Homo Inquietus

Szlachetne myśli to największy majątek…

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 16 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy kolejny tekst Prof. Jadwigi Mizińskiej. Tym razem na temat szlachetności.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM
Prof. dr hab. Jadwiga Mizińska
Instytut Filozofii UMCS
Lublin

 Szlachetność.
Szlachetne myśli to największy majątek.

Szlachetny człowiek wymaga od siebie. Prostak – od innych.
Konfucjusz

1.    Zapomniane słowa.

Szlachetność – to jedno z wielu słów prawie zupełnie dziś nieużywanych. Można je umieścić na liście takich, wypadłych z obiegu pojęć, jak honor, dobroć, życzliwość, koleżeństwo, lojalność. Rzec by można, iż zostały one ofiarą społecznej amnezji, uległy społecznemu wykluczeniu.

Wittgenstein powiada, że granice języka są granicami naszego świata. Zatem, o ile poza granicami naszego obecnego świata, na banicji znalazły się wymienione wyżej słowa (i pojęcia, a zatem ich sensy), zwęził się on o ten rodzaj doświadczeń i praktyk – jak również wartości- które  one wyrażają i nazywają. Ale ani świat, ani kultura, ani też język, nie znoszą próżni. W „zaoszczędzone” miejsca wdzierają się inne słowa i inne pojęcia, w rodzaju: emocje, agresja, frustracja, sukces, porażka, idol, fan,

Specyficznemu słownikowi tej neo – nowo – mowy przyświeca hasło „nie ma problemu”. Znaczy to, że używający jej osobnicy są gotowi na wszystko, aby odnieść sukces. Kiedy na drodze do owego sukcesu napotykają jakieś przeszkody czy bariery – najczęściej zresztą w osobie konkurenta – „nie widzą problemu”, żeby go usunąć, uznając przy tym wszystkie metody za dopuszczalne. Znamienne, choć zarazem i zdradzieckie jest owo wyrażenie „nie widzę problemu” – kalka z angielskiego „no problem”. Nie oznacza ono bowiem, że owego problemu w ogóle nie ma, a jedynie, że dana osoba ubiegająca się o dane „dobro”, poniekąd świadomie zgadza się na „niedowidzenie”, albo zgoła ślepotę na pewien rodzaj wartości, które właśnie czyniłyby ową sytuację problemową.

W dziedzinie poznawania świata warunkiem powodzenia w przysparzaniu wiedzy jest, akurat na odwrót, zobaczenie, dostrzeżenie i sformułowanie, wysłowienie w postaci pytania – problemu. Podstawową cechę odkrywcy, twórcy a już zwłaszcza geniusza, stanowi właśnie zdolność ujrzenia niewidzialnego. Tam, gdzie dla zwykłych ludzi wszystko jawi się normalne, zwyczajne i oczywiste, „bezproblemowe”, człowiek twórczy potrafi wypatrzeć coś, co go zadziwi: lukę w wiedzy, osobliwość, anomalię, dziwaczność, albo – budzącą zachwyt cudowność. Talent do popadania w zdziwienie, zadziwienie i zachwycenie jest też tym, co powoduje rozwój wiedzy, ale także sztuki.

Z chwilą, gdy niejako na przekór Arystotelesowi, to nie zdziwienie (odkrycie problemu), ale brak zdziwienia (zakrycie problemu) stało się zalecaną normą reagowania na świat: ludzi i zdarzenia, oznacza to ni mniej ni więcej, jak aprobatę dla bezmyślności. Za bezmyślnością, czyli przyjmowaniem wszystkiego, co się wokół dzieje, za „normalkę” (przy czym „normalka” to ironiczna kpina z normy), musi iść odpowiednie zachowanie. Polega ono na przestrzeganiu tzw. poprawności politycznej (względnie społecznej), ta zaś – na kierowaniu się zasadami narzuconymi przez anonimowy trybunał, reprezentujący siły konformizmu i oportunizmu. Interesujące, że dwie te potężne siły przystosowawcze do pseudoaksjologicznego status quo, nie występują pod własnymi imionami. Zostały one zakamuflowane  słowem „poprawność”, które tradycyjnie kojarzyło się z przeciętnością, pospolitością i miernotą.

Wszystkie te znane wcześniej, ale obecnie awansowane do rangi cnót, pojęcia obsługują mentalność  ludzi, którzy uznali za naturalne i bezdyskusyjne swoje uczestnictwo w „wyścigu szczurów”. Człowiek – Szczur, zamiast Kamiennych Tablic wyznaje Listy Rankingowe.. Są one specjalnie tworzone dla każdej dziedziny i płaszczyzny życia : począwszy od „najpiękniejszych dziewcząt”, poprzez „najpopularniejsze zespoły muzyczne”, „najmodniejsze powieści”, polityków będących „na topie”, aż po „najnowsze kierunki filozoficzne”.

Całkiem oficjalne istnienie i funkcjonowanie takowych „List Rankingowych” świadczy, po pierwsze, o swego rodzaju moralnym obowiązku (czy wprost przymusie) włączania się do systemu rywalizacji i konkurencji (bezlitosnej, albowiem przegrani stają się publicznie niewidzialni), po wtóre – o zupełnym zanegowaniu wartości tego, co oryginalne, niepowtarzalne, unikatowe. Ktoś, kto prezentuje talent nie ujęty w aktualnie funkcjonujące Listy, nie liczy się, jest przezroczysty dla masowej kultury, zostaje przez nią jak gdyby unicestwiony.

Kultura masowa -wyrażenie będące skądinąd oksymoronem, jako że istotą kultury jest struktura piramidalna i hierarchiczność – wyrzuca, usuwa z pola swojego widzenia to wszystko, co masowe ze swej natury stać się nie może.
Nie może stać się masową także szlachetność, jako że jest ona najwyższym wykwitem wartości wyższych.

2. Kultura i dzikość.

Muzykolodzy i historycy muzyki pamiętają, iż w średniowiecznych dziełach muzycznych używano dwóch następujących łacińskich określeń, będących wskazówkami dla wykonawców: nobiles oraz viles. Pierwsze oznaczało nutę „szlachetną”, czyli taką, którą w wykonaniu dzieła należało wyróżnić, drugie natomiast – nutę „nikczemną”, podporządkowaną tej pierwszej. Zatem nawet pośród nut obowiązywała hierarchia, i to bardzo szczególna, zapewne przeniesiona z życia społecznego. Opisywał ją właśnie kształt piramidy, budowli, która ufundowana była na szerokiej kwadratowej podstawie, a zwężające się do góry trzy jej ściany spotykały się u góry, tworząc wspólnie wierzchołek. Było to miejsce szczytowe i zarazem punktowe. O ile u podstaw piramidy mogło się mieścić wiele (rzeczy, osób, wartości), o tyle szczyt zarezerwowany był dla Jednego, Najwyższego. Pomiędzy podnóżem a szczytem piramidy mieściły się poszczególne, ułożone jedna nad drugą warstwy, każda kolejna, licząc od dołu do góry, była coraz węższa, zarezerwowana dla mniejszej ilości hierarchizowanych bytów.

Piramida jako wytwór architektoniczny stanowiła zarówno realną budowlę, jak też wzorzec budowania społecznej, kulturowej, umysłowej, moralnej i duchowej  hierarchii. Warto dodać, iż oprócz harmonijnego i doskonałego estetycznie kształtu, posiadała także tajemnicze i magiczne właściwości. Złożone w jej wnętrzu przedmioty zachowywały się zgoła inaczej niż na zewnątrz. Żyletki same się w niej ostrzyły, mięso pozostawało świeże. Współcześnie zostały również odkryte lecznicze właściwości wnętrza piramidy.
Szlachetność, cecha nieodzownie sprzęgnięta z rycerskością, stała się też naczelną wartością takiej hierarchicznej kultury. U jej podłoża –nikczemność.

Kultura, w swym etymologicznym sensie, jaką nadali jej starożytni Grecy, miała być takową piramidą wszelkich wartości. Opierała się na odróżnieniu „Greków” i „barbarzyńców”, czyli tych, którzy te wartości znają, respektują i uprawiają oraz tych, którzy są ignorantami na nie całkiem ślepymi. Grecy pogardzali barbarzyńcami, mieli ich za nieokrzesanych dzikusów. Swoją wyższość Grecy upatrywali w tym, że posługują się siłą ducha, której nośnikiem była sztuka, filozofia posługujące się skomplikowanym językiem symboli przemawiających do intelektu, wyobraźni i uczuć wyższych; barbarzyńców widzieli jako tych, którzy używali jedynie siły fizycznej, nie mając dostępu do tej pierwszej. Przeciwstawienie to można wyrazić jeszcze inaczej, jako opozycję mocy ducha i przemocy fizycznej. Pod pogardliwym stosunkiem „kulturalnych Greków” do „prymitywnych barbarzyńców” kryło się dodatkowo pewne założenie, które warto ujawnić i przywołać szczególnie dziś, kiedy to cywilizacja konsumpcyjna cywilizacja oraz będąca jej wykwitem kultura masowa. niejako wywindowała na szczyt nowoczesne barbarzyństwo. Polegało ono mianowicie na tym, iż kulturę należy bez ustanku uprawiać, tak jak pole czy ogród, podczas gdy dzikość w człowieku pleni się sama z siebie niczym chwast. Zatem człowiek kultury cały czas musi żyć w napięciu i czujności, strzegąc, ochraniając i broniąc wartości duchowych, odziedziczonych po szlachetnych przodkach, barbarzyńca natomiast, kierujący się żądzami, impulsami i przypadkowymi bodźcami, nie stawia sobie żadnych wymagań poza chęcią zaspokojenia doraźnych potrzeb.

Chwytliwe współczesne hasło „życia na luzie”, „bycia wyluzowanym”, daje prymat temu, co przyjemne, łatwo dostępne, nie wymagające wewnętrznego wysiłku. Jeśli na przeszkodzie do jego zdobycia stają inni ludzie ze swoimi, podobnymi potrzebami, wówczas dopuszczalne jest, aby wydrzeć mu dane „dobro” siłą czy podstępem. Cywilizacja konsumpcyjna zawiera zatem w sobie swoistą konsumpcyjną paideę. Streszcza się ona w zasadzie „anything goes”- wszystko jest dozwolone, o ile przysparza jednostce materialnych, prestiżowych czy zmysłowych satysfakcji. Zasada ta jest w gruncie rzeczy anty – przykazaniem; niczego nie zabraniając, zarazem usuwa wszelkie nieprzekraczalne granice, jakimi  żydowski Dekalog i grecka Kultura obudowywały człowieczeństwo przeciwko dzikości w człowieku. Nie przypadkiem jednym z „kultowych” współczesnych filmów okazała się Dawida Lyncha „Dzikość serca”. Tytuł ten wydaje się być trafną diagnozą naszych czasów, które ową dzikość serca dopuściły do głosu wraz z rozpasaniem żądzy używania.

Tym samym, na margines zostały zepchnięte dawniej promowane, najwyżej cenione i podziwiane postawy, będące wcieleniem zwycięstwa nad dzikością, a noszące zapomniane miano szlachetności. Słowo to, kojarzące się ze szlachectwem i szlachtą, przywołuje natychmiast, jako swoje rozwinięcie i uzupełnienie – wyrażenie zobowiązanie. Noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje, powtarzali nasi przodkowie, tym samym dając wyraz temu, iż bene nati„wyższe urodzenie” nie jest powodem do wynoszenia się ponad tych, którym los wyznaczył niższe miejsce urodzenia, ale na odwrót, powinnością opiekowania się nimi.

Stan rycerski, który w średniowieczu utożsamiał się z tym obowiązkiem, pozostawił po sobie tradycję rycerskiego zachowania. Jego podstawowym rysem było stawanie w obronie słabszych, uciśnionych a bezsilnych, po to, aby zadośćuczynić istocie Kultury, czyli uprawiania wartości człowieczeństwa, skumulowanych we wrażliwości na cierpienie, krzywdę drugiego, niesprawiedliwość. Rycerz czuł się zobligowany do czynnego stawania po stronie skrzywdzonych i poniżonych, a mówiąc dzisiejszym językiem – wykluczonych. W ten sposób społeczeństwo zapewniało równy udział w wartościach wyższych, duchowych. Ci, którzy mieli do nich łatwiejszy dostęp z racji urodzenia i wykształcenia, bronili do nich prawa „niżej urodzonych”, upominając się o nie mieczem.

Don Kichot, ośmieszony przez Cervantesa, spóźniony „błędny rycerz”, mimo całej swej groteskowości, zyskał przywiązania Sancha Pansy. Wierny giermek zapewne intuicyjnie potrafił odczuć i docenić szlachetne, aczkolwiek nietrafnie ukierunkowane intencje swojego pana.

3. Człowiek szlachetny – współczesny Don Kichot ?

    Jeśli przystać na zaproponowaną przez Stefana Symotiuka definicję kultury jako przewagi bezsiły nad siłą (do czego ja dodałabym: odwoływania się do mocy ducha zamiast do przemocy), to z żalem wypada stwierdzić, iż „kultura masowa” z genetycznie jej wrodzonym populizmem, stanowi jej zaprzeczenie. Co więcej, wiedzie do degradacji i niszczenia Kultury pisanej dużą literą, Kultury Duchowej.

Zdaniem E. Fromma, każda epoka wytwarza adekwatny dla siebie typ osobowości, umożliwiający jej trwanie i realizację specyficznego dla niej systemu wartości. Twierdzenie to można zilustrować przywoływanymi już przykładami starożytnego „kulturalnego Greka”, średniowiecznego „ szlachetnego rycerza”, a z bliższych nam czasów „osobowości autorytarnej” czy „homo sovieticusa”. Wcielają one różne wersje bycia człowiekiem. W trakcie swego trwania każdy z owych wzorów wydaje się być właściwy i bezalternatywny, jednak po upływie czasu podlega moralnej ocenie. Jedne z nich zostają przez historię ocenione jako godne pochwały i podziwu, inne – zostają potępione i napiętnowane. Oznacza to, że pod warstwą tego, co historycznie zmienne, determinowane doraźnymi warunkami ekonomicznymi, politycznymi i społecznymi, zalega mimo wszystko warstwa wartości sprawdzonych i trwałych, zapewniających kontynuację bytu ludzkości jako całości.

„Błędni rycerze”, którzy wbrew aktualnym trendom i modom, trwają przy takowych uniwersalnych wartościach człowieczeństwa, są tymi, którzy niejako ponad niesprzyjającym czasom przenoszą je z pokolenia na pokolenie. Istnieje też jakaś szczególna siła…, która dba o to, aby nie zabrakło ich, choćby w minimalnej liczbie, w każdej epoce.

Również dzisiaj, kiedy panoszy się „paradygmat Chama”, czyli tego z synów Noego, który szydził z własnego ojca, zdarzają się pojedyncze osoby, które potrafią się mu oprzeć i czynnie przeciwstawić. Zdaję się tym samym potwierdzać nieco żartobliwą diagnozę Adama Mickiewicza, który w „Panu Tadeuszu” istnienie trzech stanów wywodzi od trzech synów budowniczego Arki: Żydów od Sema, chłopów od Chama, szlachty – od Seta. Szlachcie, potomkom Seta przyznaje też poeta „władzę nad obiema”.

Jakkolwiek szlachta w znaczeniu społecznej warstwy została zniszczona, przecież do dziś zachowała się arystokracja zarówno w sensie urodzenia i pochodzenia, jak również – w sensie przenośnym: arystokracji ducha. Dostęp do niej nie jest wyznaczony genami, ale pozostaje kwestią wyboru i.. oporu. Oporu przed łatwizną i prymitywizmem tego wszystkiego, co narzuca się nam jako dyktat mody – także „mody aksjologicznej”. Obecnie dominuje moda na niewrażliwość, bezduszność, egoizm, streszczająca się w powszechnym narcyzmie. Narcyz, to mitologiczna postać pięknego młodzieńca zapatrzonego z zachwytem we własne odbicie w zwierciadle stawu. Idąca śladem Narcyza „kultura masowa”, zapomina jak gdyby o tym, że jej idol zmarł wskutek owego zapatrzenia się w samego siebie; zmarł z głodu, podobnie zresztą, jak i jego mitologiczny „kolega”, Midas, który zapragnął, aby wszystko, czego dotknie, zamieniało się w szlachetny ale niejadalny kruszec – złoto. Narcyz, rękę z Midasem, dwaj głupcy z oślimi uszami, wyznaczają też główny szlak cywilizacji konsumpcyjnej.
Mimo wszystko, trafiają się i dziś Błędni Rycerze; ludzie, którzy są zdolni iść pod prąd tym straceńczym tendencjom.

Na dwóch sąsiadujących ze sobą stronach „Gazety Świątecznej” z dnia 23lutego 2008 r można znaleźć tego świadectwa:
O Stanisławie Dygacie:
Joanna Szczęsna „Wychował się na westernach”;
Dla Markuszewskiego, Dygat to był ktoś., kto przeniósł zasady XX-lecia międzywojennego przez okupację, kto uczył pewnego stylu: honoru, lojalności, przyjaźni. Uważał, że pewnych rzeczy dżentelmen nie robi. Nie wykonywał gestów heroicznych, ale umiał znaleźć sposób, by być wiernym sobie. Jak pisał o nim Kazimierz Brandys, „był jednym z chłopców w przedwojennej kolonii Staszica (osiedle willowe w Warszawie), którzy w szkole czytali powieści Karola Maya”, Kiedy jakiś partyjny aparatczyk spytał go, dlaczego podpisał się pod Listem 34-pierwszym w PRL-u zbiorowym protestem pisarzy i uczonych – odpowiedział: „Bo zostałem wychowany na westernach”.

O Tomaszu Węcławskim (który wystąpił z kościoła katolickiego . m. in. pod wpływem sprawy Petza)
Katarzyna Wiśniewska, Teolog apostata.
– On ma w sobie wyolbrzymioną do potęgi empatię, nie może znieść, gdy komuś dzieje się krzywda. To wrażliwość emocjonalna, ale też moralna. Ich połączenie tworzy mieszankę wybuchową. I może wpędzać w kłopoty – mówi jeden z jego znajomych.

Wpędziła. Gdy w roku 2001 „Fakty i Mity” ujawniły skandal wokół osoby abp. Juliusza Petza, który molestował seksualnie kleryków, znalazło się w Poznaniu tylko dwóch księży, którzy bez ogródek mówili o winie arcybiskupa – ks. Jacek Stępczak, redaktor „Przewodnika Katolickiego” i ks. Węcławski. Tyle, że ten pierwszy zmienił zdanie i odwołał swoje słowa na temat abp. Petza.

A ks. Węcławski udziela „Tygodnikowi Powszechnemu” wstrząsającego wywiadu, w którym nie tylko potwierdza zarzuty wobec arcybiskupa, ale wskazuje na ludzi Kościoła, którzy skandal starali się zatuszować, m. inn. poznańskich biskupów pomocniczych. Wkrótce potem stracił stanowisko dziekana Wydziału Teologicznego UAM.

To tylko dwa przykłady. Ale można by ich odnaleźć o wiele więcej, gdyby równolegle z fascynacją skandalami, odrodziła się fascynacja szlachetnością, która właśnie zajmuje się piętnowaniem skandaliczności, będącej synonimem innego, również obecnie wykluczonego pojęcia: nikczemność.

4. Szlachetność jako mierzenie się z nikczemnością.

Powróćmy do  metafory muzycznej; odróżnienia i wzajemnego ustosunkowania dwóch rodzajów nut: szlachetnych i nikczemnych i przypomnijmy, iż w muzyce występują tak jedne, jak drugie, ale te drugie muszą być podporządkowane tym pierwszym.
Mówienie o szlachetności w odniesieniu do ludzi ma sens tylko wtedy, gdy z konieczności mamy do czynienia z jej opozycją.
Tak, jak Człowiek Kultury ma za swe tło Barbarzyńcę, podobnie Człowiek Szlachetny – Nikczemnika.

Nikczemność to odwrotność Szlachetności. Nikczemnik to jednostka podporządkowana wyłącznie własnym chuciom i żądzom, nie znająca umiaru ni hamulców w ich zaspokajaniu. Wszystko dla niego jest wyłącznie środkiem, włącznie z wszystkimi ludźmi, którzy stają na jego drodze do użycia. Depce i niszczy wszystko i wszystkich, byle dopiąć własnych celów, żadne pobudki nie są dla niego zbyt niskie, żeby się nimi kierować, Jest jak taran czy walec drogowy: silny swoją pożądliwością, bezwzględnością, bezdusznością. Jego dewizą jest przemoc i gwałt, również na życiu innych ludzi. Nierzadko posuwa się do morderstwa, jeśli nie fizycznego, to psychicznego. Sam jest bowiem moralnie martwy, sfera aksjologiczna jest u niego pusta. Nicość nie może znieść pełni, pragnie ją unicestwić.

Nikczemnik nie jest po prostu człowiekiem złym, jest człowiekiem pustym, opustoszonym z człowieczeństwa. Jako tego rodzaju typ występował w dziejach zawsze, dając asumpt Borgisowi do napisania „Krótkiej historii ludzkiej nikczemności”. Syn Chama, kontynuuje ród Noego, tak samo, jak drugi z jego synów, Set.
Spośród pierwszych, ziemskich synów Adama i Ewy, po zabójstwie Abla ostał się Kain,

Po Potopie, który był niejako „poprawką „ ze stworzenia świata, przeżyli wszyscy synowie Noego. Ich potomkowie uznają się równie godnymi jego następcami, ale trwa między nimi walka. Nikczemnicy usiłują wytępić szlachetnych, ale szlachetni nie pozostają bezbronni. Nie mogą się oni jednak dopuścić nikczemnych sposobów walki z nikczemnikami.
Powstaje więc pytanie, jakimi dysponują narzędziami, aby co najmniej ochronić się przed ich podłością, bezczelnością, tupetem i bezwzględnością.

Agatha Christie, słynna autorka powieści kryminalnych, w swojej autobiografii przyznaje, że była zafascynowana nikczemnością, ale w kontekście jej nieuchronnego pokonania przez to, co szlachetne. Z ubolewaniem stwierdza, iż obecnie także powieść kryminalna odeszła od pierwowzoru: opisuje nikczemność dla niej samej.
Zastanawia się pod koniec życia, jak się uporać z nikczemnikami:

Co zrobić z osobnikami zarażonymi bakcylem okrucieństwa i nienawiści, z tymi, dla których ludzkie życie nie przedstawia żadnej wartości? Często pochodzą z dobrych rodzin, otrzymali dobre wykształcenie, mieli dobre widoki na przyszłość, a jednak są, mówiąc najprościej nikczemni. Czy istnieje lekarstwo na nikczemność? Jak ukarać zabójcę ? Z pewnością nie dożywotnim więzieniem – to bardziej okrutne aniżeli kubek cykuty w starożytnej Grecji. Bodaj najlepszym rozwiązaniem, jakeśmy w ogóle znaleźli, była deportacja. Bezkresna głusza, zaludniona tylko najprymitywniejszymi istotami, gdzie da się żyć w prostszych warunkach.

Co tu kryć, cechy uważane dzisiaj za wady, niegdyś uchodziły za zalety. Bez okrucieństwa, bezwolności, bez absolutnego braku miłosierdzia człowiek pewno by nie przetrwał, prędko zniknąłby z powierzchni ziemi. Może dzisiejszy nikczemnik to wczorajszy zwycięzca. Wówczas był niezbędny, owszem, lecz teraz wyłącznie stwarza zagrożenie.

Jedyną nadzieję uparuję w wyroku skazującym takie indywiduum na przymusową służbę dla dobra całego społeczeństwa. Przestępca mógłby, na przykład, wybierać między kubkiem cykuty a poddaniem się eksperymentom medycznym. Wiele dziedzin wiedzy, a już zwłaszcza medycyna, potrzebuje do badań materiału ludzkiego: zwierzęta nie wystarczą. Na razie to sam naukowiec, sam badacz ryzykuje własne życie, lecz przecież mogłyby istnieć ludzkie króliki doświadczalne –skazańcy, którzy dobrowolnie zamieniliby śmierć na określonej długości eksperyment, a gdyby przeżyli, odkupiliby tym sposobem swoje winy i wrócili na wolność, już bez piętna Kaina na swoim czole.

Niewykluczone, że nic by się w ich życiu nie zmieniło. Powiedzieliby tylko: – No, mam szczęście, tak czy siak mi się upiekło. – Z drugiej strony fakt, iż społeczeństwo coś im zawdzięcza, wcale nie musiałby przejść bez echa. Nie należy spodziewać się zbyt wiele, ale troszkę zawsze można. Przynajmniej dałoby się przestępcy szansę dokonania czegoś wartościowego i uniknięcia zasłużonej kary. Reszta już by zależała od niego. Czyby nie zaczął żyć inaczej? Czy wręcz nie czułby pewnej dumy?
Jeżeli nie, niech się Bóg nad nim zlituje.”
(Agatha Christie, Autobiografia., tom II, przeł. Magdalena Konikowska, Racocki i s- ka. Poznań 1994, s. 224- 225)

Powtórzę za Agathą Christi: Niech się Bóg nad nimi zlituje. Ten, w którego istnienie oni sami nie wierzą.

………………………………………………………………

  

Reklamy
%d blogerów lubi to: