Homo Inquietus

Filozofia koi lęk…

Posted in Czytelnia, Janusz Opryński, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Rozmowy by staniszewski on 15 grudnia 2009

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus. Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej – mogą cieszyć się  poparciem. Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie „Księgi wywiadów filozoficznych”) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy wywiad, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził w 2008 roku z Januszem Opryńskim – reżyserem teatralnym, menedżerem kultury, twórcą teatru otwartego w Polsce, oraz twórcą i reżyserem działającego od 1976 roku teatru „Provisorium”.

W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.

Marek Staniszewski

Filozofia koi lęk.

Łukasz Marcińczak: Czy znajduje pan jakieś pożytki uprawiania filozofii, bo daje się słyszeć dzisiaj głosy, że ta wiedza jest do niczego nie przydatna…

Janusz Opryński: Mam zupełnie przeciwne zdanie, przez całe swe już dorosłe życie odczuwam coraz mocniej rodzaj pewnego niedokształcenia filozoficznego. A chyba zawsze miałem intuicję, a może nieodpartą świadomość, że filozofia zapewnia lepsze, bo mądrzejsze życie. Jeżeli wierzyć Tadeuszowi Gadaczowi, że jakość myślenia warunkuje jakość życia, no to mamy pewien wzór, oczywiście w cudzysłowie, na mądre życie, czyli na życie spełnione. Zresztą ja sam, spotykając się z ludźmi, którzy kończyli studia filozoficzne, widzę, że oni posiadają niezwykłą i niezwykle konkretną umiejętność analizowania rzeczywistości. Szybka kariera tych ludzi w nowej rzeczywistości po 89 r., świadczy o ich szybkiej możliwości dekodowania życia. Widocznie jest to przydatna wiedza – na pewno filozofia to nie jest ucieczka od rzeczywistości, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że pozwala ona poruszać się sprawniej we współczesnym świecie. Oczywiście wokół filozofii narosły rzeczy istotnie głupie, pewnie dlatego, że przez lata komunizmu z filozofii robiono karykaturę, tych prawdziwych filozofów ośmieszano, pokazywano ich jako takich trochę dziwaków. 

Ł.M.: Może dlatego, że filozof z zasady wątpi, zadaje czasem niewygodne pytania, a wątpienie i zadawanie pytań w najlepszym z możliwych światów z natury rzeczy bywa szkodliwe…

J.O.: Ale bywały też takie zabawne paradoksy, że nasi studenci filozofii oblegali wtedy rosyjskie księgarnie. Bo okazuje się, że gdy u nas wielu dzieł w ogóle nie tłumaczono, u nich było wszystko. Oni mieli świetne tłumaczenia, ale oczywiście ze wstępem tuby marksistowskiej, deprecjonującej każdy system, który odwoływał się ku metafizyce czy w ogóle traktował o Bogu. I kiedyś tłumaczyli mi filozofowie, że należało kupować rosyjskie książki i wyrywać wstępy, bo tylko wstępy były nasycone jadem marksistowskim, a dalej już było wszystko w porządku. Kiedy dzisiaj znowu słyszę, że w programach edukacyjnych brak jest pieniędzy na filozofię, mam wrażenie, że może niewłaściwi ludzie zajmują się edukacją. Bo wyobraźmy sobie, że jakieś pokolenie nie przetłumaczy Platona. Uważam, że w każdym pokoleniu klasyczne dzieła filozofii powinny ukazywać się w nowych tłumaczeniach. Bo to jest rodzaj pracy intelektualnej związanej z nazwaniem problemów kiedyś postawionych we współczesnym języku. Znaliśmy Nietzschego z tłumaczeń Staffa, a teraz, dzięki prof. Krzysztofowi Michalskiemu, poznajemy Nietzschego jakby na nowo. Jeżeli dziś czyta Nietzschego 20-letni człowiek, to go nie odpycha maniera Staffa, więc jest większa szansa, że Nietzsche okaże się dla niego kimś ważnym. Mamy tu do czynienia jakby z odświeżeniem dzieła. Myślę, że to jest szalenie ważne. Zgadzam się z Brodskim, że każdy musi spróbować Biblię i całą starożytność odczytać na nowo. Jeżeli to nie stanie się puste, ale chyba bardzo długo jeszcze będziemy tam szukać różnych odpowiedzi. Zresztą nie wszystko dotąd odkryliśmy nie tylko u Nietzschego, ale nawet i u Platona, a przecież stamtąd się bierze nasze rozpoznanie świata.

Ł.M.: Twierdzi pan, że filozofia to nie jest ucieczka od realnego świata, ale czy nie jest ona trochę wieżą z kości słoniowej, wiedzą arystokratyczną…

J.O.: To jest kolejne przekonanie fałszywe. Gdy słuchamy Barbary Skargi czy Leszka Kołakowskiego, dotykamy takiej mądrości, która jest nam wszystkim potrzebna. Oni posiadają umiejętność nazywania świata, a tam, gdzie pojawia się niemożność jego nazwania, jest przyznanie się do tego z pokorą, wśród tych ludzi nie ma żadnego fałszerstwa. W pewnym momencie zacząłem organizować cykl spotkań pt. „Jak żyć”, na który od kilku lat zapraszam filozofów – co jest też pewnie jakąś próbą leczenia moich kompleksów – bo uświadomiłem sobie, że chcę słuchać tych ludzi, chcę się dowiedzieć, jak oni nazywają współczesny świat. A ci ludzie są tak naprawdę zupełnie niewykorzystani. Gdyby nie wyjazd Kołakowskiego w 68 r., to w Polsce mogło być lepiej nie tylko z filozofią. On pracując stale z grupą seminaryjną powiedzmy dwudziestu osób mógłby sprawić – jestem o tym przekonany – że życie w Polsce byłoby lepsze. Dzięki tym dwudziestu osobom. Wiem, że dziś Barbara Skarga prowadzi seminarium i to jest znowu jakaś dla nas szansa, bo tam się wykuwają niezwykli ludzie. Tam zaczyna się reinterpretacja bardzo ważnych dzieł naszej kultury i oni dla nas próbują nazywać świat dzisiejszy. To nie jest żadna wieża. To jest bardzo konkretne, heroiczne mierzenie się z rzeczywistością. Potrafią to tylko wielkie umysły. Proszę też zwrócić uwagę, jak ludzie ci mimo wieku ciekawi są drugiego człowieka, ciekawi świata. To jest skarb dla narodu. Myśmy jednak szafowali w historii talentami, które pracowały dla innych, czego najbardziej dotkliwym przykładem jest Leszek Kołakowski.

Ł.M.: Organizując w Lublinie te filozoficzne konwentykle wskazał pan na pewną – może do końca nieuświadomioną społecznie – potrzebę, Kołakowski raz na tydzień w telewizji nie wystarcza…

J.O.: Myślę, że człowiek intuicyjnie lgnie do mądrości. Tak naprawdę szybko potrafimy ocenić, czy mamy do czynienia z fałszywym mędrcem czy z autentycznym. Jeżeli przyjeżdżają autentyczni mędrcy, to na sali jest cisza, wtedy wszyscy otwieramy usta i słuchamy jak uczniowie. Oni nam troszkę stępiają ból istnienia, ale też i lęk, bo próbują ten lęk nazwać. Ostatnie medialne rozmowy z Kołakowskim i Skargą uważam za największe wydarzenia intelektualne w Polsce. Może to choroba i uroda demokracji, ale żyjemy w czasach, które zmuszają człowieka do dokonywania wyborów, a nie hierarchizują tego świata. Nie wskazują na wyspy mądrości i człowiek bywa pogubiony, nie wie, jak docierać do prawdy. Mam jednak nadzieję, że powoli, wraz z okrzepnięciem naszych zmian, będzie to się jakoś klarowało. Choć nie bardzo wierzę w żadne mądre ustawy polityków. Społeczeństwo samo musi zacząć doceniać mądrość, a jeśli w naszym kraju głos filozofów przebije się w tej papce szybkich mediów, powstanie źródło, z którego wszyscy zaczniemy czerpać. Jestem przekonany, że jeżeli się będziemy mogli pochwalić, że mamy dwudziestu europejskiego formatu filozofów, to po prostu wygramy. I w gospodarce, i w turystyce, może nawet i w piłkarstwie… [uśmiech zdecydowanie filozoficzny]. 

Ł.M.: Od kiedy pana zdaniem powinno się zaczynać przygodę z filozofią? Jest bowiem opinia, że człowiekowi, który jest jeszcze nieukształtowany, lepiej służy religia, bo ona tworzy pewien kręgosłup moralny. Natomiast filozofia, pokazując problematyczność wszystkich stanowisk, może prowadzić do zagubienia…

J.O.: Za małą pewnie mam wiedzę, ale myślę sobie tak – przed wojną w dobrych liceach wykładali profesorowie uniwersytetu i nie było żadnego problemu. Jeżeli filozofię miałby wykładać w liceum człowiek po kursie, szybko do tego przyuczony, to absolutnie nie. On jedynie zagmatwa problem, bo doskonale wiemy, że tylko ludzie autentycznie mądrzy mówią o trudnych sprawach prostym językiem. Ale jeżeli doktorowie filozofii mieliby uczyć filozofii w liceach, to absolutnie tak. Chyba im wcześniej, tym lepiej. Oczywiście styk religii i filozofii jest u nas szalenie niebezpieczny, ponieważ żyjemy w kraju ortodoksji katolickiej. Uważam, że powinniśmy mieć większą świadomość czym jest religia – pisał o tym Kołakowski, zadając największy cios materializmowi i próbie marksistowskiego widzenia świata. Powinna być głębsza świadomość tego, że istnieje w człowieku potrzeba sacrum, która musi być zaspokojona, czyli że prawidłowej konstrukcji człowieka nie można sobie wyobrazić bez odniesienia się do religii. Problem w tym, jak my tę potrzebę zaspokajamy. Mnie się wydaje, że ciągle niestety tak, jak to widział Brzozowski – sprowadzoną do jakichś zinfantylniałych form dla maluczkich. Dzisiaj czytam w internecie, że siostra przepytuje 8-latkę czy uprawia seks. To jest karygodne – tej 8-latce nie tylko odechce się religii, ale i z seksem będzie miała kłopoty. To wszystko zależy od ludzi. Powstał wielki problem, kiedy wprowadzono religię do szkół.  Kościół miał katechetów kompletnie nieprzygotowanych i to był jeden wielki humbug tak naprawdę. Religia – przedmiot o bardzo istotnej sferze człowieka – wpadł w ręce ideologów. A przypominamy sobie słowa Tischnera, że żaden marksista nie wyrządził religii tylu szkód, ile jeden głupi ksiądz. Ale to jest wszystko do przemyślenia, mamy dwadzieścia niecałe lat tej nowej rzeczywistości i ciągle bardzo słabo myślimy o edukacji. A filozofia jest jakimś naczelnym tutaj problemem, z którym się musimy zmierzyć. Rozmawiałem ostatnio z Tadeuszem Gadaczem, który pracuje nad encyklopedią filozoficzną i włosy mu dęba stają na głowie. Okazuje się, że całe mnóstwo ważnych dzieł z filozofii wydawanych w Europie po wojnie, w ogóle do nas nie dotarło. Mamy potworny dług  humanistyczny, wiele lat do nadrobienia. 

Ł.M.: Wspomniał pan, że filozofowie nazywają nasze lęki, ale czy najlepszym lekarstwem na lęk nie jest jednak religia – filozofia pozostawia człowieka samego z sobą…

J.O.: Jak powiadam, wśród absolwentów filozofii spotkałem mnóstwo ludzi, którzy umieli żyć. To nie znaczy wcale, że byli bogaci, ale nawet jak wybierali skromny model życia, byli ze sobą pogodzeni. Na swój sposób zawsze szczęśliwi. Nie próbuję tego fetyszyzować, bo jakby to była prawda do końca, to wszyscy wybieraliby filozofię, bo przecież wszyscy chcą być szczęśliwi. Ale myślę, że coś jest na rzeczy – filozofia w życiu pomaga. Ja mam stale w pamięci zdanie Norwida z poematu Szczesna, kiedy on mówi, że „po smutkach wielu chodzę na kursa filozofii”. Norwid po wielkim zawodzie miłosnym szukał ukojenia w mądrości. Jest poza tym jakaś niezwykła przyjemność przebywania z ludźmi, którzy uprawiają filozofię. Mnie brakuje mędrców. Oni są, ale gdzieś poskrywani. Bo świat oparty na socjotechnice boi się mędrców. Lider wziętego programu telewizyjnego nie zaprasza do siebie mędrca, bo się boi, że się ośmieszy. Przejeżdżając przez miasta widzimy billboardy pokazujące Tomasza Lisa, a dlaczego nie widzimy billboardu z Barbarą Skargą? Skarga być może nie chciałaby się na tym billboardzie znaleźć, ale to jest dla mnie ktoś, kto powinien do nas mówić, kogo warto słuchać. A przecież w odczuciu ludzi prostych, niedouczonych, ludzie pokazywani na billboardach to są niemalże bogowie. Inteligencja, ludzie wolni, umieją to odróżnić, ale problem widzę w tym, że społeczeństwo ma odgórnie limitowany dostęp do mądrości. Pewnie jest w tym jakaś logika, bo odkrycie filozofii, to odkrycie wolności, a ludzie wolni wymykają się wszelkiej władzy, która nad nimi traci kontrolę. Przekonany jestem, że kontakt z filozofią daje zyski na każdym polu. One może dopiero w dłuższej perspektywie są zauważalne, czasem po kilkudziesięciu latach widzi się dopiero kapitał, który się uskładał. Parafrazowałbym Władysława Bartoszewskiego, który zapytany niedawno, czy opłaca się być uczciwym, odpowiedział: „nie opłaca się, ale warto”. Nie wiem, czy zajmowanie się filozofią zawsze się opłaca, ale na pewno warto się nią zajmować.

Rozmawiał: Łukasz Marcińczak

Reklamy

Przemieniony Szaweł a „kąsający” Hegel

Posted in Czytelnia, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Łukasz Marcińczak by staniszewski on 11 grudnia 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.
Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie Księgi wywiadów filozoficznych) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy tekst dr. Łukasza Marcińczaka (gratulując udanej obrony!).
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

L_M_CB Łukasz Marcińczak

Przemieniony Szaweł a „kąsający” Hegel

Tajemnica ludzkiej przemiany – przyjęcie wartości do tej pory potępianych, rezygnacja z prawd dotąd uznawanych za jedynie słuszne – jeśli nie podszyta płaskim koniunkturalizmem, wciąż pozostaje jedną z zagadek człowieczeństwa. Konwersja będąca transgresją – czy bohaterem jej jest Szaweł z Tarsu, który stał się Pawłem, czy ukształtowany w świecie wartości wrogich komunizmowi  pisarz, którego „ukąszenie heglowskie” odmieniło – dowodzi, że świat wartości w pojedynczym człowieku nie powinien być przez niego samego uznawany za ostateczny.                                        

Pomińmy biologię (zwłaszcza socjobiologię), czyli to, co na popularnym wykresie ukazującym istotę ludzką – od którego rozpoczynają zdobywanie wiedzy studenci filozofii – znajduje się najniżej, na poziomie instynktu, który dzielimy ze zwierzętami. Spróbujmy także abstrahować od tego, co na tym samym wykresie umieszcza się najwyżej, czyli całej sfery metafizyki, gdzie mamy do czynienia z całokształtem bytu, a niekiedy z Bogiem.  Pomiędzy tymi granicami (poziomami, barierami) rozciąga się królestwo człowieka. Sfera  ulotnych idei, w które wierzymy, twardy grunt przekonań i wartości, które uznajemy. Jest to jedyny świat w którym panujemy (lub wydaje się nam, że to czynimy), a na pewno jedyny będący naszym dziełem. Rządzi nim rozum, ale warunkuje go człowieczeństwo. Jesteśmy ludźmi tak długo,  jak długo pielęgnujemy w sobie (i walczymy o nie w świecie) nasze własne prawdy. Myśl jest siłą potężną, pozwala zerwać jak pajęczynę krępujące nas atawizmy, powstrzymuje nas także przed osunięciem się w pustą kosmiczną otchłań. To dzięki niej przechodzimy do zacienionego królestwa – pełnego trupów i zgliszczy.

 Tysiące istnień ludzkich ma na sumieniu Cezar i Temudżyn, Hitler i Stalin, Pol Pot i Mao – ludzie dokonujący wyborów, przedkładający jedne wartości ponad inne. Zupełnie odmiennych wyborów dokonali Franciszek z Asyżu i Jan od Krzyża, Jezus zwany Chrystusem i Gandhi zwany Mahatmą. Ludzkość jest rozpięta między wyborem dobra i zła – kategorii w historii ludzkości płynnych, ale stale w niej  obecnych. O Neronie opowiadają historycy (stronniczy, bo uprzedzeni do cesarza), że był nieludzki, wręcz sugerując, że nie tyle był człowiekiem, ile bestią w ludzkiej skórze. Ludwikowi IX nie mniej stronniczy dziejopisowie nadali przydomek Świętego. Czy znaczy to, że ludzie ci zawsze byli źli albo święci – czy byli jednowymiarowi, zawsze jednacy? Tak chce historia (a raczej niektórzy historycy), tak jest na pewno wygodniej. Ale to człowiek w sobie samym decyduje, jaką droga pójdzie i w każdej chwili może kierunek swych kroków odmienić. Spośród ludzi, których wybór, czy też zmiana kierunku marszu miała znaczenie ogólnoludzkie (a w obrębie naszej kultury trudne do przecenienia) – bo za sprawą tego człowieka pewne wartości weszły w świat i w jakiejś części świat ten zmieniły – był Paweł z Tarsu. Nad nim także unosi się odor sanctitis, on jednak nigdy nie przeczył, że wybrał to, co sam kiedyś przeklinał.

Szaweł (zanim przemienił się w Pawła) był dość typowym przedstawicielem nietypowego Żyda w Jerozolimie, żyjącego w czasach rządów cesarza Augusta, potem Tyberiusza, Kaliguli, Klaudiusza i Nerona. W ówczesnej Judei, gdzie Rzym rządzi żelazną ręką, cała (albo prawie cała) ludność zastygła jest w biernym oporze. Okupant – czyli Imperium Rzymskie, w osobie swoich przedstawicieli administrujące wszystkimi ludami w basenie Morza Śródziemnego, także narodem żydowskim w Palestynie – traktowany jest tutaj jako uosobienie wszelkiego zła. Obecność pogan w Jerozolimie, ich język, zapach mięsa na ich rusztach, brzęk ich monet i łopot ich chorągwi, są dla religijnych Żydów zgorszeniem. Tylko świadomość własnej słabości powstrzymuje żydowskich przywódców przed nawoływaniem do zbrojnego powstania. Ale walka z Rzymem wrze podskórnie – hasłem do wojny ma być pojawienie się Mesjasza. Wszyscy wierzą, że z Jego nadejściem w jednej chwili ich los się odmieni. Choć prawie wszystkich Żydów w Judei łączy niechęć dla obyczajów, które uosabia Rzym, to nie brak oczywiście takich, którzy pragną z tym najgłówniejszym wrogiem ułożyć jakiś modus vivendi – czasem kierują tym rachuby polityczne i pragnienie zachowania status quo, bywa też, że stoi za tym zwyczajny koniunkturalizm.

Jednak powszechne przekonania – jeśli nie całej Palestyny, to głównej jej prowincji, Judei – wyraża wpływowe stronnictwo faryzeuszy, toczące walkę (na razie bezkrwawą) ze wszystkim, co nie żydowskie (czyli pogańskie, a więc rzymskie). Dla faryzeusza samo zetknięcie się z poganinem było skalaniem się. Faryzeusze uczynili zapobieganiu kontaktom z nieobrzezanymi i odróżnianiu się od nich na każdym kroku podstawą swego nauczania. Liczni rabbi twierdzili, że jest niedopuszczalne, by uczciwy Żyd kazał uczyć swych synów greki, języka powszechnie wówczas używanego w całym Imperium[i]. Ich zdaniem byłby to przejaw przejmowania obyczajów pogańskich, niemal tak karygodny jak jedzenie wieprzowiny. Najsurowsi faryzeusze w Jerozolimie chodzili ulicami świętego miasta – zawsze pełnego słońca – zadając sobie wiele trudu, by nie padł na nich nawet cień rzucany przez poganina. A wszystko czego on dotknął, było nieczyste. 

A kim jest Szaweł? Szaweł pochodzi z wielkiego miasta hellenistycznego, pełnego posągów i świątyń pogańskich. Tars – miejsce gdzie Szaweł się urodził i wychował – był jedną z kulturalnych stolic ówczesnego świata, a Strabon wymieniał je zaraz po Atenach i Aleksandrii. Szaweł odebrał też hellenistyczne wykształcenie i co może najgorsze – posiadał rzymskie obywatelstwo. To jest nietypowe. Ale też – wyjąwszy może wyjątkowe obywatelstwo (odziedziczone zresztą po ojcu) – takich Żydów, nawet w Jerozolimie, żyje wielu. Działają w Jerozolimie synagogi Cyrenejczyków i Alekasandryjczyków, miejsca kultu Jahwe, gdzie mówi się tylko po grecku.  Wierni słuchający w nich Tory, wychowani  poza granicami Judei, nie znają języka innego niż mowa pogan. Ludzie ci są jednak pobożnymi Żydami, a ich przywiązanie do Tory jest bezprzykładne – najlepszy dowód, że porzucali strony rodzinne, by żyć w cieniu Świątyni, w świętym mieście Jerozolimie. Oni, tak samo jak faryzeusze, wypatrują Mesjasza, aby oczyścił Jeruzalem z pogan (Ps. XVII), których rozgromi berłem żelaznym, roztłucze jak naczynie gliniane (Ps. II).   

Szaweł jest przykładem takiego właśnie Żyda z diaspory – świetnie zna świat poza palestyński, a językiem greckim włada nie gorzej niż cesarscy urzędnicy. Ale jednocześnie zna również hebrajski, przybył do Jerozolimy na studia rabiniczne, ba, jest faryzeuszem, czyli przedstawicielem stronnictwa ortodoksyjnego. Tora była dlań nienaruszalna, a jej przepisy tak samo święte jak dla innych faryzeuszy. Choć wiele jest stronnictw religijnych w Jerozolimie i liczne są interpretacje  przykazań i rytuałów, to nie religia dzieli świat żydowski – linię podziału wyznacza stosunek do kultury nieżydowskiej. Od potępienia, wyrażanego głośno przez rabinów w słowach znanych z Listu Arysteasza, twierdzącego, że Prawodawca zamknął nas w żelaznych ramach Zakonu, abyśmy czyści na ciele i duszy nie mieszali się w niczym z żadnym narodem[ii], po uwielbienie dla niej wyrażane przez pisarzy pokroju Filona z Aleksandrii. Trzeba bowiem pamiętać, że chociaż judaizm I wieku był różnorodny, rozbity na wiele odłamów i frakcji, istniał nienaruszalny rdzeń religii. Z jednej strony był to konsekwentny i radykalny monoteizm, stawiający Boga na wyżynach niedostępności; nawet oczekiwany Mesjasz w powszechnym odczuciu miał być tylko człowiekiem, charyzmatycznym przywódcą, cudotwórcą, ale śmiertelnikiem z krwi i kości. Z drugiej obowiązek zachowywania obyczajów nakazanych przez Prawo, będących do tego Boga jedyną drogą. Szaweł, Żyd z diaspory, a więc obywatel świata, ma nie tylko do religii ale też do tradycji żydowskiej stosunek bałwochwalczy i nie potrafi dzielić włosa na czworo – tego, co kocha, broni stając na pierwszej linii. Najpierw jako młodzieniec i zatwardziały faryzeusz, później jako człowiek w sile wieku i apostoł młodej religii walczący z faryzeizmem.

Na scenie historycznej pojawia się Szaweł jako człowiek wojowniczy. Skłania go może ku temu młody wiek, zapewne nie bez znaczenia jest też świadomość owych helleńskich naleciałości i pragnienie przykrycia ich religijną gorliwością. W każdym bądź razie ortodoksja żydowska jest dlań wtedy największą świętością. Gdy całą Jerozolimą wstrząsa wystąpienie Szczepana i jego zwolenników, Żydów hellenizujących, odmawiających wartości tradycji i przeciwstawiających jej słowa „umęczonego pod Ponckim Piłatem” proroka Jezusa, Szaweł – jak wszyscy faryzeusze – trzęsie się z oburzenia. Możemy tak powiedzieć, bo wszystkie świadectwa o nim dowodzą, że był popędliwy i łatwo unosił się gniewem. Pod piórem Ewangelisty Szaweł odsłania nam się od tej strony od samego początku – po raz pierwszy widzimy go (Dz. Ap. 7, 59), jak bierze udział w samosądzie, będąc w tłumie tych, którzy Szczepana ukamienują. Łukasz powie o tym okresie życia przyszłego Apostoła – dyszał groźbami i pragnieniem mordu przeciw uczniom Pańskim  (Dz. Ap. 9, 1).

Trudno uznać Szawła za jednego z wielu, gdy dokonywał najważniejszego wyboru swego życia był jeszcze młody, ale już wyrastał ponad innych rzutkością i energią, świetną znajomością Prawa, oddaniem wspólnej sprawie. Religijność jego była jednak typowa dla ówczesnych wyznawców zazdrosnego boga Jahwe. Chyba nie zrobimy błędu twierdząc, że spośród ludów, jakie pojawiły się na kartach historii, w kwestii przenikania się religii z życiem naród żydowski nie miał sobie równych. Bo też w ówczesnym judaizmie sankcją religijną związane było właściwie wszystko – wnikliwy badacz obyczajowości Palestyny twierdzi, że: „Tora i jej komentatorzy zabierając głos we wszystkich sprawach życiowych, wyciskają piętno religijne na domu, odzieży, pożywieniu ludzi, jak rządzą stosunkami między ludźmi, w rodzinie, pracy, społeczeństwie, ustalają zarówno ramy wychowania i nauczania, jak środki wyrażania myśli.”[iii] Do dziś trudno znaleźć przykłady pietyzmu dla świętego tekstu podobne tym znanym ze Starego Testamentu. Co prawda Rzymianie również twierdzili – ustami Cycerona – że są najbardziej pobożni,[iv] ale religijność rzymska zawsze pozostawiała swoim wyznawcom wiele swobody, będąc w gruncie rzeczy bardziej narzędziem państwa i jego urzędników, posługujących się nią jako wyznacznikiem obywatelskiej lojalności, niźli przeżyciem wewnętrznym. W czasach, kiedy żył Szaweł, podszyta była też sceptycyzmem, a rodzime bóstwa rzymskie coraz bardziej ustępowały miejsca mnogim bogom ze Wschodu, których w samym Rzymie przyjmowano z otwartymi ramionami.

Mamy więc oto w Szawle przedstawiciela ludu przyznającego religii żydowskiej największą wartość, żywiącego wszystkie przeświadczenia swego narodu o Mesjaszu, który ma być zwycięski i srogi dla nie-Żydów. Niezaprzeczone związki z kulturą helleńską tylko podsycały Szawłową gorliwość i tu zapewne jest źródło jego szczególnej srogości wobec nielicznych jeszcze chrześcijan. Przecież Sanhedryn, starając się zdusić w zarodku ruch chrześcijański, właśnie jego wysyła z listami polecającymi do gminy w Damaszku, by nie szczędził sił w starciu tej heretyckiej grupki z powierzchni ziemi. Szaweł wyruszył. Droga nie była nazbyt daleka, ale na tej drodze się przemienił. W Pawła.

To jedna z największych zagadek chrześcijaństwa i na bardzo różne sposoby starano się dać odpowiedź, dlaczego prześladowca chrześcijan – w jednej chwili – przedzierzgnął się w Apostoła. Nowy Testament podsuwa wytłumaczenie – objawienie się Boga i oślepienie Szawła, a potem napominający głos z nieba. Próbowano jednak wytłumaczyć tę przemianę przyczynami – by tak rzec – naturalnymi. Wybitny  biblista, ks. Edward Dąbrowski, wymienia ich kilka. Mówiono o decyzji dojrzewającej w Pawle od dawna, a podjęcie jej łączono z oddaleniem od Jerozolimy, opowiadano o halucynacjach spowodowanych burzą pustynną pełną błyskawic, która zastała Apostoła u bram Damaszku, podnoszono mistycyzm Pawła, biorącego jakoby doznania wewnętrzne za rzeczywistość, nie pominięto nawet możliwości jego choroby psychicznej.[v] Stajemy przed tajemnicą, zagadką przemiany trudną do zrozumienia.

Kazus Pawła niepokoi. Pokazuje, że człowiek kierujący się ustalonymi przekonaniami, głęboko zanurzony w idee swego narodu, zdolny jest do transformacji, odrzucenia tradycji i całkowitej przebudowy pojęć w krótkim czasie. Szaweł potargał przecież święte więzy swej surowej religii, co naraziło go na szereg upokorzeń, trudów znoszonych przez wiele lat i wreszcie przyprawiło o męczeńską śmierć. Na wszystkie czasy stanie się Paweł zagadkowym symbolem duchowej przemiany, bo nie tylko zaprzeczył tradycji, ale też nienawistnych pogan uznał za braci, a przecież właśnie w nim te dwa światy – świat kultury pogańskiej, który oglądał oczyma dziecka bez miłości i świat miłowanej Tory, którą od najmłodszych lat oddychał – przenikały się od zawsze. Nie sposób zaprzeczyć, że poniżył świat żydowski jak nikt przed nim, odrzucając sakralną wartość Tory, będącej alfą i omegą wszystkich żydowskich myśli, pogan czyniąc godnymi smakowania owoców przeznaczonych dotąd tylko dla Żydów. Nie pytamy o Jezusa, zastanawiamy się, jak to możliwe, że ten sam człowiek znajdował słowa miłości dla tych, dla których wcześniej miał tylko nienawiść, a dla tych, których kochał, zobojętniał.

Chrześcijanie w jego atakach na Szczepana i drapieżności z jaką Paweł wyruszył do Damaszku, dopatrują się typowego dla swoich żydowskich przeciwników zaślepienia i fanatyzmu. Zupełnie podobnie – również jako swego rodzaju zaślepienie – odbierali to Żydzi, dla których stał się Paweł renegatem, farbowanym lisem, zrzucającym skórę potworem. Mamy tu do czynienia ze swoistym archetypem „hańby domowej”, która niejednokrotnie pojawiała się w historii. Ludzie, o których powie Tadeusz Konwicki, że choć  brali udział w zaprowadzaniu w Polsce komunizmu – często wywodząc się ze środowisk wrogich komunizmowi – to po latach okazali się przyzwoici i nie pozbawieni talentu[vi], są podobni do Pawła. Ludzie ci także  daremnie próbowali odpowiedzieć sobie potem, dlaczego uwierzyli, albo dlaczego przestali wierzyć. Czy jest odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiek zdobywa wiarę a potem ją traci, dlaczego odrzuca coś, co uznawał za nienaruszalne, by za prawdę przyjąć coś innego. Jest w człowieku tajemnica, którą łatwo usprawiedliwić podłość. Grząskie piaski lustracji trudno ominąć wchodząc w bagnisty las. Jakże często dzisiejszy lustratorzy, nie będący pierwszymi w oporze w czasach, kiedy do zwycięstwa było daleko, ale dla których dzisiaj wszystko jest jasne, prześlepiają nieracjonalne motywy ludzkich wyborów. Czyż przemiana nie jest w istocie zagadką? Utratę albo zyskanie wiary zawsze otacza tajemnica, a człowiek? Człowiek to trzcina na wietrze własnych myśli. 

Zbigniew Herbert, daleki od tego, by karty historii ostatnich 50 lat w Polsce przewracać w rękawiczkach, niekiedy też nie krył zdziwienia: „Byłem zaskoczony ludźmi, którzy uprawiali socrealizm (…) I nagle spotykam [jednego z nich], sympatyczny, inteligentny, wrażliwy, z poczuciem humoru (…) diabeł wynajmuje wnętrze człowieka, ale nie na stałe.”[vii] Z Pawłem rzecz jest bardziej skomplikowana – dla Żydów diabeł pozostał w nim na zawsze.


[i] Oficjalnie zakaz uczenia się języka greckiego według Talmudu wypowiedziany został przez władze żydowskie dopiero w czasach Trajana. E. Dąbrowski (1953), Dzieje Pawła z Tarsu, Warszawa, s. 601.  Natomiast po zburzeniu Jerozolimy przez Tytusa, faryzeusze nakazywali wszystkim Żydom żałobę i post w rocznicę przetłumaczenia Biblii na język grecki. Tenże (1965), Nowy Testament na tle epoki, Poznań, s. 486.

[ii] Daniel-Rops (1967), Od Abrahama do Chrystusa, Z. Starowieyska-Morstinowa (tlum), Warszawa, s. 368.

[iii] Daniel-Rops (1965), Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa,  J. Lasocka (tłum), Poznań, s. 487.

[iv] A jeśli zechcemy porównać siebie z innymi narodami, dostrzeżemy wprawdzie, że pod wielu względami stoimy na równi z nimi lub nawet niżej, ale w dziedzinie religijnej, to jest w służeniu bogom znacznie je przewyższamy. Cyceron (1960), O naturze bogów, W. Kornatowski (tłum), Warszawa, II, 3, 8.

[v] E. Dąbrowski, Dzieje Pawła z Tarsu, ss. 78 – 88.

[vi] Trzeba zgodzić się z implicite wyrażoną tu myślą, że „ukąszenie heglowskie”  najczęściej dotykało pisarzy artystycznie czy intelektualnie utalentowanych skromnie, a twórcy wielkiego formatu (których wśród „zarażonych” także nie brakowało), pokąd „jad” nie został wypłukany, jakby gubili swój talent, w „chorobie” płodząc dzieła nietrwałe i tuzinkowe.

[vii] A. Bikont i J. Szczęsna (2006), Zaczęło się od „hańby domowej” (w:) Gazeta Wyborcza, 7-8 października