Homo Inquietus

Czułość – odkrycie starych poetów.

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 30 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.
Wszystkich, którzy chcą przyczynić się do realizacji celów Fundacji, w tym bieżącego projektu (wydanie Księgi wywiadów filozoficznych) prosimy o kontakt.

Dziś publikujemy kolejny tekst Prof. Jadwigi Mizińskiej. Tym razem na temat czułości.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM
Prof. dr hab. Jadwiga Mizińska
Instytut Filozofii UMCS
Lublin 

Czułość – odkrycie starych poetów.

Pani Janinie Bauman z podziękowaniem za umieszczenie w „kiszonce przynależności”

I.

Zbigniew  Herbert

Czułość

Cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam

Czułości do kamieni do ptaków i ludzi

Powinnaś spać we wnętrzu dłoni na dnie oka tam

Twoje miejsce niech cię nikt nie budzi

Psujesz wszystko zamieniasz  na opak

Streszczasz tragedię na romans kuchenny

Idei lot wysokopienny

Zmieniasz w stękanie eksklamacje  szlochy

 Opisać to jest zabić bo przecież twoja rola

Siedzieć w ciemności pustej chłodnej sali

Samotnie siedzieć gdy rozum spokojnie gwarzy

W oku marmurów mgła i krople toczą się po twarzy

 Z tomu „Epilog burzy”

II

Julia Hartwig

Czułość

Patrzy na ciebie zadarłszy główkę do góry

Jesteś jej niebem i twoja twarz stanowi na tym niebie słońce i niepogodę

Już tyle lat minęło a w lustrze w które patrzysz

Wciąż jeszcze jawi się obraz jej malutkiej

Stojącej obok ciebie z zadartą główką

I zapomnianą już dziś prośbą czy pytaniem

Na które dziś odpowiedzieć za późno

Z tomu „Poezje wybrane”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008

III

Czesław Miłosz

Biografia poety

Tak dużo winy i takie piękno!

Te krajobrazy w spokojnym przepychu

Wczesnego lata, pod wieczór, te zatoki

Jezior w zieleni, kiedy na powitanie

Nadbiegają posłowie w sukniach szafranowych

I niosą dary, ogromne kule ze światła,

Albo jego portret . Chyba tylko czułość

Umie prowadzić pędzel tak uważnie

Wzdłuż powiek bolesnego oka,

Po fałdzie ust zamkniętych z żalu.

I jak on mógł? Wiedząc t ,co wiemy

O jego życiorysie . Co dzień świadomy

Krzywd , które wyrządził. Myślę, że świadomy.

Nie dbał o swoją piekłu obiecaną duszę,

Póki jasne i czyste było jego dzieło.

 Z tomu „Na brzegu rzeki”, Znak, Kraków 1994

* *

Mama moja, w chorobie, której imię podarował uprzejmie Alzheimer, przekroczywszy już próg 81 lat, który filozofowie od Platona upodobali sobie na właściwy moment przejścia  do Krainy Cieni, przebywając latem u mnie na wsi, lubiła spacerować sobie po podwórku i rozmawiać ze „stworzeniem”: psami, kotami, kwiatkami. Kiedyś podsłuchałam, jak mówiła do muchy: „Uciekaj muszko, uciekaj, bo przyleci wróbelek i cię zje”.

Że człowiek rozmawia z końmi, psami, kotami, to nic dziwnego, zresztą – raczej do nich przemawia, niż rozmawia. Ale z muchą ? I to nie przeklinając jej natręctwa, ale ostrzegając przed niebezpieczeństwem? Zdumiało mnie to i zastanowiło. Która z nas dwóch jest zdrowa, a która chora; moja stara matka z Alzheimerem, czy ja, która jej doglądam, aplikuję całe garście leków i zamartwiam się  tym, że ciągle się gubi w przestrzeni i czasie, pytając, dlaczego zmarli kilkadziesiąt lat temu rodzice jej nie odwiedzają.

Wraz z upływem lat i postępem choroby  Mama robiła się coraz to bardziej bezbronna, łagodna i …czuła. Wobec nieznajomych ludzi, cudzych dzieci, wobec mnie i całego świata objawiała życzliwość i serdeczność, jak również bezbrzeżne zaufanie. Na spacerze  pozwalała się prowadzić za rękę, jak maleńkie dziecko. Jedynie od czasu do czasu, zwłaszcza zaraz po przebudzeniu, pytała zdezorientowana i przestraszona: „Jadziu, gdzie ja jestem i co tu robię?”. A niekiedy także znienacka wypowiadała zagadkowe słowa. Na przykład po wybudzeniu się spod narkozy, niezbędnej przy wymianie złamanej kości biodrowej, patrząc na szpitalny sufit, powtarzała z zachwytem: „jak tu bielutko, jak tu pięknie”. Idąc za jej wzrokiem,  ja dostrzegałam jedynie dawno nie odmalowywaną, poszarzałą, nudną  płaszczyznę. Dopiero o wiele później, kiedy się zastanawiałam, co ją tak zachwycało, doszłam do wniosku, że mama była już wówczas  Gdzie Indziej, a tam gdzie wtedy przebywała, istotnie musiało być biało i pięknie.

* * *

Nie pisze się o tym w podręcznikach geriatrii, ani w poradnikach medycznych, że późna starość, tak przeklinana przez tych, którzy lepiej od Boga wiedzą, że Mu się ona „nie udała”, może mieć i takie oblicze: łagodnie uśmiechnięte, przychylne wszystkiemu, co istnieje. Ludziom, kwiatom, psom, kotom i muchom.

My, ludzie „normalni”, przywykli do pośpiechu i prześlizgiwania się znerwicowanym wzrokiem po powierzchni rzeczy, przejawy starczego postrzegania i komentowania świata, zgoła różnego niż nasze, bierzemy zazwyczaj za przejaw zdziecinnienia czy wręcz „rozmiękczenia mózgu”. Boimy się (i nierzadko wstydzimy przed otoczeniem) naszych sędziwych rodziców lub dziadków, którzy jak gdyby odlatują z naszej oswojonej i banalnej codzienności i zaczynają się poruszać jak w innej czasoprzestrzeni. Gubią się w tutejszej, mylą kierunki, zapominają kluczy i adresu do własnego mieszkania, zostawiają otwarty kurek od gazu. Mylą żyjących z umarłymi, nie pamiętają imion własnych dzieci i wnuków. Słowem, doznają amnezji teraźniejszości. W zamian wycofują się w przeszłość, która staje się dla nich o wiele bardziej realna i wyraźna; obcują z osobami nie żyjącymi od dziesięcioleci, rozpamiętują drobne, ale dla nich niegdyś bardo ważne wydarzenia. Moja mama żaliła się ze łzami w oczach, że gdy w pierwszej klasie została wybrana przez wychowawczynię, by, jako wzorowa uczennica na zakończenie szkolnego roku zatańczyła w pierwszej parze krakowiaka, jej matka uszyła jej spódniczkę w kliny zamiast marszczonej, bo nie było jej stać na więcej materiału. Ten żal sprzed siedemdziesięciu lat był równie żywy, jak mój z wczoraj.

Można by sądzić, że w człowieku przez całe życie pracuje jakaś ukryta w jego umyśle kamera, nagrywająca bez jednej przerwy wszystko, co się nam przydarza. Póki jesteśmy młodzi i zapatrzeni przed siebie, zmierzając do oddalającego się wraz z horyzontem celu, poganiani przez naglące potrzeby, nie mamy chęci oglądania się za siebie. Jednakże, gdy wiek lub ubytek sił i zdrowia odbierze nam energię, gdy osłabną w nas namiętności i żądze, przyklejające nas do dnia dzisiejszego, przychodzi pora na odwrócenie głowy wstecz.

Wraz z tym radykalnie odmienia się poczucie tego, co naprawdę ważne i realne. Podczas gdy dla dorosłych najważniejszym jest to, co dzieje się aktualnie i co stać się jeszcze może, dla ich sędziwych rodziców istotnym jest to, co się stało już dawno. Oni żyją w czasie przeszłym dokonanym, już spełnionym i zamkniętym, my – w środku czasu teraźniejszego niedokonanego. Wskazówki ich zegarów obracają się wstecz, nasze biegną pospiesznie do przodu. Dlatego tak trudno o porozumienie między pokoleniami, nawet gdy obie strony są całkiem zdrowe i nawzajem sobie życzliwe. Choroba Alzheimera nie jest w gruncie rzeczy niczym szczególnie osobliwym, czy wręcz niesamowitym. Ona jedynie nasila i uwypukla to odwrócenie się człowieka starego od migotliwego punktu Teraz, w stronę utrwalonego i ustabilizowanego Dawniej. My, „normalni” wpadamy wówczas w przerażenie i konsternację. Boli nas, że przestajemy istnieć dla naszych rodziców, że nas nie rozpoznają, ale przecież naprawdę nas tam jeszcze nie było. Przed pięćdziesięcioma

(sześćdziesięcioma, siedemdziesięcioma) laty nie zaludnialiśmy ani ich osobistej, ani żadnej innej przestrzeni. Wyniosłe i kpiące uśmieszki wobec starszej osoby, której się „miesza w głowie”, powinny przygasnąć, gdybyśmy uprzytomnili sobie własną zarozumiałość i myślową arogancję. Wszak i nasze obecne Teraz wkrótce zamieni się w identyczne jak u nich Dawniej. I w nim upatrywać będziemy naszej prawdziwej  temporalnej  ojczyzny.

Młodość i starość mają się do siebie tak, jak „jeszcze nie” i „już nie”. Obecna wzgarda dla starości (i tym samym przeszłości) dowodzi nie po prostu krótkowzroczności, ale ślepoty. I głupoty. Przeszłość starszych jest wszak przyszłością młodszych.

Być może, coraz częstsze występowanie choroby Alzheimera dane jest naszej, uwiedzionej przez młodość cywilizacji, po to, abyśmy sobie uprzytomnili marność, przelotność żarłocznego czasu teraźniejszego. Nasi „chorzy na Alzheimera” winni nam uprzytomnić, iż ludzkie życie w istocie rozpina się, niby namiot, na trzech masztach: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Jeśli któryś z nich jest zbyt krótki, namiot pochyla się w jedną stronę, a ogarnięta nim przestrzeń staje się kulawa i pomniejszona.

*

Ale to jeszcze nie wszystko co wiąże się z odmiennością postrzegania świata w późnym wieku.  Starość, zarówno naturalna i zdrowa, jak też naznaczona chorobą Alzheimera, przekształca nie tylko wektor  istotności jednego z trzech wymiarów czasu. Zmiana owa polega na patrzeniu jak gdyby przez odwrotną stronę lunety, wskutek czego następuje „pomniejszenie” teraźniejszości i przyszłości, na rzecz  „powiększenia” przeszłości. Perspektywa starszego człowieka, który przygląda się swojemu Dawniej z odległego dystansu, pozwala również wygładzać  rozpościerające się przed oczyma duszy obrazy. Ostre przedtem kontury rzeczy i zdarzeń poczynają się zacierać, fałdy, zagięcia, zmarszczki na obliczu przeszłości – prostować. Upływ czasu działa niby staroświeckie żelazko „na duszę”. To właśnie dzięki  niemu następuje znane skądinąd zjawisko idealizowania „starych dobrych czasów”, zwłaszcza zaś – czasów  dzieciństwa i młodości. Dzięki temu też nasila się tęsknota i nostalgia za tym fragmentem naszej biografii, gdy byliśmy młodzi, pełni marzeń, oczekiwań i zamiarów i pełni naiwnej wiary, że spełnić się one muszą.

W chorobie Alzheimera, przynajmniej u mojej Mamy, fenomen ten wystąpił z całą wyrazistością. Bolesne i przykre wydarzenia, nad którymi rozpaczała, gdy była jeszcze zdrowa, nagle ukazały się od całkiem nowej, zaskakującej mnie strony. Objawiły się niejako od strony swoich źródeł, od swoich „miłych początków”, przyćmiewając jednocześnie swoje faktycznie przykre, odległe skutki, ”żałosne końce”. Albowiem jej pamięć ponownie powróciła do minionej młodości z całą jej świeżością oraz obietnicami i zapowiedziami wszystkiego co najlepsze, a wraz z tym, również z ówczesną błogosławioną niewiedzą, o tym, jak przepastne bywają otchłanie między „ustami a brzegiem pucharu”. W ten sposób typowa dla wieku młodzieńczego i dojrzałego niepamięć o źródłach i przyczynach, znajduje symetryczne odzwierciedlenie w starczej niepamięci o skutkach.

Tak oto koniec życia skłania się ku własnemu początkowi i, jak u Norwida, szepce doń: „nie stargam ja cię – ja cię uwydatnię!”

Cykliczność biegu życia, która daje o sobie znać dopiero pod jego koniec, objawiając się w „kołowaniu pamięci” nad całym już prawie jego obszarem, pozwala też na swego rodzaju, indywidualne i subiektywne wymierzenie mu sprawiedliwości. Osoby mające się za nieszczęśliwe i pokrzywdzone mogą wówczas dopatrzeć się w swoich cierpieniach sensu (jak to ukazuje twórczość autora „Losu utraconego, noblisty”, Imre Kertesza, który nie potrafił zrozumieć, dlaczego wszyscy wokół, wiedząc, że jako dziecko dostał się do obozu koncentracyjnego i go przetrwał, ubolewają nad nim, uznając go za nieszczęśliwego). Ludzie mający się za wybrańców bogów, którym w udziale przypadł los udany i szczęśliwy,  mogą natomiast uświadomić sobie, czyim kosztem to ich zadowolenie z siebie zostało okupione.

Jak to wnikliwie zauważył mistrz „poszukiwania straconego czasu”, Marcel Proust, „przyczyną, dla której możemy uznawać życie za marne, mimo iż niektóre jego momenty wydają się nam tak piękne, jest to, że osąd o nim formułujemy z zasady nie na podstawie życia samego w sobie, lecz różnych o nim wyobrażeń, które często nie zwierają w sobie nic prawdziwego – i skutkiem tego osądzamy je niesprawiedliwie”.

(Antoni de Botton, Jak Proust może zmienić twoje życie, przeł. Wacław Sadkowski, wyd. Studio EMKA, Warszawa 1998, s. 141)

 Generalnie: z punktu widzenia każdego naśladowcy Odyseusza powracającego do Itaki, wszystkie jego przygody, zarówno straszne, bolesne i deprymujące jak też przyjemne i chwalebne, nabierają nowych znaczeń i sensów w kontekście całości, domknięcia się życiowej Odysei. Docierając do ostatniego (i zarazem pierwszego) portu, i wspominając po kolei wszystkie etapy przebytego szlaku, jesteśmy jako ci, którzy rozłupując twarde łupiny orzecha, albo je zgryzając, przekonać się mogą, jak dalece to co w środku różni się od tego co z wierzchu. Mądrość, destylat długotrwałych i najbardziej różnorodnych, złych i dobrych doświadczeń życiowych, to właśnie dojście do odkrycia, iż rzeczy nie są takie, jakimi rzucają nam się w oczy ( a niekiedy – do oczu), ale takie, jakie umykając samemu zmysłowi wzroku ukrywają się w niezgłębionym  wnętrzu „owocu żywota”. Aby dojść do mądrości, należy w pierwszym rzędzie zdobyć się na odmówienie wiarygodności wszystkiemu, co nam się niegdyś jawiło jako oczy- wiste. Dlatego też, jak wolno się domyślać, starość to okres „przewartościowania” wcześniejszych, przelotnych, a przez to niedokładnych oglądów świata, po to, aby je dopełnić i uzupełnić przez cierpliwe wglądy.

Pięknie pisze o tym Zofa Zarębianka analizując motyw starości w późnych wierszach Czesława Miłosza:

„(…) Za charakterystyczną dla późniejszych tekstów interioryzacją, a po części – niewątpliwie jako jej efekt – ma miejsce przeorientowanie perspektywy, polegające na ukierunkowaniu wstecz, ku wspomnieniu, ku przeszłości. Miejsce pędu ku przyszłości, pewna ekspansywność, oczekiwanie i ciekawość lokowane w tym, co dopiero nastąpi, zajmuje więc w starości nakierowanie refleksji ku minionemu, zarówno w wymiarze osobistych potyczek z pamięcią, jak i w wymiarze bardziej ogólnym, w którym przemożna staje się potrzeba dania świadectwa ludziom i epoce, zatrzymania, uwiecznienia i ocalenia w słowie tego, co bezpowrotnie należy do historii. Wydaje się, że wspomniana dwuaspektowość spojrzenia: równocześnie i równolegle do wewnątrz i w stronę przeszłości (co jakoś też oznacza „do wewnątrz”, tyle, że do wewnątrz czasu) stanowi istotne novum w światoodczuciu Miłoszowego bohatera późnych wierszy, wskazując zrazem jednoznacznie na występujący w nich ruch dośrodkowy jako źródło dynamiki dla refleksji i wyobraźni”.

(Zofia Zarębianka, <I rozłączone się złączy w jedno>. Motyw starości w późnych wierszach Czesława Miłosza. W: Czytanie sacrum. Instytut Wydawniczy MAXIMUM , Kraków – Rzym, 2008, s. 185)

Dzięki temu, co autorka powyższej wypowiedzi celnie i pięknie nazwała spojrzeniem „do wnętrza czasu”, u starych ludzi dochodzi do „złączenia rozłączonego”, pojednania przeszłości, teraźniejszości i przyszłości w przededniu przeniesienia się w wymiar wieczności. Przywilejem późnego wieku jest bowiem to, że gdy człowiek szykuje się do odejścia i powoli zaczyna żegnać się ze światem, próbując przeliczyć i spakować swój bagaż na wieczność, wszystko może mu się objawić w nowym, i – zaiste innym – świetle. W świetle pochodzącym już nie z tego, ale z Tamtego świata, z Drugiej Przestrzeni, jakby to ujął sam Czesław Miłosz.

Analogię takowej transformacji, czy też raczej transgresji sposobu widzenia znaleźć można w przyrodzie: gdy pod wieczór, o zmierzchu, pojedyncze drzewa zlewają się w całość lasu. Przestaje mieć wówczas znaczenie, czy  były to wysmukłe sosny, wyniosłe dęby, białopienne brzozy, czy też karłowate jałowce, gęsta kruszyna albo krzaki jagód, mchy i porosty. Odrębności i różnice, tak przemożne i natrętne w ciągu trwania jasnego dnia i spoglądania na nie z bliska, powiedzmy podczas grzybobrania, ustępują miejsca świadomości, iż las nie istniałby bez nich, bez owych różnic, ale w równym stopniu i bez tego, że wszyscy jego mieszkańcy mieli prawo w nim być, bo dopiero razem, w łączności,  konstytuują „lasowość” lasu.

Trudno sobie w tym miejscu odmówić przytoczenia znanego fragmentu „Pana Tadeusza”, gdzie Adam Mickiewicz dokonuje iście fenomenologicznego wglądu w fenomen przejścia od postrzegania konkretów do tworzenia naocznego jeszcze uogólnienia:

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, lecz szerzej i niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione,  jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru , i już pomrok mglisty

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa

Cały las w jedno wiąże i jakoby zlewa;

I bór czernił się  na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu.

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło , jako świeca przez okiennic szpary,

I zgasło”.

„Pomrok mglisty” starczego spojrzenia, które łacno bierzemy za objaw degradacji i zniedołężnienia umysłowego, jest więc tylko kolejnym stadium trudnej pracy nad ogarnięciem całości ludzkiego życia na tle minionego,  także już zaprzeszłego tła.

*

Zrozumienie na starość tej prawdy: że wszystko, co się nam przydarzyło w życiu ma znaczenie i sens, może sprawiać, że zaczną się wyciszać wszystkie gwałtowne emocje i uczucia, które niegdyś nami miotały i szarpały na widok czegoś, albo kogoś, kto był „nie po naszej myśli”. Dopóki w młodości uważaliśmy się egocentrycznie za króla lasu, dęba, gardziliśmy pomniejszymi „krzakami”. Teraz, wraz ze zmierzchem życia roztapiając się w „lesie ludzkości”, możemy zdobyć się na wyrozumiałość, a nawet na czułość dla niegdysiejszych przedmiotów lekceważenia, wstrętu bądź pogardy. Dociera do nas bowiem powoli poczucie przynależności do całości Bytu, a nie jedynie do samego siebie. Im bliżej odejścia, tym mniej w nas zachwyconego sobą Narcyza. Czujemy, na jak wielu ludziach, nie wyłączając dawnych nieprzyjaciół, była i wciąż pozostaje rozpięta sieć naszego istnienia. Rozpamiętywany we wspomnieniach, każdy z nich, stanowiąc swego rodzaju „punkt przyczepności”, jawi się jako cenny i niezastąpiony. W szczególności takowego przemienienia perspektywy doznać możemy w odniesieniu do tych osób, które postrzegaliśmy dawniej jako wrogów, uprzykrzających, czy wręcz niszczących nasze kariery, rujnujących nasze plany.

W dzieciństwie zaczytywałam się książką o Indianach noszącą dziwny tytuł „Wrogowie przyjaciółmi”. Późna starość, dokonująca obrachunków (ale nie po prostu „kwartalnych”, w których idzie o szybki bilans zysków i strat, lecz ostatecznych, gdzie chodzi o „wymierzenie sprawiedliwości światu”) potrafi dokonać takiego przeobrażenia optyki, aby w nowym oświetleniu  „wróg” mógł okazać się jako ten, który nadawał nam napęd do zwiększania dynamiki w dążeniu do naszego celu, zmuszał – przez kontrast – do lepszego określenia poglądów, czy w ogólności, stanowił niezbędny w tworzeniu każdej fotografii „negatyw”. Albo też – krzywe zwierciadło, w którym mogliśmy oglądać się niegdyś jako „najpiękniejszych w świecie”.

Oczywiście, nie zawsze tak się rzeczywiście dzieje. Niektórzy ludzie nawet doczekawszy sędziwego wieku nie dochodzą do takiego punktu zwrotnego. Umierają nie zdoławszy obejrzeć drugiej strony księżyca, nie wykorzystawszy przywilejów długowieczności. Odwrócenie perspektywy i rozszerzenie widnokręgu przytrafia się tylko osobom skłonnym do refleksji; do przemyśliwania, a nie jedynie przeżywania życia. Ale właśnie ci pierwsi, „zawróceni”,  mogą być dla drugich, „żywiołowych”, to jest prących bezmyślnie naprzód podpowiedzią i wzorem, że tak w ogóle można: że własnym staraniem i wysiłkiem dawne ciemne plamy cienia daje się ujrzeć jako migotliwe drgnienia jasności.

*

Na wstępie przytoczyłam trzy utwory trojga polskich poetów: Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza oraz Julii Hartwig. Powodem ich wyboru i zestawienia jest z jednej strony to, że dwa z nich mają identyczny tytuł „Czułość” (trzeci, choć pod innym tytułem także o niej mówi), z drugiej strony fakt, iż wszystkie one powstały w późnym wieku autorów.

Zafrapowało mnie, iż, wyjąwszy Julię Hartwig, która nigdy nie dała się ponieść politycznej ani ideowej zajadłości, obydwaj wielcy współczesnej poezji, w młodości i dorosłości nieraz objawiali potężne namiętności. Szczególnie Herbert miał okres, w którym zajmował pryncypialne i nieustępliwe stanowisko moralisty. Z tej Katonowej pozycji gromił wszystkich, którzy nie zdołali ustrzec się uczestnictwa w „Hańbie domowej”, mniej czy bardziej spektakularnie zgłaszając akces do ustroju komunistycznego i oddając się na jego usługi. Autor „Pana Cogito” z odrazą odnosił się do tych  wszystkich, którzy „zdradzali o świcie, lub popadali w służalczość i oportunizm względem silniejszych – ludzi władzy. Głosił swoją własną, niezłomną wierność „potędze smaku”, dzięki której, w swoim mniemaniu, zdołał ustrzec się moralnego upadku, będącego udziałem większości rówieśnych mu artystów w czasie  panowania socrealizmu.

Nic dziwnego, że w epoce wczesnej, naiwnej i jeszcze niewinnej Solidarności, liczne wiersze Herberta, na czele z „Potęgą smaku”  pełniły rolę  manifestów i odezw wzywających i zagrzewających „moce jasności” do walki przeciwko „mocom ciemności”. Podobnie zresztą, jak i pewne utwory Miłosza, szczególnie ten, który stawał w obronie poniżonych: „Który skrzywdziłeś człowieka prostego”. Była to poezja gniewna i nieprzejednana. Surowa i bezwzględna w rozdawaniu białych i czarnych barw, medali, orderów oraz nagan. Pierwszych „dobrym i szlachetnym”, drugich – „nikczemnym i podłym”.

Podczas  rewolucji społecznych tylko te dwa kolory się liczą. Obowiązuje wówczas powszechny manicheizm. Aby podjąć dzieło czynnego „przewrotu” i „przełomu”, istotnie niezbędna jest jednoznaczność w określeniu tego, kto był na górze i „ciemiężył”, a kto na dole i „niewinnie” cierpiał. Nie ma wówczas miejsca na niuanse i rozdzielania bieli na barwy tęczy albo dopatrywanie się pomiędzy czernią a bielą wielu odcieni szarości. Nie ma też miejsca na chłodne rozumowanie, nie mówiąc już o rozumieniu. Czy samej jego chęci. Rewolucjonista nie ma czasu na wsłuchiwanie się w głosy i racje „klasowych wrogów”; podejmując akcję musi bowiem być pewien, iż wszystkie są po jego stronie, zaś wróg nie posiada żadnej.

Syndrom uczuć rewolucyjnych koncentruje się wokół nienawiści i pogardy w stosunku do tych, którzy dotąd panowali sprawowali niesprawiedliwą władzę. Ktokolwiek by wówczas napomknął, że i oni powinni być wysłuchani, zasłużył by na miano głupca albo zdrajcy. Serce rewolucjonisty i buntownika zagarnia nieubłagany gniew, który zaćmiewa i wyłącza rozum.

Rewolucja wymaga też sztandaru, na którym da się pomieścić tylko krótkie hasło. Komentarze, interpretacje, glossy stają się zbędne. Rozlewna proza okresów pokoju ustępuje miejsca rewolucyjnej poezji o wybijanym przez werbel rytmie, operującej wojskowymi rozkazami w rodzaju Majakowskiego „lewą marsz!” czy Broniewskiego „bagnet na broń! trzeba krwi!”. Idzie o to, by porwać lud, na barykady a ten reaguje tylko na krótkie, proste, jednoznaczne  i zdecydowane komendy.

Bywa, że poeci pretendujący do roli drzewca potrząsającego sztandarem rewolucji, prześcigają się w gniewnym zapale. A wówczas, choć stoją po tej samej stronie barykady, nierzadko napadają na siebie nawzajem. Zdarzyło się to Herbertowi, gdy sam poczuwając się do moralnej czystości i nieugiętości, w wierszu „Chodasiewicz” wystosował przeciwko Miłoszowi oskarżenie o oportunizm  i łaszenie się despocie, w trosce o wysokie morale poezji nie wahając poświęcić się nawet długotrwałej przyjaźni, tak rzadkiej przecież  pośród poetów. Zobaczmy, ile jadu zawiera to złośliwe „epitafium”:

Mój znajomy z antologii rymujących Słowian

(nie pamiętam jego wierszy lecz pamiętam ze tam była wilgoć)

Swego czasu nawet sławny a za sławą się uwijać

Nic w tym złego ale jaka była jego entelechia

Odpowiemy był hybrydą której wszystko się telepie (…)

wreszcie umarł Chodasiewicz w jakimś stanie Oregonie

za górami za lasami całkiem umarł

i ogarnął jego ciało silne wielki tuman

jak rechot rymowany zza obłoków

Z tomu „Rovigo”

Z czasem wszakże wysoka fala rewolucyjnego gniewu opada, zajadłość stygnie, a spod powłoki wrzących emocji do głosu zaczyna dochodzić przytłumiona przez nie refleksyjność. Naprawdę wielkiego artystę stać wówczas, jak tegoż Herberta, na pokajanie się i przyznanie do wyrządzonej przyjacielowi krzywdy, co też pod koniec życia uczynił w wierszu „Do Czesława Miłosza”:

Aniołowie schodzą z nieba

Alleluja

Kiedy stawia

Swoje pochyłe \ rozrzedzone w błękicie

Litery

Niestety, wyzwolenie negatywnych uczuć i danie im pieczęci „niepokalanego” nazwiska, trudne jest potem do ujarzmienia u innych, mniej skomplikowanych natur. Gdyby  Herbert pożył nieco dłużej, musiał by cierpieć widok pomniejszych „gniewnych ludzi”, którzy starając się w „Czwartej Rzeczypospolitej” zrobić prywatną karierę polityczną, podsycając z popiołu  dawno już wystygły żar nienawiści.

Wynika stąd, że i nam, czytelnikom poezji, nie wolno poprzestawać na „przyklejaniu się” raz na zawsze do wybranych przez siebie, użytecznych na daną chwilę, pojedynczych wierszy wielkich poetów. Gdy komuś naprawdę chodzi o „nazwisko”, którym można się podeprzeć, należy śledzić uważnie i dokładnie, co jego właściciel napisał oprócz wygodnego na daną chwilę „manifestu”.

W książce „Herbert Odyseusz” przed laty starałam się ukazać proces przekształcania się poetyckiej postawy Herberta: od kostiumu Księcia Niezłomnego – po schorowanego, podlegającego częstym depresjom człowieka, który, sam dotkliwie cierpiąc w chorobach ciała i duszy, potrafił wreszcie dostrzec i pojąć cierpienie tych, którym sam nieopatrznie zranił. Nawiasem mówiąc, wśród wielu zbieżności między Miłoszem a Herbertem jest i ta, iż obaj wielokrotnie popadali w depresję i odważnie o tym pisali w swych utworach.

(Jadwiga Mizińska,  Herbert Odyseusz, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2004)

Tych wszystkich zatem, którzy upodobali sobie Herberta jako monumentalnego, moralnego fundamentalistę, rozdzielającego na prawo i lewo ciosy słabszym i gorszym od siebie, zalecić trzeba dokładną lekturę ostatnich tomików jego wierszy: „Epilog burzy”, „Rovigo”, „Elegia na odejście”. Zapewne nie będą one po ich myśli, jako że dominuje w nich, zamiast dawnego gniewu i pogardy –  ton współczucia i wybaczenia. Nie brak tam nawet wierszy modlitewnych z osobistego „Brewiarza”.

Panie

Pomóż nam wymyślić owoc

Czysty jak obraz słodyczy

A także spotkanie obojga płaszczyzn

Zmierzchu i zaranka

Wydobądź z fałdów morza

Bas czystych głębin

A także dziewczynę

Ślepą jak przeznaczenie

Dziewczynę która śpiewa –belcanto

                                                        „Brewiarz”

Już więc bynajmniej nie chodzi  o utrwalenie się i okopanie na jednej, „absolutnie słusznej” płaszczyźnie, ale o „spotkanie dwóch płaszczyzn”. Można to rozumieć jako pragnienia odnalezienia jedności  pomiędzy własnym początkiem, „zarankiem” życia a jego „zmierzchem”. Nie można jednak wykluczyć, że idzie również o pojednanie między własną i cudzą, niegdyś obcą czy wręcz wrogą postawą. Asumpt do takiej interpretacji daje choćby utwór z tomu „Rovigo” zatytułowany: „Pan Cogito na zadany temat < Dlaczego przyjaciele odchodzą>”:

Pan Cogito

Pogodził się łatwo

Z odejściem wielu przyjaciół

Jakby to było

Naturalne prawo

Obumierania

Zostało jeszcze kilkoro

Sprawdzonych przez ogień i wodę

Z tymi którzy odeszli

Na zawsze

Poza mury Cesarstwa Empirii

Utrzymuje stosunki żywe

I niezmiennie dobre

Stoją za jego plecami

Obserwują  go bacznie

Bezwzględni ale życzliwi

Gdyby ich zabrakło

Pan Cogito

Spadłby na dno

Opuszczenia

Stanowią jakoby tło

I z tego żywego tła

Pan Cogito

Wysuwa się o pół kroku

Nie więcej niż pół kroku

W religii  jest termin

Obcowanie świętych

Pan Cogito

Daleki od świętości

Dotrzymuje kroku

Nieruchomym

A oni są jak chór

Na tle tego chóru

Pan Cogito

Nuci

Swoją arię

Pożegnalną

Co prawda, mowa tutaj o wypróbowanych i wielokrotnie sprawdzonych, dawno zmarłych przyjaciołach z młodości. Uderza jednak przypływ skromności. Poeta postrzega siebie już nie jako pojedynczego dumnego i nieustraszonego wojownika cnoty, ale jako jednego spośród wielu na „żywym tle” sobie podobnych, wobec których nie zdołał postąpić  więcej niż „pół kroku”.

Ale ta zmiana postawy związana zresztą ze zmianą optyki – z młodzieńczej na starczą – zaznacza się nie tylko nostalgią i tęsknotą do zmarłych rówieśników, z którymi był związany duchową wspólnotą. Obejmuje również innych – dawnych nieprzyjaciół. Mówi o tym utwór „Starość” z tomu „Epilog burzy”:

Wszystko to widziałem znacznie wcześniej

Zatem wątki wiązały się logicznie

To znaczy lepiej

Ten sam kot Szu- szu wygrzewa się między łydką a udem

Sen ten sam – połów myszy zdobycie wieży

Rzeczywistość obraca się wolno w żyłach

Przed zamkniętymi oczami

Wiem że to on zdradził

Niepotrzebne rozwinięcie tematu

Ponieważ wszystko się powtarza

Teraz jest lepiej

Nie jestem ciekaw

„Nie jestem ciekaw”- to nie po prostu wyraz poznawczej rezygnacji czy zobojętnienia. Raczej dowód świadomego dystansu, niechęci do oceniania i, zwłaszcza, surowego, nieubłaganego potępiania kogokolwiek. Albowiem przed oczyma starego poety rozpostarły się nowe, dawniej niedostępne o wiele ciekawsze widoki- widoki zaświatów. To właśnie w nich może dokonywać się obcowanie świętych, rozmowy ze zmarłymi, bardziej rzeczywistymi, niż niejeden z żywych. Ale też  pod koniec życia zatroskanego o sprawy tego świata, poeta uświadamia sobie coś najistotniejszego, co przedtem było dlań niewidoczne. To mianowicie, że ;

Ten świat

To właściwie tamten świat

Ot takie figle teorii względności

To co tu

Jest tam

To co tamten świat

Tutaj

„Zaświaty Pana Cogito”.  Z tomu „Epilog burzy”

Tak więc nie sam, spowodowany upływem lat, czasowy dystans pozwala na ucichnięcie „burzy”, czy wręcz na wielkoduszność wobec tych, co „podpisali traktat ze złoczyńcą”. Umożliwia to przede wszystkim  odsłonięcie się tego horyzontu, który pojawia się wraz ze zrozumieniem śmiertelności, odczuciem jej na przykładzie  najbliższych i na samym sobie, coraz bardziej słabym, schorowanym, słabnącym, zmęczonym i znużonym. Wskutek dojmującego przeżycia kruchości ludzkiego istnienia, skonkretyzowanym we własnym, udręczonym ciele, odpływają dawne, gorączkowe stany: niesmaku, odrazy, pogardy, dumy – zatem przejawy poczucia wyższości nad innymi. Wszelkie tego rodzaju przeżycia niejako więdną, blakną i bledną. Perspektywa odejścia odsłania Miłoszowską drugą przestrzeń. Ale, inaczej niż u Miłosza, u Herberta ta druga przenikać się zaczyna z tą pierwszą.

Rzekłabym, ale już we własnym imieniu, iż w obliczu nadchodzącej, nieuchronnej własnej śmierci przychodzi nam pojąć, że wszystko, co nam się niegdyś wydawało jednoznacznie złe, zostało przecież jakoś dopuszczone do istnienia przez Boga, tego który stwarzając świat, nie wykluczył z niego a priori niegodziwości i okrucieństwa. Wszak Jahwe zabronił wymierzenia kary śmierci na Kainie, który z zawiści o Jego miłość pozbawił życia swego jedynego brata, Abla…

Zatem i człowiek, który wszak nie był , jak i Hiob, obecny „przy zakładaniu świata” nie może sobie rościć pretensji do sprawowania nad innymi „Sądu Ostatecznego”.

*

Nie żądajmy od odchodzących poetów spowiedzi, wyznania i wyliczenia wszystkich grzechów, każdego po imieniu. Ich prawem jest mowa skrótu, pars po toto.

Napaść na Czesława Miłosza, a następnie dyskretne i piękne poetyckie przeprosiny, można potratować jako metaforę przemiany moralnej butności młodego Herberta w zrodzoną wraz z wiekiem dojrzałą  wyrozumiałość i … czułość.

Przedtem wszakże musiało dokonać się w jego duszy wyciszenie, uspokojenie i ukojenie. Dany został Herbertowi czas, aby zdołał się przygotować do pożegnania ze wszystkim i wszystkimi z Tego Świata, przeprosić się z nim, a także przeprosić go. Zdążyć napisać „Elegię na odejście, ułożyć bez pośpiechu tekst „Pożegnania”:

Chwila nadeszła trzeba się pożegnać

Po odlocie ptaków nagły odlot zieleni

Koniec lata – temat banalny to znaczy na gitarę solo

Mieszkam teraz na stoku wzgórza

Okno na całą ścianę więc dokładnie widzę

Gęstą sierść wikliny nagie iwy to jest mój brzeg

Wszystko rozwija się w horyzontalnych pasmach

Drugi brzeg stromo spadający w dół

Objawia wreszcie to co musiało być wyznane

Glina piasek wapienne skały Platy czarnoziemu

I wątły teraz las opłakujący las

Jestem szczęśliwy to znaczy wyzbyty złudzeń

Słońce pojawia się na krótko ale za to daje

Spektakle wspaniałych zachodów trochę w guście Nerona

Jestem spokojny trzeba się pożegnać

Nasze ciała  przybrały kolor ziemi

„Pożegnanie”.  Z tomu „Elegia na odejście”

Jakie to zaskakujące, choć przecież powinno być oczywiste: że „ziemista cera” u chorego i umierającego to po prostu „przybranie koloru ziemi”. Jesienne opadanie liści – to także opadanie przesłon, złudzeń, iluzji, Tak zwana utrata złudzeń, która w takim wyrażeniu kładzie akcent na stratę, stanowi wszak przybliżenie się do Prawdy. Nie tej, suchej, obiektywnej, mierzonej szkiełkiem i okiem, ale tej najgłębszej, najbardziej wewnętrznej, najtrudniejszej też do odkrycia, dokąd jesteśmy zabiegani za sprawami doraźnymi i przemijalnymi.

Stanięcie w blasku takiej Prawdy: o istnieniu drugiej przestrzeni, pozwala nareszcie dostrzec urodę, cudowność pierwszej. Odchodząc z tego świata i z nim się żegnając, nie mając w nim już do załatwienia żadnych osobistych interesów, nie dbając też o obronę własnych, przebrzmiałych racji, na koniec jesteśmy w stanie spojrzeć na wszystko – bezinteresownie. W Bycie – ujrzeć sam ów Byt, bez zbędnych dodatków i przesłon. Bez złudzeń, czyli tego, co naprawdę nie istnieje, Pojąć więc najprostszą, ale i najtrudniejszą, ostateczną Prawdę powszechną : jest Byt, a Nie- bytu nie ma.

Wówczas to przychodzi zachwycenie i napływa czułość. W obliczu utraty Bytu, takiego jakim jest. Jak przy każdym pożegnaniu, i przy tym, ostatnim i ostatecznym jest i trochę smutku. Ale to ciepły, dobry smutek, dzięki któremu właśnie może wezbrać czułość, tkliwość, którym ogarniamy wszystko w równym stopniu. Czułość, bez wyjątku: do kamieni, do ptaków i ludzi.

Oto nareszcie zamknęło się i domknęło koło żywota. Dokonało się przeznaczenie – dla Herberta przybrało ono postać dziewczyny. Ślepej, ale śpiewającej belcanto. Bo dopiero świadoma ślepota, na doraźność, umożliwiająca odwrócenie się od jej błahych szczegółów i detali, umożliwia nam wsłuchanie się w głosy Wszechświata i dosłyszenie w nich harmonii sfer. Zachwycenie się nią i odpowiedź na nią – pięknym śpiewem.

*

Późna starość, razem z jej zewnętrznymi przejawami: zniedołężnieniem, słabością, utratą urody i zdrowia, wszystkiego tego, co nazywamy potencją, może zatem być błogosławieństwem. O tyle, o ile stanowi czas scedzania z doświadczeń całego życia tego, co stanowi o jego sensie i urodzie. O tyle, o ile pozwala wspominać, rozpamiętywać i delektować się „smakiem zdarzeń”, jakie niegdyś przeżywaliśmy w pośpiechu, nie nadążając z ich przeżuwaniem.

(Wyrażenie „Smak zdarzeń” zapożyczyłam z tytułu ksiązki Jana Stępnia „Smak zdarzeń”, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa. Warszawa 2005)

Mleczne krowy wracają do domostw

Przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu.

Sielski obraz Józefa Czechowicza zawarty w tych słowach, bez urazy warto też odnieść do ludzi. Starość, sędziwość, późny wiek , to nie każdemu dana okazja do takowego przetrawiania pokarmów, którymi napełnialiśmy serca i umysły podczas „biegu życia”.

Nie są tego pozbawieni również nasi chorzy na Alzheimera rodzice i dziadkowie. Dolegliwość ta, „rozmiękczając mózg” niejednokrotnie także, jak u mojej matki, „rozmiękcza serce”. Zakończmy przeto nasze dywagacje o czułości starych poetów, pytaniem, którym i Czechowicz kończy swój wiersz „Na wsi”:

Czegóż się bać?

………………………………………………………………

 

Reklamy

Szlachetne myśli to największy majątek…

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 16 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy kolejny tekst Prof. Jadwigi Mizińskiej. Tym razem na temat szlachetności.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM
Prof. dr hab. Jadwiga Mizińska
Instytut Filozofii UMCS
Lublin

 Szlachetność.
Szlachetne myśli to największy majątek.

Szlachetny człowiek wymaga od siebie. Prostak – od innych.
Konfucjusz

1.    Zapomniane słowa.

Szlachetność – to jedno z wielu słów prawie zupełnie dziś nieużywanych. Można je umieścić na liście takich, wypadłych z obiegu pojęć, jak honor, dobroć, życzliwość, koleżeństwo, lojalność. Rzec by można, iż zostały one ofiarą społecznej amnezji, uległy społecznemu wykluczeniu.

Wittgenstein powiada, że granice języka są granicami naszego świata. Zatem, o ile poza granicami naszego obecnego świata, na banicji znalazły się wymienione wyżej słowa (i pojęcia, a zatem ich sensy), zwęził się on o ten rodzaj doświadczeń i praktyk – jak również wartości- które  one wyrażają i nazywają. Ale ani świat, ani kultura, ani też język, nie znoszą próżni. W „zaoszczędzone” miejsca wdzierają się inne słowa i inne pojęcia, w rodzaju: emocje, agresja, frustracja, sukces, porażka, idol, fan,

Specyficznemu słownikowi tej neo – nowo – mowy przyświeca hasło „nie ma problemu”. Znaczy to, że używający jej osobnicy są gotowi na wszystko, aby odnieść sukces. Kiedy na drodze do owego sukcesu napotykają jakieś przeszkody czy bariery – najczęściej zresztą w osobie konkurenta – „nie widzą problemu”, żeby go usunąć, uznając przy tym wszystkie metody za dopuszczalne. Znamienne, choć zarazem i zdradzieckie jest owo wyrażenie „nie widzę problemu” – kalka z angielskiego „no problem”. Nie oznacza ono bowiem, że owego problemu w ogóle nie ma, a jedynie, że dana osoba ubiegająca się o dane „dobro”, poniekąd świadomie zgadza się na „niedowidzenie”, albo zgoła ślepotę na pewien rodzaj wartości, które właśnie czyniłyby ową sytuację problemową.

W dziedzinie poznawania świata warunkiem powodzenia w przysparzaniu wiedzy jest, akurat na odwrót, zobaczenie, dostrzeżenie i sformułowanie, wysłowienie w postaci pytania – problemu. Podstawową cechę odkrywcy, twórcy a już zwłaszcza geniusza, stanowi właśnie zdolność ujrzenia niewidzialnego. Tam, gdzie dla zwykłych ludzi wszystko jawi się normalne, zwyczajne i oczywiste, „bezproblemowe”, człowiek twórczy potrafi wypatrzeć coś, co go zadziwi: lukę w wiedzy, osobliwość, anomalię, dziwaczność, albo – budzącą zachwyt cudowność. Talent do popadania w zdziwienie, zadziwienie i zachwycenie jest też tym, co powoduje rozwój wiedzy, ale także sztuki.

Z chwilą, gdy niejako na przekór Arystotelesowi, to nie zdziwienie (odkrycie problemu), ale brak zdziwienia (zakrycie problemu) stało się zalecaną normą reagowania na świat: ludzi i zdarzenia, oznacza to ni mniej ni więcej, jak aprobatę dla bezmyślności. Za bezmyślnością, czyli przyjmowaniem wszystkiego, co się wokół dzieje, za „normalkę” (przy czym „normalka” to ironiczna kpina z normy), musi iść odpowiednie zachowanie. Polega ono na przestrzeganiu tzw. poprawności politycznej (względnie społecznej), ta zaś – na kierowaniu się zasadami narzuconymi przez anonimowy trybunał, reprezentujący siły konformizmu i oportunizmu. Interesujące, że dwie te potężne siły przystosowawcze do pseudoaksjologicznego status quo, nie występują pod własnymi imionami. Zostały one zakamuflowane  słowem „poprawność”, które tradycyjnie kojarzyło się z przeciętnością, pospolitością i miernotą.

Wszystkie te znane wcześniej, ale obecnie awansowane do rangi cnót, pojęcia obsługują mentalność  ludzi, którzy uznali za naturalne i bezdyskusyjne swoje uczestnictwo w „wyścigu szczurów”. Człowiek – Szczur, zamiast Kamiennych Tablic wyznaje Listy Rankingowe.. Są one specjalnie tworzone dla każdej dziedziny i płaszczyzny życia : począwszy od „najpiękniejszych dziewcząt”, poprzez „najpopularniejsze zespoły muzyczne”, „najmodniejsze powieści”, polityków będących „na topie”, aż po „najnowsze kierunki filozoficzne”.

Całkiem oficjalne istnienie i funkcjonowanie takowych „List Rankingowych” świadczy, po pierwsze, o swego rodzaju moralnym obowiązku (czy wprost przymusie) włączania się do systemu rywalizacji i konkurencji (bezlitosnej, albowiem przegrani stają się publicznie niewidzialni), po wtóre – o zupełnym zanegowaniu wartości tego, co oryginalne, niepowtarzalne, unikatowe. Ktoś, kto prezentuje talent nie ujęty w aktualnie funkcjonujące Listy, nie liczy się, jest przezroczysty dla masowej kultury, zostaje przez nią jak gdyby unicestwiony.

Kultura masowa -wyrażenie będące skądinąd oksymoronem, jako że istotą kultury jest struktura piramidalna i hierarchiczność – wyrzuca, usuwa z pola swojego widzenia to wszystko, co masowe ze swej natury stać się nie może.
Nie może stać się masową także szlachetność, jako że jest ona najwyższym wykwitem wartości wyższych.

2. Kultura i dzikość.

Muzykolodzy i historycy muzyki pamiętają, iż w średniowiecznych dziełach muzycznych używano dwóch następujących łacińskich określeń, będących wskazówkami dla wykonawców: nobiles oraz viles. Pierwsze oznaczało nutę „szlachetną”, czyli taką, którą w wykonaniu dzieła należało wyróżnić, drugie natomiast – nutę „nikczemną”, podporządkowaną tej pierwszej. Zatem nawet pośród nut obowiązywała hierarchia, i to bardzo szczególna, zapewne przeniesiona z życia społecznego. Opisywał ją właśnie kształt piramidy, budowli, która ufundowana była na szerokiej kwadratowej podstawie, a zwężające się do góry trzy jej ściany spotykały się u góry, tworząc wspólnie wierzchołek. Było to miejsce szczytowe i zarazem punktowe. O ile u podstaw piramidy mogło się mieścić wiele (rzeczy, osób, wartości), o tyle szczyt zarezerwowany był dla Jednego, Najwyższego. Pomiędzy podnóżem a szczytem piramidy mieściły się poszczególne, ułożone jedna nad drugą warstwy, każda kolejna, licząc od dołu do góry, była coraz węższa, zarezerwowana dla mniejszej ilości hierarchizowanych bytów.

Piramida jako wytwór architektoniczny stanowiła zarówno realną budowlę, jak też wzorzec budowania społecznej, kulturowej, umysłowej, moralnej i duchowej  hierarchii. Warto dodać, iż oprócz harmonijnego i doskonałego estetycznie kształtu, posiadała także tajemnicze i magiczne właściwości. Złożone w jej wnętrzu przedmioty zachowywały się zgoła inaczej niż na zewnątrz. Żyletki same się w niej ostrzyły, mięso pozostawało świeże. Współcześnie zostały również odkryte lecznicze właściwości wnętrza piramidy.
Szlachetność, cecha nieodzownie sprzęgnięta z rycerskością, stała się też naczelną wartością takiej hierarchicznej kultury. U jej podłoża –nikczemność.

Kultura, w swym etymologicznym sensie, jaką nadali jej starożytni Grecy, miała być takową piramidą wszelkich wartości. Opierała się na odróżnieniu „Greków” i „barbarzyńców”, czyli tych, którzy te wartości znają, respektują i uprawiają oraz tych, którzy są ignorantami na nie całkiem ślepymi. Grecy pogardzali barbarzyńcami, mieli ich za nieokrzesanych dzikusów. Swoją wyższość Grecy upatrywali w tym, że posługują się siłą ducha, której nośnikiem była sztuka, filozofia posługujące się skomplikowanym językiem symboli przemawiających do intelektu, wyobraźni i uczuć wyższych; barbarzyńców widzieli jako tych, którzy używali jedynie siły fizycznej, nie mając dostępu do tej pierwszej. Przeciwstawienie to można wyrazić jeszcze inaczej, jako opozycję mocy ducha i przemocy fizycznej. Pod pogardliwym stosunkiem „kulturalnych Greków” do „prymitywnych barbarzyńców” kryło się dodatkowo pewne założenie, które warto ujawnić i przywołać szczególnie dziś, kiedy to cywilizacja konsumpcyjna cywilizacja oraz będąca jej wykwitem kultura masowa. niejako wywindowała na szczyt nowoczesne barbarzyństwo. Polegało ono mianowicie na tym, iż kulturę należy bez ustanku uprawiać, tak jak pole czy ogród, podczas gdy dzikość w człowieku pleni się sama z siebie niczym chwast. Zatem człowiek kultury cały czas musi żyć w napięciu i czujności, strzegąc, ochraniając i broniąc wartości duchowych, odziedziczonych po szlachetnych przodkach, barbarzyńca natomiast, kierujący się żądzami, impulsami i przypadkowymi bodźcami, nie stawia sobie żadnych wymagań poza chęcią zaspokojenia doraźnych potrzeb.

Chwytliwe współczesne hasło „życia na luzie”, „bycia wyluzowanym”, daje prymat temu, co przyjemne, łatwo dostępne, nie wymagające wewnętrznego wysiłku. Jeśli na przeszkodzie do jego zdobycia stają inni ludzie ze swoimi, podobnymi potrzebami, wówczas dopuszczalne jest, aby wydrzeć mu dane „dobro” siłą czy podstępem. Cywilizacja konsumpcyjna zawiera zatem w sobie swoistą konsumpcyjną paideę. Streszcza się ona w zasadzie „anything goes”- wszystko jest dozwolone, o ile przysparza jednostce materialnych, prestiżowych czy zmysłowych satysfakcji. Zasada ta jest w gruncie rzeczy anty – przykazaniem; niczego nie zabraniając, zarazem usuwa wszelkie nieprzekraczalne granice, jakimi  żydowski Dekalog i grecka Kultura obudowywały człowieczeństwo przeciwko dzikości w człowieku. Nie przypadkiem jednym z „kultowych” współczesnych filmów okazała się Dawida Lyncha „Dzikość serca”. Tytuł ten wydaje się być trafną diagnozą naszych czasów, które ową dzikość serca dopuściły do głosu wraz z rozpasaniem żądzy używania.

Tym samym, na margines zostały zepchnięte dawniej promowane, najwyżej cenione i podziwiane postawy, będące wcieleniem zwycięstwa nad dzikością, a noszące zapomniane miano szlachetności. Słowo to, kojarzące się ze szlachectwem i szlachtą, przywołuje natychmiast, jako swoje rozwinięcie i uzupełnienie – wyrażenie zobowiązanie. Noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje, powtarzali nasi przodkowie, tym samym dając wyraz temu, iż bene nati„wyższe urodzenie” nie jest powodem do wynoszenia się ponad tych, którym los wyznaczył niższe miejsce urodzenia, ale na odwrót, powinnością opiekowania się nimi.

Stan rycerski, który w średniowieczu utożsamiał się z tym obowiązkiem, pozostawił po sobie tradycję rycerskiego zachowania. Jego podstawowym rysem było stawanie w obronie słabszych, uciśnionych a bezsilnych, po to, aby zadośćuczynić istocie Kultury, czyli uprawiania wartości człowieczeństwa, skumulowanych we wrażliwości na cierpienie, krzywdę drugiego, niesprawiedliwość. Rycerz czuł się zobligowany do czynnego stawania po stronie skrzywdzonych i poniżonych, a mówiąc dzisiejszym językiem – wykluczonych. W ten sposób społeczeństwo zapewniało równy udział w wartościach wyższych, duchowych. Ci, którzy mieli do nich łatwiejszy dostęp z racji urodzenia i wykształcenia, bronili do nich prawa „niżej urodzonych”, upominając się o nie mieczem.

Don Kichot, ośmieszony przez Cervantesa, spóźniony „błędny rycerz”, mimo całej swej groteskowości, zyskał przywiązania Sancha Pansy. Wierny giermek zapewne intuicyjnie potrafił odczuć i docenić szlachetne, aczkolwiek nietrafnie ukierunkowane intencje swojego pana.

3. Człowiek szlachetny – współczesny Don Kichot ?

    Jeśli przystać na zaproponowaną przez Stefana Symotiuka definicję kultury jako przewagi bezsiły nad siłą (do czego ja dodałabym: odwoływania się do mocy ducha zamiast do przemocy), to z żalem wypada stwierdzić, iż „kultura masowa” z genetycznie jej wrodzonym populizmem, stanowi jej zaprzeczenie. Co więcej, wiedzie do degradacji i niszczenia Kultury pisanej dużą literą, Kultury Duchowej.

Zdaniem E. Fromma, każda epoka wytwarza adekwatny dla siebie typ osobowości, umożliwiający jej trwanie i realizację specyficznego dla niej systemu wartości. Twierdzenie to można zilustrować przywoływanymi już przykładami starożytnego „kulturalnego Greka”, średniowiecznego „ szlachetnego rycerza”, a z bliższych nam czasów „osobowości autorytarnej” czy „homo sovieticusa”. Wcielają one różne wersje bycia człowiekiem. W trakcie swego trwania każdy z owych wzorów wydaje się być właściwy i bezalternatywny, jednak po upływie czasu podlega moralnej ocenie. Jedne z nich zostają przez historię ocenione jako godne pochwały i podziwu, inne – zostają potępione i napiętnowane. Oznacza to, że pod warstwą tego, co historycznie zmienne, determinowane doraźnymi warunkami ekonomicznymi, politycznymi i społecznymi, zalega mimo wszystko warstwa wartości sprawdzonych i trwałych, zapewniających kontynuację bytu ludzkości jako całości.

„Błędni rycerze”, którzy wbrew aktualnym trendom i modom, trwają przy takowych uniwersalnych wartościach człowieczeństwa, są tymi, którzy niejako ponad niesprzyjającym czasom przenoszą je z pokolenia na pokolenie. Istnieje też jakaś szczególna siła…, która dba o to, aby nie zabrakło ich, choćby w minimalnej liczbie, w każdej epoce.

Również dzisiaj, kiedy panoszy się „paradygmat Chama”, czyli tego z synów Noego, który szydził z własnego ojca, zdarzają się pojedyncze osoby, które potrafią się mu oprzeć i czynnie przeciwstawić. Zdaję się tym samym potwierdzać nieco żartobliwą diagnozę Adama Mickiewicza, który w „Panu Tadeuszu” istnienie trzech stanów wywodzi od trzech synów budowniczego Arki: Żydów od Sema, chłopów od Chama, szlachty – od Seta. Szlachcie, potomkom Seta przyznaje też poeta „władzę nad obiema”.

Jakkolwiek szlachta w znaczeniu społecznej warstwy została zniszczona, przecież do dziś zachowała się arystokracja zarówno w sensie urodzenia i pochodzenia, jak również – w sensie przenośnym: arystokracji ducha. Dostęp do niej nie jest wyznaczony genami, ale pozostaje kwestią wyboru i.. oporu. Oporu przed łatwizną i prymitywizmem tego wszystkiego, co narzuca się nam jako dyktat mody – także „mody aksjologicznej”. Obecnie dominuje moda na niewrażliwość, bezduszność, egoizm, streszczająca się w powszechnym narcyzmie. Narcyz, to mitologiczna postać pięknego młodzieńca zapatrzonego z zachwytem we własne odbicie w zwierciadle stawu. Idąca śladem Narcyza „kultura masowa”, zapomina jak gdyby o tym, że jej idol zmarł wskutek owego zapatrzenia się w samego siebie; zmarł z głodu, podobnie zresztą, jak i jego mitologiczny „kolega”, Midas, który zapragnął, aby wszystko, czego dotknie, zamieniało się w szlachetny ale niejadalny kruszec – złoto. Narcyz, rękę z Midasem, dwaj głupcy z oślimi uszami, wyznaczają też główny szlak cywilizacji konsumpcyjnej.
Mimo wszystko, trafiają się i dziś Błędni Rycerze; ludzie, którzy są zdolni iść pod prąd tym straceńczym tendencjom.

Na dwóch sąsiadujących ze sobą stronach „Gazety Świątecznej” z dnia 23lutego 2008 r można znaleźć tego świadectwa:
O Stanisławie Dygacie:
Joanna Szczęsna „Wychował się na westernach”;
Dla Markuszewskiego, Dygat to był ktoś., kto przeniósł zasady XX-lecia międzywojennego przez okupację, kto uczył pewnego stylu: honoru, lojalności, przyjaźni. Uważał, że pewnych rzeczy dżentelmen nie robi. Nie wykonywał gestów heroicznych, ale umiał znaleźć sposób, by być wiernym sobie. Jak pisał o nim Kazimierz Brandys, „był jednym z chłopców w przedwojennej kolonii Staszica (osiedle willowe w Warszawie), którzy w szkole czytali powieści Karola Maya”, Kiedy jakiś partyjny aparatczyk spytał go, dlaczego podpisał się pod Listem 34-pierwszym w PRL-u zbiorowym protestem pisarzy i uczonych – odpowiedział: „Bo zostałem wychowany na westernach”.

O Tomaszu Węcławskim (który wystąpił z kościoła katolickiego . m. in. pod wpływem sprawy Petza)
Katarzyna Wiśniewska, Teolog apostata.
– On ma w sobie wyolbrzymioną do potęgi empatię, nie może znieść, gdy komuś dzieje się krzywda. To wrażliwość emocjonalna, ale też moralna. Ich połączenie tworzy mieszankę wybuchową. I może wpędzać w kłopoty – mówi jeden z jego znajomych.

Wpędziła. Gdy w roku 2001 „Fakty i Mity” ujawniły skandal wokół osoby abp. Juliusza Petza, który molestował seksualnie kleryków, znalazło się w Poznaniu tylko dwóch księży, którzy bez ogródek mówili o winie arcybiskupa – ks. Jacek Stępczak, redaktor „Przewodnika Katolickiego” i ks. Węcławski. Tyle, że ten pierwszy zmienił zdanie i odwołał swoje słowa na temat abp. Petza.

A ks. Węcławski udziela „Tygodnikowi Powszechnemu” wstrząsającego wywiadu, w którym nie tylko potwierdza zarzuty wobec arcybiskupa, ale wskazuje na ludzi Kościoła, którzy skandal starali się zatuszować, m. inn. poznańskich biskupów pomocniczych. Wkrótce potem stracił stanowisko dziekana Wydziału Teologicznego UAM.

To tylko dwa przykłady. Ale można by ich odnaleźć o wiele więcej, gdyby równolegle z fascynacją skandalami, odrodziła się fascynacja szlachetnością, która właśnie zajmuje się piętnowaniem skandaliczności, będącej synonimem innego, również obecnie wykluczonego pojęcia: nikczemność.

4. Szlachetność jako mierzenie się z nikczemnością.

Powróćmy do  metafory muzycznej; odróżnienia i wzajemnego ustosunkowania dwóch rodzajów nut: szlachetnych i nikczemnych i przypomnijmy, iż w muzyce występują tak jedne, jak drugie, ale te drugie muszą być podporządkowane tym pierwszym.
Mówienie o szlachetności w odniesieniu do ludzi ma sens tylko wtedy, gdy z konieczności mamy do czynienia z jej opozycją.
Tak, jak Człowiek Kultury ma za swe tło Barbarzyńcę, podobnie Człowiek Szlachetny – Nikczemnika.

Nikczemność to odwrotność Szlachetności. Nikczemnik to jednostka podporządkowana wyłącznie własnym chuciom i żądzom, nie znająca umiaru ni hamulców w ich zaspokajaniu. Wszystko dla niego jest wyłącznie środkiem, włącznie z wszystkimi ludźmi, którzy stają na jego drodze do użycia. Depce i niszczy wszystko i wszystkich, byle dopiąć własnych celów, żadne pobudki nie są dla niego zbyt niskie, żeby się nimi kierować, Jest jak taran czy walec drogowy: silny swoją pożądliwością, bezwzględnością, bezdusznością. Jego dewizą jest przemoc i gwałt, również na życiu innych ludzi. Nierzadko posuwa się do morderstwa, jeśli nie fizycznego, to psychicznego. Sam jest bowiem moralnie martwy, sfera aksjologiczna jest u niego pusta. Nicość nie może znieść pełni, pragnie ją unicestwić.

Nikczemnik nie jest po prostu człowiekiem złym, jest człowiekiem pustym, opustoszonym z człowieczeństwa. Jako tego rodzaju typ występował w dziejach zawsze, dając asumpt Borgisowi do napisania „Krótkiej historii ludzkiej nikczemności”. Syn Chama, kontynuuje ród Noego, tak samo, jak drugi z jego synów, Set.
Spośród pierwszych, ziemskich synów Adama i Ewy, po zabójstwie Abla ostał się Kain,

Po Potopie, który był niejako „poprawką „ ze stworzenia świata, przeżyli wszyscy synowie Noego. Ich potomkowie uznają się równie godnymi jego następcami, ale trwa między nimi walka. Nikczemnicy usiłują wytępić szlachetnych, ale szlachetni nie pozostają bezbronni. Nie mogą się oni jednak dopuścić nikczemnych sposobów walki z nikczemnikami.
Powstaje więc pytanie, jakimi dysponują narzędziami, aby co najmniej ochronić się przed ich podłością, bezczelnością, tupetem i bezwzględnością.

Agatha Christie, słynna autorka powieści kryminalnych, w swojej autobiografii przyznaje, że była zafascynowana nikczemnością, ale w kontekście jej nieuchronnego pokonania przez to, co szlachetne. Z ubolewaniem stwierdza, iż obecnie także powieść kryminalna odeszła od pierwowzoru: opisuje nikczemność dla niej samej.
Zastanawia się pod koniec życia, jak się uporać z nikczemnikami:

Co zrobić z osobnikami zarażonymi bakcylem okrucieństwa i nienawiści, z tymi, dla których ludzkie życie nie przedstawia żadnej wartości? Często pochodzą z dobrych rodzin, otrzymali dobre wykształcenie, mieli dobre widoki na przyszłość, a jednak są, mówiąc najprościej nikczemni. Czy istnieje lekarstwo na nikczemność? Jak ukarać zabójcę ? Z pewnością nie dożywotnim więzieniem – to bardziej okrutne aniżeli kubek cykuty w starożytnej Grecji. Bodaj najlepszym rozwiązaniem, jakeśmy w ogóle znaleźli, była deportacja. Bezkresna głusza, zaludniona tylko najprymitywniejszymi istotami, gdzie da się żyć w prostszych warunkach.

Co tu kryć, cechy uważane dzisiaj za wady, niegdyś uchodziły za zalety. Bez okrucieństwa, bezwolności, bez absolutnego braku miłosierdzia człowiek pewno by nie przetrwał, prędko zniknąłby z powierzchni ziemi. Może dzisiejszy nikczemnik to wczorajszy zwycięzca. Wówczas był niezbędny, owszem, lecz teraz wyłącznie stwarza zagrożenie.

Jedyną nadzieję uparuję w wyroku skazującym takie indywiduum na przymusową służbę dla dobra całego społeczeństwa. Przestępca mógłby, na przykład, wybierać między kubkiem cykuty a poddaniem się eksperymentom medycznym. Wiele dziedzin wiedzy, a już zwłaszcza medycyna, potrzebuje do badań materiału ludzkiego: zwierzęta nie wystarczą. Na razie to sam naukowiec, sam badacz ryzykuje własne życie, lecz przecież mogłyby istnieć ludzkie króliki doświadczalne –skazańcy, którzy dobrowolnie zamieniliby śmierć na określonej długości eksperyment, a gdyby przeżyli, odkupiliby tym sposobem swoje winy i wrócili na wolność, już bez piętna Kaina na swoim czole.

Niewykluczone, że nic by się w ich życiu nie zmieniło. Powiedzieliby tylko: – No, mam szczęście, tak czy siak mi się upiekło. – Z drugiej strony fakt, iż społeczeństwo coś im zawdzięcza, wcale nie musiałby przejść bez echa. Nie należy spodziewać się zbyt wiele, ale troszkę zawsze można. Przynajmniej dałoby się przestępcy szansę dokonania czegoś wartościowego i uniknięcia zasłużonej kary. Reszta już by zależała od niego. Czyby nie zaczął żyć inaczej? Czy wręcz nie czułby pewnej dumy?
Jeżeli nie, niech się Bóg nad nim zlituje.”
(Agatha Christie, Autobiografia., tom II, przeł. Magdalena Konikowska, Racocki i s- ka. Poznań 1994, s. 224- 225)

Powtórzę za Agathą Christi: Niech się Bóg nad nimi zlituje. Ten, w którego istnienie oni sami nie wierzą.

………………………………………………………………

  

Jaki jest koń? – Każdy widzi po swojemu…

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją, Rozmowy by staniszewski on 13 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy fragment obszernego wywiadu, jaki Łukasz Marcińczak przeprowadził z Prof. Jadwigą Mizińską.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM

L_M_CB


 Z prof. dr hab. Jadwigą Mizińską (UMCS) rozmawia Łukasz Marcińczak

 

Chciałbym jeszcze zapytać o fenomen wiary – też o tym często myślę, bo wiara jest światłem dzieciństwa i bardzo często bywa światłem późnej starości. Bardzo wiele osób, które straciło łaskę wiary (zakładając, że jest to łaska udzielana dzieciom, wszystkim bez wyjątku) w późnej starości wracają do Boga.  Nie chodzi mi o rodzaj jakiegoś egzystencjalnego konformizmu, o to, że jak trwoga to do Boga, bo na przykład mój wujek, major lotnictwa powojenny, który w życiu może w kościele nie był, teraz mając lat osiemdziesiąt kilka, parę razy w tygodniu jest w kościele- i jest szczery w tym, nauczył się modlić. Ten fenomen wiary jest wprost niesłychany, jakoś może podobny temu zjawisku, gdy fizycy, coraz bardziej zgłębiając pustkę wszechświata, zaczynają wierzyć w istnienie Boga. I podobnie filozofowie, w powszechnym odczuciu niedowiarkowie przecież, zdają się predestynowani wręcz do tego, żeby odrzucać to, co jest istotą wiary, czyli jej irracjonalizm. Bo czy wiara jest mądrzejsza i głupsza, wiara prostaczków (dla których stworzono Biblię pauperum) i wiara mędrców (dla których pisze książki ks. Heller)?

Drogi Łukaszu, mimo, że pytanie o sztukę i pytanie o wiarę potraktowałeś odrębnie, w gruncie rzeczy to poniekąd ten sam problem. Nadrzędnym dla sztuki i wiary jest moim zdaniem sens. Zawierający się w pytaniach „po co to wszystko”, ‘o co w tym wszystkim chodzi” , które same cisną się na usta szczególnie wtedy, gdy ludziom „wszystko  się wali” i gdy „ziemia usuwa się im spod stóp”.  Wtedy właśnie, kiedy to, co wydawało się najbardziej stabilne i niezawodne – ziemia pod stopami zawodzi, rozglądamy się rozpaczliwie za czymś, co jest ponad nią, w górze, w Niebie. Nad nami. Być może, po to właśnie przydarzają się nam wszystkim kryzysy czy wprost katastrofy; żebyśmy poszukali punku przyczepienia gdzie indziej. Mimo bowiem pionowej postawy, raczej rzadko zadzieramy głowę, by spojrzeć w Niebo, raczej patrzymy pod nogi i wokół, żeby się nie potknąć i ustrzec nieprzyjaciół z  boku lub z tylu.

Co prawda, niekiedy poszukując ratunku w Górze, dostrzegamy tam wyłącznie „Kamienne Niebo”, ale i to jest duchowym zyskiem w porównaniu z widzeniem wyłącznie horyzontalnym. Przez „Niebo” rozumiem tu wartości inne, aniżeli tylko utylitarne, praktyczne, prowadzące do natychmiastowych  i przeliczalnych korzyści.

Skąd w ogóle człowiek ma tę „matrycę”, skąd mu przychodzi do głowy, żeby ją czasem „zadzierać w górę”?

Bardzo mi się podoba Twoja podpowiedź, że wiemy to od Dziecka, które nami niegdyś było, i które nigdy nas nie opuszcza, chociaż staramy się go wyrzec w miarę dorastania i „mądrzenia”. Sądzę, że nauki o człowieku, w tym, niestety, również filozofia, zasadniczo dotąd nie rozpoznały roli dziecięctwa (które należy odróżnić od dzieciństwa). Poza nielicznymi wyjątkami, na czele z Januszem Korczakiem, autorem pracy o zastanawiającym tytule „Kiedy znowu będę dzieckiem”). Otóż, dziecięctwo to nie po prostu etap, stadium w cyklu życiowym, wydzielonym na podobnej zasadzie co młodość, dojrzałość, starość. Dziecięctwo – to pewien status, kondycja, modus istnienia, która przydarzyć się może w różnym wieku: zarówno w dzieciństwie, ale też w dorosłości i starości. Polega ona na ufności. Na głębokim i bezwzględnym zawierzeniu  Bytowi, jakkolwiek byłby on każdorazowo pojmowany.

Najogólniej, na poczuciu, że jestem „Dzieckiem Wszechświata” i, jak głosi Dezyderata, że „nie mniej niż drzewa i gwiazdy, mam prawo być tutaj”.  Jest to, innymi słowy,  poczucie przynależności do Całości, miłość do niej oraz – duma z tego faktu.

Wiara w istocie nie jest niczym innym, aniżeli takim ogarnięciem przez Wszechświat. Imiona, które ludzie nadają Transcendencji, czemuś od siebie szerszemu, wyższemu, ale macierzystemu, są mniej ważne. Nawet nie muszą to być imiona boskie. Niektórzy filozofowie religii, porównując ze sobą różne wierzenia, wolą mówić o pisanej dużą literą Rzeczywistości, która otacza i obejmuje zwykłą rzeczywistość.

Lubię pewną myśl, którą sobie skądeś zapożyczyłam, że Dziecko, jeszcze nim pojawi się ucieleśnione na ziemi, spoglądając na nią z tamtej Rzeczywistości, wybiera sobie samo na rodziców tę oto kobietę i tego oto mężczyznę.  Ma do odegrania w dramacie ludzkości określoną rolę, i przygotowuje się do niej z góry. Przebywając w zaświatach (do których potem ma powrócić jako do wiecznej ojczyzny),  osobiście w nich uczestnicząc, nie ma nawet możliwości powziąć wątpienia w ich istnienie. Dziecięca wiara, to właściwie – dziecięca wiedza.

W trakcie ziemskiej wędrówki, ucieleśniona, „uziemiona” dusza, natyka się na okoliczności, które mogą jej tę wiarę zachwiać, albo zgoła odebrać. Nie ma w tym nic złego ani „grzesznego”. Transcendencja ceni Immanencję, pozwala, by człowiek zmierzył się z próbą egzystowania na własny rachunek, na własny koszt. Mądry rodzic pozwala dorastającemu potomstwu na ćwiczenia z samodzielności i autonomii, nawet je czasem prowokuje. Zarazem jednak bacznie obserwuje, jak ono sobie radzi. Powiedzenie „jak trwoga, to do Boga”, według Ciebie  i wielu innych) dowodzące konformizmu, w moich oczach  jest nie tylko prawdziwe, ale świadczące o pięknych relacjach między Rodzicem a Dzieckiem. Ludzkie dziecko (również dorosłe) także na życiowych zakrętach powraca do domu i pyta o radę rodziców, zyskując co najmniej pocieszenie. Dom, rodzice – to wszak fundament, oparcie, źródło poczucia bezpieczeństwa.

 

7 lutego 2009 piszesz tak:

       Żyjemy w demokracji, o której mówi się, że wszystko w niej wolno – oczywiście nie wolno wszystkiego, ale wolno szukać własnej recepty na szczęście (które nie jest reglamentowane), na samorealizację.  Pluralizm poglądów (wolność mówienia i myślenia wszystkiego, jak nie w jednej gazecie, to w innej) przenosi się także na sprawy ducha, w przeszłości – nawet stosunkowo niedawnej –  ci,, którzy poszukiwali jakiejś formy duchowości (szukając szczęścia, prawdy, sensu albo wolności) zwykle znajdowali ją,  bo kto szuka ten znajdzie, a nie było jeszcze „wolnej konkurencji”) w Kościele katolickim. Dziś, zwłaszcza my w Lublinie, wysuniętym na wschód bardziej niż Kraków, Warszawa czy Poznań, możemy zaczerpnąć żywej wody z przebogatej tradycji Prawosławia, ze skarbca myśli naszych starszych braci w wierze, Żydów, możemy też poświęcić się Zen, wstąpić do Hare Kriszna albo do Zielonoświątkowców. Są też (wreszcie na równych prawach z ortodoksami, jak przesławny w Lublinie Akwinata choćby) wspaniali heretycy, ci którzy w żadnej religii instytucjonalnej do końca się nie mieścili- wszyscy ci jurodiwi, szaleńcy boży. Czym kieruje się Pani Profesor na bliskiej przecież Pani ścieżce transcendencji?

Tak, to niezwykle trudna (i cudna) sprawa; demokracja w sprawach ducha. Ale czy nowa?  Chyba nie całkiem, skoro chyba zawsze, odkąd wydzielono „ortodoksję” zaraz pojawiali się „heretycy”, czy też na odwrót, pojawienie się nieco tylko inaczej wierzących nakazywało okopywać się w twierdzach prawomyślności. To były jakieś początki pluralizmu, najpierw jako wewnętrznego dualizmu w kwestiach wiary. Ostatnio, gdy wraz z globalizacją, rozmyciem granic, multikulturalizmem, nieograniczonymi wędrówkami „biegunów”  po całym globie  dochodzi do zetknięcia się  twarzą w twarz ludzi z odległych dawniej duchowych kontynentów, zjawisko to nabiera intensywności. Pojawia się również Rynek Religijny z obfitością wszelkich, starych i nowych wiar. Stykają się one ze sobą, ciekawią sobą nawzajem, czy wprost fascynują. Każdy, komu niewygodnie w tradycyjnym kostiumie wiary swoich przodków, może przymierzyć inny, czy po prostu się w niego przebrać. A jak dobrze leży, jest wygodny i twarzowy, to go używać. Nie widzę w tym nic gorszącego, przeciwnie, jest to zjawisko ożywcze i bez względu na wszelkie podejrzenia o sztuczność czy płytkość takich konwersji, lepsze to niźli dzika wierność fundamentalizmowi, który żąda głów za zdradę naszego, a tym samym jedynego i „prawdziwego” Boga.

Religie, które dzisiaj żądają wyłączności i absolutnej lojalności, są w jakiś sposób anachroniczne, spóźnione w stosunku do czasu. Ponadto, żądając ortodoksji, bezwzględnej wierności „naszemu Bogu”, i surowo  karząc za odstępstwa, tym samym dają wyraz lękowi, że On sam nie jest dostatecznie pociągający. Zapędzanie wiernych do świątyni, siłą bądź szantażem, nie tylko przeczy przyciągającej mocy sacrum, ale też jest sprzeczne z samą istotą wiary. Wiara pojawia się, rozwija i umacnia w pełnej wolności, podobnie jak i jej pokrewna miłość. Albo się wierzy z głębi duszy, spontanicznie, wskutek czy to szczęścia czy łaski, albo nie. Wiary nie można wyrozumować, wymusić zewnętrzną, czy nawet wewnętrzną presją. Nie da się w nią nikogo wpędzić, jak też – z niej wypędzić. Powtórzę analogię z miłością. Nie pojawia się ona na zamówienie, nie da się jej zaprogramować, trudno też ją w sobie, jeśli już jest, stłamsić czy zabić.

Wiara i miłość są tajemnicą, spadają na człowieka bez pytania, bez przyzwolenia i tak samo, bez udziału jego woli, mogą zniknąć. Mówię tu o wierze i miłości jako intymnym i wszechogarniającym doświadczeniu, a nie o rytuałach i ceremoniach, jakie je tylko udają, nierzadko maskując ich brak.

Jeśli tak patrzeć na te sprawy, to świadome wybieranie  rodzaju religijności na Rynku Religii  wydaje się być jedynie udawaniem, naśladowaniem zewnętrznego sztafażu. Znowu: tak, jak wybieranie obiektu miłości. Wiara jest kwestią relacji z Transcendencją, nie ma tu miejsca na całkiem wolne wybory, przymiarki, kaprysy, zwroty niesatysfakcjonującego kostiumu, To raczej my zostajemy wybrani, niekiedy wprost rażeni boskim wyborem. Przyjrzyjmy się słowu „powołanie”. To nie jest zwyczajne za-wołanie: przyjdź do mnie! Bardziej przypomina pobór do wojska; nie można się wycofać, wykupić, wykręcić. Ksiądz – poeta, Jan Twardowski wspomina, że on sam nigdy nie planował zostać duchownym (ani też poetą). Jedno i drugie na niego spadło, nie potrafił się wymówić ani od kazań, ani od wierszy. Powiesz: ale to odnosi się do duchownych właśnie, to jest do „funkcjonariuszy kultu”, jak pisało się w rubryce sowieckiego paszportu. Tak, to najbardziej spektakularne, ale w gruncie rzeczy duchowni to tylko szczególny przypadek duchowych, czyli wszystkich pozostałych. Nie znaczy to, że utożsamiam osoby duchowe, czy raczej  uduchowione  z wierzącymi, broń Boże! Każdy człowiek nosi w sobie potrzebę religijną, która według Fromma jest „potrzebą oddania i czci” wobec czegoś, co nas przerasta. Dla jednych to Bóg (Jahwe, Allach. Atman …), dla innych – drugi człowiek, pieniądz, sława m sukces itp.

Mannhaim pisze, że człowiek to istota transcendująca siebie. Transcendować – to wychodzić poza siebie ku; ku Komuś, ku Czemuś, Znaczyłoby to, iż nikt nie potrafi „zmieścić się w sobie”, musi się z siebie wychylić, wypłynąć, natknąć i zmieszać z czymś –kimś, kim sam nie jest. Czyli – wymagamy dopełnienia. Aby się spełnić, trzeba  się dopełnić.  Od innej strony patrząc: człowiek to istota nieszczelna, niedomknięta, i bynajmniej domknięcia nie pragnąca- stąd lęk przed samotnością.

Problem: czym się dopełniać i uzupełniać, aby ta pobrana skądinąd reszta pasowała do całości, nie odstawała, nie raziła? Dlatego ciągle poszukujemy nie tylko  platońskiej drugiej połówki, ale też – drugiego wymiaru, drugiej przestrzeni.

Obecna podaż religijnej „gotowizny” jest dość zwodnicza. Widać to wyraźnie pod doświadczeniach ruchu New Age-u, który doprowadził do powstania wielkiej ilości religijnych i quasi-religijnych hybryd.

Prekursorami byli tu hipisi, wyprawiający się w stronę Indii, Nepalu, Pakistanu w poszukiwaniu ekscytujących przeżyć i doznań. Pokolenie dzieci- kwiatów zapłaciło za te przygody i eksperymenty  ogromny haracz. Uganiając się za sposobami  i środkami poszerzania wyobraźni, rozwierania bram świadomości i zmysłowości,  doznawania rozkoszy, liczni z nich popadali w narkomanię i wyniszczające choroby.  Nierzadko przypłacali to życiem, stając się  przez to swoistymi męczennikami wolności – wolności od wszelkich powściągów.  Jak każda rewolucja, tak i ta: obyczajowa i światopoglądowa, ale  też „behawioralna”, zjadała swoje dzieci.

Tymczasem autentyczna religia, jak i autentyczna miłość, to właśnie zobowiązania, ograniczenia i samoograniczenia.

Spójrzmy na samo słowo „wiara”. Wierzyć w coś, to temu zaufać, zawierzyć, ślubować „i nie opuszczę cię aż do śmierci”. Wiara nie może więc być kwestią jedynie emocji, a nawet uczuć, bo te są kapryśne i zawodne. Wiara , jeśli już się pojawia, jest kwestią woli: Pragnę trwać przy Bogu (czy innej Wartości), bez względu na to, czy mi to przynosi zysk, czy straty. Naprawdę wiary, jej siły i autentyzmu, doświadcza się w przeciwnościach i zwątpieniach. Przysłowie mówi: „Jak trwoga, to do Boga”, ale Hiob i wielu innych doznaje trwogi… od Boga. Bo Bóg (Transcendencja) to nie tylko źródło oparcia, to także, według Rudolfa Otto numinosum, źródło grozy. Przeżycia religijne to nie jedynie uniesienia, ekstaza, lecz  i bojaźń boża.

 Kiedy się czci obiekt oddania, trzeba mu poświęcić   przynajmniej część swoich swobód. To poświęcenie  jest też zarazem uświęceniem  ukochanego obiektu. Ale, oddając mu się w całości, nie tracimy, a przeciwnie zyskujemy. Przede wszystkim: w nim zakorzenienie, przez co zabezpieczamy się w bycie,  usensowniamy własne istnienie. Bajka o Toczygrooszku jest zaprzeczeniem tego pragnienia wrośnięcia, potrzeby przynależenia. Męczennicy, którzy oddawali w mękach życie za wiarę, dziś budzą zdumienie i niezrozumienia, a nawet ironiczny uśmieszek.  Zamiast zazdrości, że potrafili kochać coś ponad siebie., tak mocno, że oddawali za to życie.

Współczesne eksperymenty z religią  (zwłaszcza wędrującej po szerokim świecie młodzieży) z jednej strony budzą sympatię, bo są dowodem ciekawości, otwartości, ekspansji, tolerancji, z drugiej wszakże budzą leki niepokój, bo przypominają nieco wszelkie inne mody. A moda służy po pierwsze naśladownictwu (często bezrefleksyjnemu), po drugie – „utłumowieniu”, gromadzeniu się we wspólnoty identycznie albo bardzo podobnie „umundurowane”.

Jakie byłoby więc najbardziej optymalne wyjście pomiędzy tradycjonalizmem i religijnym konserwatyzmem (bezwzględna wierność wierze przodków) a religijnym liberalizmem czy woluntaryzmem?

Mnie się bardzo podoba określenie Profesora Stefana Morawskiego „prywatyzacja wiary”. Rozumiałabym pod tym pojęciem przede wszystkim bardzo wyraźne przypomnienie, że wiara (czy niewiara) to rzecz całkowicie osobista, ba, intymna. Nikt obcy, a tym bardziej żadna instytucja nie ma prawa do niej się wtrącać, nawracać, pouczać, potępiać. Po wtóre: prywatyzacja wiary to także jej indywidualizacja. Zastrzeżenie sobie prawa, ażebym to ja sama decydowała o sposobie i rodzaju kontaktowania się z jej obiektem. Jeśli mi to odpowiada, to uczęszczam do kościoła i wypełniam jego praktyki, ale jeśli nie, to mogę obcować z transcendencją bezpośrednio. Zawsze w dziejach pojawiali się mistycy, którzy tak czynili. Mistycyzm poniekąd omija instytucję kościoła, chociaż jej nie neguje i nie zwalcza. Wiara mistyków- to wiara najbardziej żywa. Tak jak picie wody prosto ze źródła.

Ale nade wszystko wierzący (tak czy inaczej)  nie maja prawa 9 a powinni mieć zakaz) pogardzania czy nawracania niewierzących. Zasada prywatyzacji wiary dopuszcza także i to, że ktoś odrzuca lub nie doznał łaski. Niewierzący; ateiści czy agnostycy, są niezbędni choćby po to, aby dopełniać obrazu pluralizmu światopoglądowego, nie mówiąc już o tym, że – jak twierdzą niektórzy światli teologowie- są niezbędni w planie zbawienia. Stanowią wyzwanie dla wierzących, zmuszają ich do uzmysłowiania sobie argumentów na rzecz własnej wiary, zatem do jej zgłębiania i pogłębiania. Skoro sam Bóg stworzył ateistów i agnostyków, widocznie uznał, że tak jest dobrze….

A czym kieruję się ja sama w „sprawie Transcendencji”? chciałabym móc powiedzieć, że słuchem. To wyrażenie K. Jaspersa: „mieć słuch na znaki Transcendencji”, aby potrafić odgadywać Jej szyfry. Nie ma do nich żadnego jednego klucza, każdemu objawia się Ona inaczej, do każdego przemawia innym głosem, innymi obrazami. Wszyscy posiadamy zmysł Transcendencji, ale możemy go stępić czy zgoła zaprzepaścić przez nieużywanie.

Z grubsza biorąc, owo „czytanie szyfrów Transcendencji” wymaga założeniu, że wszystko,  co nas otacza, wszystko, co nam się przydarza, ma „drugie dno”. Znaczy to, co się nam wydaje na pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili, ale jeszcze coś ponadto.

Dlatego nie ma głupszego zdania, niż to, które wypowiedział kiedyś w „Nowych Atenach” ksiądz Chmielewski: „jaki jest koń – każdy widzi”, dziś przytaczane jako dowód oczywistości.

           Jaki jest koń? – Każdy widzi po swojemu. Dla Greka to Pegaz, koń skrzydlaty, dla Marii Konopnickiej, to umordowana „nasza szkapa”, dla Marszałka Piłsudzkiego to ukochana Kasztanka, koń – przyjaciel i poniekąd towarzysz wojaczki,  dla rzeźnika to potencjalne mięso na końską kiełbasę.

………………………………………………………………

  

Początki filozofii w UMCS albo Sentymentalizm Lubelski.

Posted in Czytelnia, Jadwiga Mizińska, Organizacja, Osoby związane z Fundacją by staniszewski on 10 października 2009

logo_male

Dziękujemy serdecznie wszystkim osobom wyrażającym chęć wspierania projektów Fundacji Homo Inquietus.
Otrzymaliśmy wiele maili z których jasno wynika, że również te szalone idee – choćby takie jak zakładanie fundacji filozoficznej mogą się cieszyć poparciem.

Dziś publikujemy tekst Profesor Jadwigi Mizińskiej pt. „Początki filozofii w UMCS albo Sentymentalizm Lubelski„. Esej poświęcony sylwetce Profesora Narcyza Łubnickiego przybliża niezwykle barwą postać osoby, która tworzyła historię sudiów filozofii w Lublinie.
W imieniu całego Zespołu Fundacji życzę miłej lektury.
Marek Staniszewski

_______________________________________________________

JM

Jadwiga Mizińska
Instytut Filozofii UMCS
Lublin


Początki filozofii w UMCS albo Sentymentalizm Lubelski.

Każdego roku w okolicach Święta Zmarłych prowadzę swoich nowych studentów na lubelski najstarszy cmentarz przy ulicy Lipowej do grobu Profesora Narcyza Łubnickiego. Zapalamy znicze, kładziemy na płytę chryzantemy a następnie opowiadam młodzieży o Profesorze, który był założycielem filozofii w Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Miałam szczęście go znać i przez całe lata słuchać jego wykładów zarówno kursowych, jak i tych wygłaszanych na zebraniach Lubelskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, którego był prezesem przez ponad dwadzieścia lat. Staram się przybliżyć młodym ludziom nie tyle poglądy, ile niezwykle charakterystyczną i niezapomnianą sylwetkę Profesora.

Nie ma już dziś takich uczonych, Profesor Łubnicki jeszcze w mojej młodości wydawał się „niedzisiejszy”, jak ktoś przeniesiony z innego czasu, który nieodwracalnie przeminął. Dotyczyło to zarówno jego ubioru, gestów, manier, jak też języka, którym się posługiwał. Na tle ówczesnego, szarego i dość nudnego, monotonnego, bezstylowego świata przełomu sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat XX wieku, Profesor jawił się jako unikalny fenomen. Średniego wzrostu, do końca zachował prostą i nieco sztywną, wytworną sylwetkę. Nosił się staroświecko, zawsze w szarych garniturach z kamizelką i w białej koszuli pod krawatem. Nigdy nie pozwalał sobie na żadne odchylenia od tej elegancji. Chyba że zimą, kiedy na głowę zakładał bardzo dla nas zabawną skórzaną czapkę-pilotkę a na pantofle biało- brązowe getry. Jesienią i wiosną ubierał długi, także szary płaszcz.

Nowicjuszom zadawano zagadkę: – Po co Profesor Łubnicki ma płaszcz? – Po kostki- brzmiała „prawidłowa” odpowiedź. Krążyło o nim jeszcze bardo wiele anegdotek, odnoszących się do jego manier i stylu. Wszystkie je może jeszcze teraz powtórzyć Antoni Krawczyk, dawny nasz kolega z filozofii, obecnie profesor bibliotekoznawstwa w  UMCS. Przekazując sobie zagadki i anegdotki, poszczególne roczniki studentów i słuchaczy wyrażały w ten sposób zdziwienie, rozbawienie, ale i fascynację wyjątkową oryginalnością jednej z najbardziej wyrazistych postaci naszego akademickiego środowiska.

Nie było wówczas jeszcze osobnych studiów filozoficznych. Najpierw powstała Katedra, a potem Zakład Filozofii pod kierunkiem Profesora. On sam prowadził wykłady z historii filozofii dla bodajże wszystkich kierunków humanistycznych. Wykładał też logikę. Na zajęcia z filozofii, odbywające się w największej auli Starej Humanistyki, przychodzili nie tylko ci, dla których było to obowiązkowe, ale też wolontariusze z innych wydziałów. Przyciągał ich niezwykle klarowny i jasny język, a może też i sama postać wykładowcy. Profesor był erudytą i poliglotą, studia filozoficzne   kończył w Paryżu, co wówczas wydawało się czymś zgoła mitycznym. Poza tym pociągało nas chyba bijące od niego dostojeństwo.

Był Profesor Łubnicki osobą niezwykle wymagającą, wręcz surową. Przestrzegał pewnych rytuałów, od których nie mogło być najmniejszych odstępstw. Codziennie ktoś z nas, asystentów miał dyżur w bibliotece, będącej oczkiem w głowie Profesora. Dokładnie punkt dziesiąta należało zadzwonić do Mistrza i odebrać dyspozycje do wykonania. Przeważnie dotyczyły one katalogowania książek, pisania ogłoszeń o zebraniach Zakładu lub PTF- u, i tym podobnych drobnych zajęć. Nie było etatowej bibliotekarki, o zakupach i doborze księgozbioru decydował osobiście Profesor Narcyz. Oprócz klasyki filozoficznej gromadził literaturę piękną, w szczególności rosyjską ( w oryginale), której był wielbicielem. Kochał się też w poezji, osobiście ,choć w ukryciu, tłumaczył Jesienina. Pośmiertnie wyszła jego ksiązka o tym poecie – „chuliganie”, którego bujne i dramatyczne, choć bardzo krótkie życie stanowiło zaprzeczenie metodycznego stylu Łubnickiego. Dzięki temu Profesor wzbudzał ogólny respekt i szacunek połączony z nieco nabożnym lękiem. Wobec nas wszystkich  utrzymywała nieprzekraczalny dystans. Nie można było nawet sobie wyobrazić, że zatrzyma kogoś na korytarzu żeby zażartować albo wymienić jakieś luźne uwagi.

Jeśli obecnie, po dziesięcioleciach jakie minęły od śmierci  Profesora Łubnickiego, Instytut Filozofii UMCS może się poszczycić życzliwą i koleżeńską atmosferą, która korzystnie wyróżnia nas spośród innych środowisk, to- jak teraz to widzę – jest w tym ogromna zasługa Profesora. Zachowywanego przezeń właśnie owego mądrego dystansu. Wszystkich nas, starszych i młodszych, bardziej i mniej utytułowanych utrzymywał na równą odległość, co wykluczało zabiegi o jego szczególne względy, a w następstwie tego, potencjalnie, zazdrość czy chęć konkurowania ze sobą. W zamian, sprawiedliwie i równo traktowani wszyscy pracownicy (łącznie z kobietami, które chętnie przyjmował do pracy), zbliżali się do siebie i jednoczyli na zasadzie koleżeństwa, niejednokrotnie przeradzającego się w długoletnie przyjaźnie.

I właśnie owa równość niedopuszczająca rywalizacji, jak też „bojaźń” przed niedosiężnym Mistrzem o arystokratycznej sylwetce i postawie, stała się zalążkiem wspólnoty nie tyle może intelektualnej, co towarzyskiej i przyjacielskiej. Z humorem odnosiliśmy się do różnych –jak nam się wówczas wydawało – dziwactw Profesora, który nigdy nie używał alkoholu, nie przyjmował ciętych kwiatów, nie jadał żadnego mięsa oprócz ryb, Był wegetarianinem i uzasadniał to cierpieniem zwierząt składanych na ofiarę wulgarnym zjadaczom schabowych kotletów. Odczuwał też cierpienia ścinanych kwiatów, co w tamtych przed ekologicznych czasach było dla nas tylko czymś  egzotycznym i śmiesznym. Na parapecie jego mieszkania przy ulicy Sowińskiego stała kolekcja porcelanowych słoni widoczna przez szyby.

Wszystko to czyniło go kimś wyjątkowym, niecodziennym, osobliwym. Nade wszystko jednak podziw budziła jego ogromna wiedza, wręcz erudycja, znajomość kilku języków zachodnich i słowiańskich, nie mówiąc o grece i łacinie, jak też stosunek do polszczyzny, której zabraniał nam kalać, zapalczywie tępiąc zły akcent w takich na przykład słowach jak muzyka czy matematyka. Sam operował niesłychanie szlachetnym i zrozumiałym nawet dla profanów językiem- stąd tłumy na jego wykładach nawet o Kancie czy Bergsonie.

Profesor przykładał wielką wagę do poszerzania także i naszej wiedzy filozoficznej, tym bardziej, że większość ówczesnych asystentów była po innych (biologicznych, fizycznych, polonistycznych, historycznych, pedagogicznych) studiach. Po Marcu 1968 roku karnie zawieszono profesjonalne kształcenie na tym kierunku. Odbywało się to w trakcie comiesięcznych zebrań PTF, gdzie każdy z nas, także początkujący, musiał wygłaszać referaty. Przedstawienie takiego referatu w obecności wszystkich kolegów stanowiło sprawdzian merytoryczny, test umiejętności publicznego przemawiania, jak też nobilitację Pasowanie na filozofa. Toteż mocno przeżywaliśmy te wystąpienia, (zwłaszcza nowoprzyjęci do pracy) jak każdy debiut, nie śpiąc wcześniej po nocach, ćwicząc z zegarkiem przed lustrem, z trwogą i drżeniem przed tym, jak zareaguje na nie Mistrz.

Jako nieustający Prezes PTF, Profesor zajmował miejsce na katedrze i stamtąd dowodził dyskusją. Nie dopuszczał, aby wkradł się w nią chaos, rygorystycznie odróżniał pytania do prelegenta od innych głosów czy uwag. Nie do przyjęcia była jakaś inna niż merytoryczna wypowiedź, w szczególności zarzut ad personam czy ad hominem. Uchodziło to za największe uchybienie, wręcz przestępstwo. Owa kultura dyskutowania, gdy z najwyższą rewerencja należało wysłuchać referatu (a właściwie odczytu), następnie – pytań i komentarzy z sali, by na koniec bohater miał czas uporać się z odpowiedziami, jest jedną z tradycji naszego środowiska, choć mało kto zdaje sobie sprawę, komu ją zawdzięczamy.

Lekko czasem znudzeni rytuałem zebrań, czekaliśmy z nadzieja, że znienacka odezwie się jeden z filozoficznych „wariatów”. Byli to na ogół starsi panowie, dziwacznie, a może tylko ubogo odziani, prawdopodobnie kiedyś studenci pobliskiego KULu, Przychodziło ich notorycznie kilku, i zawsze któryś wyrywał się z pytaniem w rodzaju „czy to prawda, że woda święcona nie gnije”. Profesor wtedy purpurowiał i usiłował odebrać „wariatowi” głos, a myśmy chichotali w kułak. Owi „wariaci”, dziwacy, maniaccy miłośnicy filozofii stanowili swoisty folklor tamtych czasów. Kiedy któryś z nich przez dłuższy czas się nie pojawiał, martwiliśmy się o jego zdrowie, brakowało go nam. Jeden z nich zapisał gruby kajet setką szczegółowych pytań, którym patronowało naczelne: „co jest czym i dlaczego”?

Styl Profesora Łubnickiego stanowił zaprzeczenie demokracji. co mnie osobiście bardzo się podobało. Sądzę, że wiele innych osób ma, podobną jak ja wówczas, głęboką potrzebę autorytetu. Kogoś. kto  zasłużenie stoi wyżej i, choć budzi nieco lęku, samym sobą wskazuje kierunek pionowy. Wyżynę, na którą warto się wspinać, choć ścieżka wąska i stroma. Jednakże elitaryzm i „despotyzm” Profesora nie obejmował poglądów filozoficznych. Pod tym względem był tolerancyjny i pozwalał swoim ówczesnym asystentom zajmować się problematyką, którą sami sobie upodobali. Dzięki temu pierwsi jego asystenci, a potem nasi profesorowie, prezentowali ogromnie zróżnicowane zainteresowania. (Zdzisław Cackowski – teoria poznania, Tadeusz Margul – filozofie i religie Wschodu, Leon Koj – logika i metodologia. Bohdan Dziemdok – estetyka, Henryk Borowski – etyka).

Profesor Łubnicki nie zabiegał o stworzenie własnej szkoły, choć był twórcą oryginalnego podejścia –pomysłu badania światopoglądów filozoficznych u wybitnych pisarzy – oczywiście, zwłaszcza rosyjskich. Wydal osobną na ten temat książkę, która jednak nie trafiła chyba na odpowiedni czas. Prezentowane w niej podejście przypominało nieco później odkrytą (a obecnie bardzo modną) socjologię wiedzy. Było też prekursorskie wobec filozofii literatury, którą wyeksponował o wiele później postmodernizm. Ale bodaj najbardziej Profesor kochał historię filozofii, którą wykładał w niezrównany sposób.

Przywykłam do obrazu Profesora, jako osoby niepozwalającej sobie w pracy na osobiste relacje. Nie jestem pewna, czy wynikało to z jego postanowienia, czy też specyfiki charakteru. Jedyną osobą, która mogła go bezkarnie zatrzymać na ulicy, aby pogawędzić, był Profesor Jan Dobrzański, który nie potrafił przejść obojętnie nawet obok swoich studentów. Zdaje się, że Profesor Łubnicki z lekka zazdrościł koledze jego bezpośredniości, ale sam na nią nie potrafił się zdobyć.

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy któregoś roku podczas kolejnych odwiedzin jego grobu okazało się, że jedna ze studentek ma na imię Narcyza. Tym imieniem obdarzyła ją matka, Lucyna, która niegdyś studiowała filozofię i pokochała Profesora jak ojca –z wzajemnością. Na jego cześć nadało swojej jedynaczce to kwieciste, piękne, acz rzadkie imię – Narcyza.

Życie osobiste Profesora w ogóle było dla nas owiane tajemnicą. Krążyły słuchy, ze podczas wojny musiał się ukrywać jako  nauczyciel wiejskiej szkółki pod Łodzią. Wiedzieliśmy, że ma żonę matematyczkę, Stefanię oraz psa imieniem Agni. Kiedy raz wybraliśmy się w odwiedziny do nałęczowskiej willi Profesora, przywitał nas ów Agni (słowo, które w języku praindoeuropejskim oznacza Ogień), a potem ułożył się u stop pana, podobnie jak on arystokratyczny, wytworny i nieco wyniosły.

Profesor Narcyz Łubnicki bez wątpienia wywarł niezatarty wpływ na atmosferę Instytutu Filozofii. Nawet osoby, które przyszły do pracy po jego śmierci i niewiele o nim wiedzą, są uczestnikami i kontynuatorami spuścizny po nim. Dziedzictwa wyrażającego się nade wszystko w stylu odnoszenia się nawzajem do siebie.

Ów styl to szacunek, rewerencja, dyskrecja i, ukryta pod tym wszystkim życzliwość. A jeszcze głębiej – wrażliwość i dobroć. Również niezwykle dyskretna, cicha, rzec by można. Jej żywym przykładem była Pani Marysia Borkowska. Profesor zauważył któregoś razu, jak ją – jedną ze sprzątaczek – prześladowały inne, kpiąc z niej i szydząc. Bo Pani Marysia była od nich odmienna urodą i zachowaniem. Uznały ją przez to za gorszą i upośledzoną. Profesor wpadł w słuszny gniew, skrzyczał złośliwe kobiety i postarał się, żeby ich ofiara została zatrudniona jako goniec w jego Katedrze. W ten sposób wziął ją pod swoją opiekę. Od tej pory Pani Marysia stała się pierwszą po Profesorze. Kontrolowała jego korespondencję, cenzurowała, „nieważną” wyrzucała do kosza ku straszliwemu gniewowi Szefa. Profesor miał choleryczny temperament, Nagle wybuchy gniewu wprawiały nas nie tylko w przerażenie, ale i zdumienie przez kontrast z jego normalnym olimpijskim dystansem do świata. Tylko Pani Marysia miała czelność i odwagę wykłócać się z „Narcyzem”. Ale też była mu bezgranicznie oddana. Za poradą profesora podjęła naukę w szkole wieczorowej i kontynuowała ją wytrwale, zatrudniając niektórych z nas do pomocy w odrabianiu zadań domowych z matematyki i innych przedmiotów. Zakład stał się jej rodziną – innej nie miała. Z imienia i nazwiska znała dokładnie nie tylko nas wszystkich, ale też nasze dzieci, psy i koty. Codziennie, przy odbieraniu kluczy z portierni, wypytywała o ich zdrowie i samopoczucie. Była zawsze uśmiechnięta, przyjazna, radosna. Dopiero jak jej zabrakło, już zresztą po śmierci Profesora, którego opłakała najobfitszymi łzami, poczuliśmy, jak była ważna i niezastąpiona. I jak pusto zrobiło się przy portierni Starej Humanistyki, gdzie krzyżowały się drogi wchodzących i wychodzących, witanych i żegnanych przez Panią Marysię Borkowską.

Wspominając jej osobę, wydobytą z poniżenia przez Profesora Łubnickiego, myślę, że to, co my odbieraliśmy jako surowość, stanowiło jedynie przykrywkę dla jego wielkiego serca i zwykłej, a raczej niezwyklej, dobroci.

„Dlaczego żółw jest taki twardy? Bo jest taki miękki” – przeczytałam kiedyś u J. J, Leca i odnalazłam w tym aforyzmie klucz do osoby Profesora.

Raz na rok, 29 listopada, odwiedzaliśmy Profesora w jego mieszkaniu. Był to dzień jego imienin – Narcyza. Najpierw ustalało się trzyosobowy skład delegacji, potem robiliśmy składkę, a następnie delegaci wyszukiwali w kwiaciarni najpiękniejszą doniczkę kwiatów – zwykle fiołków alpejskich – i udawali się z życzeniami od nas wszystkich. Po powrocie musieli nam ze szczegółami złożyć sprawozdanie.

Kiedy Profesor, który nam się wydawał pozbawiony wieku, udawał się na emeryturę, jego dawny asystent, a potem następca, profesor Z. Cackowski, zainicjował procedurę przyznania mu doktoratu honoris causa UMCS. Odbyła się piękna uroczystość, wydano też z tej okazji księgę jubileuszową dedykowaną Profesorowi.

Z czasem Profesor Łubnicki podupadł na zdrowiu, a jako że nie miał własnej rodziny, zajęła się nim rodzina państwa Cackowskich- profesor Cackowski i małżonką Marią, profesorem pedagogiki.

Jako świadkowie i współuczestnicy tej kilkuletniej pieczy nad samotnym i schorowanym Narcyzem Łubnickim, odebraliśmy poglądową lekcję o wzorcu relacji między nauczycielem a uczniem.  Takiej, o jakiej nie pisze się w podręcznikach, ale która jest najważniejsza i najcenniejsza, bo wyrażająca się dyskretną i wytrwałą opieką w biedzie i bezradności Mistrza.

Ludwik Fleck, lubelski uczony i filozof zasłynął na cały świat jako jeden z prekursorów socjologii wiedzy, twórca pojęcia „styl myślowy”, który stał się inspiracją dla Thomasa Kuhna, jako autora koncepcji „rewolucji naukowych” oraz „paradygmatu”.

Profesor Narcyz Łubnicki, stał się nie tylko założycielem filozofii w UMCS, ale też – prawdopodobnie nie zdając sobie w pełni z tego sprawy – twórcą specyficznej atmosfery wpierw w Katedrze, a następnie Instytucie Filozofii. Atmosfera, klimat, nastrój – to imponderabilia, o których na ogół nie pisze się w monografiach czy opracowaniach danej instytucji. A przecież, z punktu widzenia zatrudnionych w niej osób, które spędzają w niej co najmniej jedną trzecią życia, stają się najważniejsze. Tak jak pogoda, która dyktuje każdego dnia nie tylko strój, ale i nastrój.

Specyfika owego nigdzie nie zapisanego – a przez to na pozór nieistotnego – dzieła Profesora polegała na tym, że budował je niejako na przekór swoim charakterologicznym cechom. Będąc w zasadzie samotnikiem – doprowadził do powstania wspólnoty młodszych kolegów. Będąc dość kostycznego usposobienia – spowodował, że my za jego plecami chętnie żartowaliśmy i śmiali się, lubiliśmy bywać ze sobą nawet po wykładach, ćwiczeniach, zebraniach i dyżurach. Przesiadywaliśmy w Starej Humanistyce, szczególnie w piątkowe wieczory już tylko dla towarzystwa i przyjacielstwa. Koledzy z poszczególnych, coraz to liczniejszych zakładów, nie tylko razem się bawili, każdy na każdego mógł liczyć także w życiowej potrzebie. Niekiedy zakładowe i instytutowe, wieloletnie przyjaźnie przenosiły się też na życie domowe i rodzinne.

Osobną sprawą były też – tak zwana wtedy –aktywność społeczna. Angażowaliśmy się z zapałem z działalność partii, związków zawodowych, przy czym przynależność do partii nie miała specjalnego wpływu na nasze wzajemne związki osobiste. Partyjni i bezpartyjni co tydzień uczęszczali na mecze siatkówki, które zorganizował profesor Leon Koj, zostawszy dziekanem Wydziału Pedagogiki i Psychologii. Przez wiele lat rok akademicki kończyliśmy wspólnymi „pielgrzymkami” – wycieczkami, czasem pieszymi – do różnych pięknych miejsc i okolic, jak choćby wspomniana wyprawa do Nałęczowa. Kiedy Państwo Kojowie wybudowali sobie domek w Guciowie na Roztoczu, zapraszali nas tam na grochówkę z kotła i spacery po łąkach i wąwozach. Braliśmy w nich udział całymi rodzinami, z czasem także ze studentami.

Zadziwiające, że mimo ciężkich ( tak od strony materialnej, jak i politycznej) tamtych czasów, przenikała nas radość. Myślę, że brała się ona z poczucia przynależności do wspólnoty życzliwych, wyrozumiałych i dowcipnych ludzi, z zaufania do naszych przełożonych, a nade wszystko – z przestrzegania wzajemnej lojalności, którą zwłaszcza Profesor Zdzisław Cackowski traktował jako imperatyw kategoryczny.

Z pewnością nie obywało się bez zgrzytów, zatargów, obrażania się i zadawania przykrości. Szczególnie, gdy w początkach lat osiemdziesiątych doszło do politycznych podziałów i rozłamów. Bardzo bolesnych dla wszystkich.
Czas, który potem nastąpił był jednak czasem zabliźniania i leczenia ran, nie zaś pretensji, wyrzutów i chęci odwetu. Uczniowie, którzy z racji wieku przejęli funkcje Nauczycieli, zdali, jak sądzę przed nimi egzamin „ z zachowania”.

Tak, jak oni nauczali, uznali, iż „dobro instytutu”, z którego niegdyś podkpiwaliśmy, stanowi wartość wyższą, większą, niż mijające z upływem czasu polityczne animozje. Profesorowie – emeryci są na wagę złota, nie tylko z racji ich naukowego dorobku i pedagogicznych kompetencji, ale też, a może głownie, dlatego, że stanowią „arkę przymierza” dawnych i obecnych czasów. Swoją obecnością pośród młodszych i najmłodszych zaświadczają o naszym przywiązaniu do tradycji tworzonej nie tylko przez przekazywanie naukowego dorobku prowadzonych prze siebie zakładów, ale też, i może nade wszystko – przez promieniowanie owym stylem bycia i odnoszenia się do ludzi, który dziś może się jawić jako anachroniczny.

Szukając dla niego nazwy, posłużę się taką, jaką kiedyś zasłyszałam w innym środowisku: Sentymentalizm Lubelski. Określali się nim przez mgnienie oka poeci, którzy potem zawstydzili się, albo zgoła zapomnieli tę autodefinicję.

Sentymentalizm Lubelski – być może wynikający z prowincjonalności i peryferyjności naszego Miasta, objawia się „umiarkowanymi temperaturami”.  Stojąc nieco na uboczu, niezbyt daleko, ale i nie za blisko Centrum, uważani przez niektórych za wschodnie kresy, przyjaźniąc się z wieloma filozofami z Ukrainy, Litwy, Białorusi, Rosji, być może – tak jak oni jesteśmy bardziej ‘kordocentryczni” niż „racjocentryczni”. Nawet uprawiając logikę, metodologię czy filozofię nauki, nie wyrzekamy się i nie wstydzimy ciepłych i łagodnych uczuć. Hołdujemy pamięci swoich Nauczycieli, nie jedynie z racji jubileuszy czy ksiąg pamiątkowych, ale też – wieszając ich portrety w swoich gabinetach, opowiadając o nich studentom. Co najtrudniejsze, staramy się lubić, albo przynajmniej tolerować nawzajem, choć jest nas coraz więcej i coraz mniej mających czasu na integrację.

O tym, że jesteśmy – przynajmniej podskórnie – sentymentalni, świadczy też to, że osoby, które wywędrowały do innych miast i środowisk, zasilając tam środowiska akademickie – tęsknią do UMCS. Do naszego Instytutu Filozofii, który pomnażając się i odmładzając, z pietyzmem przechowuje pamięć o swoich założycielach.

Każdy gmach, nawet najbardziej nowoczesny, zawdzięcza bowiem swoją trwałość fundamentom. A to, czy jego mieszkańcom jest w nim dobrze, zależy też od duchów domu. Niewidocznych, ale wyczuwalnych dla wrażliwych dusz. A jakże sobie wyobrazić bezdusznego filozofa?

Jadwiga Mizińska

—————————–