się informacją, która jest  jednym z najcenniejszych zasobów w biznesie. Wśród menadżerów panuje czasem „głód” informacji. Czy matematyczne rozumienie informacji może tu w czymś pomóc? Jaka postawa wskazana jest w odniesieniu do posiadanych i potrzebnych informacji?

A. B.: Informacja nie jest pojęciem matematycznym, ale teorio-informacyjnym. W języku potocznym to pojęcie jest używane w wielu różnych znaczeniach, a w języku naukowym też definiowane na różne sposoby w zależności od tego, jakie aspekty informacji chcemy badać. W informatyce informacja jest najczęściej utożsamiana ze zbiorami danych. Myślę, że „naukowa” definicja informacji w życiu codziennym nie jest potrzebna. Wystarczy jej intuicyjne rozumienie.

Menadżerom nie jest potrzebna informacja (zbiór danych), tylko wiedza, a więc wnioski jakie z tej informacji wypływają. Menadżer, który patrzy na wykres obrazujący zysk firmy w poszczególnych miesiącach roku, widzi informację o zmienności poziomu zysku, ale to nie jest jeszcze wiedza. Wiedza zaczyna się np. wtedy, gdy taki wykres przeanalizuje metodą kart kontrolnych Shewharta. Wtedy dopiero będzie wiedział, czy obserwowana zmienność pozwala wyciągnąć wnioski o zagrożeniach lub powodach do radości, czy też jest to zmienność całkiem przypadkowa. Oparta na statystyce teoria Shewharta to właśnie doskonały przykład niezwykle praktycznej teorii. Gdyby menadżerowie znali tę teorię (a w stosowaniu jest ona bardzo prosta), to nie podnosiliby alarmu, ani nie wręczali nagród, gdy nie ma po temu żadnych powodów.

M. S.: Zatem uważne śledzenie sygnałów płynących z otocznia i rekcja we właściwym momencie. Przywodzi to na myśl cybernetyczne podejście Norberta Wienera. Wg niego organizm byłby swoistą formę przekazu – przeciwieństwem chaosu, dezorganizacji. Czy w przypadku organizacji –  firm można mówić o„homeostazie” jako o celu samym w sobie? Czy firma, tak jak organizm może „sama siebie regulować”?

A. B.: Myślę, że homeostaza nie jest celem samym w sobie, ale mechanizmem utrzymywania organizmu przy życiu. Podobne zjawisko występuję również w inżynierii, gdzie nazywamy je ujemnym sprzężeniem zwrotnym (feedback). Takie sprzężenia występują również w firmach, gdzie podobnie jak w urządzeniach są instalowane przez człowieka. Dla przykładu, jeżeli w podaż nie nadąża za popytem, to rośnie cena, aby zrównoważyć popyt.

M. S.: Jakie „czujniki sensoryczne” są więc w firmie niezbędne by skutecznie monitorować jej stan i reagować we właściwym czasie, w odpowiedni sposób?

A. B.: To zależy w dużej mierze od indywidualnych uwarunkowań firmy takich jak branża, wielkość, położenie geograficzne itp. Są jednak też pewne czujniki uniwersalne dla wszystkich firm i są nimi na przykład podstawowe parametry finansowe analizowane przy pomocy kart kontrolnych Shewharta.

Karty kontrolne Shewharta to narzędzie pozwalające ocenić, czy obserwowana zmienność, np. gwałtowny spadek sprzedaży przez trzy kolejne miesiące, jest wynikiem losowego charakteru procesu (jak przy rzutach kostką), czy też pewnej tendencji, która ma swoje źródło. Z menadżerskiego punktu widzenia to bardzo ważne rozróżnienie, gdyż od niego zależy, jaką podejmiemy decyzję. W pierwszym przypadku nie będziemy poszukiwać przyczyn, tak jakbyśmy ich nie poszukiwali, gdyby w kolejnych rzutach kostki  wypadło nam 6, 3 i 1. W drugim jednak przypadku przyczyny będziemy poszukiwać, aby ją usunąć, lub złagodzić jej skutki. I choć matematyczne podstawy teorii Shewharta odwołują się do zaawansowanej matematycznie teorii prawdopodobieństwa, to ich zastosowanie daje się z łatwością zrealizować przy pomocy arkusza Excela.

M. S.: W swoich wystąpieniach przywołuje Pan prace Marka Kosewskiego i porusza aspekt godnościowy jako to, czego organizacjom bardzo dziś potrzeba. Czyim zadaniem jest wnosić do firmy dyskusję o wartościach?

A. B.: Uważam, że jest to typowe zadanie przywódcze, a więc menadżerskie, ale dyskusję  o wartościach mogą inicjować wszyscy. Tyle, że nie jest to łatwe. Czasami trzeba zwrócić się do specjalistów psychologów.

M.S.: Dlaczego właśnie do psychologów, a nie na przykład do etyków, czy filozofów?

A. B.: Dlatego, że rozmawiając o wartościach z pracownikami, nie staramy się ustalić filozoficznych standardów aksjologicznych, tylko poznać wartości ważne dla konkretnych ludzi. I najczęściej nie tylko je poznać, ale też i w jakiejś mierze kształtować. A kształtować nie w sposób nakazowy — tu jest lista wartości, które mają być dla was ważne — tylko przez tworzenie odpowiedniego społecznego środowiska pracy. Np. jeżeli zauważymy, że wśród naszych pracowników powszechnie cenione są postawy cynicznej skuteczności, to jest wielce prawdopodobne, że firma ma znaczący w tym udział. Warto się wtedy przyjrzeć, czy aby firma nie realizuje takiej właśnie postawy wobec pracowników.

M. S.: Na zakończenie chciałbym Pana zapytać co sądzi pan o określeniu „misja firmy” – czy jest ono zasadne?

A.B. Uważam, że każda firma powinna określić swoją misję, wizję i strategię. Misja mówi, jakie wartości chcemy tworzyć, w czym chcemy być użyteczni dla świata. Wizja określa jak nasza firma ma wyglądać w przyszłości, by realizować misję. A strategia, to już konkretna droga zrealizowania wizji.

M.S.: Serdecznie dziękuję w imieniu własnym oraz czytelników za poświecony czas i naszą rozmowę.

——————————————————————————————————————————

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

Reklamy

Czy faktycznie podlegaliśmy PRAWOM ROJU?

Posted in Czytelnia, Zygmunt Bauman by staniszewski on 21 kwietnia 2010

Na wydarzenie mające już swoją obiegową nazwę Żałoby Narodowej spowodowanej Katastrofą pod Smoleńskiem można patrzeć od wielu różnych stron. Można w niej po prostu uczestniczyć i przede wszystkim ją przeżywać – i to było udziałem znakomitej większości Polaków przez dziewięć kwietniowych dni 2010 roku.

Teoretycy życia społecznego, badacze fenomenów z zakresu psychologii mas mają wszakże obowiązek wznieść się również na poziom refleksji. Jest to niezbędne także owej Przeżywającej Większości – zdanie sobie sprawy, w czym i na jakiej zasadzie ludzie włączają się w zbiorowe przeżywanie (wszak, na ogól, przeżywanie jest zajęciem indywidualnym, osobistym, a nierzadko zgoła samotniczym). Skoro od czasu do czasu przytrafia się nam również okazja do przeżywania – czy też raczej reagowania zbiorowego), warto wiedzieć, czemu ulegamy naprawdę. Czy jesteśmy powodowani wyłącznie własną, oryginalną koniecznością ekspresji uczuć, czy też – poniekąd przymuszani do niej niepisanymi, ale i pisanymi, „obowiązkami’ brania w niej udziału, jak też narzucanymi nieraz odgórnie „instrukcjami obsługi żalu„.

Profesor Zygmunt Bauman, jeden z najbardziej znamienitych myślicieli współczesnych, znawca naszej „płynnej ponowoczesności„, z racji swego miejsca zamieszkania (Anglia, Leeds) miał okazję obserwować te wydarzenia – jak napisał do mnie w prywatnym liście – z zewnątrz. Z takiej perspektywy, to co działo się – i nadal dzieje w Polsce jawi mu się w kategoriach ROJU. To określenie, wzięte z obserwacji przyrodniczych, jest interesującą – ale pewnie dla wielu także bulwersującą – próbą opisania fenomenu, w którym to, co autentyczne: szok, zdumienie, brak zrozumienia, poruszenie emocjonalne, żal, współczucie itp. – miesza się z pospieszną chęcią nadania jakiejś formy temu, co NIEPOJĘTE.

Po ochłonięciu z pierwszych burzliwych emocji, warto, jak sądzę, przyjrzeć się z pewnego przynajmniej dystansu sobie samym. W czym właściwie uczestniczyliśmy? Jak usiłowaliśmy zapanować nad wstrząsającymi przeżyciami? W jakiej mierze płynęły one z własnej duszy, a w jakiej podlegały zewnętrznej, instytucjonalnej organizacji?

A jeśli faktycznie podlegaliśmy PRAWOM ROJU, to w jakiej roli w nim się odnaleźliśmy? Kto był pszczołą – robotnicą, kto trutniem, a kto królową?  A może Pan Profesor nie ma racji porównując nas do owadów. Ale wtedy pojawia się pytanie nowe: jakiej innej analogii użyć, by ogarnąć to co się z nami dzieje i przewidzieć, jakie będą kolejne stadia tej Narodowej Żałoby. Bowiem każda żałoba jest procesem, a Freud wyróżnia ponadto dwie jej odmiany: „czarną’ i „różową”.  I ostania kwestia: jaki może (powinien?) być PLON ŻAŁOBY?
Popiół czy Diament?

Jadwiga Mizińska

 —————————————————————————————————————————

Przyczynek do fenomenologii roju

Zygmunt Bauman

Dziw człowieka bierze… Socjologowie i psychologowie wypisali nieprzeliczone tomy o rodzinach i sąsiedztwach, grupach przyjacielskich i koleżeńskich, klikach, bandach, tłumach, stadach – a o rojach ani mru-mru. Dziw bierze, bo wszak to roje właśnie obnażają najdosadniej zasady kierujące zbiorowościami ludzkimi na codzień; najdosadniej, bo przez zdumienie i szok powodowane ich pogwałceniem. Jest wszak rój zaprzeczeniem tych a priori przyjmowanych zasad. Rój się bez nich obchodzi. Dla wszystkich wymienionych powyżej odmian zgrupowania czy „bytu zbiorowego”, rój jest alternatywą. I w tym jego moc uwodzicielska. I jego rosnąca popularność. I – kto wie? – jego szansa na awans z imprezy karnawałowej na normalną, codzienną, rutynową w gruncie rzeczy formę ludzkiego współżycia…

Ugrupowania zaprzątające jak dotąd uwagę socjologów i psychologów tym się od roju różnią, że posiadają strukturę. A więc hierarchię – „górę” która wydaje polecenia, i „dół” który je wykonuje lub karcony jest i karany za niedopełnienie obowiązku. A zatem każde z tych ugrupowań ma swych zwierzchników i podwładnych, dowódców i dowodzonych, rządców i rządzonych, nadzorców i nadzorowanych, przewodników i prowadzonych, prowodyrów i tych, co w nich się zapatrzywszy starają się jak mogą za nimi podążać i dotrzymywać im kroku. Niczego takiego w roju nie uświadczysz – jak nie znajdziesz w nim majstrów i kaprali, policjantów i wykidajłów, czy strażników pilnujących wejścia i zagradzających wyjścia.

W roju wszyscy są równi. To nie znaczy, że są jednakowi: ale w roju każdy może, z własnej woli czy z czystego przypadku, losowo czy przez aklamację tych w pobliżu, podjąć się na chwilę czynności, które w zbiorowościach „ustrukturalizowanych” przypadają z nominacji kapralom czy stójkowym – a nawet funkcji sprawowanych z urzędu przez nadzorców czy przewodników. I tym to właśnie roju urok – szczególnie doceniany przez tych umęczonych wieczną dyscypliną, znużonych wykonywaniem cudzych zachcianek i czapkowaniem przed tymi, którzy wykonania swych zachcianek się domagają; i znudzonych robieniem rzeczy, na jakie nie mają ochoty i których sensu trudno im się dopatrzyć – a jak się już dopatrzą, to docenić. W roju wszyscy jesteśmy podmiotami, inicjatorami i decydentami. Ze nasze poczynania są do siebie do złudzenia podobne? Ze nasze postępki niczym się nie różnią od tego, co czynią, w tej samej co my chwili, ci na przedzie i z tyłu, z prawa i z lewa? Ba – o żadnym uchybieniu to nie świadczy, a już tym bardziej nas nie upokarza; nie dowodzi wszak obrabowania nas z woli, ani jej stłamszenia za sprawą cudzej przemocy i naszego tchórzostwa czy niechęci do zwady, braku animuszu do stawiania na swoim i obawy przed zabłądzeniem. Nie musi się gwoli samostanowienia, zachowania godności własnej i samorespektu wyróżniać w roju od innych, ryzykując potępienie, czy (o zgrozo!) wydalenie z towarzystwa. Choćbyś swoim zachowaniem ani na jotę od reszty mrowia nie odbiegł, nikt tu z ciebie nie zadrwi żeś marionetką za sznurki pociąganą, ani nie pomówi o małpowanie.

Kto się, jak ja, socjologią opartego na strukturze ładu był za młodu karmiony, nie oprze się tu kolejnemu zadziwieniu. Jak to możliwe, by pod nieobecność struktury (a ściślej mówiąc przy strukturach kalejdoskopowo zmiennych, a opornych kostnieniu i rozpływających się równie szybko jak się scaliły), obdarzone wolą podmioty zachowywały się w sposób równie (a może i bardziej jeszcze) identyczny i skoordynowany, jak ten który wedle orzeczenia ekspertów od ludzkich zachowań byłby nie do pomyślenia bez partytury, dyrygenta, i żmudnych ćwiczeń? Miał być powszechny rozgardiasz, rejwach i anarchia – a tu ich ani śladu! Przeciwnie: elizeum i nirwana jak rzadko albo i nigdzie indziej nie spotykana – wszyscy robią to samo, bez wahania a z pobożnym niemal namaszczeniem, wokół cisza i spokój, na twarzach (wszystkich) uśmiechy albo (na tychże wszystkich, tyle że przy innej okazji) skupienie i powaga; a odgłosy niesnasek, jeśli już uszu dobiegają, przypominają raczej zamierające pomruki oddalającej się burzy, niż wrzawę bitewnego pola… Całkiem jak na polu żytem zasianym: każde źdźbło z odrębnego ziarna się ku niebu wspina, a na każdym identyczne kolanka tego samego dnia się zawiązują…

Rój jest mutantem zbiorowości ludzkich znanych z podręczników socjologii pod gatunkowym mianem „grupy”. Rój to grupa w stanie de-instytucjonalizacji; grupa z której wypreparowano stos pacierzowy i którą oskrobano z łusek ochronnych lub odarto z ochronnego pancerza. Jest więc rój tworem w porównaniu z grupą nieporównanie miększym, bardziej wiotkim i ugniotliwym, zgoła bezkształtnym lub o zmiennej wciąż, rozmazanej sylwetce. Ale nade wszystko jest rój tworem krótkotrwałym. Nie jest on zdolny do wytworzenia mechanizmów homeostatycznych ani procedur samo-się-odtwarzania, które nadają grupie substancję wobec poczynań jej członków autonomiczną i zapewniają jej takąsamość mimo wybycia z niej wszystkich istot jakie się na nią dawniej składały (Wisła Kraków, jak i liczne inne polskie i nie polskie zespoły piłkarskie, świętowała ostatnio stulecie swego istnienia, choć skład jej jedenastki , jak i wszystkich innych, wymieniał się bez reszty średnio co pięć lat, a jej widowni co dwadzieścia-trzydzieści).

Jedynym spoiwem roju jest zogniskowana na jednym i tym samym przedmiocie uwaga składających się nań podmiotów – a ta znów jest notorycznie eteryczna i niezdolna do skupienia na jednym przedmiocie przez czas dłuższy. Szybko się ta uwaga nuży – i jeśli nie ma się poddać zabójczo wycieńczającej chorobie nudą zwanej, musi powędrować niezwłocznie w poszukiwaniu nowych pastwisk i pokarmów. Stanowczo nie są roje strukturo-twórczymi bytami. Dziwić się, dlaczego rozpadają się nazajutrz po swoim narodzeniu, to tak jak zdumiewać się, że woda nie jest sucha lub cukier nie kwaśny. Spełnieniem roju nie jest przemiana rzeczywistości, ale jej chwilowe wywrócenie na nice, by tym łacniej można było do niej, i do wszystkich jej urodziwych i szkaradnych aspektów, powrócić po krótkiej chwili wytchnienia i z nimi się, znów na czas jakiś, pogodzić. Rój niczego w rzeczywistości nie zmienia; jak wentyl bezpieczeństwa, zapobiega on tylko rozsadzeniu jej struktur przez napięcia na codzień przez nią wytwarzane.

Rój jest zjawiskiem opisanym przez antropologa Victora Turnera pod nazwą communitas – alternatywnego niejako, a na codzień ukrytego lub relegowanego na margines, układu międzyludzkich relacji, którego współobecności struktury societas, z ich sztywnymi hierarchiami zwierzchnictwa i podległości oraz regułami „pecking order” (w dosłownym tłumaczeniu „kolejności dziobania”) potrzebują jak powietrza, by się we własnych trujących wyziewach nie podusić. „Communitas” utrzymuje „societas” przy życiu. Zapobiega ona wyradzaniu się podziałów społecznych w rozłamy, ciemiężenia w unicestwienie, tłumienia dialogu w zerwanie komunikacji, upokorzenia w bunt. Czyni znośnym to, co inaczej byłoby nie do zniesienia. Wedle Turnera, żadna „societas”, żadna odmiana względnie trwałego ładu społecznego, nie może się bez „communitas” obejść – choć nie może też istnieć bez trzymania „communitas” w ryzach, w bezpiecznej of rutyn „societas” odległości, i bez wyraźnego tych dwu sfer od siebie odgraniczenia: czasowego, przestrzennego, albo jednego i drugiego naraz. Jeden ze sposobów takiego rozgraniczenia sfer opisał barwnie Michaił Bachtin w jego studium karnawału – owej dorocznej „przerwy w codzienności”, w której to przerwie skodyfikowane i zakrzepłe reguły i struktury „societas” są dla odmiany, na dni parę, zawieszane czy zapędzane w podziemie.

Nauki społeczne mogły sobie pozwolić na ignorowanie zjawiska roju jak długo trzymano je w rezerwacie, zdala od głównych traktów ludzkich peregrynacji głównych siedzib międzyludzkich interakcji; w takich warunkach można łatwo owe milczenie socjologów zrozumieć, choć znacznie trudniej ich z niego rozgrzeszyć. Dziś jednak zasieki drutu kolczastego usunięto, a odsłonięte mury rezerwatów skruszały. Roje wydostały się na światło dzienne, rozpanoszyły i zagnieździły na dobre w codzienności, i przeoczyć już ich nie sposób. Wędrując po portalach internetu, wszyscy podłączamy się codzień ochoczo do paru przynajmniej rojów i od tyluż się bez żalu odłączamy. Po godzinach spędzonych w biurach, szkołach, urzędach i innych placówkach „societas”, a coraz częściej i w toku tych godzin, przymierzamy się do rojów jak do nowych modeli zbiorowego życia, eksperymentujemy z różnymi ich zastosowaniami, wprawiamy się w posługiwaniu się nimi. Z przedmiotów przedzierzgamy się w podmioty – a przynajmniej doznajemy tego, co w erze przerostu informacji, natychmiastowego jej przekazu i dryfującej uwagi za podmiotowość uchodzi. Zać z wyzbyciem się napięć nagminnie a masowo przez „societas” rodzonych nie musimy zwlekać do przyszłorocznego karnawału. Klapę bezpieczeństwa chroniącą struktury społeczne przed rozsadzeniem, a nasze zdrowie psychiczne przed załamaniem, nosimy w kieszeni czy torebce – w schludnym i poręcznym pudełeczku komórkowego telefonu czy kieszonkowego komputera przemyślnie zamontowaną; i nie rozstajemy się z nią ani na chwilę. „Communitas” jest zawsze pod ręką, nawet gdy nie ma jej przy boku. By się dostać do roju, nie trzeba drążyć tuneli czy kruszyć ścian by się wpierw z przyciasnych okowów struktury wydostać. Rój i „ustrukturalizowana” grupa w jednym stoją dziś domu – i sobie nawzajem, o dziwo, nie wadzą…

Ba, może się i ze sobą czasami waśnią po starej pamięci, ale z nieproszonego i psotnego nieraz, anarchicznego ponoć intruza, przeobraża się dziś rój (communitas), i to szybko, w ducha opiekuńczego „societas” – zorganizowanej społecznej zbiorowości. Czemu już wątlejąca i dziur pełna struktura podołać nie zdoła, chętnie do wykonania rojom przekazuje: grupa rojem się wyręcza. Wyobrażane „całości społeczne” czasów nowożytnych, państwa-narody, musiały uciekać się do konstruowania i obsługiwania ogromnej ilości zakładów wychowania i pouczania, tresury, nadzoru, opieki, leczenia, nawracania i karania (nazwanych łącznie przez Michela Foucault z inspiracji Jeremy Benthama „instytucjami panoptycznymi”) by z abstraktu stać się widoczną i odczuwalną, namacalnie doświadczaną a przemożną realnością. Dzięki arteriom komunikacyjnym umożliwiającym koordynowanie przeżyć na odległość, oraz synchronizację współprzeżywań w „realnym czasie”, mogą się „wyobrażane całości” bez całej tej ociężałej a ogromnie kosztownej maszynerii po części, jeśli już nie całkowicie, obejść; no i na szczęście, bo coraz trudniej byłoby im jej ciężar udźwignąć i jej koszta ponosić. Zaprawieni drobnymi stosunkowo, lecz nieustannymi wprawkami internetowymi do uprawiania rojowych obyczajów i w sposobie życia roju zadomowieni, dojrzeliśmy do ery mega-rojów, rojów na całkiem inną, gigantyczną skalę, współmierną ze skalą takich „całości wyobrażanych”, jak społeczeństwo, naród, czy państwo. Owe mega-roje tym się różnią zasadniczo od stosunkowo szczupłych rozmiarami rojów z online’u, licznych, rozproszonych i krzyżujących się czy zderzających ze sobą w locie, że wypełniają po brzegi, od skraju do skraju, całą przestrzeń widoczności i wyobraźni – nie pozostawiając niczego „nazewnątrz”. Wszyscyśmy w tym roju, jeden rój dla nas wszystkich. Solidarność rozpostarta wszechwładnie stąd do samego horyzontu. Wszyscyśmy tu jednacy, wszyscyśmy sobie równi i równie cenni, wszyscyśmy tą samą myślą przejęci i w tej samej radości czy smutku pogrążeni.

Przynajmniej do jutra… Ale jutro, jak zwykli się pocieszać nasi współcześni, will be another day

———————————————————————————————————————————–

Tekst Zygmunta Baumana został pierwotnie opublikowany i jest dostępny na stronach Krytyki Politycznej.
Zarówno Panu Profesorowi, jak i Redakcji tego pisma chciałbym niniejszym serdecznie podziękować za możliwość zamieszczenia całości również w tym miejscu.
Marek Staniszewski
Fundacja Homo Inquietus

Pomilczeć nad Katastrofą

Posted in Czytelnia, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 18 kwietnia 2010

Dziękujemy wszystkim osobom wspierającym działalność Fundacji Homo Inquietus.

Poniżej refleksja profesor filozofii Jadwigi Mizińskiej. Tekst odnosi się do tragicznych wydarzeń z 10 kwietnia.

W imieniu całego zespołu Fundacji bardzo dziękuję Pani Profesor za podjęcie tego bolesnego tematu.
Marek Staniszewski

 —————————————————————————————————————————-

Jadwiga Mizińska
UMCS Lublin
(Sobota, 18. 04. 2010)

 Pomilczeć nad Katastrofą.                             

Tak jesteśmy skonstruowani, że nasz umysł buntuje się  przeciwko Przypadkowi. Nie każdemu jednak. Przypadek ma bowiem dwie twarze: uśmiechniętą i ponurą. Widać to w potocznym słownictwie, które odróżnia „szczęśliwy traf losu” od „nieszczęśliwego przypadku”, zwanego też bardziej ekspresyjnie „wypadkiem”. Odciśnięte w potocznej nowie doświadczenie ludzkości da się zwerbalizować następująco: Zasadniczo świat jest przewidywalny, kierowany prawami boskimi i ludzkimi, istnieje w nim ład, którego najbardziej widocznymi przejawami są regularności Przyrody, powtarzalność cyklów: wiosna – lato – jesień – zima, czy wschody i zachody słońca, dzień i noc, albo:  urodziny- wzrastanie – więdnięcie- starzenie się –umieranie.

Zakłócenie tego porządku, podważenie tej regularności wywołuje psychiczny wstrząs. Jego przesłanką jest rozczarowanie i zawód: stało się inaczej, niż być powinno! Mało kto zastanawia się przy tym, co to znaczy „powinno”. A zwłaszcza: kto ma być gwarantem tej powinności – kogo zatem obarczyć winą za nie zrealizowanie po- winności.

To pytanie, w którym pobrzmiewa wielka pretensja, nasila się zwłaszcza wówczas, gdy nieszczęśliwy przypadek przybiera rozmiary katastrofy.

Czym jednak jest katastrofa?

Od pojedynczego, tymczasowo tylko unieszczęśliwiającego  pojedynczego człowieka złego przypadku (który przynajmniej do pewnego stopnia jest odwracalny; złamanie nogi kończy się przywróceniem jej sprawności) katastrofa  różni się dwiema cechami. Po pierwsze tym, że dotyka jednocześnie całą zbiorowość, po drugie – że jest nieodwracalna.

Same już katastrofy dzielą się na przyrodnicze, powodowane „szaleństwem żywiołów” (np. tajfun, tsunami, powódź) oraz społeczne, spowodowane  szaleństwem samych ludzi (np. wojna,)

Przez „szaleństwo” rozumie się  swego rodzaju rozkiełznanie, przekroczenie granic, zerwanie tam i hamulców, bezprawie, czyli złamanie prawa. Albo ze strony „naturalnych konieczności”, albo – konieczności i prawideł społecznych; prawnych, obyczajowych, estetycznych, moralnych itp.

W szaleństwo nie popada się świadomie; żaden szaleniec nie przyzna się do niego. Przeciwnie, ogłosi swój sposób widzenia świata czy  postępowania  jako rozumny, i, co więcej – mający obowiązywać wszystkich innych (przykładem totalitaryzm z Orwellowskimi hasłami „nienawiść jest miłością”, „wojna jest pokojem”). Ale też szaleństwo nie zdarza się bez przyczyny. Obłęd szekspirowskiej Ofelii spowodowany był rozdarciem młodziutkiej dziewczyny pomiędzy lojalnością wobec  ojca, nikczemnego  Poloniusza, a miłość do Hamleta. Jako że obaj najważniejsi w jej życiu mężczyźni stali po dwóch stronach aksjologicznej barykady, równie silne przeciąganie z oby stron musiało doprowadzić do pęknięcia. Psychika młodziutkiej dziewczyny poradziła sobie w ten sposób, że odrzuciła zasadę jednoznaczności i tożsamości na rzecz odwrotnej, że wszystko może być wszystkim: „sowa – córka piekarza”. Ostatecznie jednak i obłęd (przeciwieństwo porządku) popchnął Ofelię do samobójstwa – przez pomylenie lądu stałego z wodą.

Tak to zamieszanie w umyśle, a już zwłaszcza pomieszanie wartości prowadzi do pomieszania zmysłów; oczy przestają widzieć to co jest, biorą fikcję za rzeczywistość, uszy głuchną na dźwięki z zewnątrz,  w zamian słysząc urojone głosy, chwieje się nawet zmysł równowagi, myląc górę z dołem …

*

Wydarzenie, jakie wstrząsnęło  całą Polską i sporą częścią globu w tydzień temu, w dniu 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to przy próbie lądowania rozbił się samolot wiozący na obchody rocznicy zbrodni katyńskiej prezydenta Lecha Kaczyńskiego z małżonką Marią oraz 94 innymi osobami na pokładzie, nosi wszelkie znamiona  katastrofy. Śmierć, bez wyjątku wszystkich pasażerów, to – wydawać by się mogło – przede wszystkim ogromna tragedia dla nich i ich rodzin oraz najbliższych. Ale wokół tej tragedii natychmiast powstała aura Katastrofy, i to – szczególnej. Innej, niż wielu innych tego rodzaju wypadków roztrzaskania się samolotu czy wykolejenia pociągu z mnóstwem ofiar. Różniącej się też jakoś od najbardziej spektakularnej i legendarnej katastrofy zatonięcia „Titanica”.

Cóż takiego osobliwego przydarzyło się więc pod Smoleńskiem?

To, co najbardziej rzuca się w oczy w pierwszym momencie, to fakt, że pasażerowie nie byli przypadkowi. Znaleźli się na liście po długim namyśle, dobrani według specjalnego klucza: Kto jest godzien dotrzeć do celu, którym były obchody rocznicy zbrodni katyńskiej, tym razem z intencją pojednania i przebaczenia. Przebaczać spadkobiercom „katów” mieli spadkobiercy  „ofiar”. Oba słowa opatruję cudzysłowem, bo, jak się przekonaliśmy w historii rozliczeń innej tragedii, Holocaustu, takie schematyczne kwalifikacje przy bliższym wglądzie okazały się nazbyt schematyczne, nierzadko wręcz fałszywe.. Bywali wszak pośród „złych Niemców” także „dobrzy Niemcy”, a wśród „szlachetnych Polaków” – szmalcownicy i mordercy prześladowanych Żydów.

Delegacja, która udała się na tę pielgrzymkę wybaczenia, także składała się z różnych osób. Ludzi o  odmiennych osobowościach, poglądach, intencjach, motywach, przeszłości  politycznej i równych doświadczeniach biograficznych. Roztrzaskanie się samolotu, które pociągnęło za sobą roztrzaskanie się ich ciał, w jednym momencie sprawiło, że  w oczach wielu Polaków stali się oni jednym podmiotem zbiorowym. Tak, jakby podobna śmierć znosiła te wszelkie różnice , zmazywała całą przeszłość i odbierając im życie, gładziła wszelkie błędy i grzechy, od których nie jest wolny żaden, ale to żaden z nas, śmiertelnych.

Straumatyzowana ogromem ludzkiego nieszczęścia świadomość osieroconych przez elitę władzy obywateli, w pierwszym momencie zastygła z niedowierzania. To typowa reakcja na Niespodziewane- okrzyk „niemożliwe”! myśl wzbrania się przed wypadnięciem  z utartych kolein, lękając się swego własnego wykolejenia. Ale powtarzające się co chwila komunikaty, potwierdzające i powiększające grożę, zmuszają do włączenia zastygłego mechanizmu. Ocykająca się z paraliżu, ludzka myśl nie jest wszakże w pełni sprawna. Aby pojąć niepojęte, potrzeba niesłychanie długiego, wytrwałego i napiętego wysiłku. Nade wszystko zaś – czasowego dystansu, kiedy to mogą wybrzmieć wszelkie akordy ponurej melodii,  ujawnić się jeszcze nie odkryte, po prostu nieznane  okoliczności i, tymczasem nieobejmowalne promieniem myśli, aspekty Katastrofy.

Katastrofa – to wydarzenie nie- samowite. To, dość często nadużywane słowo, akurat teraz jest na swoim miejscu. Nie – samowitość to przeciwieństwo „samowitości” – powtarzalności takiego samego.

Podczas jednak, gdy nasz umysł jest opieszały, serce wzbiera niecierpliwością. Uruchomione w sposób szokowy emocje: niedowierzanie, przerażenie, współczucie, ale i poczucie absurdu, wzmożone  poczuciem winy, że się „mówiło złe świadectwo przeciwko swoim bliźnim”, już teraz nie do odwołania, zgroza wywołana nagłością i rozmiarami nieszczęścia- wszystko to domaga się natychmiastowego rozładowania.

W takiej sytuacji włączają się usłużne stereotypy, których składowiskiem jest doświadczenie z przeszłości oraz przechowywane w podświadomości schematy reagowania na kryzysy. Wiadomo jedno: trzeba coś mówić, trzeba coś robić.

Wieki Czarny Tydzień, oddzielający wypadek od grzebania jego ofiar jest czasem wylewu, uruchomienia się i gorączkowego aktywizowania wszelkich stereotypów przechodzenia przez Polaków licznych narodowych tragedii. Historia ich nam nie szczędziła, toteż archiwum zborowej  pamięci w nie obfituje:

Spróbujmy ponazywać te, które doszły do głosu w pierwszym rzędzie;

I  Jedność całego Narodu w obliczu śmiertelnego  zagrożenia.

II Spiskowa teoria podstępnego knowania ze strony wroga  i zamachu na polskie interesy narodowe.

III Skupienie się wokół symboli religijnych typowych dla Polaka – Katolika, modlitwy i nabożeństwa, szukanie ukojenia i pocieszenia w wierze .

IV Zbiorowe manifestacje podwyższonych emocji; wygłaszanie wzniosłych przemówień gloryfikujących domniemane (czy zgoła wymyślone zasługi ofiar katastrofy), prześciganie się, kto szybciej i lepiej uczci ich pamięć.- również a formie pomników, nadania imion ulicom itp.

V Tworzenia instrukcji sposobu i form przechodzenia żałoby (z kulminacją w postaci pogrzebu) oraz domagania się, aby wszyscy restrykcyjnie je wypełniali. (taką instrukcję rozesłała minister oświaty i szkolnictwa wyższego ,a władze mojej uczelni ją powieliły i uszczegółowiły, egzekwując jej przestrzeganie).

*

Próbowałam dotąd, niejako z zewnątrz, opisać, jak na katastrofę pod Smoleńskiem reagują media oraz moje najbliższe, „służbowe” otoczenie. Da się z tych opisów wyprowadzić pewną ogólniejszą regułę:

Otóż jest nią odgórne organizowanie emocji. Jak gdyby nie dowierzając, że nawet dorosłe i dojrzałe osoby zdobędą się – każdy na swoją własną – autentyczną reakcję, różne instytucje, a w ich imieniu mass media, proponują, a nierzadko wręcz narzucają zarówno sposób przyjmowania do wiadomości i przechodzenia żałoby, jak również – jej celebrowania.

To poniekąd oczywiste: wydarzenia które dotyczą wielkich zbiorowości i mają bezpośredni wpływ na jej los, same z siebie niejako zagarniają ludzi, konstytuując „podmiot kolektywny”. Spójnią, zwornikiem takiego MY są podobne emocje; zaś warunkiem włączenia się do owej chwilowej wspólnoty jest podzielanie „właściwych”, to jest akceptowanych przez większość emocji. Podłączanie się do preferowanego wzorca odbywa się na drodze, którą psychologowie nazywają „zarażaniem”. Oburzenie, narzekanie,  ale też śmiech, i płacz, przyjmując widoczne gołym okiem przejawy (miny, postawa, gesty, akcesoria) rozszerzają się błyskawicznie w tłumie – zarówno na wiecu, na ulicy, jak i przed telewizorami. Jako że wzorce płyną z góry (choć owa „góra” pozostaje anonimowa), nabierają mocy imperatywu kategorycznego.

Jest to szczególnie ewidentne w społeczeństwie masowym. Wszak warunkiem uczestnictwa w masie na równych prawach z innymi jej atomami, jest maksymalne podobieństwo do pozostałych.

Ktoś, kto przyznałby się, ze podczas narodowej żałoby dobrze bawił się z przyjaciółmi na grillu, zostałby odsądzony od czci i wiary jako moralny potwór. Ktoś, kto publicznie oznajmiłby, że nic go nie obchodzą losy ofiar katastrofy, zasłużyłby na miano nihilisty albo cynika.

A skądinąd wiemy, że naprawdę, w głębi ducha, ludzie są różni. Ktoś, kto właśnie  odebrał wyniki badań potwierdzających nieuleczalną chorobę, może co najwyżej udawać, że uczestniczy w spektaklu masowego żalu nad nieznanymi sobie osobiście osobami.

Rozumiejąc potrzebę pospiesznego odgórnego  organizowania masowych emocji (choćby po to, by zapanować nad potencjalnym chaosem), zarazem dobrze jest zdać sobie sprawę, że jest to jedynie ich chwilowe rozładowanie. Przede wszystkim zaś: że cały spektakl rozgrywa się na poziomie właśnie emocjonalnym. Zatem – odruchowym. Wprawdzie psychicznym, ale nie sięgającym głębi duszy. Czyli tego poziomu, na którym rozgrywa się wewnętrzny dramat uczuć.

Podczas gdy emocje są przelotne i powierzchowne, a przy tym spektakularne – właśnie dlatego pozwalają się powielać i naśladować, uczucia drążą do wewnątrz. O ile w ogóle występują, mają charakter całkowicie indywidualny. Są własnością tego oto człowieka, którego na nie „stać”. Bo uczucia są kosztowne, w tym sensie, że poruszają nas do głębi. Obejmują nas w całości, zagarniają do środka. Tak jest na przykład z miłością, która jest zdolna wręcz odmienić zakochanego, uskrzydlić, rozświetlić go od wewnątrz, odmłodzić, zmienić stosunek do innych, nawet wrogich osób, i do całego świata. Jest też tak z autentyczną rozpacza i żałobą, która nas dotyka po stracie najbliższej ukochanej osoby. Wtedy, na odwrót, jak gdyby kurczymy się, zastygamy, sztywniejemy, przestajemy dostrzegać wszystko co radosne i kolorowe.. Zapadamy się do wewnątrz.

Podczas gdy emocje mają żywot niezwykle krótki – przypominają jętki- jednodniówki i są równie szybko zapominane, jak powoływane do istnienia, uczucia kształtują się przez dłuższy czas, przechodząc różne fazy, nim wyblakną, ostygną i obumrą. W procesie ich  rodzenia się, formowania i rozwoju, może (choć nie musi) brać udział rozum. Dotyczy to zwłaszcza uczuć wyższych, takich jak patriotyzm, miłość do rodziców, dzieci, przyjaciół. Ich autorem jest – jednoznacznie – ten, który je przeżywa. Podkreślę raz jeszcze: uczucia nie mogą być naśladowane; a jeśli nawet to się zdarza, można bez trudności zdemaskować takowe quasi- uczucia.

Inną, i bodaj najistotniejszym atrybutem uczuć jest to, że włączają się one w życie, działanie, zachowanie i postępowanie, kształtuję określona postawę, np. miłośnika lub nienawistnika. Zresztą jest to synonim ich autentyczności i wiarygodności. Pod wpływem miłości do Oleńki Billewiczówny, krewki warchol Kmicic, przemienia się – dowodząc tego postępowaniem – w żarliwego patriotę. Następuje w nim więc trangesja, swego rodzaju przemienienie, aż do niepoznania.

Uczucia mają też wpływ na myślenie. Osoba kochająca ludzi (na przykład

ze względów religijnych) nawet o nieprzyjaciołach myśli jako o bliźnich. Taka natomiast, która podlega zorganizowanemu zarażaniu emocjami, na drugi dzień jest w stanie bezcześcić imię tego, kogo wczoraj publicznie opłakiwała.

*

Nie ukrywam, że mam duży dystans do masowych objawów żalu i żałoby, szczególnie tych, które są  przejawiane i pokazywane w mediach, a już zwłaszcza w „obrazkowej” telewizji. Głównie z tego względu, że uczucia uważam za sprawę głęboko intymną. Prawdziwa miłość, prawdziwy ból, prawdziwy smutek, prawdziwa rozpacz nie znosi bycia na widoku publicznym. Z dwóch powodów; aby nie narażać innych na zasmucanie moim smutkiem, a po drugie: bo głębokie uczucie traci coś istotnego, kiedy się je w sposób celowy usiłuje zademonstrować. Forma może wtedy wziąć gorę nad treścią/ Cudze obojętne spojrzenie może zranić naszą już i tak zbolałą duszę.

Dlatego też niegdyś osobista żałoba chroniona była rytuałami mającymi na celu jej częściowe przynajmniej zamaskowanie. Stąd wdowie welony, niepisany zakaz nie odwiedzania domów nią dotkniętych, nie objawiania własnej radości w obecności ludzi zrozpaczonych.

Ta dyskrecja po obu stronach ma na celu chronienie autentycznych uczuć przez szacunek do tych, którzy je przeżywają. Można je co najwyżej uwzględniać w regulacji własnego zachowania, pod tym katem, aby nie ingerować w cudzy ból, cierpienie, względnie nie zakłócać ekstatycznej radości.

W obliczu silnych, a już szczególnie granicznych  uczuć, przystoi MILCZENIE. Także po obu stronach. Przeżywającego, który czuje, iż wielka radość lub ogromny smutek nie mieszczą się w żadnych słowach, osób towarzyszących, którzy mają obawy, by nietrafnym czy zbędnym słowem tych uczuć nie urazić.

Milczenie, Cisza – to najwłaściwsze zachowania w stosunku do takich – cudzych i własnych – doznać i przeżyć, które ze względu na swoją niesamowitość, niepojętość, niezrozumiałość dosłownie przekraczają ludzkie pojęcie. Tak, jak to się dzieje w przypadku Katastrofy pod Smoleńskiem.

POJĘCIE, czyli uformowany myślowo i zwerbalizowany, ujęty w słowa,  jej kształt, może przyjść dopiero z czasem, I pod warunkiem intensywnego nad nią rozmyślania, przemyśliwania, zastanawiania się. Medytowania.. Poszukiwania różnorodnych jej przyczyn, śledzenia skutków, porównywania wielu  różnych własnych i cudzych interpretacji.

„O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”- pisał Ludwig Wittgenstein.

Milczenie nie jest bynajmniej pustką, tak jak i cisza nie jest brakiem głosów. I Milczenie i Ciszę cechuje powściągliwość, obawa przed pochopnością w zamianie odczuć na słowa. Banalne, błahe, czcze słowa, zamiast komunikować prawdę o przeżywaniu, zakłamują ją. Niekiedy – pokrywają szumem niewiele znaczącym szumem, pianą pustych slów, nieobecność autentycznego   przeżycia.

Zadziwiające, jak bardzo dziś lękamy się Milczenia, jak obawiamy się Ciszy. Nic – nie – mówienia. A było ono kiedyś wymagane w obliczu sacrum. Najwidoczniej wyparowało ono nawet z aż tak tragicznych i granicznych wydarzeń, jak Zbiorowa Śmierć tych, których roztrzaskane na szczątki ciała spadły na Ziemię w pobliżu Katynia. Czy nie warto pomyśleć, dokąd uniosły się  wyzwolone z nich Dusze naszych rodaków?

I dlaczego akurat one zostały wybrane i powołane Gdzie Indziej w ten kwietniowy poranek, pod złą datą 12 kwietnia?